Peterlin na Woofli

Māori [Hekatoglot 2/100]

Māori – język rdzennych mieszkańców Nowej Zelandii – to, uważam, jeden z najlepszych języków, od których można zacząć zapoznawanie się z panoramą małych czy rzadko nauczanych języków świata (gdzie indziej pisałem o tym, dlaczego myślę, że warto tego spróbować). Dzieje się tak z wielu powodów.

Niska bariera wejścia

Māori nie ma elementów, które odstraszałyby już na starcie. Zapisuje się go łacinką, i to bez specjalnych udziwnień (jedyny diakrytyk to pozioma kreska, tohutō, oznaczająca, że samogłoska jest długa). Jak i w innych językach polinezyjskich, liczba głosek jest mała (a, ā, e, ē, i, ī, o, ō, u, ū, h, k, m, n, ng, p, r, t, w, wh – i to wszystko; mam nadzieję, że widać, czego tu brakuje…) a jedyne trudności w wymowie mogą sprawiać ng na początku wyrazu oraz wh (czyli najczęściej: dwuwargowe f, ale jest kilka wariantów). Typowo polinezyjska jest też struktura sylaby: nie ma zbitek spółgłoskowych, ani sylab zamkniętych (tj. każda sylaba kończy się na samogłoskę).

Wszystko to razem oznacza, że zapożyczenia z języków obcych po zaadaptowaniu do maoryskiej fonetyki zmieniają się nieraz nie do poznania. Na przykład ‘śniadanie’ to parakuihi, ‘sklep’ to toa, a miraka to ‘mleko’. Domyślenie się odpowiednikiem jakiego imienia jest Rawiri i jaki to kraj Horowinia pozostawiam już czytelnikom.

Podobne wrażenie sprawia morfologia. W māori “prawie nic się nie odmienia” przez osoby, liczby, rodzaje, przypadki; jedyna istotna nieregularność, to konieczność zapamiętania jaka jest właściwa końcówka strony biernej przy każdym czasowniku (jest ich kilkanaście, przy czym tylko kilka ma szerokie użycie).

Ale ważniejsze jeszcze są kwestie socjolingwistyczne: 50-100 tysięcy sprawnych użytkowników to nie jest mało (no, przynajmniej jak na “mały” język), do tego oni wszyscy znają angielski i mieszkają w kraju wysoko rozwiniętym i bogatym, który na dodatek coraz bardziej poczuwa się do troski o maoryskie dziedzictwo kulturowe, w tym język. Oznacza to, że dostęp do materiałów o māori i w māori, a także nawiązanie kontaktu z samymi użytkownikami, są dość proste.

Dziwny jest ten świat

To, że zacząć jest łatwo, nie oznacza jeszcze, że warto. Przystępność i dostępność to tylko połowa mojego argumentu. Ta druga (i większa :)) to to, że na każdym poziomie opisu māori tak różni się od języków szerzej znanych, że łatwo trafić na coś tak bardzo innego czy dziwnego, że aż skłaniającego do myślenia. Zacznijmy od gramatycznych drobiazgów:

System zaimków

Zaimków osobowych w māori jest dużo. au lub ahau to ‘ja’, koe to ‘ty’, a ia to ‘on, ona, ono’ (nie ma rodzajów!). Potem już trudniej – obok liczby mnogiej jest też podwójna (= kiedy mówimy o 2 osobach): kōrua to ‘was dwoje’ a koutou to ‘wy (3 lub więcej osób)’, podobnie rāua to ‘ich dwoje’ a rātou ‘oni (3 lub więcej osób)’, a ‘my’ może być włączające (‘my i ty/wy też’) albo wykluczające (‘my, ale nie ty/wy’), zatem polski (czy angielski) zaimek ‘my’, ma w māori aż cztery odpowiedniki: tāua ‘ja i ty’ māua ‘ja i ktoś inny’ tātou ‘my i ty/wy’ mātou ‘ja i inni’. Muszę dodawać, że te same rozróżnienia dotyczą też zaimków dzierżawczych (‘nasz’, ‘wasz’, ‘ich’)

Tylko faceci mają siostry

Nie mam rodzeństwa, ale gdybym miał starszego brata, byłby on moim tuakana, a młodszego brata nazywałbym teina. Niby nie aż tak skomplikowane… tyle, że tuakana i teina nie znaczą wcale ‘starszy brat’ i ‘młodszy brat’ – tych samych słów używa kobieta do mówienia o swoich siostrach.

Podstawowe określenia rodzeństwa są cztery: tuakana ‘starsze rodzeństwo tej samej płci’ teina ‘młodsze rodzeństwo tej samej płci’ tungāne ‘brat (kobiety)’ tuahine ‘siostra (mężczyzny)’. Zatem tylko mężczyźni mają ‘siostry’ i tylko kobiety mają ‘braci’. Oczywiście terminów pokrewieństwa jest więcej, ale dokładniej różnicują one ze względu na wiek, niż płeć: hāmua ‘starsze rodzeństwo (niezależnie od płci)’ tatao ‘młodsze rodzeństwo (niezależnie od płci)’. Jedynym słowem znaczącym po prostu ‘brat’ jest parata o jasnej etymologii, a słowa ‘siostra’ nie ma (hēhita to ‘siostra zakonna’ lub ‘pielęgniarka’)

Płci nie rozróżniają też niektóre inne terminy pokrewieństwa: tipuna to ‘dziadek; babcia (a także: przodek)’ mokopuna ‘wnuk; wnuczka’; hunaonga ‘zięć; synowa’, choć z rodzicami i dziećmi wydaje się już “normalnie” – tama ‘syn’, tamāhine ‘córka’, matua (lub pāpā) ‘ojciec’ whaea (lub māmā) ‘matka’. ‘Rodzice’ to mātua czyli dosłownie ‘ojcowie’ (niektóre terminy pokrewieństwa należą do garstki słów w māori, które mają oddzielną formę liczby mnogiej, powstałą przez wydłużenie pierwszej samogłoski)

Żeby nie było tak prosto – matua znaczy też ‘wujek’, whaea ‘ciocia’, a tuakana ‘kuzyn tej samej płci ze strony starszego rodzeństwa ojca’ itd… Maoryska rodzina, whānau, jest inaczej definiowana niż europejska (whāmere – chyba jasne, co to). Jakąś rolę odgrywa tu pewnie szeroko rozpowszechniony zwyczaj whāngai czyli adopcji i wychowywania dziecka zwykle przez bliskich krewnych (dziadków, wujostwo). Whāngai znaczy ‘karmić’ ale też ‘przyrodnie dziecko’, a o tym, że słowa w māori wydają się należeć do wielu kategorii gramatycznych naraz będzie więcej już za chwilę.

Coś w rodzaju rodzaju

Napisałem wcześniej, że w māori nie ma rodzaju, ale ‘mój ojciec’ to tōku matua, a ‘mój syn’ to tāku tama, z innymi słowami na ‘mój’… O co więc może chodzić? Otóż w māori, podobnie jak i w innych językach polinezyjskich, relacje posiadania (i pokrewne) dzieli się na dwie kategorie, które najprościej nazwać ō i ā bo różnią się między sobą właśnie występowaniem tych samogłosek.

Ogólnie rzecz biorąc ā wyraża nadrzędność czy kontrolę (“posiadacz” może wybrać posiadanie lub nie) a ō podległość lub brak kontroli (“posiadacz” nie decyduje czy ma coś, czy nie). Z członkami rodziny to z grubsza działa jak powinno – rodzice, dziadkowie, rodzeństwo to ō, a współmałżonek czy dzieci to ā. Dalej jednak nie jest tak jednoznacznie: o ile z klasą ā trudno dyskutować – ruchomości, jedzenie i picie, zwierzęta, ludzie zajmujący niższą pozycję społeczną (np. uczniowie wobec nauczyciela), o tyle klasa ō jest bardziej problematyczna, bo obok osób o wyższej pozycji społecznej, części ciała, przymiotów, cech charakterystycznych (nie wybieram przecież, że mam 2 metry wzrostu), zawiera też uczucia (tō tāua riri – nasz (mój i twój) gniew) czy imiona (Ko Pita tōku ingoa = mam na imię Piotr), jak również budynki, środki transportu, pościel, ubranie czy przyjaciół.

Wyraźnie widać, że nie jest to przypadkowy zestaw, choć zasada kontrola/brak nie działa stuprocentowo, myśl przewodnia jest jasna. Ciekawej ilustracji dostarcza porównanie te waiata tā Pita ‘piosenka Piotra’ (= którą Piotr śpiewa) z te waiata tō Pita ‘piosenka Piotra’ (= o nim)

Asymetria znaczeń

Wspomniane wyżej słowo matua znaczy nie tylko ‘ojciec’ (lub wujek), ale też ‘dorosły’, ‘główny’, ‘ważny’, czy nawet ‘główny oddział wojska’. Przeglądając słownik łatwo skonstatować, że znaczenia wielu maoryskich słów są niekoniecznie precyzyjne, za to bardzo kontekstowe.

Przykładowo tangi może znaczyć ‘dźwięk’, ‘ton’, ‘śpiew’, ‘lament’ albo ‘pogrzeb’, a waka – pierwotnie ‘łódź’ może oznaczać dowolny pojazd (np. waka pepi ‘wózek’; waka rererangi ‘samolot’) i to normalne słowo na ‘samochód’ (Kei waho te waka to ‘samochód czeka na zewnątrz’ np. w Uberze), ale też ‘medium’ (przez które przemawia jakiś atua ‘przodek; istota nadprzyrodzona; duch; bóg’), a idąc w inną stronę waka to też ‘załoga łodzi’ oraz ‘grupa szczepów wywodzących się od załogi konkretnego canoe z okresu pierwszego zasiedlenia Nowej Zelandii’ (genealogia ma ogromne znaczenie!). Samo słowo māori znaczy też 'zwykły', 'naturalny'

Czasem wieloznaczności dotyczą obszarów, wydawałoby się, koniecznych do rozróżnienia: mate to zarówno ‘martwy’ jak i ‘chory’ (He aha te mate? = co ci jest?), ale też ‘silne pragnienie czegoś’ (mate kai = ‘bardzo głodny’) , kurī to pies, ale i ‘czworonóg’ (jeśli się zna faunę NZ, to może nie tak dziwne), a w użyciu czasownikowym ‘zrobić coś byle jak, tylko na pozór’; noho to ‘siedzieć’ (Kaua e noho i te urunga! – ‘nie siadaj na poduszce’ [to miejsce dla głowy, nie nieczystych części ciała]), ‘zostać’ (E noho rā ‘do widzenia [mówi wychodzący]’ dosł. ‘zostań’) i ‘mieszkać’ (Kei hea koe e noho ana? ‘gdzie mieszkasz?’)

Jednocześnie grubym błędem byłoby uważać, że słownictwo māori jest ubogie – wprost przeciwnie, synonimów (czy prawie-synonimów) jest masa, podobnie jak i słów tak wyspecjalizowanych, że trudno je przetłumaczyć jednowyrazowo. Na przykład tīraha znaczy ‘leżeć na plecach’; kupa – ‘leżeć na wznak’; a kōpae – ‘leżeć na boku’; mātāika to ‘pierwszy poległy w starciu’; whētero – ‘wystawiony język’. Maoryska genealogia, whakapapa dosł. ‘ułożyć warstwami na płask’, ma wiele podgatunków, każdy z bardzo precyzyjną definicją, (np. tāhū to ‘recytacja przodków, wg najstarszej linii w każdym pokoleniu’) a ich nazwy są używane przenośnie do określenia stopnia szczegółowości w ogóle. Itd, itp, etc, etc.

Jak i przy terminach pokrewieństwa, także i ogólna siatka pojęciowa māori nie tyle jest rzadsza, czy gęstsza, od “naszej”, ale po prostu ma oczka o zupełnie innych kształtach. To jest oczywiście prawdą dla każdej pary języków, ale jeśli różnice są nieco większe (jak przy māori), to, myślę, bardziej rzucają się w oczy i pozwalają dostrzec, że nazwy i pojęcia są umowne, a nie “naturalne”.

Wielofunkcyjność wyrazów

Już w niektórych przykładach powyżej lekko zasygnalizowana została inna cecha charakterystyczna maori, a mianowicie nieprzystawalność typowych kategorii gramatycznych (rzeczownik, czasownik, przymiotnik…) do tego jak większość maoryskich słów zachowuje się w praktyce. Kai to zarówno ‘jedzenie’ jak i ‘jeść’; pai to ‘dobro’, ‘dobry’ i ‘być dobrym’; waiata to ‘piosenka’ i ‘śpiewać’; whānau – ‘rodzina’ i ‘(u)rodzić (się)’ ringaringa – ‘ręka’ i ‘machać’, patu – ‘maczuga’ i ‘zabić’, kōrero – ‘historia’, ‘przemowa’, ‘wypowiedź’ i ‘mówić’ toa to ‘wojownik’, ‘być odważnym, dzielnym, kompetentnym’ i ‘zwyciężyć’…

Wiele, – stawiam, że większość – maoryskich słów można przypisać do konkretnej “części mowy” jedynie w kontekście frazy, w której właśnie występują. Poza nią wywodzące się z łacińskiej gramatyki rozróżnienia są mało użyteczne (znów, inna siatka).

Podstawowym rozróżnieniem jest za to podział na “partykuły”, które są nośnikiem kategorii gramatycznych (jak określoność, liczba, posiadanie/podległość, czas/aspekt… itd.) i “bazy”, które wyrażają znaczenie, właściwą treść. “Bazy” z kolei dzielą się na kilka typów, w zależności od tego z jakimi partykułami mogą sąsiadować; jednym z najliczniej reprezentowanych jest typ “uniwersalny”, czyli taki, który może być odpowiednikiem i naszego “czasownika” i “rzeczownika” i “przymiotnika”

Zilustrujmy to przykładem:

Kua toa au! znaczy ‘wygrałem’, bo kua (part. aspektu dokonanego) wymaga, by stało po niej słowo wyrażające czynność lub stan;

Kua haere mai ngā toa = ‘wojownicy już przyszli’; ngā to partykuła liczby mnogiej, po niej stoi “rzeczownik”; haere ‘iść, przyjść’; mai part. kierunku ‘w moją stronę’

He toa ake au i a koutou = ‘jestem odważniejszy niż wy wszyscy’; he part. nieokreśloności/istnienia ake part. porównania ‘bardziej’; i part. dopełnienia; a – partykuła-bufor (zaimki osobowe, jak koutou – wy [3os+] – nie mogą sąsiadować z i)

Ciekawym typem baz są “statywy” czyli słowa opisujące jakiś stan lub cechę (np. kaha – silny; pai – dobry; ora – zdrowy), których wyróżnikiem jest m.in. budowa trybu rozkazującego z partykułą kia ‘niech; żeby’ zamiast bez partykuł (jak przy zwykłych czasownikach)

Kia ora! dosł. ‘bądź zdrów’ wielofunkcyjne pozdrowienie: ‘cześć!’, ‘dzięki!’, ‘powodzenia!’

Kia kaha, kia toa, kia manawanui – ‘bądź silny, bądź dzielny, bądź wytrwały [manawa=serce nui=wielkie]’ (bardzo popularne wezwanie czy słowa zachęty)

Wydaje się być może, że “statyw”, to nic innego jak przymiotnik, jednak do tej samej klasy słów należą takie wyrazy jak tata ‘blisko, prawie’ pau ‘wyczerpany, skończony, już nie ma’ czy mutu ‘zakończony, ucięty’, które zwykle odpowiadają naszym przysłówkom. Nie chcę brnąć głębiej w gąszcze maoryskiej gramatyki, żeby to pokazać w szczegółach, chodzi mi tylko, by podkreślić, że każdy język warto opisywać “na jego własnych warunkach”, a nie “cudzą miarą”, a z góry przyjęte kategorie gramatyczne mogą pomóc uprościć i usystematyzować, ale nie są bynajmniej świętością.

A jeśli zauważyliście, że część z tego co wyżej odnosi się równie dobrze do… angielskiego (patrz. “time flies like an arrow” i pierwsze trzy wyrazy skaczące między częściami mowy), to tym lepiej dla mojej tezy 🙂

Trybiki i śrubki języka, czyli system czasów (i trybów)

Choć w māori istnieją prefiksy i sufiksy przenoszące słowa z jednej kategorii gramatycznej do innej, bądź tworzące słowa określonych typów np. -nga tworzące rzeczowniki (moe ‘spać; sen’ moenga ‘łóżko’; ako ‘uczyć się; nauka’ akonga ‘uczeń’) czy whaka- tworzące czasowniki sprawcze (whakakaha ‘wzmacniać’; whakaako ‘uczyć’), czy wreszcie -tanga budujące pojęcia abstrakcyjne (kotahi ‘jeden’ kotahitanga ‘jedność’, rangatira ‘wódz’ rangatiratanga ‘władza’ [przyda się jeszcze to słowo]) to zasadniczo jest tak jak napisałem, słowa-”bazy” wyrażają ogólnie zarysowane znaczenie, któremu kontekst nadaje cały zestaw partykuł.

Dzięki temu właśnie w māori prawie “nic się nie odmienia” – to co wyraża odmiana, wyrażane jest przez pozycję w zdaniu i dobór partykuł, taki outsourcing czasu, rodzaju czy liczby.

Tak więc: te i ngā to odpowiednio liczba pojedyncza i mnoga (te tamariki – dziecko ngā tamariki – dzieci) he to z grubsza ‘jakiś; pewien; jest taki’ (He aha tēnei = co to jest? gdzie tēnei = ‘to’, a aha = ‘co?’), a ko znaczy ‘to jest’ kiedy mówimy o czymś/kimś określonym (Ko Pita tēnei – to jest Piotr, ale He tāne tēnei – to (jakiś) mężczyzna; w liczbie mnogiej kasuje się t: He tāne ēnei – to jacyś mężczyźni).

Żeby wyrazić czas (a ściślej, aspekt) mamy do dyspozycji: kei te (coś dzieje się teraz); e … ana (trwanie czynności), i (przeszłość), kua (coś zostało zrobione, jakiś stan trwa), ka (przyszłość, ale używana też w konstrukcjach typu ‘kiedy… wtedy’, czy w opowiadaniach). Dodatkowo kia tworzy komendy (ze statywami) kaua e zakazy, a me zachęty/wezwania (‘warto’, ‘powinno się’), zaś heiai, kia i ki te występując w zdaniach podrzędnych mogą wyrażać cel (‘żeby’). To nie jest bynajmniej pełna lista.

Kiedy mowa o posiadaniu, czasie czy lokalizacji māori wyraźnie różnicuje przeszłość od przyszłości (‘kiedy?’ to inahea kiedy mowa o przeszłości, ale āhea, kiedy pytamy o przyszłość; kei hea to ‘gdzie?’, a i hea ‘gdzie był’; czy widać, że samo hea jest niepokojąco wieloznaczne?) Oddzielne konstrukcje (i zestaw partykuł osobowych) służą do podkreślania, kto wykonał bądź wykona jakąś czynność: Ka horoi au i ngā rīhī znaczy ‘pozmywam naczynia’, a Māku ngā rīhī e horoi to coś w rodzaju ‘to ja pozmywam naczynia’, i pochodzą one od sposobu wyrażania przeszłego i przyszłego posiadania (np. māku znaczy ‘dla mnie’, ‘będę miał’ i ‘to ja [zrobię]’)

Strona bierna, ale aktywnie używana

Zdanie Ka horoi au i ngā rīhī ‘pozmywam naczynia’ jest gramatycznie poprawne (taką mam nadzieję), ale nienaturalne. Jeśli nie trzeba podkreślić, że to właśnie ja pozmywam powie po prostu Ka horoia ngā rīhī (e au) ‘naczynia zostaną pozmywane (przeze mnie)’.

To, co istotne, to nie to że māori ma stronę bierną i że jej końcówka to jedyny element odmiany czasownika, ale to, że w wielu kontekstach jest ona preferowaną konstrukcją.

Szczególnie wyraźnie widać to przy wydawaniu poleceń – w māori nie mówi się ‘umyj ręce’ tylko Horoia ō ringaringa! ‘niech twoje ręce zostaną umyte’ (tłumaczenie brzmi dziwnie, ale maoryskie zdanie – nie). Albo weźmy takie normalne, codzienne zdanie jak Ringaringatia te pahi! ‘niech autobus (pahi < bus) zostanie zamachany’ tj. ‘machnij ręką, żeby autobus się zatrzymał’

NIe wchodząc w dalsze szczegóły powiem tylko, że, jak rozumiem, można zastanawiać się nad tym, czy na poziomie składniowym māori nie jest językiem ergatywnym (trudne słowo! chodzi o język w którym podmiot zdań przechodnich, wykonawca czynności, jest bardziej nacechowany, mniej domyślny, niż ich przedmiot).

Ergatywności przyjrzymy się bliżej w następnym odcinku, a teraz pokrótce omówiwszy kościec i ścięgna języka, przejdźmy do żywego mięsa, czyli:

“Zejdźcie na brzeg to was wszystkich zabijemy i zjemy”

“Come ashore and we will kill and eat you all” – tak jeden z towarzyszy kapitana Cooka przytacza słowa “powitania” wykrzykiwanego przez miejscowych pod adresem załogi HMS Endeavour (na pokładzie był Tupaia, nawigator z Tahiti, który rozumiał maoryjski, więc bariera językowa była niższa niż przy innych podobnych “pierwszych kontaktach”).

Sam Cook zapisał te słowa jako “Haromai, harre uta a patoo patoo oge”, co jest transkrypcją na tyle dobrą, że łatwo zrozumieć o co chodzi, ale jednocześnie na tyle słabą, że trudno jednoznacznie zrekonstruować oryginał. Najprawdopodobniej: Haere mai, haere ki uta hei patu ake czyli ‘chodźcie tu, chodźcie na brzeg, żeby(śmy mogli was)zatłuc’. Niby nic o zjadaniu nie ma, ale i tak uroczo, prawda?

Tak naprawdę przytaczam tę anegdotkę nie po to, żeby obsadzać Maorysów w roli ludożerców i agresywnych psychopatów, ale by zasygnalizować dwie sprawy: po pierwsze – w odróżnieniu od bardzo wielu języków pozaeuropejskich w przypadku māori dysponujemy całkiem dobrą dokumentacją historyczną – w tym tekstami pisanymi przynajmniej częściowo z pozycji użytkowników (a nie badaczy czy misjonarzy). Ale na razie przejdźmy do sprawy drugiej:

Jak jasno pokazały późniejsze wydarzenia, (kontakty z miejscowymi Cooka i późniejszych załóg charakteryzowały się przeplataniem epizodów gwałtownego konfliktu i sielanki) wykrzykiwane groźby nie były bezwarunkową deklaracją wojny, ale zaproszeniem do negocjacji połączonym z demonstracją siły i ostrzeżeniem.

W społeczeństwach pozapaństwowych, gdzie nie ma nadrzędnej władzy posiadającej monopol na przemoc, każdy kontakt z obcym (czyli kimś z którym nie jest się w żadnej relacji pokrewieństwa czy partnerstwa), przynosi możliwość konfliktu, ale i potencjalnie korzystnej wymiany. Nastawienie “handluję jeśli nie mogę walczyć; zabiorę siłą jeśli nie chcą sprzedać” charakteryzowało mniej więcej w tym samym czasie np. kontakty Komanczerii z hiszpańskimi, francuskimi i amerykańskimi osadnikami.

Idąc jeszcze dalej w bok – coraz słabiej pamiętam swoje lata nastoletnie, ale wydaje mi się, że w Polsce lat 90tych zapuściwszy się na nie swoje osiedle spokojnie można było usłyszeć zaraz na wstępie “A ty co, wpierdol chcesz?”, co jednak nie oznaczało, że trzeba albo się bić, albo uciekać.

Ale wróćmy do naszych Maorysów. Wystarczy obejrzeć haka w wykonaniu All Blacks (pierwszym moim kontaktem z māori była ta reklama), by zrozumieć, że taka “demonstracja siły” wciąż jest równie ważna jak za Cooka i wciąż robi wrażenie.

Język w działaniu, czyli po co komu māori

Jak zdecydowana większość języków świata, māori jest językiem kultury ustnej, nie pisanej. To nie znaczy, że nie było i nie ma książek i gazet – one były (pierwsza gazeta wyszła w 1842!) i są. Ale najbardziej żywe formy języka, odpowiedniki gatunków literackich, żyją nie na kartce, ale dopiero wypowiedziane (skandowane, zaśpiewane).

Jeśli spojrzeć na to, w jakich sferach māori realnie jest używany (i można zakładać, że również w przyszłości będzie), to są to -nic dziwnego- bardzo konkretne obszary związane z tradycyjną kulturą. A zatem ceremonie w marae (plac przed domem spotkań, gdzie odbywa się uroczyste powitanie gości plemienia) z karanga (dosł. ‘wezwanie’ wystąpienie powitalne, na które goście odpowiadają), haka i innymi elementami. Dalej karakia czyli modlitwy (większość Maorysów to chrześcijanie różnych obrządków, są kościoły o głównie maoryskim składzie wiernych) inkantacje i błogosławieństwa – tu szczególnie ważne by były wypowiedziane płynnie, bez błędów i wahań. Wreszcie wspomniane wcześniej whakapapa czyli genealogie i wszystko inne, co związane z tikanga Māori (dosł. maoryskie zasady), czyli zespół tradycyjnych wierzeń i obyczajów.

Nieprzypadkowo współczesne podręczniki māori (większość uczących się to anglojęzyczni Maorysi) niemal na samym początku, w temacie “przedstaw się” przytaczają rozbudowaną formułkę, gdzie oprócz imienia własnego i rodziców oraz przynależności plemiennej, podaje się też swoją górę, rzekę czy jezioro [charakterystyczne, że miasto urodzenia czy zamieszkania jest dużo mniej istotne]. Māori jest więc potrzebne, by móc powiedzieć kim się jest i skąd się jest, a związek między ludźmi, językiem i ziemią (tj. konkretnym miejscem na ziemi) będzie nieraz jeszcze powracał w tym cyklu.

Wyliczone wyżej sfery żywego użycia māori są tak czy inaczej związane z dwoma polinezyjskimi pojęciami, które są szeroko rozpoznawalne na świecie. Maoryska wersja pierwszego z nich to tapu czyli ‘świętość’, ‘rytualny zakaz’, drugie, czyli mana być może rozpoznawalne jest tylko dla graczy, a oznacza ‘duchową siłę; charyzmę; autorytet; władzę’ i powróci jeszcze na sam koniec.

Ludzie wygasłego wejrzenia?

Māori jako język wartości i ceremonii ma się dobrze, jest też coraz mocniej symbolicznie dowartościowywany przez państwo (podwójne nazwy począwszy od ‘Aotearoa – New Zealand’) ale w sferze codziennego użycia jest inaczej:

W 2018 ponad 770 tys. mieszkańców Nowej Zelandii określiło się jako Maorysi (na kolejne 100 tys. szacuje się maoryską populację Australii), ale niecałe 190 tys. odpowiedziało że “mówi po maorysku” – przy czym nie jest jasne jak dobrze. Liczbę w pełni sprawnych użytkowników szacuje się na 50-100 tys., przy czym rosnący odsetek stanowią ci, którzy nie wynieśli māori z rodzinnego domu.

Punktem zwrotnym w historii języka była bez wątpienia urbanizacja po 1945. Nowe, wyrosłe w miastach, pokolenie Maorysów w przeważającej większości mówiło już tylko po angielsku, a z biegiem czasu także i w części mniejszych miejscowości māori przestawał być używany.

Świadomość, że proces naturalnego międzypokoleniowego przekazywania języka został przerwany zmobilizowała społeczność do aktywności. Maoryskie odrodzenie językowe trwa co najmniej od początku lat 80-tych, kiedy powstały pierwsze przedszkola Kōhanga Reo (‘gniazdo języka’) oparte na zasadzie immersji. Cały program (są jeszcze m.in. szkoły Kura Kaupapa Māori ‘szkoła maoryskich tematów’) w skali świata należy do największych (jest 460 Kōhanga Reo) najbardziej udanych przykładów rewitalizacji, a jednak… trudno nie zauważyć, że liczba dzieci zapisywanych do Kōhanga Reo spada, a samych placówek jest dwukrotnie mniej niż w szczytowym okresie. Wreszcie, chyba najważniejsze – po czterdziestu latach tylko jedna czwarta Maorysów mówi po maorysku (podobny odsetek co w latach 80-tych), zatem proces utraty języka został najwyżej zatrzymany, nie odwrócony.

To jednak nie koniec. Trwa kolejna fala wysiłków, by māori ożywić i odżywić. Rząd przeznacza całkiem spore środki na realizację planu zgodnie z którym w 2040 māori ma mieć milion użytkowników. Siłą rzeczy oznaczałoby to, że jakaś -nie tak znowu nieznaczna- część Nowozelandczyków europejskiego pochodzenia (Pakeha) musiałaby się tego języka nauczyć.

Czy tak będzie? Już dziś łatwo zauważyć nadawanie dzieciom maoryskich imion czy wplatanie do wypowiedzi po angielsku maoryskich słów-kluczy (jak tikanga Māori czy whānau), pojawia się całkiem sporo podręczników typu rozmówkowego (“Maori at home”, “Maori at work”, “A Maori phrase a day” itd.), które wydają się obliczone nie na naukę typu akademickiego, a na pokazanie, że zastąpienie codziennych fraz maoryskimi odpowiednikami nie jest trudne (no i że po maorysku spokojnie można mówić na tematy zawodowe).

Czas pokaże. Osobiście jestem sceptyczny co do szans, by māori stał się głównym językiem życia codziennego znaczącej części populacji, ale bardzo optymistyczny jeśli chodzi o jego przetrwanie i rozwój – jego symboliczny bagaż i ładunek wartości jest na tyle ważny, że znajdą się chętni, by przez mówienie w māori pokazywać kim są i skąd są. Oczywiście taki wyuczony māori będzie (już jest!) inny od odziedziczonego, ale nic nie może pozostać niezmienne.

Najbardziej uderzające przy przeglądzie historycznych źródeł jest to, że już na przełomie XIX/XX wieku wielu ekspertów (i samych zainteresowanych) było przekonanych, że na maoryski i maoryjskość nie ma w ówczesnym świecie miejsca, ich wyginięcie jest nieuchronne. Maorysi utraciwszy po kawałku ziemię, trawieni chorobami, byli “ludźmi wygasłego wejrzenia” (by zacytować antropologa piszącego o czymś innym), pozbawionymi energii, skazanymi na odejście w cień. Tak się jednak, jak dotąd, nie stało. Trochę mana zostało?

Teksty

W części “Teksty” warto przytoczyć dwa ciekawe dokumenty prawno-międzynarodowe. Najpierw, chronologicznie późniejszy, Traktat z Waitangi (Te Tiriti o Waitangi) podpisany 6 lutego 1840 na mocy którego (a w każdym razie jego angielskiej wersji) wodzowie zrzeszeni w Konfederacji Plemion Nowej Zelandii bezwarunkowo zrzekali się suwerenności na rzecz Królowej Anglii, stając się jej poddanymi i oddając pod jej opiekę, a także uzyskując gwarancje poszanowania prywatnej bądź rodzinnej własności ziemi, łowisk i innych posiadłości (“the full exclusive and undisturbed possession of their Lands and Estates Forests Fisheries and other properties which they may collectively or individually possess”).

Traktat miał jednak i wersję maoryską, której najważniejsze fragmenty mówią (jak widać ortografia trochę odbiega od współczesnej):

“Ko te tuatahi. Ko nga Rangatira o te wakaminenga me nga Rangatira katoa hoki ki hai i uru ki taua wakaminenga ka tuku rawa atu ki te Kuini o Ingarani ake tonu atu—te Kawanatanga katoa o ratou wenua.”

Pierwsze. Wodzowie konfederacji (dosł. zgromadzenia) i wszyscy Wodzowie którzy przystąpią do tej konfederacji, oddają w zupełności (ka tuku rawa atu; rawa – absolutnie) Królowej Anglii na zawsze (ake – zawsze; tonu – ‘zaprawdę’ atu – ‘w dal’), całą Władzę (kawanatanga) nad ich ziemią.

Ko te tuarua Ko te Kuini o Ingarani ka wakarite ka wakaae ki nga Rangatira ki nga hapu—ki nga tangata katoa o Nu Tirani te tino rangatiratanga o ratou wenua o ratou kainga me o ratou taonga katoa. (…)

Drugie. Królowa Anglii ustala i pozwala wodzom, plemionom (hapu), wszystkim ludziom (tangata katoa) Nowej Zelandii, na absolutną (tino) władzę wodzowską (rangatiratanga) nad ich ziemią (whenua), ich domami (kainga) i ich wszystkimi skarbami (taonga)

Zasadniczym problemem jest tu to, że to, co wodzowie zachowują jest wyrażone zrozumiale (tino rangatiratanga – absolutna władza) zaś to, czego wodzowie się zrzekają, ‘sovereignty’ z angielskiego tekstu, jest przetłumaczone neologizmem Kawanatanga, przy czym Kawana to po prostu ‘governor’. Dość wątpliwe, by wodzowie dokładnie rozumieli co to znaczy.

Żeby było jeszcze ciekawiej, niecałe pięć lat wcześniej, 28 października 1835 również w Waitangi podpisano deklarację niepodległości – w ówczesnej ortografii: “He Wakaputanga o te Rangatiratanga o Nu Tireni” (teraz byłoby Whakaputanga – ‘ogłoszenie’ dosł. ‘wyciągnięcie na zewnątrz’) w której ogłoszono powstanie niezależnego państwa “Wenua Rangatira (po ang: Independent State) o nazwie “Ko te Wakaminenga o nga Hapu o Nu Tireni” (dosł. Konfederacja/zgromadzenie plemion Nowej Zelandii, a po angielsku “The United Tribes of New Zealand”).

Nowo ogłoszone państwo zwróciło się do Króla Anglii z prośbą o opiekę (that he will become its Protector from all attempts upon its independence), a dosłownie:

(…) koia ka mea ai matou ki te Kingi kia waiho hei matua ki a matou i to matou Tamarikitanga kei wakakahoretia to matou Rangatiratanga.

Zatem mówimy Królowi, żeby był dla nas (kia a matou) ojcem (matua) w naszym dzieciństwie (Tamarikitanga; tamariki – dzieci) inaczej (kei) będzie odebrana (whakahoretia) nasza niepodległość.

Deklaracja definiuje władzę nad ziemią tak:

Ko te Kingitanga ko te mana i te wenua o te wakaminenga o Nu Tireni ka meatia nei kei nga Tino Rangatira anake i to matou huihuinga

'Władza (Kingitanga) czyli władza nad ziemią (mana i te wenua) konfederacji Nowej Zelandii jest sprawowana tylko przez Absolutnych Wodzów (Tino Rangatira) z naszego zgromadzenia.'

Co ciekawe, moment dalej pojawia się też pojęcie Kawanatanga: (…) e kore e tukua e matou te wakarite ture ki te tahi hunga ke atu, me te tahi Kawanatanga hoki kia meatia i te wenua o te wakaminenga o Nu Tireni

‘i nie oddamy (tukua, strona bierna ‘nie odda się przez nas’!) ustalać praw (ture) innym grupom, ani rządowi (Kawanatanga) żeby to robił na ziemi konfederacji Nowej Zelandii’

Konkludując – ogłaszając niepodległość wodzowie mówili o tym, co na mocy Traktatu z Waitangi mieli zachować – rangatiranga występuje jako odpowiednik niepodległości/niezależności. To, czego się zrzeczono w Traktacie, kawanatanga nie było pojęciem całkowicie nieznanym, ale nie ma jasnej definicji. Co więcej, w Traktacie ani razu nie pojawia się odniesienie do te mana i te whenua ‘władzy nad ziemią’, która w Deklaracji jest pojęciem podstawowym służącym do definiowania władzy politycznej (Kingitanga).

Oczywiście oba dokumenty były przygotowane przez Brytyjczyków w celu “oczyszczenia przedpola” to jest uchronienia się od ewentualnych roszczeń innych państw europejskich, czy przedsiębiorczych osób prywatnych (teoretycznie, wzorem USA, “niepodległość” mogłaby ogłosić jakaś grupa osadników…) i objęcia Nowej Zelandii “opieką”, ale sam fakt ich istnienia, zwłaszcza zawarcia Traktatu, ma duże znaczenie.

Szczególnie istotne dla losów māori ma ujęcie w Traktacie pojęcia taonga ‘własność; skarb’, którego zachowanie Korona gwarantuje wodzom. Linia argumentacji, opierająca się na tym, że taonga niekoniecznie musi być czymś materialnym, słowo to może się odnosić również do dóbr kultury i duchowego dziedzictwa, posłużyła jako podstawa prawna do uznania przez sądy prawnej odpowiedzialności nowozelandzkiego państwa za zachowanie języka māori, właśnie jako taonga

Zasoby i eksperyment?

W tym miejscu pojawią się wkrótce linki do zasobów językowych.

A na razie pytanie: ponieważ māori – w odróżnieniu od większości innych języków cyklu – jest językiem którego się właśnie (choć niezbyt intensywnie) uczę, w sumie mógłbym poświęcić trochę czasu na uporządkowanie i publikację moich notatek i słowniczków, gdyby komuś miało to pomóc. Jest sens?

Esperanto [Hekatoglot 1/100]

Esperanto?

Stawiam, że prawie każdy coś słyszał o esperancie, ale może nie wiedzieć, co to konkretnie jest. Otóż esperanto to najszerzej znany i używany język sztuczny (inny, chyba lepszy termin: „zaplanowany”), czyli taki, który powstał nie oddolnie, w wyniku kontaktów między członkami jakiejś społeczności, ale w sposób zaplanowany z góry przez jednego człowieka (względnie małą grupę).

Inicjatorem esperanta (celowo nie piszę „twórcą”, powinno się to wyjaśnić niżej) był Ludwik Lejzer Zamenhof, który był… białostocczaninem z urodzenia, a warszawiakiem z wyboru, a co do przynależności „narodowej” sprawa jest bardziej skomplikowana. Był „synem ziemi polskiej” ale prosił, żeby nie nazywać go Polakiem. Jego ojczystym językiem był jidysz, ale językiem ojczystym jego dzieci był już polski (nie, nie esperanto). Był żydem, ale z biegiem czasu porzucił młodzieńczy syjonizm, a sam judaizm w istocie proponował zastąpić religią wprawdzie czerpiącą z jego tradycji i wartości, ale bardziej uniwersalistyczną (jego kolejne projekty – „hilelizm” i „homaranizm” nie zyskały popularności, ale coś z nich zostało w samym esperancie). Z pewnością był konsekwentnym anty-nacjonalistą, który poświęcił życie próbom realizacji marzenia o zjednoczeniu całej ludzkości, wbrew podziałom, ponad granicami.

Ostatnia fraza brzmi tak naiwnie i staroświecko, że aż trudno brać ją na poważnie. Ale koniec XIX wieku był czasem utopijnych wizji – a w porównaniu do próby przywrócenia do życia języka hebrajskiego, jaką mniej więcej w tym samym czasie podjął inny Lejzer – Eliezer Ben Yehuda, wizja Zamenhofa –prosty w nauce język pomocniczy w celu międzynarodowego porozumienia- wydawała się o wiele bardziej realistyczna.

Twórca?

Nie chcę tu pisać ani biografii Zamenhofa, ani wczesnej historii esperanta, (choć i jedno i drugie to ciekawy temat), ograniczę się więc do garści „biograficzno-historycznych” uwag, bez których nie sposób się obejść:

1) Zamenhof opisał podstawowe zasady języka i wywarł silny wpływ na jego rozwój, ale nie uważał go za swoją prywatną własność i nie sterował nim jednoosobowo;

2) Praktycznie od samego początku esperanto to nie tylko język, ale i Movado (ruch), a oba (tak jak chciał Zamenhof!) współkształtują i współtworzą –czasem w toku burzliwych sporów- wspólnie wszyscy użytkownicy;

3) Zarówno na poziomie języka, jak i zasad i ideałów esperanckiego ruchu, Zamenhof inicjował, dawał impuls, ale nie wszystkie jego propozycje przyjmowały się w praktyce, czy to w przypadku poszczególnych form językowych (np. Zamenhof używał słowa „evolucio”, ale przyjęło się „evoluo”, a bardziej ogólnie – to jak mówił nie stanowi normy czy wzorca ‘dobrego’ esperanta), czy to w sferze, nazwijmy to, „duchowej”, gdzie homaranizm nie znalazł oddźwięku;

4) To, że ogół esperantystów nie był zainteresowany tworzeniem czegoś w rodzaju ruchu religijnego, nie oznacza, że nie przyjęły się szersze, trochę pokrewne, intuicje. Przeciwnie, esperanto zawsze było i nadal jest co do zasady kosmopolityczne, idealistyczne, niekomercyjne;

5) Nie mam wątpliwości, że esperanto jest zarówno żywym, organicznie rozwijającym się językiem, jak i żywą kulturą. Choć nie ma miejsc, gdzie byłoby językiem urzędowym, esperantujo, czyli wirtualna społeczność esperantystów – istnieje; oczywiście nie każdy, kto włada esperantem, jednocześnie jest aktywistą, członkiem czy sympatykiem ruchu esperanckiego… ba, równie dobrze może zupełnie nie podzielać jego ideałów! Ale dokładnie tak samo jest w przypadku użytkowników języków etnicznych i związanych z nimi społeczności (i tożsamości)

Sukces?

Całkiem częstym skojarzeniem, jakie budzi nazwa esperanto jest „projekt, który się nie udał”. Z jednej strony, trudno się dziwić – każdy widzi, że esperanto nie jest powszechnie używanym językiem międzynarodowej komunikacji, jakim miało się stać. Ale to, że nigdzie nie pełni pierwszoplanowej roli, nie znaczy przecież, że w ogóle go nie ma…

Nie trzeba daleko szukać, żeby zobaczyć, że przekonanie, że „esperanto należy do przeszłości”… samo należy do przeszłości. To znaczy było wyrażane już bardzo dawno temu. Przytacza je na przykład wspominając swoje dzieciństwo (czyli lata 40-te), jeden z najlepiej znanych esperantystów, Claude Piron – a z dzisiejszej perspektywy twórczość pokolenia Pirona to jedna z najważniejszych faz rozwoju esperanta.

Trochę to przypomina sinusoidę – fale dynamicznego rozwoju, przecinane przez katastrofy: najpierw pierwszą wojnę światową, która zburzyła fin-de-siecle’owy idealizm pierwszej generacji esperantystów, potem prześladowania w hitlerowskich Niemczech i stalinowskim ZSRS, które uderzyły w drugie pokolenie, jakie zdążyło się wykształcić w reakcji na koszmar pierwszej światowej…

Później już nie traumatycznie, ale wciąż falowo: lata ’60-te i pierwsze (i przez długi czas – jedyne) dwa filmy fabularne, esperanto jako język urzędowy mikropaństwa „La Insulo de la Rozoj” itd… Przełom 80-tych i 90-tych przyniósł z kolei upadek esperanckich państwowych wydawnictw w niektórych demoludach, co było dużym ciosem dla esperanckiego rynku wydawniczego. W czasach nam bliższych internet znacznie ułatwił nawiązywanie i utrzymywanie kontaktów i esperanto dość szybko się w nim zadomowiło. Po erze kursów korespondencyjnych, przełomem dla „widoczności“ języka było pojawienie się (w 2006) platformy lernu.net, a kolejny miał miejsce w 2016 wraz z kursem na Duolingo.

Na podstawie ekstrapolacji z cząstkowych danych (jak aktywność w esperanto w mediach społecznościowych) liczbę użytkowników szacuje się nawet na 2 miliony. Ale bardzo podobne szacunki – i podobne do zgłaszanych i dzisiaj wątpliwości ile z tych osób faktycznie regularnie używa esperanta – pamiętam i sprzed 20 lat.

Choć nie wygląda na to, by esperanto miało w najbliższej przyszłości zawojować świat, a jego aktywna społeczność to raczej „małe setki“ tysięcy, niż miliony osób, to jak na język o niewielkiej skali i bez państwowego zaplecza, esperanto jest nad podziw żywotne. Google translate, duża wikipedia, obecność w sieciach społecznościowych, a w świecie „analogowym“ – rynek muzyczny i wydawniczy, organizacje polityczne i społeczne, kongresy, Pen-Club, Pasporta Servo, czyli couchsurfing dawno przed couchsurfingiem… mało który mały język (i żaden inny język sztuczny) dysponuje czymś takim.

Zaryzykuję twierdzenie, że idealistyczny etos esperanta jest jednocześnie jego słabością i siłą. Łatka języka „z innej epoki”, czegoś dla hobbystów, pensjonarek, „nieszkodliwych dziwaków” czy wręcz „nawiedzonych” już na starcie odstręcza osoby myślące praktyczniej (np. w zasadzie nigdy nie było poważnej próby wykorzystania esperanta w biznesie). Trudno przeczytać najłatwiej dostępne kursy i książki dla początkujących bez wrażenia dziecinności czy rozbawienia (dla mnie ciężki do przejścia był Julio Baghy z jego „kortuŝa [wzruszające dosł. dotykające serca] to” i „kortuŝa tamto”). Ale równocześnie ten sam etos sprawia, że w esperantujo jest, mam wrażenie, wyjątkowo dużo bezinteresowności i otwartości, kultury dostępnej po kosztach, albo w ogóle za darmo, no i ludzi – życzliwych pasjonatów. To nie przypadek, że mimo że esperanto nie jest przekazywane z pokolenia na pokolenie w ten sam sposób co języki narodowe i etniczne, od wielu lat przyciąga kolejnych i kolejnych użytkowników.

Esperanto żyje!

Choć zdecydowaną większość użytkowników esperanta stanowią (i zawsze stanowiły) osoby, które nauczyły się go jako obcego, to esperanto żyje nie tylko w tym sensie, że jego społeczność wciąż odnawia się poziomo, przez kooptację. Istnieją też, jak najbardziej, rodzimi użytkownicy, dla których esperanto jest – w niektórych przypadkach już od kilku pokoleń – jednym z języków ojczystych. Takich osób (w esperanto – denaskuloj dosł. ‘odurodzeniowcy’) jest może kilka tysięcy (nikt nie wie ilu dokładnie). W ruchu esperanckim nie odgrywają centralnej roli ani ze względu na liczebność (stanowiąc może 1 proc. ogółu użytkowników), ani jako wzorzec językowy do naśladowania (przeciwnie: język denaskuloj, który wykazuje specyficzne tendencje, explicite NIE jest wzorcowym esperantem), ale są, i to jest tu najistotniejsze. Esperanto żyje w pełni – w jego rozwoju próby ustanowienia odgórnych norm ścierają się z różnicami zdań i instynktami językowymi użytkowników rodzimych i nierodzimych.

Jego specyfika (długa historia, agenda społeczno-polityczna, rozproszenie po świecie przy połączeniu sieciami kontaktów, liczba użytkowników na tyle mała, że możliwe jest ogólne ujęcie, ale na tyle duża, by wyciągać statystycznie istotne wnioski) dostarcza świetnego pola do badań nad tak różnymi sferami jak polityka językowa (dlaczego esperanto zyskało sporą popularność, ale nie przekroczyło progu oficjalnego użycia?; co sprawia, że jakaś forma zyskuje, bądź nie, akceptację?) czy psycholingwistyka (jak ludzie uczą się esperanta?; jak różni się esperanto osób o różnych językach ojczystych?; jak język denaskuloj odbiega od normatywnego esperanta?), które mogą być cennym punktem odniesienia także dla innych języków…

Esperanto działa!

Oprócz pytań natury lingwistycznej esperanto stanowi ciekawy punkt wyjścia dla rozważań kilku bardzo aktualnych, ważkich i budzących emocje tematów społecznych. Zanim przejdę do grupy bardzo aktualnych pytań innej natury, dla których esperanto stanowi ciekawy punkt zaczepienia, kilka zdań poświęcę (wreszcie!) temu, jak esperanto działa.

Słownictwo

Esperanckie słownictwo budowane jest z rdzeni występujących w językach narodowych (w praktyce: europejskich), przy czym wyraźnie widać wysiłek, by jako całość było maksymalnie ‘międzynarodowe’, to jest nie kopiowało żadnego konkretnego języka czy ich grupy. Mimo to nietrudno dostrzec dominację rdzeni pochodzących z języków romańskich (la ‘rodzajnik określony’ filo ‘syn’ paroli ‘mówić’, iri ‘iść’, bona ‘dobry’, amiko ‘przyjaciel’, koro ‘serce’, lingvo ‘język’ itd.), okraszonych sporą –zwłaszcza w podstawowym zasobie słownictwa liczbą słów niemieckich (knabo ‘chłopiec’, verko ‘dzieło (np. literackie)’, ŝati ‘lubić, cenić’ hejmo ‘dom [w znaczeniu odpowiadającym home, house to słowiańskie domo] itd.). Słowa innego pochodzenia to już margines – jedynie zasób spójników, partykuł i małych słów funkcyjnych jest naprawdę eklektyczny (greckie kaj ‘i’ łacińskie sed ‘ale’ polskie ĉu ‘czy’, angielskie jes ‘tak’)

Regularność

Esperanto z założenia miało być językiem łatwym do nauki, a osiągnięciu tego celu służyła przede wszystkim regularność form i bezwyjątkowość –bardzo uproszczonej w stosunku do języków europejskich- odmiany. I tak w esperanto nie ma rodzajów, a czasownik nie odmienia się przez osoby i liczby, a formy czasów i trybów tworzone są regularnie zawsze z takimi samymi końcówkami (-as cz. teraźniejszy –is cz. przeszły –os cz. przyszły, -us tryb warunkowy, -u – tryb rozkazujący, -i bezokolicznik itd). Działa to mniej więcej tak:

Ĉu vi parolas esperante? Czy mówisz po esperancku?

Jes, mi parolas esperanton.

Li parolis esperante On mówił po esperancku

Ŝi parolos esperante Ona będzie mówić…

Se mi povus, mi parolus esperante kun vi Gdybym mógł, mówiłbym z Tobą…

Ni parolu esperante! Mówmy po esperancku!

-e które widać w esperante to końcówka tworząca przysłówek (po esperancku, na esperancki sposób). W esperancie wszystkie rzeczowniki kończą się na –o, wszystkie przymiotniki na –a, a wszystkie przysłówki na –e, o czasownikach już mówiliśmy.

Przy tym rdzenie są bardzo łączliwe i łatwo przechodzą między kategoriami słów ili gitaris bone ‘oni dobrze gitarowali’ można powiedzieć też ili bone ludis la gitaron (ludi = grać)

–n w gitaron (i wcześniej w esperanton), to końcówka biernika, jedynego, poza mianownikiem, przypadka przez jaki odmieniają się (regularnie) esperanckie rzeczowniki i przymiotniki

Ĝi estas bona libro ‘to jest dobra książka’ ALE: Mi legis bonaN libroN Czytałem dobrą książkę

Do tego biernik jest też –jak w łacinie- niezbędny do wyrażania punktu docelowego.

Mi iras hejmen – idę do domu Mi estas hejme – jestem w domu

Pod tym względem morfologia esperanta jest zatem bardziej, nie mniej, skomplikowane niż ta języków romańskich czy choćby angielskiego. Powodem jest tu chęć zachowania maksymalnie swobodnego szyku zdania, tak żeby mi ne kredas vin, mi vin ne kredas i vin mi ne kredas znaczyły to samo (czyli „nie wierzę Ci”)

Regularne są też tzw. tabelvortoj czyli okoliczniki wyrażające czas, miejsce czy przyczynę. Skoro kio– co?; nenio – nic; a io – coś; kie – gdzie?; nenie – nigdzie; ie – gdzieś; a kiam – kiedy? to chyba łatwo zgadnąć co znaczy neniam czy jak powiedzieć ‘kiedyś’?

Sufiksacja czyli słowa-układanki

Esperanto jest bogate w prefiksy i sufiksy (czyli cząstki dodawane odpowiednio przed i po rdzeniu), które modyfikują znaczenie podstawowego wyrazu, pozwalając na tworzenie nowych, na ogół łatwych do zrozumienia słów. I tak –et, oznacza mniejszy, a Ĝ większy rozmiar lub intensywność, (mi petas – proszę, mi petegas = błagam; mi ridas = śmieję się, mi ridetas = uśmiecham się); -ul to człowiek (lub zwierzę) charakteryzujący się jakąś cechą (junulo = młodzieniec; mamulo = ssak); -il to narzędzie; komputilo = komputer; znane warszawiakom veturilo = pojazd bo veturi=podróżować; -an to członek jakiejś grupy; -iĝ ‘stawać się’ juniĝi – młodnieć –ig ‘powodować’ junigi odmładzać; pensigi ‘skłaniać do myślenia’

Przykładowe prefiksy, np. ek- rozpoczęcie czynności (eklerni – zacząć się uczyć); sam- współ (samideano = współideowiec, określenie dla esperantystów); sen– bez; senduba – niewątpliwy

Słowa można składać z wielu sufiksów, czego świetnym przykładem jest nazwa ruchu religijnego proponowanego przez Zamenhofa: homo = człowiek; –ar = sufiks oznaczający zbiorowość; (wbrew pozorom, homaro to nie homar, a ludzkość), –an = członek; ism = izm; a razem „uważanie się za członków ludzkości” (czyli ‘wszyscy ludzie są braćmi’)

Składać można nie tylko prefiksu, ale i rdzenie, jak w kortuŝa czy tych przykładach scii – wiedzieć povi móc; voli – chcieć; scipovi; ‘wiedzieć jak, umieć, potrafić’ scivoli ‘być ciekawym, chcieć wiedzieć, zastanawiać się’

Wszystko to razem wzięte oznacza, że możliwości słowotwórcze esperanta robią wrażenie, choć nie doszliśmy jeszcze do najciekawszego –moim zdaniem- elementu…

Życie własne sufiksów, czyli wszędzie –izmy

„Izm” jest jedynym przychodzącym mi do głowy sufiksem języka polskiego, który „żyje własnym życiem”, to jest, może stać się pełnoprawnym rzeczownikiem (np. „mam już dość czytania o tych wszystkich izmach”). Jedną z najbardziej charakterystycznych cech esperanta jest to, że w nim wszystkie sufiksy tak się zachowują

I tak, ilo ‘narzędzie’; ege ‘w dużym stopniu, bardzo’ a aĉulo ‘straszny gość’ –aĉ to sufiks tworzący pejoratywy; igis = powodował

Maszyneria języka kontra paleta słów; regularność kontra rozpoznawalność

System słowotwórczy esperanta jest bardzo wydajny, to prawdziwa maszynka do automatycznego tworzenia nowych słów. Wystarczy znajomość kilkudziesięciu sufiksów i kilkuset rdzeni by użytkownik esperanta, mógł wyrazić wszystko, co tylko chce powiedzieć, w razie potrzeby ad hoc tworząc, składając nowe formy, które będą zrozumiane dzięki kontekstowi i „klocków”, z jakich są złożone.

Przeciwstawną strategią rozwoju słownictwa, opartą na dążeniu do maksymalnej precyzji, jest zapożyczanie (ze znanych sobie języków, które stanowią typowe źródła esperanckiego słownictwa) nowych rdzeni, o bardziej wyspecjalizowanym znaczeniu. Na przykład zamiast supreniri (‘w-górę-iść’ wchodzić w górę, wspinać się) można powiedzieć ascendi.

Pierwsza strategia ma tę zaletę, że nie trzeba przy niej uczyć się tysięcy słów. Wymaga za to bardzo dobrej, automatycznej wręcz, znajomości systemu reguł słowotwórczych esperanta, a znaczenia powstałych w jej wyniku formy są nieprzejrzyste dla kogoś, kto esperanta nie zna (wystarczy porównać, jak rozpoznawalne są homo czy ideo, a jak homaranismo czy samideano).

Napięcie między regularnością a rozpoznawalnością musi być szczególnie silne w przypadku esperantystów, których językiem ojczystym jest jakiś język romański. Oni przecież już na starcie znają dosłownie tysiące rdzeni, a typowo esperanckie słowotwórstwo jest dla nich nieintuicyjne.

Świetnym przykładem jest tu prefiks mal– oznaczający przeciwieństwo, który znacznie ogranicza liczbę rdzeni do nauki: bona – dobry; malbona – zły; juna – młody; maljuna – stary; dekstra – prawy; maldekstra – lewy; fermi – zamknąć; malfermi – otworzyć; aperi – pojawić się; malaperi – zniknąć itd.

Problem w tym, że dla użytkowników języków romańskich ten prefiks kojarzy się ze znaczeniem ‘zły’, a niektóre z tworzonych za jego pomocą form wyglądają niezrozumiale lub niezgrabnie (czemu mówić „źle-prawy” czy „źle-zamknąć”???). Podobnych problemów jest więcej…

Seksizm?

W esperanto teoretycznie nie ma rodzaju gramatycznego (poza zaimkami trzeciej osoby lp. li=on ŝi=ona ĝi=ono/to), ale nazwy członków rodziny oraz słowa mężczyzna/kobieta, chłopiec/dziewczynka tworzy się wg. schematu, w którym ojciec, syn, brat etc. to normalny, rozpoznawalny rdzeń: patro, filo, fratro

ALE matka, córka, siostra etc. to ten sam „męski” rdzeń plus sufiks –ino (który może kojarzyć się raczej ze zdrobnieniem) patrino, filino, fratrino

Mężczyzna = viro (prawie jak w łacinie), ale kobieta to virino (gwoli ścisłości – słowo femino istnieje, ale nie należy do słownictwa nauczanego na samym początku), rodzice to gepatroj, rodzeństwo to gefratroj itd. czyli też z męską formą jako podstawową.

Również i tu regularność ściera się z przejrzystością. Wystarczy porównać: patro kaj patrino estas gepatroj z hipotetycznym patro kaj matro estas parentoj, by ocenić, która wersja jest łatwiej zrozumiała dla laika. Ale to nie jedyna trudność.

Jak można się domyślać, i słowa typu virino czy patrino, sufiks –in, a także zestaw zaimków, co najmniej od pokolenia wywołują silne kontrowersje, czy wręcz zarzuty, że esperanto jest seksistowskie. Prób rozwiązania jest wiele, np. przez wprowadzenie zestawu niebinarnych zaimków; poszczególne propozycje reform nie są spójne, w praktyce konkurując ze sobą, i wedle mojej wiedzy, żadna nie przyjęła się szerzej (to samo dotyczy zresztą i innych prób „ulepszenia” esperanta, jakich było wiele, a najważniejsza doprowadziła do rozłamu w ruchu i powstania konkurencyjnego języka – Ido)

Gdzie jidysz?

Z sufiksem –in pośrednio związana jest jeszcze pewna mini-zagadka, czy może tajemnica. Pośród podstawowego esperanckiego słownictwa słowa edzo ‘mąż’ i edzino ‘żona’ wyróżniają się tym, że ich pochodzenie nie jest oczywiste, nie kojarzą się z żadnym słowem z języków-źródeł… Z korespondencji Zamenhofa wiemy, że w tym przypadku jako pierwsza powstała forma edzino od której, niejako ‘idąc wstecz’ utworzył on edzo. Inspiracją dla edzino miała być końcówka niemieckiego Kronprinzessin ‘żona następcy tronu’.

Brzmi wiarygodnie? Dla niektórych nie. Bodaj w latach ‘80tych pojawiły się spekulacje, że rzeczywista etymologia edzino jest inna, a prawdziwym źródłem jest słowo języka jidysz ‘rebecn / rebecen’ czyli ‘rabinowa’, tyle że Zamenhof nie chciał tego publicznie przyznać.

Jeśli się weźmie pod uwagę, że jidysz było językiem domowym Zamenhofa, i że znał je na tyle świetnie, że próbował reformować (chyba pierwszy jego projekt językowy to unowocześnione jidysz pisane łacinką), może dziwić, że w esperancie… w ogóle tego jidysz nie widać!

Oczywiście częściowego wyjaśnienia dostarcza konstatacja, że jidysz jest bliskie niemieckiemu i część widocznych w esperancie germanizmów (np. hejmo) równie dobrze może być jidyszyzmami. Ale nie ulega wątpliwości, że Zamenhof celowo pomijał jidysz, mówiąc o swoich źródłach inspiracji, a i z własnym pochodzeniem się nie obnosił. I trudno się dziwić – esperanto wypłynęło na szerokie wody (pierwsze międzynarodowe kongresy) we Francji, która akurat przeszła przez aferę Dreyfusa…

Czymś absolutnie niesamowitym jest to, że przekonanie o istnieniu jakiegoś związku pomiędzy esperantem a żydowskością utrzymywało się nie tylko w hitlerowskich Niemczech („język Żydów i komunistów”), ale i pojawia się do dzisiaj… Tymczasem, jeśli związek był, to prędzej negatywny – stojące za esperantem ideologia języka dla całego świata jest całkowicie sprzeczna z budową osobnego państwa w oparciu o własną religię i również własny, specjalnie ożywiany język.

Eurocentryzm?

Innym stawianym esperantu zarzutem jest to, że wbrew opisywaniu się jako tutmonda ‘ogólnoświatowe’, w istocie jest ono nadmiernie eurocentryczne. I istotnie, trudno uznać esperanto za reprezentatywne dla ogółu języków świata – to w istocie język romańsko-germański z niewielką dozą innych elementów. Do tego korzystanie tylko z europejskich wzorców, jak się wydaje, sprawia, że esperanto posiada elementy, bez których wiele języków świata całkiem dobrze sobie radzi, jak różnicowanie form czasownika ze względu na czas czy tryb, rodzajnik określony, liczba mnoga, albo i resztki rodzaju gramatycznego. Często przywoływane jest np. twierdzenie, że taki indonezyjski jest od esperanta „wyraźnie łatwiejszy”

Z jednej strony zarzut o eurocentryzm jest w oczywisty sposób słuszny. Użytkownicy języków romańskich (a w mniejszym stopniu – wszystkich języków Europy) ucząc się esperanta stoją na uprzywilejowanej pozycji, bo duża część rdzeni łatwo im skojarzyć z czymś już znanym.

Z drugiej – trudno sobie wyobrazić alternatywę. „Część wspólna” występująca między, przykładowo, angielskim, francuskim, rosyjskim, chińskim, sanskrytem i arabskim – jeśli w ogóle istnieje – jest tak mała, że nie może stanowić podstawy do wzajemnie zrozumiałego języka. W praktyce próby większej reprezentatywności musiałyby opierać się na losowym doborze rdzeni z różnych źródeł, tak, że powstała całość, nie byłaby rozpoznawalna dla nikogo…

Esperantyści a weganizm

Weganie, podobnie jak studenci prawa i fani crossfitu, są, jak wszyscy wiemy z memów, szalenie irytujący, bo natrętnie i z wyższością opowiadają wszystkim wokół o swoich życiowych wyborach. Coś podobnego do powyższego stereotypu krąży i na temat esperantystów.

Tu jednak chciałbym zwrócić uwagę nie na to, czy esperantyści „ewangelizują” (niektórzy pewnie tak), ale na to, jak często esperanto zdaje się budzić w postronnych całkowicie bezinteresowne, a przy tym silnie negatywne emocje. Wystarczy przejrzeć uważnie niniejszy tekst, by spostrzec jak wiele, przy tym bardzo różnych, zarzutów przeciwko esperantu przytaczam (a o niektórych, jak „esperanto to język bez kultury!” przecież w ogóle nie wspominam…)

Inne języki sztuczne są zbywane najwyżej wzruszeniem ramion i zdawkowym „e, to głupie”, a niektórzy anty-esperantyści zdają się poświęcać naprawdę bardzo dużo czasu na rozbudowaną i wszechstronną krytykę (najsłynniejszy przykład: http://jbr.me.uk/ranto/index.html)

Z czego to może wynikać? Jestem zainteresowany rozwiązaniem tej zagadki, gdyż w pewnym sensie dotyka mnie osobiście – esperanto jest jednym z naprawdę bardzo nielicznych języków, do których byłem nastawiony negatywnie (ogólnie lubię wszystkie), i w sumie nie do końca potrafię powiedzieć dlaczego…

Esperanto a sprawa polska?

Na koniec dwie-trzy uwagi, o roli, jaką Polacy odegrali w rozwoju esperanta. Zwłaszcza na samym początku była ona duża, i nie chodzi mi o samego Zamenhofa i jego najbliższą rodzinę, ale o to, że wśród najważniejszych twórców, tłumaczy i działaczy pierwszego okresu istnienia esperanta (tj. przed I Wojną Światową), było co najmniej dwóch Polaków – Antoni Grabowski, i Kazimierz Bein (Kabe). Od pseudonimu tego drugiego (i na podstawie jego biografii) powstał czasownik: kabei znaczy ‘zajmować się czymś intensywnie, a potem gwałtownie i bez wyjaśnienia przestać’

Drugi ważny element to audycje radiowe. Niestety, serwis esperancki Polskiego Radia zamknięto w 2006 (po prawie 50 latach nadawania!), ale na szczęście odżył jako prywatny podkast http://pola-retradio.org/ i obok innego ważnego podkastu https://www.podkasto.net/ sprawia że la naskiĝurbo de esperanto (miasto urodzenia esperanta) jest dobrze obecne w esperanckim internecie.

Pewnie znaczących inicjatyw jest więcej (nie jestem esperantystą, nie interesowałem się nigdy działaniem ruchu w Polsce), ale nie mam wątpliwości, że Polska bynajmniej nie jest jednym z najważniejszych ośrodków esperanta na świecie (w Europie Środkowej byłyby to pewnie Węgry).

Być może (nie badałem tej historii) jakąś rolę w tym odegrały tzw. polaj eventoj (polskie wydarzenia), czyli zmiany władz polskich organizacji esperanckich podczas stanu wojennego i zaburzenia w relacjach z organizacjami światowymi.

Dla chcących przyjrzeć się nieco bliżej – teksty

Cóż lepiej może służyć jako ilustracja esperanta-języka i esperantyzmu jako ruchu, niż fragmenty „La Bulonja Deklaracio” (Deklaracja z Boulogne-sur-Mer przyjęta podczas I kongresu esperanckiego by wyjaśnić wątpliwości narosłe wokół esperantyzmu i zdefiniować jego cele)? Oto jej punkt pierwszy:

La Esperantismo estas penado disvastigi en la tuta mondo la uzadon de lingvo neŭtrale homa, kiu "ne entrudante sin en la internan vivon de la popoloj kaj neniom celante elpuŝi la ekzistantajn lingvojn naciajn", donus al la homoj de malsamaj nacioj la eblon kompreniĝadi inter si, kiu povus servi kiel paciga lingvo de publikaj institucioj en tiuj landoj, kie diversaj nacioj batalas inter si pri la lingvo, kaj en kiu povus esti publikigataj tiuj verkoj, kiuj havas egalan intereson por ĉiuj popoloj. Ĉiu alia ideo aŭ espero, kiun tiu aŭ alia Esperantisto ligas kun la Esperantismo, estos lia afero pure privata, por kiu la Esperantismo ne respondas.

Wszystko jasne, prawda?

No dobrze, więc po polsku to mniej więcej: “Esperantyzm to wysiłek rozpowszechnienia na całym świecie użycia neutralnie ludzkiego języka, który „nie ingerując w wewnętrzne życie narodów i w żadnej mierze nie zamierzając wyprzeć istniejących języków narodowych” dałby ludziom różnych narodów możliwość wzajemnego porozumienia [kompreniĝadi – czynienia się zrozumiałym], który mógłby służyć jako neutralny [paciga – czyniący pokój] język instytucji publicznych w tych krajach, gdzie różne narodowości walczą między sobą o język, i w którym mogłyby być publikowane te dzieła, które równie interesują wszystkie narody. Każda inna idea lub nadzieja, którą ten czy inny esperantysta wiąże z esperantyzmem, będzie jego sprawą czysto prywatną, za którą esperantyzm nie odpowiada”

[…] 3. Ĉar la aŭtoro de la lingvo Esperanto tuj en la komenco rifuzis unu fojon por ĉiam ĉiujn personajn rajtojn kaj privilegiojn rilate tiun lingvon, tial Esperanto estas "nenies propraĵo", nek en rilato materiala, nek en rilato morala. […]

„Ponieważ autor języka esperanto już na samym [tuj – natchmiast] początku odrzucił raz na zawsze wszelkie osobiste prawa i przywileje wobec tego języka, esperanto jest „niczyją własnością”, ani w sensie materialnym, ani w sensie moralnym.”

[…] La sola unu fojon por ĉiam deviga por ĉiuj Esperantistoj fundamento de la lingvo Esperanto estas la verketo "Fundamento de Esperanto", en kiu neniu havas la rajton fari ŝanĝon. […] Ĉiun ideon, kiu ne povas esti oportune esprimata per tiu materialo, kiu troviĝas en la "Fundamento de Esperanto", ĉiu Esperantisto havas la rajton esprimi en tia maniero, kiun li trovas la plej ĝusta, tiel same, kiel estas farate en ĉiu alia lingvo. […]

„Jedyną, raz na zawsze obowiązkową dla wszystkich esperantystów, podstawą języka Esperanto jest dziełko “Fundamento de Esperanto”, w którym nikt nie ma prawa czynić zmian. Każdą myśl, która nie może być dogodnie wyrażona przez ten materiał, który znajduje się w „Fundamento de Esperanto”, każdy esperantysta ma prawo wyrazić w taki sposób który uznaje za najbardziej słuszny [le plej ĝusta], tak samo, jak to się czyni [kiel estas farate – jak jest czynione] w każdym innym języku.”

2. Esperantisto estas nomata ĉiu persono, kiu scias kaj uzas la lingvon Esperanto tute egale por kiaj celoj li ĝin uzas. Apartenado al ia aktiva societo Esperantista por ĉiu Esperantisto estas rekomendinda, sed ne deviga."

„Esperantystą nazywa się każdą osobę, która zna i używa języka esperanto, całkowicie niezależnie [tute egale] od tego, do jakich celów go używa. Przynależność do jakiegoś aktywnego towarzystwa esperanckiego jest rekomendowana [rekomendinda – godna zalecenia] każdemu esperantyście, ale nie zobowiązująca [deviga – czyniąca obowiązek].”

Innym ważnym dokumentem, jest Manifesto de Raŭmo czyli „manifest z Raumy”, przyjęty w tym mieście w 1980 podczas młodzieżowego kongresu esperanckiego i poddający krytyce cele ruchu esperanckiego. Jego obszerne fragmenty:

1. Krizo de identeco
La subskribintoj konstatis kontraŭdiron en la sinteno de la esperantistaro, kvazaŭ konflikton inter idea superegoo kaj egoo: nia superegoo igas nin prediki al la aliaj homoj pri kelkaj mitoj – la dua lingvo por ĉiu / la angla lingvo estas nia malamiko / UN devas adopti Esperanton / ktp – kaj laŭdegi la lingvon eĉ neobjektive okaze de intervjuo; samtempe, inter ni, ni ĝuas kaj aplikas Esperanton laŭ tio kio ĝi efektive estas, sendepende de la pracelaj sloganoj. Tio ja estas krizo de identeco, kaj ni sentas la neceson motivi nian esperantistecon per io pli kohera.

“Kryzys tożsamości. Sygnatariusze odnotowują sprzeczność w postawie [sinteno = dosł. trzymanie się] społeczności esperantystów [-aro = zbiorowość], jak gdyby konflikt między super-ego i ego; nasze superego skłania nas do głoszenia innym ludziom kazań o kilku mitach – drugi język dla każdego / angielski jest naszym wrogiem/ ONZ powinno przyjąć esperanto itd. i chwalić język wręcz [eĉ – nawet, wręcz, aż do] nieobiektywnie przy okazji rozmowy; jednocześnie, między sobą cieszymy się z używania esperanta według tego, czym ono w praktyce jest, niezależnie od sloganów o pra-celach. To jest przecież [ja – partykuła emfazy] kryzys tożsamości i odczuwamy potrzebę oparcia naszego bycia esperantystami [esperantisteco, to nie to samo co esperanteco = esperanckość] o coś bardziej spójnego”

2. Kritiko de praceloj
Ni kredas ke:
– la oficialigo de Esperanto estas nek verŝajna nek esenca dum la 80aj jaroj – oni havu alternativajn celojn;
– la faligo de la angla lingvo estas nek tasko nek zorgo de la esperantistoj: (…) Zamenhof (…) antaŭvidis pli valoran alternativan rolon.

“Krytyka pracelów. Sądzimy że: uczynienie z esperanta języka oficjalnego [oficialigo – oficjalizacja] nie jest ani prawdopodobna [verŝajna] ani niezbędna podczas lat 80-tych; miejmy [oni havu = niech się ma] alternatywne cele]. Obalenie angielskiego to ani zadanie, ani troska esperantystów. Zamenhof przewidywał (dla esperanta) bardziej wartościową alternatywną rolę.

3. Niaj celoj
Ni celas disvastigi Esperanton por pli kaj pli, iom post iom realigi ĝiajn pozitivajn valorojn:
a) propedeŭtiko por lingvoinstruado;
b) kontaktoj inter ordinaraj homoj;
c) kontaktoj sendiskriminaciaj;
d) novtipa internacia kulturo.
Lige kun la lasta valoro, ni emfazas ke la serĉado de propra identeco igis nin koncepti esperantistecon kvazaŭ la aparteno al mem elektita diaspora lingva minoritato. La kresko de niaj fortoj kaj la aliĝo de novaj homoj estas nepre kondiĉitaj de la konsciiĝo pri tiuj ĉi valoroj.

„Nasze cele. Zamierzamy upowszechniać esperanto żeby coraz bardziej, po trochu [iom post iom – trochę po trochu], urzeczywistniać jego pozytywne wartości: a) propedeutykę nauczania języków; b) kontakty między zwykłymi ludźmi; c) kontakty niedyskryminacyjne; d) kultura międzynarodowa nowego typu. W związku z tą ostatnią wartością, podkreślamy, że poszukiwania własnej tożsamości skłoniły nas by myśleć o byciu esperantystami jako o przynależności do pochodzącej z własnego wyboru [mem elektita – wybrana przez siebie] diasporycznej mniejszości językowej. Wzrost naszych sił i przyłączenie się nowych ludzi jest koniecznie uwarunkowane uświadomieniem sobie tych wartości.”

Ni kredas ke la unua jarcento de Esperanto pruvis la taŭgecon de la lingvo por esprimi ĉion; meze de la 80aj jaroj, komence de la dua jarcento, ni devos ekmontri al la mondo ke ni kapablas ankaŭ diri ion – ion kulture originalan kaj internacie valoran.

“Sądzimy, że pierwsze stulecie esperanta, udowodniło zdatność [taŭgecon] tego języka do wyrażenia wszystkiego; w połowie lat 80-tych, na początku drugiego stulecia, będziemy musieli wykazać [ekmontri] światu, że potrafimy także coś powiedzieć – coś kulturalnie oryginalnego i o międzynarodowej wartości”

Myślę, że oba teksty są godne uwagi zarówno ze względu na ich treść, jak i użyty język. Styl „Manifesto de Raŭmo” jest dużo bardziej potoczny (choć to dalej nie jest mówione esperanto), szerzej wykorzystywane są też środki słowotwórcze – przez co trudniej o dosłowne tłumaczenie. Dyskusja o celach oczywiście nie zakończyła się w 1980, a trwa do dzisiaj. Dość łatwo trafić można na esperantystów mających bardzo różne wyobrażenia na temat roli esperanta jako języka i jako ruchu. Esperanto bez wątpienia ma swoje życie wewnętrzne, a także swoją politykę

Materiały

Na sam koniec mały zestaw adresów, pozwalający na samodzielne zorientowanie się w esperancie:
kurs i forum lernu.net, duży słownik vortaro, zbiór tekstów verkoj.com i korpus (przydatny do wyszukiwania słów w kontekście) tekstaro.com

Zatrzymując się tutaj, zapraszam do dyskusji w komentarzach. Tekst -i cały powstający cykl- ma charakter roboczy, a ja chętnie poprawię błędy, uzupełnię niedopowiedzenia i sam dowiem się czegoś nowego.

Peterlin 10. Języki obce w pracy dyplomaty

peterlin10Praca w dyplomacji bywa w internetowych (i nie tylko) dyskusjach przywoływana jako przykład ścieżki kariery w której znajomość języków obcych – w tym rzadziej nauczanych, egzotycznych – jest szczególnie przydatna. Tak się składa, że i jestem dyplomatą, i interesuję się językami. Pomyślałem zatem, by zakończyć swój cykl o różnych aspektach nauki języków kilkoma uwagami o tym, jak to wygląda w (mojej) praktyce.

W poprzednich odcinkach wielokrotnie (może nawet natrętnie?) powracałem do myśli, że język jest narzędziem przekazywania treści, i to na tych treściach, nie na samym języku, warto się skupiać. Inaczej mówiąc, nauka języków obcych samych dla siebie jest może ciekawym ćwiczeniem intelektualnym, ale ma niewielki sens. Znajomość języków, nawet świetna, jest niemal bezużyteczna, jeśli nie jest wsparta bagażem wiedzy pozajęzykowej i wieloma innymi umiejętnościami. Poniższe uwagi – wnioski płynące z moich doświadczeń – uzasadniają tę tezę na konkretnym przykładzie mojej własnej drogi zawodowej.

1. Dyplomata dyplomacie nierówny. Nieco inaczej wygląda praca w Centrali (tj. w samym MSZ), inaczej na placówce. Inaczej w dyplomacji wielostronnej (tj. przy organizacjach międzynarodowych) inaczej w bilateralnej. Każdy kraj ma swoją specyfikę, a ich kontakty z Polską mają różny charakter, atmosferę, tempo i intensywność. Moje przemyślenia wynikają z moich doświadczeń (przez niemal całą pracę w MSZ – Warszawa, Teheran, okazjonalnie Bruksela – zajmowałem się Iranem, a obecnie Izraelem – czyli krajami, których języki narodowe nie są powszechnie znane), a oceny moich kolegów, o innych zawodowych biografiach mogą być zupełnie od moich odmienne.

2. Każdy polski dyplomata teoretycznie (praktyka czasem się różni) powinien znać co najmniej dwa języki obce, w tym angielski. To surowe (inne służby dyplomatyczne stawiają mniejsze wymagania, a w niektórych – anglosaskich – można pracować nie znając dobrze żadnego języka obcego), ale sensowne kryterium. Angielski jest absolutnie nieodzowny, bo w wymianie międzynarodowej bezdyskusyjnie dominuje i przydać się może w każdym regionie świata; z kolei poświadczona znajomość dwóch języków jest silnie skorelowana nie tylko z ogólnym poziomem wykształcenia i rozwoju intelektualnego, ale i z pożądanymi cechami osobowości, takimi jak systematyczność i zdolność do planowania z wyprzedzeniem (kiedyś trzeba było znaleźć czas na kursy i certyfikaty).

3. W kilku regionach świata rolę podobną do tej, jaką angielski odgrywa globalnie, pełnią francuski, hiszpański i rosyjski. Jeśli ktoś chce pracować w tych regionach (chyba oczywiste, w jakich), bezwzględnie powinien znać te języki, inaczej będzie półgłuchy i półniemy. Francuski jest też wysoce przydatny w UE, NATO, niektórych agendach ONZ, etc. Znajomość któregokolwiek z wymienionych, a także i kilku innych używanych bądź w wielu państwach (arabski), bądź też w krajach utrzymujących szeroką sieć placówek dyplomatycznych (turecki, portugalski) ma także ten plus, że gdziekolwiek rzuci nas los, łatwo znajdziemy rozmówców w osobach dyplomatów tychże państw.

4. Im intensywniejsze kontakty z danym krajem, im więcej spraw do załatwienia, tym większa potrzeba znajomości lokalnego języka. Wynika stąd, że znajomość języków afrykańskich czy azjatyckich jest na ogół mniej użyteczna niż europejskich. Niemiecki w Niemczech jest bardziej nieodzowny niż perski w Iranie.

5. Chyba najistotniejsze. Język to tylko narzędzie pracy, jedno z wielu, przy czym wcale nie najważniejsze. Nie zastąpi cech osobowości (łatwość nawiązywania kontaktów), umiejętności warsztatowych (sporządzać zwięzłe i trafne analizy we własnym języku potrafi mniej ludzi, niż zna języki obce), wiedzy ogólnej, zdrowego rozsądku i przytomności umysłu. Niedostatki językowe nadrobić dużo łatwiej niż merytoryczne. Warsztat pracy doskonali się latami, doświadczenia i kontakty zbiera przez całą karierę.

6. W praktyce zdecydowana większość dyplomatów pracujących w krajach takich jak Iran (czy Polska) nie zna lokalnego języka w ogóle, bądź zna go w stopniu pozwalającym na zakupy w sklepie czy rozmowę z taksówkarzem, ale nie codzienną pracę. I dobrze sobie radzą. Kontakty z urzędnikami kraju-gospodarza i dyplomatami państw trzecich odbywają się w języku znanym obu stronom (czyli najczęściej po angielsku) bądź przez tłumacza, a codzienną “prasówkę” przygotowuje i tłumaczy lokalny personel ambasady.

7. Oczywiście w rozmowie albo lekturze prowadzonej przez “pośrednika”, czy będzie to tłumacz, czy trzeci język, giną niektóre niuanse. Znajomość lokalnego języka wnosi wartość dodaną, bo poszerza możliwości i pozwala na większą bezpośredniość kontaktów, ale trzeba jeszcze umieć je nawiązywać i podtrzymywać i po drugie, przezwyciężenie bariery językowej nie usuwa innych przeszkód, jakie mogą istnieć. Nikt nie zmieni swojego stanowiska tylko z sympatii do rozmówcy i podziwu dla jego zdolności językowych, a jeśli obaj reprezentują państwa wzajemnie nieufne, to być może nawet nie pozwolą sobie na poufałość i nawiązanie kontaktów prywatnych.

8.  Warto zaznaczyć, że cokolwiek innego niż rzeczywiście biegła znajomość (rozmowa na tematy fachowe; opowiadanie żartów; zabawa słowem) ma śladową przydatność w pracy dyplomaty. Ktoś ledwie dukający po chińsku, fińsku czy birmańsku może wzbudzić u rozmówców życzliwe zainteresowanie, na zasadzie “ciekawostki przyrodniczej”, ale głębszy kontakt trzeba budować inaczej, przez język, który się naprawdę dobrze zna. Trochę wbrew sobie to mówię, bo moja nauka języków kierowała się (i częściowo dalej kieruje) właśnie zasadą “wszystkiego po trochu”, która, jak pokazuje życie, jest całkowicie niepraktyczna. Co z tego, że znajomość paru słów po irlandzku czy węgiersku sprawia że łatwiej mi nawiązać kontakt (zainteresować sobą, zaimponować?) z Irlandczykami czy Węgrami, skoro dużo bardziej przydałoby mi się ciut więcej wysiłku poświęcić rosyjskiemu (który znam dość dobrze, ale nie na tyle, by uczestniczyć w rozmowie jako pełnoprawny partner) czy nawet perskiemu (teksty filozoficzne rozumiem, ale wiernie streścić nie potrafię – aktywnego słownictwa brakuje)?

Kończąc cykl, warto przypomnieć, że zakończenia ważniejsze są niż początki. Odnoszę wrażenie, że większość dyskusji, w tym prowadzonych tutaj, nie wychodzi wiele dalej niż punkt startu (który język i jaką formułę nauki wybrać? które języki są łatwiejsze/trudniejsze/piękniejsze od innych?). To są pytania być może ważne, ale z pewnością tylko wstępne.

Prawda jest taka, że łatwe bądź trudne są tylko pierwsze etapy podróży, w miarę zbliżania się do biegłości każdy język robi się koszmarnie trudny (ilu pisarzy tworzy w języku innym niż własny? ilu dziennikarzy pisze dla innojęzycznej prasy bez pomocy redakcji/korekty? ilu uczestników wymiany studenckiej studiuje ekwiwalent polonistyki [a tak naprawdę jakąkolwiek humanistykę] i radzi sobie bez taryfy ulgowej?). Właściwsze pytania to "jak wytrwać?", "jak znaleźć czas?" i… "czy warto?".

Żeby na nie odpowiedzieć, należy zdać sobie sprawę z tego, co chce się robić, do czego i w jakim zakresie język jest potrzebny i nie starać się osiągnąć nic ponadto. Znaleźć czas i wytrwałość można w zasadzie jedynie wtedy, kiedy nauka języka (a właściwie doskonalenie, szlifowanie) odbywa się przy okazji kształtowania i ćwiczenia innych, potrzebnych, umiejętności. Takie "dwa w jednym" zwykle nie jest możliwe od samego startu – wyżej napisałem, że minimalny próg biegłości jest w moim zawodzie dość wysoki (bez łatwości wysławiania się i precyzyjnego, dokładnego doboru słów można sobie bardziej zaszkodzić, niż pomóc). Co zatem robić, zanim się go osiągnie? Są dwie strategie:  zdać się na język już znany na satysfakcjonującym poziomie, a o tym "nowym" zapomnieć; i druga, bardziej ryzykowna – uczyć się, ale jak najkrócej, czyli jak najintensywniej, żeby w sensownym czasie (kilka miesięcy; dłuższa mobilizacja wysiłku jest zresztą mało prawdopodobna) móc realnie wykorzystywać nabyte umiejętności.

Polecając pierwszą, sam zamierzam zastosować drugą – stąd moje pożegnanie z Wooflą (żeby znaleźć czas, nie tworzy się go z niczego ani nie bawi w wielozadaniowość, ale rezygnuje z innych zajęć). Jeśli za 2-3 miesiące na peterlin.pl pojawią się wpisy po hebrajsku, będzie to znaczyć, że wybór okazał się słuszny. Jeśli nie, moje pragmatyczne zalecenie tylko się wzmocni.

Pozdrawiam serdecznie, kreśląc się z szacunkiem,

Piotr Kozłowski

Peterlin 9. Kiedy przestać się uczyć. Kilka iluzji.

peterlin9Od początku cyklu powtarzałem po wielokroć, że język jest środkiem wyrażania jakichś treści, ale też narzędziem podkreślania własnej tożsamości (to, jak mówię, świadczy o tym, kim jestem) i budowania relacji społecznych (to, jak do Ciebie mówię, świadczy o tym, za kogo Cię uważam i jak bardzo poważam) a *nie* tylko zestawem słów i reguł istniejącym w oderwaniu od rzeczywistości społecznej. Oczywiście, by móc brać udział w interakcjach, uzyskać dostęp do dóbr kultury itp., trzeba te "słowa i reguły" – warunek konieczny, ale nie wystarczający – opanować. Większość dyskusji, porad, metod nauki języków koncentruje się na tych elementach, bo tak jest łatwiej, szybciej i skuteczniej. "Jak" to w końcu łatwiejsze pytanie niż "dlaczego" i "po co". W kolejnym, ostatnim już odcinku planuję opisać, do czego tak naprawdę przydają mi się języki, ale wcześniej, tu i teraz, chciałbym przestrzec przed kilkoma pułapkami, w jakie można wpaść wskutek zbyt technicznego podejścia do nauki języków i koncentracji na narzędziach nauki i mierzeniu postępów, zamiast na celach rzeczywistych (treści, tożsamości, interakcje).

Nie mam nic przeciwko korzystaniu z narzędzi przyspieszających naukę. Podręczniki, listy frekwencyjne, spreparowane teksty, programy testujące zapamiętywanie – to wszystko super, bo pozwala szybciej dotrzeć do etapu samodzielnego używania nowego języka do czegoś konkretnego (lektura czy rozmowa, czy załatwianie spraw w urzędzie, czy cokolwiek innego). Informacje usystematyzowane i uszeregowane przyswaja się łatwiej, niż przypadkowo dobrane treści. Nauka przy użyciu specjalnie przygotowanych materiałów jest – przynajmniej na początku – efektywniejsza i mniej stresogenna niż "pójście na żywioł", kiedy wszyscy mówią zbyt szybko, a co drugiego słowa trzeba się domyślać. Problem w tym, że łatwo się w tym komforcie zatracić, zapominając, że tak naprawdę chodzi o ten żywioł właśnie. Rzeczywistość zawsze będzie bogatsza od wyobraźni autora podręczników; rozmowa na ulicy czy przez Skype'a – bardziej chaotyczna i nieprzewidywalna niż odgrywane na zajęciach scenki. Chodzi przecież nie o to, by przerobić podręcznik, czy skończyć kurs, ale raczej o to, by chłonąć prawdziwe treści i rozumieć żywych ludzi. Komfort, jaki daje kontrolowane środowisko nauki (czy samodzielnej, czy zorganizowanej) to tylko iluzja i warto o tym pamiętać.

Powiązanym problemem, kolejną konsekwencją traktowania języka jako zamkniętego zbioru faktów (słów i reguł ich składania w zdania) jest iluzja perfekcji. Łatwo przyjąć sobie za pewnik, że istnieje jakiś jeden niezmienny wzorzec języka, i że kiedy go osiągniemy lub się do niego zbliżymy, będziemy mogli przestać się uczyć, bo wszystko wreszcie będzie przychodzić naturalnie; ale dopóki tak nie jest – trzeba się "uczyć języka" w jakiś specjalny, dedykowany sposób. Tymczasem, taki moment nigdy nie nastąpi, bo język żyje i jest współtworzony przez wszystkich swoich użytkowników, z których żaden nie zna go w całości. Kompetencje językowe rodzimego użytkownika nie są mu dane raz na zawsze w jakiś magiczny sposób, ale rozwijają się przez całe jego życie, nie dlatego, żeby świadomie się czegoś uczył (to też, ale na ogół tylko do wejścia w dorosłość), ale równolegle ze zbieraniem życiowych doświadczeń. Jeśli język opisuje świat, to nauki języka nie sposób oderwać od nabywania wiedzy o świecie. Widać to nie tylko na poziomie nieświadomie przestrzeganych reguł rządzących pragmatyką codziennego użycia (kto, kiedy, jak, co i do kogo mówi) ale nawet na poziomie pojedynczych słów.

Czy jeśli wiem, że "larch" to po polsku "modrzew", ale nie mam pojęcia jak taki modrzew wygląda (dla mnie to "jakieś drzewo"), to "znam" słowo "larch", czy nie znam? A czy znam samo słowo "modrzew"? Co się zmieni, kiedy obejrzę trzeci odcinek Monty Pythona i zapamiętam, jak wygląda drzewo, które tam pokazują? Moim zdaniem nie ma potrzeby, by na te pytania odpowiadać; służą tylko do wzmocnienia intuicji, że znajomość języka nigdy nie jest kompletna, że być może zamiast zaliczać testy ze słownictwa warto, bo ja wiem, zapisać się na kurs rozpoznawania drzew?

Przy okazji – we wspomnieniach Feynmana jest kapitalny fragment, kiedy ojciec mówi mu, że wiedza jak nazywa się ptak siedzący przed nimi na gałęzi jest bezużytecznym etykietowaniem, jeśli się nie ma pojęcia, jak ten ptak żyje. Podobnie ze znajomością słów, podobnie ze znajomością języków – co z tego, że wiem jak mówić, jeśli nie wiem, o czym mówię?

Zachęcając do tego, by stawiać sobie wysokie wymagania, jednocześnie zniechęcam do pogoni za językową doskonałością, jeśli rozumiana jest wąsko i w czysto techniczny sposób, bo prowadzi do kolejnej pułapki…

Iluzja wtajemniczenia. Ucząc się języków rzadko nauczanych, egzotycznych, jakkolwiek zwał i osiągając w tym niezłe wyniki, nie raz i nie dwa zdarzyło mi się przyłapać samego siebie na pielęgnowaniu poczucia wyższości w stosunku do tych 'profanów', którym to wystarcza użytkowa (albo i żadna) znajomość perskiego (nie tylko perskiego to dotyczyło, ale niech ten przykład wystarczy), którzy mają fatalny akcent, którzy nie odczytują aluzji literackich itepe. Ja przy nich to ho-ho! Robiłem zakłady z sobą samym: zobaczmy czy – pomimo słowiańskich rysów – mogę sprawić, by mnie brano za Persa. Kiedy się orientują? Po 5, 10, 15 minutach? Bicie takich rekordów wciąga (będzie o tym i niżej) i bawi, podobnie jak rzucanie cytatami z poezji czy powiedzonkami, których znajomości nikt nie spodziewa się od cudzoziemca. Nie mówię, żeby tego nie robić, wprost przeciwnie, to fajna zabawa językiem, sposób na rozluźnienie atmosfery, no i efektywna technika utrwalania wiedzy i doskonalenia umiejętności. Ale jeśli stoi za tym chęć dowartościowania się w czyichś oczach, poczucia się lepszym od kogoś, wtajemniczonym, to nie wygląda to zdrowo. Jeśli czyjś łamany perski nie przeszkadza mu w nawiązywaniu kontaktów i byciu szczęśliwym, to zamiast (w myślach) cmokać z politowaniem, należałoby gratulować i życzyć zdrowia.

Wśród ludzi o zainteresowaniach zbieżnych z moimi, czyli zajmujących się językami mniejszościowymi, to "cmokanie w myślach" pojawia się czasem również w stosunku do "nich", "miejscowych", "tambylców", czyli użytkowników języka, jeśli na przykład posługują się jego "zachwaszczoną", "nieautentyczną" formą. Trochę jak globtroter korzystający z dobrodziejstw globalizacji, by odwiedzić – jak 10 000 globtroterów przed nim – jakieś "egzotyczne plemię" i potem sarkać, że piją tam Coca-Colę i noszą koszulki Manchesteru United, co w końcu jest rezultatem tejże globalizacji.

Cóż, nauka języków rzadkich to ani wyczynowy sport, ani jakaś mistyczna inicjacja. Uczący się nie jest wybrańcem (choć łatwo można tak się poczuć, zajmując się sprawami interesującymi tylko garstkę osób na świecie), a świat nie będzie się naginał do jego wyobrażeń.

Iluzja wyników. Nauka języków to sposób na poszerzenie wiedzy o świecie, nie wyścigi, nie wyczyn, nie rywalizacja. Warto o tym pamiętać, posługując się różnorakimi narzędziami wspomagającymi naukę. Wyżej piszę, że działają, systematyzując i odpowiednio dawkując nową wiedzę; przed osiągnięciem samodzielności językowej pozwalającej na własne poszukiwania są całkiem przydatne. Ale to, co jest zaletą, bywa również i wadą (przykłady z duolingo, bo to akurat znam najlepiej):

Aplikacje wspomagające naukę działają w oparciu o ogólne zasady ugrywalnienia – systemy punktacji, paski postępu, odblokowywanie kolejnych etapów, zdobywanie kolejnych odznak. Wszystko to wciąga, wręcz uzależnia; motywuje do nauki (a raczej do zabawy z programem). Problem w tym, że rozlicza się tu nie z rzeczywistych umiejętności, a z dostosowania się do wewnętrznych reguł rządzących aplikacją, te zawsze są uboższe od rzeczywistości, uproszczone. Duolingo nie karze za pomijanie diakrytyków – żeby zdążyć na czas, pobić rekord, będę pomijał. Na wiele pytań można odgadnąć odpowiedź, wcale jej nie znając; wystarczy eliminacja opcji absurdalnych albo znajomość algorytmu. Skoro elementem przyciągającym jest stałe zaliczanie kolejnych osiągnięć, stopień trudności musi być (i jest) tak ułożony, by przeciętny gracz pozostawał zmotywowany (= musi mieć jakieś sukcesy). Efekt końcowy – można mieć "zrobione na złoto" całe drzewko, bez jakiejkolwiek użytecznej znajomości danego języka (irlandzkiego w moim przypadku).

Powyższe można uogólnić na egzaminy – każdy test ma swoją specyfikę, co umożliwia pójście na skróty ("nauka pod egzamin"; w skrajnych przypadkach – wkuwanie na pamięć całej bazy pytań, jeśli jest zamknięta) – ale także na cały proces konwencjonalnie rozumianej nauki. Podręcznik to mapa języka, zajęcia to gra symulacyjna. Każda mapa upraszcza (mapa w skali 1:1 jest jednocześnie idealnie wierna i kompletnie bezużyteczna), każda symulacja różni się od rzeczywistości, bo jest kontrolowana i bezpieczna (w zawodach paintballowych amatorzy wygrywają z żołnierzami sił specjalnych, bo są od nich śmielsi, bardziej ryzykują; wiedzą, że to tylko farba, ci drudzy reagują jak na prawdziwe kule). Niezależnie od tego, jak wciągające mogą być rozmaite gry i zabawy, w tym językowe, rzeczywistość, chaotyczna, dezorientująca, pozbawiona sztywnych reguł i punktacji, jest o wiele ciekawsza. Nauka języka w stosunku do używania języka jest tylko surogatem, protezą, którą – po raz kolejny powtórzę – jak najszybciej należy odrzucić.

Peterlin 8. Cienie nauki języków rzadkich

peterlin8Były blaski nauki języków rzadkich, pora teraz na cienie. Albo i ciernie, bo czasem uczenie się tego, co nietypowe męczy, uwiera, kłuje. Nie mam wątpliwości, że i tak warto, plusów więcej niż minusów, ale kto spodziewa się miłej przechadzki, ten może się boleśnie pomylić.

Jedną z podstawowych zalet uczenia się języków rzadkich jest wymuszona szczupłością opracowań konieczność kontaktu, konfrontacji wręcz, z odmienną kulturą i jej nosicielami. To też ludzie, ale całkiem inni niż my. Patrząc ich oczyma – a język, mówiąc wzniośle, daje tego namiastkę – widzimy świat od innej strony niż zwykle. Ale, ale. Jedną z podstawowych trudności uczenia się języków rzadkich jest dokładnie to samo – konieczność kontaktu z odmienną kulturą. Co w małej dawce fascynujące, w większej (a nauka języka to proces o dużym natężeniu) może męczyć, to co pięknie wygląda na zdjęciu, z bliska może nie być już tak efektowne. Ironizuję teraz: pasterze krów na sawannie – krowy, kurz, kurz i krowy, półzrozumiałe ceremonie, półzrozumiałe rozmowy. Ile tak można? Że niby nie trzeba się do tego ograniczać? Że i z przysłowiowym Masajem można porozmawiać o kenijskiej polityce, o najnowszych memach, Occupy Wall Street czy nagrodach MTV? No można, tylko nie z każdym i raczej nie w maa, a po angielsku – a chodzi przecież o to, żeby maa poznać. Pamiętamy – wielojęzyczność, różne zakresy użycia różnych języków. Więc siłą rzeczy zostajemy przy tych paru tematach (niekoniecznie trywialnych, niekoniecznie mniej wartych), które normalnie omawia się w maa.

Moi lezgińscy znajomi czytają te same książki co ja, ale czytają je po rosyjsku (na lezgiński nie są tłumaczone – i nic dziwnego), więc żeby omawiać je po lezgińsku, musieliby tłumaczyć sobie w głowie. Można, ale po co? Z lezgińskim jeszcze o tyle dobrze, że powstaje w nim prasa i literatura, jest co poczytać. No tak – tu dochodzimy do kolejnego aspektu tego samego zjawiska – ale ta prasa to wiadomości lokalne, a literatura to impresje na temat bogatej historii walecznych Lezginów. I jedno i drugie często ciekawe, a miejscami fascynujące, ale to mimo wszystko dość wąski zakres tematyczny. To oczywiście w pełni normalne. Lezgini piszą o tym, co ich interesuje i o czym – tego mogą być pewni – nikt inny nie napisze. Nie dziwię się ani nie wybrzydzam, mówię po prostu, że jeśli ktoś chce poznać maksymalnie szeroką panoramę świata (a takie jest jedno z założeń tego cyklu), to musi wiedzieć, że języki niszowe dadzą mu unikalny, ale bardzo wąski jej wycinek.

I jeszcze szyderczy cytat z An Beal Bocht, jednej z moich ulubionych książek (której zresztą nie przeczytałem):

If we're truly Gaelic, we must constantly discuss the question of the Gaelic revival and the question of Gaelicism. There is no use in having Gaelic, if we converse in it on non-Gaelic topics. He who speaks Gaelic but fails to discuss the language question is not truly Gaelic in his heart; such conduct is of no benefit to Gaelicism because he only jeers at Gaelic and reviles the Gaels. There is nothing in this life so nice and so Gaelic as truly true Gaelic Gaels who speak in true Gaelic Gaelic about the truly Gaelic language.

Przypomina to trochę internetowych poliglotów, którzy – jak można sądzić z filmików, jakie wrzucają na YouTube – uczą się nowych języków wyłącznie po to, by opowiadać w nich o tym, w jaki sposób się ich nauczyli. Pogoń za własnym ogonem – przez chwilę bawi, potem nuży, a pożytek niewielki. Ciekawe, że to przy irlandzkim natknąłem się i na wczesną identyfikację (i wyszydzenie) zjawiska, i na próby przeciwdziałania – przykładowo, jednym z celów wydawanego w USA kwartalnika An Gael jest publikowanie pisanych po irlandzku tekstów, które nie dotyczą Irlandii, a jeden z idoli mojej młodości, Panu Hoglund, wychodząc z podobnych przesłanek przetłumaczył na irlandzki Kalewalę (a także np. Fundację Asimowa).

Śmieszno-strasznej momentami fiksacji na punkcie własnego języka wśród mniejszościowych "aktywistów" towarzyszy często specyficzne nastawienie do historii i wyraziste poglądy polityczne. Z jednej strony trudno się dziwić, że społeczności, których dzieje historiografia głównego nurtu pomija nawet w przypisach, z uporem dążą do tego, by świat dostrzegł i docenił ich dorobek. Podobnie jak nas razi pisanie historii Europy pomijającej wszystko, co na wschód od Odry, tak i innych boli, gdy wielonarodowe państwa promują (albo nawet narzucają) punkt widzenia swoich "narodów tytularnych", nierzadko ignorując wkład, jaki w tworzenie wspólnej kultury wnieśli przedstawiciele mniejszości. Polsko-niemiecki spór o Kopernika dziś wygląda abstrakcyjnie (bo wszyscy wiemy, że "Kopernik była kobietą"), ale wcale nie tak dawno był sprawą niezmiernie ważną; dla narodów młodszych i mniejszych niż Polacy i dziś podobne kwestie ("kogo wydaliśmy", "od jak dawna tu jesteśmy") są nad wyraz wrażliwe.

Na tyle wrażliwe, że broniąc własnego miejsca na świecie (czy też je "odzyskując" albo "odkłamując"), bardzo łatwo zapędzić się w mitotwórstwo i ciąg swobodnych skojarzeń (przedgrecką ludnością Grecji byli m.in. Pelazgowie, hm, Pe-lazgi; no tak, pra-Lezgini). Badacz z zewnątrz jest postrzegany jako naturalny sojusznik (interesuje się nami, więc zna, lubi, docenia, działa na rzecz wspólnej sprawy), co stawia go w niewygodnej sytuacji – albo zachowa wierność "sprawie", albo obiektywizm. Angażując się, "robiąc coś" dla krzewienia językowej i narodowej tożsamości (warto to robić!), trzeba uważać, by nie utracić kontaktu z rzeczywistością, ale też by nikogo nie urazić.

Język jest zjawiskiem społecznym, ale także – poprzez swój związek z tożsamością etniczną/narodową – politycznym i jako takie staje się czasem przedmiotem doraźnych rozgrywek. Na świecie jest całkiem sporo miejsc, gdzie zwaśnieni sąsiedzi sponsorują wzajemnie swoje mniejszości etniczne, dążąc do osłabienia rywala, i jeszcze więcej takich, gdzie autorytarna władza obawiając się inspirowanej z zewnątrz działalności wywrotowej czy separatystycznej z dużą podejrzliwością patrzy na wszelki lokalny aktywizm, także językowy. Wplątanie się w taki scenariusz – co może się przydarzyć mimowolnie, w czasie badań terenowych – grozi całkiem poważnymi konsekwencjami (przy czym na ogół dużo gorszymi dla lokalnych informatorów niż dla samego badacza). Nie mówię tu, że trzeba takich badań zaniechać, ale warto zdawać sobie sprawę z szerszego kontekstu, postępować ostrożnie, a polityki, kiedy się tylko da, unikać.

Na koniec wreszcie trudność praktyczna – w bliższym kontakcie z użytkownikami języków rzadkich, nietypowych, kulturowo odległych, okazuje się często, że przezwyciężenie bariery komunikacyjnej (=nauka języka) nie kończy nieporozumień, a czasem wręcz je wzmaga. O ile bowiem od cudzoziemca nie mówiącego po X-owemu nikt nie będzie wymagał, by zachowywał się jak X, o tyle wraz z upływem czasu i coraz większymi kompetencjami językowymi ta taryfa ulgowa się kończy ("mówisz jak my, zachowuj się jak my").

Dostosowanie się do innej normy zachowań w praktyce może okazać się trudne, i to pod wieloma względami. Pominę tu, jako oczywiste, kwestie równościowe – status kobiet i mniejszości – by skupić się na dwu często pomijanych zagadnieniach – autonomii decyzyjnej jednostki i prawie do prywatności. Zaryzykuję tezę, że większość kultur świata przydaje tym dwóm elementom o wiele mniejsze znaczenie niż nasza. W Polsce raczej nie uzależnia się ważnych życiowych decyzji (wybór zawodu czy miejsca zamieszkania, małżeństwo), od opinii rodziców – można je co najwyżej skonsultować. Tymczasem w wielu (i to bardzo różnych) kulturach świata sprzeciwienie się woli rodziców przez dziecko – choćby dorosłe i usamodzielnione – jest piętnowane jako skrajny egoizm. Z prywatnością podobnie – w takim Iranie trudno znaleźć zrozumienie, gdy chce się spędzić jakiś czas bez niczyjego towarzystwa. Można się oczywiście dostosować, co jednym przychodzi łatwiej, a innym nie tak łatwo; można się programowo nie dostosowywać (ale wtedy wychodzi się na chama i prostaka); można wreszcie zachowywać konwenanse, a w środku kipieć z irytacji (ale długo to nie potrwa).

Nauka języków rzadkich jest ciekawą przygodą nie pomimo wyżej opisanych trudności, ale właśnie dzięki nim. Pozwala bowiem skonfrontować własne wyobrażenia na temat historii, tożsamości, tego co jest, a co nie jest ważnym tematem, czy wreszcie tego, jak powinno się żyć na codzień, z odmiennym mikrokosmosem. Nie zawsze jest łatwo i przyjemnie, ale to, co łatwe i przyjemne rzadko bywa wartościowe.

Peterlin 7. Blaski nauki języków rzadkich

peterlin7Poprzedni odcinek zakończyła konstatacja, że język językowi nierówny, jeśli chodzi o status społeczny i zakres użycia. Są języki o zasięgu globalnym, tworzące prawdziwe 'imperia słowa' (polecam przy okazji świetną książkę Nicholasa Ostlera noszącą ten tytuł). Są też języki takie jak polski: język narodowy średniej wielkości państwa, w nim – dominujący, poza nim – praktycznie nieużywany. Zdecydowaną większość języków świata stanowią jednak nie te pierwsze i nie te drugie, ale języki mniejszościowe, o ograniczonej funkcjonalnie sferze użycia (inaczej mówiąc, nie wystarczą, by normalnie funkcjonować we współczesnym społeczeństwie; by korzystać z jego instytucji na równych prawach trzeba znać jakiś dodatkowy język). Poprzednie zdanie może zniechęcać  – po co się uczyć czegoś o ograniczonej użyteczności? – ale moje intencje są zgoła odmienne: chcę pokazać, jakie korzyści może przynieść wysiłek włożony w ich naukę. Najpierw jednak przegląd przedpola, by wyjaśnić o jakich językach i sytuacjach społecznych tu mówię, a o jakich – nie.

Oczywiście język w mniejszościowy gdzieśtam może być większościowy tuż za miedzą (pomyślmy o niemieckim w Polsce i niemieckim w Niemczech) ale takie – bardzo liczne przecież – przypadki pozostawmy na inną okazję.  Kiedy mówię o języku mniejszościowym, czy języku rzadkim (ten bałagan pojęciowy za chwileczkę się wyjaśni), mam na myśli język, który nigdzie, w żadnym kraju nie jest dominujący. Różne to mogą być sytuacje, a mianowicie:

Język narodowy małego państwa – są kraje tak mało ludne albo słabo rozwinięte (przykłady od Samoa po Somalię z Islandią jako przypadkiem brzegowym), że ich język narodowy, mimo że używany przez przytłaczającą większość mieszkańców, z powodów praktycznych (nie ma komu, nie ma za co, nie opłaca się) nie jest używany w administracji, mediach czy szkolnictwie wyższym.

Język narodowy znany mniejszości obywateli – Irlandia jako koronny przykład (irlandzkim włada niecałe 2% Irlandczyków!), ale też np. Kraj Basków, czy – w mniejszym stopniu – Kazachstan. Ważne tu są dwie kwestie – po pierwsze dynamika społeczna może spowodować, że język kiedyś wegetujący, może z czasem przejmować coraz więcej funkcji wraz z krzepnięciem państwowości (porównajmy kazachski dziś i w latach 90-tych; ale z drugiej strony irlandzkiemu niepodległość nie pomogła), i po drugie – że korelacja języka z tożsamością narodową jest słabsza, niż się to na pierwszy rzut oka wydaje (Irlandczycy, przechodząc na angielski, nie stali się przecież Anglikami!).

Język mniejszościowy w państwie z językiem dominującym – łużyckie w Niemczech, kaszubski w Polsce, walijski w Zjednoczonym Królestwie, ale i np. języki Etiopii inne niż amharski czy języki Iranu inne niż perski (w obu tych scentralizowanych językowo państwach językiem 'narodowym' włada jako rodzimym mniej niż połowa obywateli).

Język mniejszościowy w państwie wielojęzycznym bez dominującego języka – myślę tu o niemal całej Afryce (ale też Oceanii albo i Azji Południowej) gdzie w użyciu oficjalnym królują języki kolonialne, jednakowo obce dla każdego. Inna to sytuacja niż w takim Iranie, gdzie niecała połowa obywateli jest "u siebie" w perskojęzycznym państwie, a pozostali – nie do końca.

Język peryferyjny – czyli język niewielkiej liczebnie mniejszości pozostającej na marginesie głównego nurtu życia społecznego. Czyli języki Indian w USA i Kanadzie, Aborygenów w Australii, ale i Romów gdziekolwiek na świecie.

Po przeglądzie sytuacji, przegląd korzyści, a zatem:

Po pierwsze, nauka języków rzadkich (mniejszościowych) pozwala najpierw zauważyć, a potem przezwyciężyć asymetrię perspektyw, spojrzeć na to co (niby) znane, z nowej strony.

"Syty głodnego nie zrozumie" mówi porzekadło, nie bez słuszności. Użytkownicy języków mniejszościowych na ogół całkiem dobrze znają język i kulturę większości; z kolei przedstawiciele większości na ogół nie wiedzą prawie nic o mniejszościach, które mają pod bokiem. To tak naturalne, tak zrozumiałe, że bardzo łatwo jest tego w ogóle nie dostrzec; nie przyjmować do wiadomości, że istnieje wiele różnych punktów widzenia, wiele różnych sposobów pamiętania i interpretacji tych samych wydarzeń (spójrzmy na to, jak historię Śląska czy Pomorza widzą śląscy czy kaszubscy działacze narodowi – nie ma tu "powrotu do macierzy" z PRL-owskich podręczników, jest za to – uderzające, kiedy widziane po raz pierwszy – traktowanie Polski jako siły zewnętrznej, z którą można wchodzić w sojusz ale która jest obca). Oczywiście pod "większość" i "mniejszość" można podstawić tu "naród większy i/lub starszy" i "naród mniejszy i/lub młodszy" – patrz przypadki typu Polska/Litwa, Rosja/Ukraina, Węgry/Słowacja, Francja/Belgia czy Szwecja/Finlandia (albo – mówię półżartem – Macedonia/reszta świata :). Uwaga: nie twierdzę w żadnym razie, że perspektywa "mniejszościowa" jest właściwsza, słuszniejsza czy pełniejsza. Często nie jest, opierając się na mitach i odreagowywaniu kompleksów; ale jej znajomość pozwala spojrzeć na sprawy pozornie znane z nowego punktu widzenia, co – jak już wcześniej pisałem – uważam za cenne.

Interesując się – dajmy na to – Lezginami można się dowiedzieć, jak wygląda kierowany przez państwo proces narodowotwórczy i jak nań reagują ludzie, którzy będąc obywatelami tego państwa, nie czują się członkami narodu. To z kolei prowadzi do szerszych przemyśleń na temat tego, czym w ogóle są narody, jak powstają i ile w tym nieuchronności, a ile przypadku.

Po drugie, nauka języków rzadkich, dzięki temu, że ich zakres użycia jest ograniczony do sfer lokalnych, prywatnych, osobistych, zmusza do tego by odejść od rozmów na tematy uniwersalne. Jeśli o technologii, polityce czy kulturze masowej dyskutuje się w języku większości (bo w nim te zjawiska funkcjonują), to poszukiwanie kontaktu w języku rzadkim konfrontuje z rzeczywistością lokalnych legend, podań, wierzeń i obyczajów, przepisów kulinarnych i przemyśleń o życiu. Nie chodzi o to, by nauczyć się jak powiedzieć w języku X to, co chcesz powiedzieć (zawsze możesz to powiedzieć po angielsku), ale by dowiedzieć się *co* i *o czym* mówią użytkownicy tego języka. Paradoksalnie, im węższy zakres użycia języka, tym szybciej można dotrzeć do tego, co autentyczne, swoiste.

Po trzecie, nauka języków rzadkich, choćby ze względu na niewielką dostępność "gotowców" – spreparowanych materiałów do nauki, książek, filmów etc. – zmusza do opierania się na kontakcie z żywymi ludźmi. Staje się przez to procesem społecznym o bardzo indywidualnym, osobistym charakterze.  Nietypowość sytuacji (przypomnijmy – zwykle to mniejszość uczy się języka większości, ale nie odwrotnie) sprawia z kolei, że dla użytkowników języka mniejszościowego osoba starająca się go nauczyć nie jest anonimowa.
Reakcje mogą być różne: Bardziej pragmatycznie myślących to, że ktoś uczy się czegoś 'niepotrzebnego do niczego'  może razić jako niezrozumiałe dziwactwo; ci którzy 'swój' język znają słabo, albo wcale, a myślą, że powinni, mogą czuć się zakłopotani (spotkałem się z takimi reakcjami i u Basków i u Irlandczyków); większość jednak poczuje się po ludzku dowartościowana tak niespodziewaną oznaką zainteresowania z zewnątrz (o, uczy się, czyli uważa, że warto); a miejscowe 'środowiska twórcze' będą wręcz zachwycone.

Po czwarte, nauka języków rzadkich pozwala stosunkowo niewielkim kosztem pozostawić po sobie jakiś ślad, "coś zrobić". Milion pierwszy blog o angielskim czy hiszpańskim natychmiast zginie w morzu sobie podobnych; amatorski słowniczek będzie kolejnym amatorskim słowniczkiem. Jednak pisząc o oromo (czy inguskim, czy hmong, czy…) będziesz jednym z kilku tylko ludzi na świecie (albo i jedynym!) parających się tą tematyką. Jakkolwiek koślawe i niedorobione będą pomoce, które sporządzisz – garstka entuzjastów przyjmie je z wdzięcznością (w krainie ślepców jednooki jest królem….). Może nawet swoim przykładem, naocznym dowodem że można, zachęcisz użytkowników 'twojego' języka do blogowania, twittowania, tworzenia wikipedii, pisania aplikacji itd., wpływając tym samym – w małym stopniu, ale zawsze – na bieg dziejów. W końcu całkiem pokaźny internetowy ekosystem osetyńskiego powstał w dużej mierze dzięki wysiłkom jednego człowieka – Slavika Ivanova.

Namówiłem? Jeśli tak, to za chwilę zniechęcę. Były blaski i wizje przyszłej chwały, będą – już wkrótce – i cie(r)nie nauki języków rzadkich.

Peterlin 6bis – czego się uczyć? Dalsze kryteria

6bisMINIW poprzednim odcinku przedstawiłem metodę mierzenia się z problemem doboru próbki reprezentatywnej dla całości polegającą na zainteresowaniu skrajnymi wartościami badanej cechy oraz częstych zmianach perspektywy, czyli doborze coraz to nowych cech do analizy. Oba elementy są ważne – zarówno ograniczanie się do tego co typowe, jak i szukanie tego, co skrajne tylko z  jednego punktu widzenia, zawęża perspektywę i powoduje, że duża część zróżnicowania umyka 'pod radarem'.

Na pierwszy ogień trafiło podejście typologiczne i prezentacja głównych typów struktury. Dziś, na bis, podejścia kolejne, ale najpierw parę słów o typologii.

Klasyfikacja zaproponowana poprzednio jest sztuczna nie tylko dlatego, że w niemal każdym żywym języku współwystępują struktury charakterystyczne dla różnych typów, ale i dlatego, że sama liczba wyróżnianych typów jest umowna. Czy tak właściwie alternacja ("odmiana przez wymianę samogłosek") różni się od "normalnej" fleksji? Jeśli tak, to może odróżniać języki "końcówkowe" od… bo ja wiem, "przodówkowych" jak suahili czy niektóre kaukaskie? W istocie poruszamy się tu po osi synteza-analiza, z polisyntezą na jednym końcu, a pozycyjnością na drugim. Umowność podziałów nie oznacza ich bezużyteczności, przeciwnie, ze zjawiskiem usystematyzowanym (nawet w nieco naciągany sposób) o wiele łatwiej się mierzyć, niż z czymś surowym, nieuporządkowanym, chaotycznym. Mówię jedynie, że klasyfikacja czy kwantyfikacja (każda, nie tylko ta tutaj) nie powinna być fetyszem; ma pomóc zrozumieć rzeczywistość, a nie ją zastępować czy tworzyć (w istocie tylko symulując).

Abstrakcyjne, logiczne, bezwyjątkowe zasady, podobnie jak typologiczna czystość, możliwe są jedynie w językach apriorycznych, z góry zaplanowanych przez jakiegoś entuzjastę, czy -rzadziej- grupę entuzjastów. Szczerze polecam zapoznanie się z takimi eksperymentalnymi tworami jak ithkuil (ekstremum złożoności) czy toki pona (ekstremum prostoty, język na 120 słów).  Zapoznanie się, ale niekoniecznie – uczenie się dogłębnie.

Tu krok wstecz do zasady "z każdego typu po jednym" z poprzedniego odcinka. I ona nie powinna być fetyszem. Uważam, że warto orientować się w tym jak skrajnie różne mogą być języki – od monosylabowych puzzli, do słów-monstrów na pół linijki. Ja do nabycia tej orientacji potrzebowałem czegoś więcej niż przeczytanie paru gramatyk "na sucho" – np. żeby rozumieć jak działa polisynteza, musiałem przynajmniej spróbować uczyć się mingo – i podobnych sobie zachęcam do podjęcia wysiłku kontaktu z, dajmy na to, grenlandzkim.

Zachęcam jeszcze mocniej – do zainteresowania się typologią rozumianą szerzej, do przyglądania się nie tylko typom językowym (tylko jeden z wielu możliwych podziałów, wskazałem go tu ze względu na najbardziej ogólny character) ale i np. różnym szykom zdania (czy np. orzeczenie stoi zawsze na początku, zawsze na końcu, zawsze na drugim miejscu, czy gdziekolwiek bądź – różne języki oferują rozmaite możliwości) czy relacjom pomiędzy podmiotem a dopełnieniem (fachowy termin: stosunki morfosyntaktyczne; możliwe modele to m.in. nasz mianownik-biernik; ale też baskijski ergatyw-absolutyw; typ filipiński czy trójdzielny). Świetnym źródłem wiedzy jest tu the World Atlas of Linguistic Structures. Jeśli WALS -fachowy i suchy- okaże się zbyt trudny w odbiorze, zawsze można podsłuchać i podpytać językotwórców, czy to rodzimych, czy to zagranicznych – typologia to jeden z ich koników.

Ale żeby rozumieć "jak to działa" nie wystarczy wiedzieć, jak pracują silnik i trybiki. Zbytnia koncentracja na tym "jak", przesłania czasem "co" i "po co". Pora zatem na kolejne, mniej sterylne podejście, uwzględniające czynnik czasu i wpływ zmiany – czyli "życie" języka.

Podejście genetyczne – rodziny, czyli pokrewieństwo językowe.

Zacznijmy od roboczej definicji. Pokrewieństwo to pochodzenie od wspólnego przodka. Jest stopniowalne, w zależności od tego, jak dawno ten wspólny przodek istniał (francuski jest bliżej spokrewniony z włoskim niż ze szwedzkim). Często idzie w parze z podobieństwem (sanskryt jest podobny do łaciny), ale nie jest to związek konieczny – są języki do siebie dość podobne, ale niespokrewnione (chiński – wietnamski) są spokrewnione, ale mało podobne (polski – pendżabski).

Pokrewieństwo dwóch języków udowadnia się próbując wyprowadzić oba języki ze wspólnego prajęzyka za pomocą odrębnego dla każdego z nich zestawu reguł fonetycznych. Każdy język nieustannie się zmienia, ale zmiany te mają (z grubsza) regularny charakter, nie jest tak, że każde słowo ewoluuje na swój własny sposób (są wyjątki – słowa przekształcające się nieregularnie!). Łacina i jej córki – języki romańskie (podobnie jak sanskryt i czerpiące z niego średnio- i nowoindyjskie) pozwalają obserwować kolejne stadia tego procesu. Na ogół jednak punkt początkowy -prajęzyk- nie jest poświadczony, domyślamy się jedynie  jak musiał wyglądać. Tak jest gdy tylko cofniemy się poza łacinę i sanskryt w poszukiwaniu języka praindoeuropejskiego. Wiemy, że istniał i wiemy, co po sobie zostawił, ale co do tego jak dokładnie wyglądał i jak przebiegała jego historia pozostaje wiele niejasności.

Jak klasyfikacja genetyczna (czyli na podstawie pochodzenia i pokrewieństwa) ma się do zamiaru zapoznania z językową różnorodnością świata? Z jednej strony badając różne gałęzie czy odnogi tej samej rodziny, łatwo się przekonać jak daleko można odejść od wspólnego przodka. Idealnie nadaje się do tego rodzina indoeuropejska – ogromny zasięg geograficzny; 'egzotyczne' podrodziny – irańska, indoaryjska, nurystańska; języki-peryferia – typu albański czy ormiański; odnogi dawno wygasłe, ale szczęśliwie poświadczone – tocharskie, anatolijskie… To bardziej badania nad historią i zmianą, niż współczesnym zróżnicowaniem, ale mogą być niezwykle kształcące i wartościowe.

Z drugiej strony, skoro przynależność języków do różnych rodzin oznacza, że miały one różne punkty startu (a ściślej – że nie można konkluzywnie wykazać, że miały ten sam punkt startu), czyli już w odległej przeszłości -wtedy, kiedy prapraprapolski stanowił jedno z prapraprapendżabskim- różniły się od siebie, to dobieranie języków do nauki według klucza 'brak pokrewieństwa' powinno zapewnić sporą różnorodność palety, a tym samym – reprezentatywność. Więc może -oprócz indoeuropejskich- coś z rodziny afroazjatyckiej (wśród podrodzin: semicka z arabskim, hebrajskim i amharskim; czadyjska z hausa; berberska), ałtajskiej (języki tureckie, mongolskie i tunguskie), uralskiej (fiński, węgierski, maryjski, mordwiński, komi…), sinotybetańskiej (chińskie, tybetańskie, birmański i inne); austronezyjskiej (ponad tysiąc języków używanych od Madagaskaru przez Indonezję aż po Hawaje), austroazjatyckiej (tu należą m.in. khmerski i wietnamski) Może któraś z trzech rodzin kaukaskich? Niger-Kongo? (największa pod względem liczby języków rodzina świata, języki bantu -których jest kilkaset- to tylko jedna z jej podrodzin) Pama-Nyungan (największa rodzina językowa Australii), Trans-New-Guinea (wiadomo). Itd, itd – rodzin jest po prostu zbyt wiele, by je wszystkie wymieniać.

Zbyt wiele, czyli ile? Trudno powiedzieć, skoro najważniejsze katalogi językowe dają bardzo odmienne odpowiedzi – Ethnologue wylicza 141 rodzin za to glottolog aż 243 (polecam oba jako źródła!). Skąd te różnice? Bez twardych danych, sięgającego daleko w przeszłość zapisu historycznego (tym dysponujemy dla bardzo niewielu języków i rodzin; a nawet jeśli jest, często daje niepełne pojęcie o wymowie – hieroglify czytamy, ale nie wiemy niemal nic o samogłoskach w staroegipskim; z chińskim historia jeszcze trudniejsza) musimy spekulować, opierając się przy tym na bardzo skąpych danych (większość języków świata jest słabo udokumentowana). Efekt – bardzo wiele pokrewieństw postulowanych przez jednych badaczy jest przez innych badaczy odrzucanych i mowa tu nie tylko o próbach rekonstrukcji językowej historii świata, ale o odpowiedzi na pozornie proste pytania o pokrewieństwo koreańskiego z japońskim, czy tureckiego z mongolskim. Dalej wedle gustów i ambicji – jedni (Merrit Ruhlen; Starostin) próbują sięgnąć jak najdalej wstecz rekonstruując prajęzyki dla prajęzyków; – inni dzielą włos na czworo i podważają wydawałoby się mocno ugruntowane pokrewieństwa (jak RMW Dixon demontujący rodzinę Pama-Nyunga do której należy [jeśli mu nie wierzyć] większość języków Australii).

Model genetyczny, oprócz niepełności ma poważniejszą wadę: koncentrując się na dziedziczeniu, nie oddaje relacji 'poziomych' (tj. pomiędzy językami-siostrami) oraz 'sąsiedzkich' (tj. pomiędzy językami ze sobą niespokrewnionymi, które sąsiadując oddziałują na siebie). Jeśli nie dysponuje się bogatym materiałem historycznym, odróżnić zapożyczone od odziedziczonego jest niełatwo.

Dalej: jeżeli ograniczymy się do stwierdzenia, że angielski jest językiem germańskim, perski irańskim, węgierski uralskim a japoński nie ma krewnych poza językami wysp Ryukyu, to coś ważnego o tych językach nam umknie. We wszystkich tych (i wielu, wielu innych) przypadkach, odziedziczone po przodkach słownictwo, to daleko mniej niż połowa całości, a i wśród gramatyki 'obce' wpływy są wyraźnie widoczne. W przypadku japońskiego i perskiego możemy wręcz mówić o symbiozie dwóch systemów językowych – zapożyczenia chińskie czy arabskie mają swoje odrębne reguły gramatyczne (np. w perskim nie ma rodzaju gramtycznego, ale arabizmy rodzaj mają; pokrewnym zjawiskiem w polskim jest np. liczba mnoga od 'muzeum' i podobne historie; co gdyby połowa naszych rzeczowników była wzięta z łaciny?).

Języki zatem nie tylko ewoluują, ale i ze sobą mieszają, oddziałują na siebie nawzajem. Zatem drzewko genealogiczne o prostych liniach i wyraźnych podziałach daje zbyt uproszczony obraz. Zanim przejdziemy do podejścia geograficznego, śledzącego wpływ sąsiedztwa i uzupełniającego wizję historyczno-genetyczną, kilka słów o przypadkach szczególnych mieszania się języków.

Pidżyny, kreolskie, mieszane. Kiedy ludzie, posługujący się niezrozumiałymi wzajemnie językami, kontaktują się ze sobą na tyle rzadko, że nauka języka drugiej strony nie ma sensu (albo też stron jest nie dwie a kilka-kilkanaście), ale możliwość porozumienia przynosi jakieś korzyści (typowy przykład to okresowe wyprawy handlowe czy łowieckie), powstają pidżyny, czyli języki kontaktowe o ograniczonym zasobie słownictwa i uproszczonej gramatyce. Moje ulubione przykłady to russenorsk rosyjskich i norweskich rybaków, fanagalo (dosłownie "rób to tak") używany w kopalniach RPA, czy Chinook Jargon z północnego zachodu USA, ale jest ich wiele, wiele więcej. Pidżynem była też oryginalna lingua franca, czyli inaczej sabir – wspólny "język" marynarzy śródziemnomorza, rozumiany i przez Turków i przez Francuzów.

Pidżyn może się rozwijać (powiększać zasób słów) i stabilizować (tworzyć normy użycia), zwłaszcza kiedy jego wielojęzyczni użytkownicy przebywają ze sobą stale, bo na przykład są niewolnikami na plantacji bawełny. Dzieci takich ludzi często wychowują się już z pidżynem jako językiem ojczystym; posługują się nim z dużo większą maestrią niż rodzice, bo jest dla nich podstawowym -często jedynym- narzędziem ekspresji. Eks-pidżyn rozwija się w takich warunkach skokowo, stając się językiem kreolskim. W wielu miejscach świata, głównie tam gdzie prowadzono gospodarkę plantacyjną (Karaiby, ale też Południowy Pacyfik) kreole są dziś podstawowym środkiem komunikacji. Ponieważ wyraźne jest ich podobieństwo do języków europejskich (główne źródło leksyki) oraz uproszczenia morfologii; kreole sprawiają czasem mylne wrażenie 'łamanych' odmian angielskiego, francuskiego czy portugalskiego. Tymczasem języki takie jak kreyol ayisien czy tok pisin mają swoje własne normy użycia i ich łatwość jest pozorna.

Kreole charakteryzuje -wynikająca z oczywistych względów- asymetria w traktowaniu języków-źródeł, (nie ulega wątpliwości, że tok pisin wziął więcej z angielskiego niż ze wszystkich języków Nowej Gwinei razem wziętych), a także pewien typ struktury gramatycznej – są mianowicie analityczne, niemal pozbawione morfologii. Prawdziwe języki mieszane różnią się znacznie – po pierwsze, czerpią z kilku (dwóch) źródeł po równi, po drugie, zachowują morfologię przynajmniej jednego ze źródeł tylko z niewielkimi zmianami. Jest ich mało, ale dobre przykłady to używany w Kanadzie michif (rzeczowniki francuskie; czasowniki z cree) czy ekwadorska media lengua (słownictwo hiszpańskie, ale gramatyka keczua)

Wszystko co opisane wyżej, to ekstrema (punkty skrajne!), sytuacje, w której język przekształca się drastycznie upraszczając swoją morfologię albo tworzy hybrydę dwóch (lub może większej liczby?) systemów gramatycznych. Jednak każdy język (wyjąwszy sentinelski i podobne przypadki) ulega wpływom z zewnątrz, oczywiście nie każdy w tym samym stopniu (inny punkt skrajny – islandzki z jego odizolowaniem i wyraziście purystyczną polityką językową).

Podejście geograficzne – ligi językowe. Badanie cech wspólnych wynikających z sąsiedztwa można prowadzić na różnych poziomach, bo specyfika lokalna ujawnia się wszędzie, od fonetyki (koncentracja geograficzna 'dziwnych dźwięków' – mlaski w Afryce Południowej ; spółgłoski ejektywne [vel glotalizowane] na Kaukazie; wargowo-tylnojęzykowe [kp, gb; akustyczny efekt podobny do gdakania] w pobliżu Zatoki Gwinejskiej – wszystko to w językach z różnych rodzin, absolutnie niespokrewnionych ze sobą)  przez całe zespoły współdzielonych elementów gramatycznych (mówimy wtedy o ligach językowych, takich jak bałkańska, ałtajska etc.) po wspólne słownictwo (zapożyczenia lub kalki) i 'sposoby wyrażania myśli'. Łatwo zauważyć, że wśród ugrofińskich węgierski jest bardzo "słowiański", a dla odmiany fiński – bardzo "germański", zaś baskijski będzie przez laika zidentyfikowany jako bliższy hiszpańskiemu, niż, dajmy na to, hindi. jeśliby dać laikowi do oceny. Postuluję zatem, zamiast głowić się, jaki dobór rodzin językowych byłby najbardziej reprezentatywny dla bardziej 'egzotycznych' części świata, patrzeć na poszczególne obszary językowo-kulturowe, nie przydając większego znaczenia pokrewieństwu. Połowa Indii jest indoeuropejska, druga połowa – drawidyjska (nieścisłe, są w Indiach jeszcze inne rodziny językowe); ale – jest coś, co obie te połówki łączy i powoduje, że wybór między nimi jest -z mojego punktu widzenia- dowolny. O tym czymś za chwilę, a teraz wyliczanka kilku ciekawych obszarów językowo-kulturowych, które w dalszej części wywodu się nie pojawią: Zatoka Gwinejska (gb, kp, czasowniki seryjne, imiona od dni tygodnia); wschodnioafrykańskie Wielkie Jeziora (rola bydła w kulturze, jej odzwierciedlenie w języku); Amazonia; Australia; pogranicze USA i Kanady; wyżynna Nowa Gwinea; Polinezja.

Obszary wymienione powyżej łączy peryferyjność. Do niedawna były (albo do tej pory są) "same dla siebie", nie wchodząc w obręb jakiejś większej cywilizacji. Niczego im to nie ujmuje, a wręcz przydaje "autentyczności" i znaczenia (większa część historii ludzkości toczyła się poza zasięgiem cywilizacji, na peryferiach właśnie). To na peryferiach koncentruje się zróżnicowanie, tu można odkryć zaskakujące, nieoswojone zjawiska. Warto to robić. Ale do uzyskania względnie reprezentatywnego i całościowego  obrazu wiedzie inna droga. Współcześnie (czyli tak gdzieś od kilku tysięcy lat :)) zdecydowana większość ludzi i większość języków należy do jakiegoś kręgu kulturowego, jakiejś cywilizacji. Może na peryferiach, może w nietypowy sposób, ale jednak. Jako przedostatnie, ale chyba najbardziej realistyczne proponuję podejście cywilizacyjne.

Dość łatwo podzielić świat na kilka przecinających się kręgów, wyznaczających imperia językowe i dominujące kultury. Krąg greko-łaciński (wraz z jego dziedzicami – językami kolonialnymi; wpływa na cały świat, poza peryferiami peryferii); krąg chiński (też Japonia, Korea, Azja Południowo-Wschodnia); krąg indyjski (to, co łączy obie połówki Indii, ale też Chiny, Azja Południowo-Wschodnia z Indonezją); krąg arabski (wszędzie tam, gdzie dotarł islam – górna połowa Afryki, Azja Środkowa, Południowa i Południowo-Wschodnia). Są też kręgi półwygasłe (np. blade echa co najmniej dwóch wielkich cywilizacji prekolumbijskich – mezoamerykańskiej i andyjskiej) i mniejsze, lokalne (np. perski, który pokrywa się terytorialnie z arabskim, ale ma swoją odrębność arabski to religia, prawo, nauka; perski – poezja i handel; podobnie rosyjski ze swoim dwuznacznym stosunkiem  do europejskiego dziedzictwa). Łacina (z greką), chiński, sanskryt (z pali), arabski (z perskim) – każdy z nich ma swoje językowe imperium-dziesiątki czy raczej setki języków, które biorą zeń nie tylko pokłady leksyki (słów, wyrażeń i przysłów) ale też wzorce literackie i światopogląd.  Cztery kulturowe kręgi, cztery języki, do tego jeszcze jakieś otarcie się o peryferia (coś "z zupełnie innej beczki") – to już względnie realistyczny program, a przy tym dający moim zdaniem dość szeroką (choć nie gruntowną) wiedzę o świecie; można go oczywiście obudowywać pogłębioną znajomością własnej kultury i kultur pokrewnych oraz dodatkowymi elemementami dobieranymi wedle pozostałych kryteriów i własnych upodobań.

Przemierzyliśmy właśnie drogę od typologii do kultury, od mechanizmu do treści. Moje własne stanowisko jest, mam nadzieję, jasne, ale zilustruję je raz jeszcze przykładem: struktura gramatyczna arabskiego jest fascynująca, ale to nie ona decyduje o tym, że arabski jest jednym z najważniejszych języków świata. Spektakularny sukces islamu nie miał podłoża językowego, ma za to językowe konsekwencje. Gdyby Koran powstał po aramejsku, średniopersku czy grecku (mało prawdopodobne ale nie niemożliwe – te języki były używane w Arabii czasów Mahometa) albo gdyby jego tłumaczenia były uznawane za równoprawne oryginałowi, językowa panorama świata wyglądałaby zupełnie inaczej. Po raz kolejny: kultura i użycie przed gramatyką i funkcjonowaniem.

A skoro tak, to warto zamknąć rozważania śledząc różnice w statusie języków – od "imperialnych", ponadnarodowych, przez te, które uważamy za normalne (język państwowy o stabilnym i rozbudowanym standardzie używany na codzień przez przytłaczającą większość obyateli jednojęzycznego państwa), a co jest raczej anomalią (niecałe 200 państw vs. ponad 7000 języków) – aż po rzeczywistą statystyczną normę – język mniejszościowy, bez standardu lub ze słabo funkcjonującym standardem, duża część użytkowników wielojęzyczna. O praktycznych konsekwencjach mniejszościowości (braku standardu, symbiozy z dominującym językiem / kulturą , zagrożenia) dla samego języka, dla tożsamości jego użytkowników i wreszcie dla kogoś kto podejmuje wysiłek nauki zamierzam pisać w dwu kolejnych odcinkach.

Sygnalizując dalszy rozwój cyklu i kończąc ten mamuci wpis proszę o wszelkie sugestie rozwinięć i uzupełnień. Nigdy nie mam pewności, czy dobieram właściwy poziom ogólności tekstu.

Peterlin 6 – Czego się uczyć?

peterlin6Po serii tekstów o tym "jak i po co", tym razem garść bardziej konkretnych wskazówek i podpowiedzi dla tych, którzy -podobnie jak ja- chcą zgłębić możliwie duży wycinek językowej (i kulturowej) różnorodności świata. Z pewnością tego typu zainteresowań nie podzielają wszyscy zajmujący się językami – równie dobrze można interesować się tylko jakimś konkretnym językiem, czy grupą języków, czy wreszcie rozumianym abstrakcyjnie "Językiem" jako takim – więc i poniższe zalecenia trudno traktować absolutnie. To nie recepta dla każdego, a jedynie dla tych, którzy z góry przyjmują podstawowe założenia.

A mianowicie:

Warto wiedzieć o świecie jak najwięcej.

i

Im większa różnorodność, tym lepiej.

Dlaczego? Bliższa znajomość języków "rzadkich" czy "dziwnych" otwiera oczy nie tylko na szereg "nowych" zjawisk gramatycznych, sposobów myślenia, tradycji kulturowych, procesów społecznych, ale i te sprawy z "naszego własnego podwórka",  które były dla nas tak oczywiste, że dostrzegamy ich istnienie dopiero wtedy, kiedy okazało się że "można inaczej". Poza tym pozwala przezwyciężyć lęk przed tym co obce, dziwne i trudne, i odwrotnie – demitologizuje egzotykę, leczy z pretensjonalnego romantyzmu.

Szczerzę radzę podjąć wysiłek nauki (niekoniecznie nauki dogłębnej, ale czegoś więcej niż przeglądnięcie gramatyki) co najmniej 4-5 języków "rzadkich", w miarę możliwości należących do różnych rodzin językowych, używanych w różnych stronach, różnych typologicznie, o różnym statusie oficjalnym, stopniu standaryzacji, tradycjach literackich.

Nie sposób nauczyć się nie tylko wszystkich języków używanych na świecie, ale i ich dziesiątej części, nawet możliwości opanowania marnego 1% z nich (czyli 60-70 sztuk) są raczej teoretyczne. Należy się zatem ograniczać, a skoro tak, to jak wybrać mądrze? Jeśli X zna polski, czeski i rosyjski, a Y – polski, chiński i swahili, to choć obaj znają po trzy języki, to chyba jasne, który wie więcej o tym, jak różne mogą być od siebie poszczególne kultury i sposoby mówienia. To rozumowanie leży u podstaw moich prób badania universum poprzez jego punkty skrajne. O tym jak je wytyczyć będzie za chwilę, ale na razie ważna uwaga – szukanie skrajności to nie jest jedyne kryterium wyboru!

Równoległe i może równoważne jest kryterium pragmatyczne – skoro na starcie wiadomo, że nie wszędzie można będzie dotrzeć bezpośrednio (= nie da się nauczyć wszystkich języków), to należy starać się o jak najbardziej przydatnych pośredników (= języków używanych powszechnie jako drugie i kolejne)

Od czego zatem zacząć? Od angielskiego. Tyle się w nim publikuje, że choćby dla dostępu do literatury naukowej (i nienaukowej) na dowolny temat, warto się go nauczyć. Nie mówiąc już o tym że materiałów językowych (podręczników, gramatyk, tekstów, obliczonych na czytelnika anglojęzycznego jest pewnie więcej niż jakichkolwiek innych (chociaż w pewnych niszach geograficznych lepiej sprawdzają się inne języki…).

Poza angielskim warto byłoby znać jeszcze co najmniej jeden z języków dawnych mocarstw kolonialnych: francuski, rosyjski bądź hiszpański (walory niemieckiego, niderlandzkiego czy portugalskiego są wyraźnie niższe – choć nauka niemiecka stoi na wysokim poziomie i ma długie tradycje, to jej nowsze publikacje są przeważnie anglojęzyczne), przy czym hiszpański to przede wszystkim klucz do języków Ameryki Łacińskiej, zaś i po francusku i po rosyjsku można zdobyć niemal wszystko (oba mają swoje sfery specjalnych wpływów, gdzie wygrywają nawet z angielskim: językami dawnych kolonii francuskich czy byłego Związku Radzieckiego trudno jest się zajmować bez znajomości francuskiego czy rosyjskiego).

Wróćmy do punktów skrajnych. No dobrze, załóżmy, że ciekawie i może nawet użytecznie jest zajmować się, choćby pobieżnie, językami jak najbardziej różnymi od dotychczas nam znanych i od siebie nawzajem. Ale jak tę "różność" wykryć i zmierzyć?

Nie mam dobrej, ścisłej, wyliczonej odpowiedzi, poza tym, że i tu, jak i prawie wszędzie indziej, zalecałbym częste zmiany perspektywy, atakowanie problemu z różnych kątów natarcia. Więc na przykład najpierw podejście typologiczne – wyróżnia się w uproszczeniu cztery czy pięć podstawowych typów struktury gramatycznej – czemu nie "z każdego typu po trochu"? Potem klucz terytorialny – w końcu można wyróżnić kilka czy kilkanaście wyraźnie odrębnych kulturowo (i językowo) obszarów geograficznych, a podział ten nie pokrywa się w pełni z genetyczną klasyfikacją języków, która stanowi kolejny punkt widzenia. Idźmy dalej – skoro język nie jest bytem samym w sobie, a zjawiskiem społecznym, to społeczny kontekst jego użycia ma poważne konsekwencje praktyczne. Warto więc poznać jakiś język mniejszościowy, jakiś język słabo standaryzowany i wreszcie jakiś język zagrożony, żeby zorientować się, jak te sytuacje społeczne – zagrożenie, mniejszościowość, brak standaryzacji – mają się do życia języka i władającej nim społeczności.

Uczymy się zatem języków różniących się strukturą, z różnych kontynentów, należących do różnych rodzin językowych i o różnym statusie – ale to nie wyczerpuje tematu! By mieć względnie pełny obraz tego, czym może być język, bezwzględnie warto przynajmniej na chwilę przystanąć nad którymś z języków migowych i -znów- zastanowić się nad konsekwencjami psychologicznymi i społecznymi. O czym mówię? Otóż, jeśli podstawowym nośnikiem kultury i tożsamości jest język i jeżeli Polski Język Migowy strukturalnie drastycznie odbiega od mówionego (czy miganego) polskiego, to do jakiej kultury należą jego użytkownicy? Czy polski Głuchy ma więcej wspólnego -pod względem doświadczeń życiowych i kulturowej tożsamości- z czeskim czy niemieckim Głuchym, czy ze słyszącym Polakiem? Czy polski Głuchy to to samo co głuchy Polak? Czy polski Głuchy w ogóle jest Polakiem? Te i inne pytania do punkt wyjścia do długich rozważań, których miejsce jest w osobnym tekście; tu sygnalizuję tylko temat, zachęcając do poszukiwań i zapoznania się z użytymi terminami (głuchy vs. Głuchy; migany vs. migowy – to nie to samo). Dobry punkt startu to np. rozmowa z Pawłem Rutkowskim, w której m.in.:

Słyszący często dziwią się, że Głusi migają przez sen, że w dowód uznania nie klaszczą, tylko machają rękami nad głową – bardzo wiele podobnych zachowań staje się oczywistymi, jeśli spojrzymy na Głuchych jak na mniejszość językową, a nie niepełnosprawnych.

A teraz szczegółowiej o językach fonicznych:

Zróżnicowanie typologiczno-gramatycznego. W ujęciu ogólnym każdy język można przyporządkować do jednego z czterech czy pięciu reprezentowanych na świecie typów struktury gramatycznej. Klasyfikacja ta jest bardzo umowna, typy w stanie czystym w naturze nie występują (tj. w każdym praktycznie języku można odnaleźć cechy charakterystyczne dla kilku różnych typów), granice między nimi i kryteria przyporządkowania do nich nie są jasne, a wokół całej sprawy toczy się dyskusja ekspertów, każdy z których ma własne widzimisię. Powiedziawszy to wszystko, powiedzmy słówko o typach, kreśląc ich ogólny obraz bardzo grubym pędzlem.

Są otóż na świecie języki:

A. Fleksyjne, czyli takie, w których związki pomiędzy poszczególnymi elementami wypowiedzi wyrażane są przez końcówki (a ściślej, przez afiksy, które mogą też stać na początku słowa, ale w językach lepiej znanych czytelnikowi stoją na końcu, więc zostańmy przy nieścisłym terminie 'końcówka') wyrazów. Mamy tu na ogół do czynienia z systemem rozróżniania liczb, przypadków i rodzajów, oraz z bardzo rozwiniętą składnią zgody (rzeczownik danego rodzaju w danym przypadku może być określany tylko przez przymiotnik tegoż rodzaju i przypadku) i rządu (dopełnieniem czasownika X może być rzeczownik bądź grupa imienna stojąca w przypadku Y). Czasowniki posiadają co do zasady odrębne formy (końcówki, a czasem i rdzenie) dla każdej kombinacji osoby, liczby, czasu (ew. jeszcze strony i trybu). Poszczególne części mowy są wyraźnie oddzielone od siebie (ten sam wyraz nie może być np. jednocześnie rzeczownikiem i czasownikiem). Ponieważ w końcówkach wyrazów wyrażona jest już duża część informacji składniowej (co jest podmiotem, co dopełnieniem etc) szyk zdania może – przynajmniej teoretycznie – być bardzo swobodny, czy wręcz dowolny. Typowe języki fleksyjne to "stare języki indoeuropejskie" (czyli np. greka, łacina, staroirlandzki czy sanskryt) czy bałtosłowiańskie, mniej typowe – języki romańskie; poza rodziną indoeuropejską typ występuje np. na Kaukazie.

B. Izolujące vel analityczne (ja wiem że upraszczam i że jedno to nie do końca to samo co drugie). W tych językach stosunki gramatyczne wyrażane są nie przez elementy słów (końcówki etc.) ale przez szyk zdania (angielskie the dog bites the cat vs. the cat bites the dog) i odrębne słowa (np. przysłówki czasu zamiast informacji o czasie wpisanej w czasownik). Angielski jest językiem umiarkowanie izolującym, dużo dalej w tym kierunku idą np. chiński czy indonezyjski w których gramatyczne kategorie czasu, osoby i liczby praktycznie nie istnieją (a jeśli to w b. ograniczonym zakresie). Charakterystyczny dla (niektórych) języków analitycznych jest brak ostrych różnic pomiędzy częściami mowy. W zależności od miejsca w zdaniu, ten sam wyraz pełni różne funkcje. Najczęstsze jest rozmycie granic między przymiotnikiem a czasownikiem, ale proces ten może iść dużo dalej (klasyczne "verbing nouns weirds language" z Calvina i Hobbesa czy jeszcze klasyczniejsze "time flies like an arrow" [obok normalnego znaczenia także: muchy czasu lubią strzałę / mierz czas muchom tak jak strzale]). Utarło się traktować języki analityczne są łatwiejsze od fleksyjnych, bo "nic nie trzeba odmieniać". Uważam to myślenie za błędne, bo mają one dużo rygorystyczniejszą składnię, której arkana niełatwo opanować, a w skrajnych przypadkach, takich jak indonezyjski z Riau czy klasyczny chiński, niemal każda wypowiedź jest potencjalnie tak wieloznaczna, że niezrozumiała bez szerszego kontekstu sytuacyjnego czy kulturowego. Polecam lekturę tego tekstu i porównanie tłumaczenia dosłownego z pełnym. Czy naprawdę łatwo wyprowadzić drugie z pierwszego?

C. Alternacyjne. Czyli języki fleksji wewnętrznej. Typ ten – przynajmniej w swojej najbardziej charakterystycznej formie – reprezentowany jest przez języki rodziny semickiej (i w bardziej ograniczonym zakresie – inne języki afroazjatyckie), a jego specyfiką jest, że (uwaga, znów duże uproszczenie) spółgłoskowe rdzenie wyrazu ogólnie wskazują na jego znaczenie, zaś konkretnych informacji gramatycznych (przypisanie do części mowy, osoba, czas, liczba) udziela układ rozdzielających je samogłosek i afiksów. By użyć oklepanego przykładu, KTB to w arabskim rdzeń o abstrakcyjnym znaczeniu 'pisać', dający m.in. takie konkretne formy jak: KiTaaB 'książka'; KuTuB 'książki'; KaTaBa 'pisał'; jaKTuBu 'pisze'; KaaTiB 'pisarz'; maKTuB 'list' itd. itd. W teorii (choć nie zawsze w praktyce – np. KaTiBat od tego samego rdzenia znaczy 'batalion') przypadków, znaczenie konkretnej formy daje się regularnie wyprowadzić z rdzenia i układu samogłosek.

D. Aglutynacyjne. Czyli sklejane. Języki w których konkretne formy wyrazów tworzone są poprzez dołączanie do siebie, w ściśle określonym porządku cząstek oznaczających osobę, liczbę, czas, tryb, modalność, przynależność czy inne jeszcze rzeczy. Zasadnicza różnica między nimi a językami typowo fleksyjnymi polega na tym, że w tych ostatnich jedna niepodzielna cząstka może informować o kilku elementach łącznie ('-om' w 'chłopcom' to jednocześnie liczba mnoga i celownik) podczas gdy w językach typowo aglutynacyjnych można łatwo wyodrębnić cząstki odpowiedzialne za poszczególne elementy znaczenia (w lezgińskim 'chłopcom' to gadajriz, gdzie 'gada' – chłopiec; -jr – liczba mnoga; -iz – celownik). Za typowo aglutynacyjne uważa się języki tureckie i ugrofińskie, rzadziej wspominając o tym, że typ ten znaleźć można także w językach rodziny bantu, niektórych kaukaskich (jak lezgiński) czy w keczua.

E. Inkorporujące i polisyntetyczne. Znów dwa terminy, które dokładnymi synonimami nie są, ale często bywają używane zamiennie. Inkorporacja to włączanie do orzeczenia informacji o pozostałych częściach zdania (np. o osobie którą wyrażone jest dopełnienie). W językach inkorporujących zamiast "widzę dziewczynę" mówi się coś w rodzaju "widzę-ją dziewczynę", zaś "damy wam jabłka" to mniej więcej "damy-wam-one jabłka", "nie wydam cię policji" – "nie wydam-im-ciebie policji". Inkorporację dopełnienia znaleźć można w językach bantu, ale też w baskijskim, gruzińskim i – w szczątkowym zakresie – węgierskim. Z kolei polisynteza to proces tworzenia ad hoc czasowników włączających w siebie całą treść zdania, poprzez mnogość cząstek gramatycznych opisujących wszelkie możliwe aspekty sytuacji i "połykanie" dopełnienia. Przez to "połykanie" rozumiem proces wyglądający mniej więcej tak, że zamiast "widzę samochód" mówiłbym "widz-samochód-ę", zamiast "widzisz ten dom" – "widz-tendom-isz" . Polisynteza jest bardzo produktywna w wielu językach obu Ameryk, np. w irokeskich. W mingo "jestem złodziejem samochodów" to u'ksehtanöskwas czyli coś jakby "samochodyczęstokradnę" (przy czym 'tłumaczenie' jest mylące, bo w mingo mamy do czynienia ze zlepkiem cząstek, a nie samodzielnych wyrazów). Dla porównania samo "jestem złodziejem" (=często kradnę) to knöskwas

No proszę – temat, wydawać by się mogło, ledwie co napoczęty, a tekst już przydługi. Ciąg dalszy zatem następnym razem – w nieplanowanym odcinku 6bis.

Peterlin 5 – Po co się uczyć?

peterlin5Przez poprzednie odcinki wielokrotnie przebijała myśl, żeby uczyć się jak najmniej, tyle jedynie, by cel, który się sobie postawiło jak najszybciej pojawił się w polu rażenia – a wtedy już nie tyle uczymy się, ile robimy to, co chcieliśmy z tym naszym językiem robić. No dobrze, ale co to jest to "to, co chieliśmy"? Odmieniwszy "cel" przez wszystkie przypadki wypadałoby powiedzieć, co nim powinno być, prawda? Po co się tak właściwie uczyć języków?

Pytanie jest trafne i ważne, ale skieruj je nie do mnie, a do samego siebie: po co się uczysz? Co chcesz robić? To Ty masz chcieć czegoś, nie ja, życia Ci nie ułożę, niczego nie doradzę. Mogę najwyżej, i za chwilę to zrobię, powiedzieć co nieco o swoich celach i motywacjach, których nie musisz podzielać. Zamiast "po co się uczyć?" w tytule mogłoby stać "po co się uczę?" i byłoby ściślej.

No to po co się uczę języków? Nie tego, czy tamtego (powody bywały różne), ale w ogóle języków?

Skok w przeszłość po powód mniej istotny, choć wciąż obecny: Kiedyś myślałem, że język, jego struktura, skrywa tajemnice świata. Dziwiła mnie i ciekawiła różnorodność gramatycznych mechanizmów, to że ja "mam pieniądze", ale one "u" Rosjanina, "na" Finie czy "przy" Irlandczyku, zaś Turek czy Węgier powie coś w rodzaju "moje pieniądze istnieją" i myślałem, że te różnice świadczą o czymś głębokim, o fundamentalnie odmiennym postrzeganiu świata. Dopiero z biegiem czasu, po wielu nieudanych próbach wskazania na czym konkretnie ta odmienność (co innego "czuć", że "oni myślą inaczej", co innego – wiedzieć i wykazać, jak; impresjonizm jest dobry, ale nie wszędzie) dotarło do mnie, że to -po prostu- nieprawda, że jeśli Rosjanin, Polak, Fin i Turek mają inny stosunek do pieniędzy (czy posiadania w ogóle), to nie wynika to z właściwości ich języka.

Być i mieć, czyli trochę filozofii. Pójdźmy jednak trochę głębiej, zamiast tej samej relacji ("mam pieniądze") różnie wyrażanej w poszczególnych językach, wychodząc od całkiem różnych (choć pokrewnych) relacji wyrażanych (przez nas) tak samo. Otóż czasowniki "być" i "mieć" są w polskim, podobnie jak ich odpowiedniki w wielu innych popularnych językach, rozpaczliwie wieloznaczne. Gruzin inaczej -czyli innym czasownikiem- "ma" przyjaciela (mam przyjaciela = megobari mqavs), a inaczej komputer (mam computer = kompiuteri makvs), w maori inaczej rodzice "mają" dzieci (tzw. posiadanie na – coś, nad czym masz kontrolę) , a inaczej dzieci – rodziców (posiadanie na o – coś nad czym kontroli nie masz). I faktycznie, czy kiedy mówię "mam szare oczy", "mam brata i dwie siostry", "mam dużo cierpliwości", "mam piątkę z angielskiego", "mam dużo pieniędzy" (nie wchodząc już w "mam dziś napisać artykuł", "mam to gdzieś" i dalsze jeszcze rejony) to za każdym razem mam (ha, ha) na myśli, tę samą relację, to samo "mam"? No nie.

Z "być" wcale nie inaczej. Co polski łączy, lezgiński czy irlandzki traktują odrębnie – "jestem tutaj" to po lezgińsku (zun ina awa) ale "jestem Polakiem" to (zun Polak ja). Z kolei irlandzki odróżnia "jestem prawnikiem" (Is dlíodóir mé) od "jestem nieuczciwy" ( mé mimhácanta). Przykłady niepotrzebnie egzotyczne, bo tu akurat nie trzeba sięgać daleko – "il y a", "es gibt", "ser" kontra "estar".

No dobrze, czy zatem, skoro "bycie gdzieś", "bycie jakimś" i "bycie czymś", to odmienne relacje, to czy w językach je odróżniających nie myśli się jakoś inaczej, subtelniej? Nie sądzę, ponieważ, po pierwsze – kategorie językowe to co innego, niż kategorie logiczne, nigdy nie będą spójne. I lezgiński i irlandzki używają jednego ze swoich czasowników "być" do idiomatycznego wyrażania relacji słabo powiązanych z "byciem" (co jest naturalnego w mówieniuadak qhel kwa)"gniew jest pod nim" na "on się gniewa" czy "woda jest ode mnie" [ uisce uaim] na "potrzebuję wody" albo [ ceol agam] "muzyka jest przy mnie" na "umiem śpiewać"?). Po gruzińsku samochód ma się tak, jakby był żywy (mówi się "mankana mqavs", a nie "mankana *makvs"), w maori samochód i ubranie należą do kategorii o (czyli tej bez kontroli). Po drugie, i ważniejsze, przecież w tym nudnym, wrzucającym wszystko do jednego worka polskim mogę powiedzieć, że "bycie gdzieś, bycie jakimś i bycie czymś to odmienne relacje", tym samym odróżniając egzystencjalne 'być' od lokatywnego, predykatywnego i kopulatywnego. Może brzmi to koszmarnie, ale dzielić włos na czworo nad naturą (naturami) "bycia" – nie przeszkadza.

Ta przydługa, choć wciąż skrótowa, przebieżka miała zilustrować dwie myśli – że języki świata są pod względem strukturalnym niezwykle zróżnicowane, a ta różnorodność jest ciekawa i fascynująca i może być -w moim przypadku tak było i jest- ważnym motywem pchającym do kolejnych przygód i wędrówek językowych. I myśl druga – że ta strukturalna różnorodność jest dziełem przypadku, organicznego, chaotycznego rozwoju, a nie czymś wypływającym z ugruntowanej, zakodowanej w języku wizji świata, jakiejś wewnętrznej logiki. Czegoś takiego -jak sądzę- nie ma. Choć różnice w postrzeganiu świata oczywiście istnieją, to biorą się skądinąd. Skąd?

Język sam w sobie jest złożony i interesujący, ale nie aż tak ważny. Stokroć bardziej liczy się to, co przekazuje, co się za jego pomocą wyraża. Prawdziwym bogactwem jest nie tyle różnorodność języków, ile wielość kultur wyrażanych poprzez języki (przy czym stosunek kultur do języków to nie 1:1 – różnice kulturowe między USA a Wielką Brytanią, czy nawet w ramach samych Stanów Zjednoczonych są ogromne; a jeśli to nie przekonuje, to polecam poczytanie o tzw. Irish Travellers, którzy mówią po angielsku!).

To prawda, że "friend" nie znaczy dokładnie tego samego co "przyjaciel", ale nie jest przecież tak, że "luźniejsze przyjaźnie" u anglofonów są wywołane tym, że nie mają oni słowa na "prawdziwych przyjaciół". Raczej odwrotnie – znaczenie słowa odpowiada społecznej rzeczywistości. Jeśłi ta się zmieni, zmieni się znaczenie, albo powstanie nowe słowo.

No dobrze, po cóż zatem uczę się języków? Żeby poznawać świat z nowej strony, ale nie przez studiowanie gramatyk (samo w sobie ciekawe), a badanie tego, co ludzie mówią, piszą, myślą i czują, ich historii, kultury, wizji siebie i świata, zwłaszcza tam, gdzie odbiega od mojej.

Przydługi cytat z Helen DeWitt, który dość dobrze ilustruje o co mi chodzi:

Pound thought that if there was good poetry in a language, then you should learn enough of that language to read the poetry. Your typical language course is completely misguided. You go through all this stuff about what your hobbies are, and you are not interested in what people are doing, chatting amongst themselves about their jobs, their golf. No! You want to read the great poetry and start there. Pound was single-minded about that. And that was inspiring because surely if you want banality, you don’t have to go looking for it in another language—you have your mother tongue.

I z tym się zgadzam – jeśli banał wystarcza, to przecież nie trzeba go szukać daleko, po co się męczyć? Jeśli jednak już podejmujesz wysiłek i zaczynasz się uczyć czegoś nowego, obcego, trudnego (jak każdy inny język, jeśli chcesz go poznać dogłębnie, a nie pobieżnie) to czemu nie sięgać po to, co wybitne? Pisałem już wcześniej o niewielkim sensie poświęcania czasu na książki, do których się potem nie wraca – prawda, czasem trzeba spróbować, żeby zobaczyć, co zacz, ale bardzo, bardzo często już zawczasu wiadomo, czego się spodziewać.

Jedyne zastrzeżenie jakie mam do cytowanej opinii, to to, że ja uzupełniłbym "wielką poezję" o wytwory kultury nie tak może wysokiej, ale czasem równie ważnej, znaczącej. Jeśli chcemy poznać innych ludzi, ich sposób myślenia i wrażliwość, to oprócz i obok literatury najwyższych lotów (którą się często ceni, ale nie czyta) warto zwrócić uwagę na to co słuchają, czytają, oglądają oni sami. Chodzi o filmy, muzykę, książki, które (niemal) każdy zna, lubi i -tu kluczowy warunek- uważa za ważne, przeżywa głęboko. Nie najbardziej popularne, ale -z braku lepszego słowa- kultowe; nie "muzyczna jedynka" ale "hymn pokolenia", którego słucha się ze łzami w oczach albo z ciarkami na plecach; nie "wychowywałem się przy tym", ale "wychowałem się na tym", "zobaczyłem, przeczytałem, usłyszałem i już nie byłem taki sam". Prawie każdy ma takie doświadczenia. Niekoniecznie mają być one uniwersalne – nie każdy słuchał Kaczmarskiego, Kazika czy OSTR (a to dobre przykłady z różnych pokoleń) – ważne, że dużą grupę ludzi wzrusza i porusza. Świetnego przykładu dostarczył Karol pisząc kiedyś o "De La Rey Song" – muzycznie nic wielkiego, ale jakie wywołała pasje!

Nie musi chodzić o gotowe utwory, żywe słowo może mieć podobne znaczenie. Czasy przemówień być może już mijają (choć na pewno warto studiować wielkie wystąpienia z przeszłości), ale nadal ktoś obdarzony charyzmą przy odpowiednim splocie okoliczności może porwać całe zbiorowości i wywrzeć na ich losy głęboki wpływ. Przy tym może to być retoryka czerpiąca z klasycznych wzorców danej kultury, ale równie dobrze i improwizacja daleko odbiegająca nie tylko od nich ale i od gramatycznej poprawności. Słowa Muhammada Alego z konferencji prasowej przed walką z Foremanem –Ima show you how great I am (od 0:30)– nieprzypadkowo można znaleźć jako podkład na niemal każdej "motywującej" składance na youtube.

Niepiśmienny pasterz może wiedzieć o życiu więcej, i tę wiedzę lepiej przekazywać, niż pięciu profesorów. Wystarczy (tylko i aż) szukać takich i starać się ich wysłuchać i zrozumieć. Dla jasności – nie upieram się przy poszukiwaniu "zapoznanych Homerów naszych czasów", chcę tylko powiedzieć, że zaciekawienie światem i potrzeba kontaktu z czymś autentycznym (to o to mi chodzi) może się wyrażać na wiele sposobów. Jeśli chcesz więcej wiedzieć i lepiej rozumieć, narzędzi i środków nigdy nie zabraknie. Więcej wiedzieć i lepiej rozumieć – po co się uczyć języków, jeśli nie po to?

Znów Helen Dewitt:

Why not offer a taste, early on, of the best of not just of one or two languages, but of a very wide range? By all means offer Spanish, the language of Cervantes and Borges—but the first thing the student should do is read the “Lottery of Babylon,” which is such a wonderful piece. Why would you not start with that? Why wouldn’t you start with something that good in many languages, and then decide which you wanted to pursue?

W sporze pomiędzy "prawie nic o prawie wszystkim", a "prawie wszystko o prawie niczym" gram zdecydowanie po stronie pierwszej drużyny. Zdaję sobie sprawę z istnienia pewnych praw przyrody ("pierwsze prawo masła – im szerzej je smarujesz, tym cieńsza jest warstwa"), ale próbuję orientować się jak najszerzej, punktowo pogłębiając wiedzę tam, gdzie to okazuje się najpotrzebniejsze (lub najciekawsze). Widzę głęboki sens takiego podejścia w odniesieniu do kultur i języków. Ich różnorodność jest porażająca i zachwycająca; ograniczając się do tego, co nam bliskie i pokrewne, zawężamy swoją znajomość świata do wąskiego jego wycinka. A to, moim zdaniem, wielka szkoda.

Kto myśli, że poznawszy meandry katolickiej, protestanckiej i prawosławnej teologii czy religijności, wie jak różne od siebie mogą być religie, myli się bardzo; ten, kto doda jeszcze judaizm i islam, w ich licznych wariantach – myli się tylko niewiele mniej. Bo prawdziwy problem, to jest prawdziwe zróżnicowanie, zaczyna się nie tam, gdzie mówimy "o, ta religia bardzo różni się od mojej", ale "czy to w ogóle jest religia?". Nie chodzi o udzielanie innych odpowiedzi na te same pytania, ale o stawianie zupełnie innych pytań, niż nasze. To dotyczy nie tylko religijności oczywiście, ale i innych sfer kultury.

Globalizacja oznacza wszędobylstwo cywilizacji technicznej i kultury masowej. Łatwo jest myśleć, że skoro mamy te same gadżety i te same rozrywki, to jesteśmy bardzo do siebie podobni. Tymczasem te same narzędzia i usługi nie są wykorzystywane tak samo. Płacąc kartą w irańskim sklepie podajesz na głos swój PIN sprzedawcy; Toyota Land Cruiser służy jako symbol statusu i w Polsce i w Południowym Sudanie, ale tylko w tym drugim miejscu właściciel będzie o niej śpiewał pieśni pochwalne, jak dawniej o ulubionym byku – ozdobie stada. Podobnie z rozrywką: zglobalizowana kultura masowa może i dociera prawie wszędzie, ale jedynie wycinkowo, jest interpretowana w lokalnym kontekście, a obok niej współistnieją tradycje lokalne, o których siedząc w zaciszu własnej kultury nie mamy zielonego pojęcia (kto widział jakiś film z Nollywood? słyszał o zapasach lamb? – to najpopularniejszy sport w zachodniej Afryce!).

Oczywiście, żeby dowiedzieć się czegoś o wymienionych przeze mnie zjawiskach nie trzeba uczyć się lokalnych języków – wystarczy czytać dobre książki i rozmawiać z ludźmi, którzy byli, widzieli, nauczyli się. Ale w ten sposób zdajemy się na pośrednika, który zawsze -siłą rzeczy, bez złej woli- coś przeoczy, coś przemilczy, a coś doda od siebie. No i – nie wszędzie dotrze. Wreszcie – nawet jeśli dotrze, zobaczy i nie przemilczy, to opisze jednak z zewnątrz, a nie od środka. Taka perspektywa ma swoje zalety – zewnętrzny obserwator czasem dostrzega to, co dla miejscowych jest tak naturalne, że niemal 'przezroczyste', niedostrzegalne (np. Irańczycy nie piszą i nie opowiadają o swoim systemie podziału jedzenia na 'ciepłe' i 'zimne' – związek z temperaturą podawania jest b. słaby – bo uważają go za oczywisty) – ale wad jednak więcej (bo turysta czy badacz też jest półślepy na pewne zjawiska, inne mylnie interpretuje, a do tego przez samą obecność zakłóca naturalny bieg spraw).

Staram się zatem sam poznawać możliwie jak najszerszy wachlarz, pełną paletę możliwości, wszędzie sięgając po to, co charakterystyczne, wartościowe, poruszające. To nie zawsze jest droga komfortowa – im dalej od 'naszych' kanonów kultury, sztuki, myślenia, tym odbiór bywa trudniejszy, ale uważam, że wysiłek wyjścia poza lokalne wersje zglobalizowanej kultury masowej bardzo się opłaca, bo poszerza horyzonty. Ponieważ nie można nacierać naraz na wszystkich frontach, potrzebny jest mechanizm selekcji. O tym jak dokonać możliwie reprezentatywnego wyboru otwierającego szeroką panoramę językowej i kulturowej różnorodności świata będzie mówił następny odcinek, przeznaczony przede wszystkim dla tych, którzy podzielają moje zaciekawienie światem.

Peterlin 4 – style twarde i miękkie, czyli czy być miłym czy okrutnym

peterlin_4Jeśli ktoś choćby pobieżnie zetknął się z wschodnimi sztukami walki, nie jest mu obce przeciwstawianie "stylów twardych" (np. karate kyokushin: blokowanie ciosów tak, by przeciwnikowi zgruchotać ręce; łamanie bykom rogów kantem dłoni i inne fajerwerki) tym "miękkim" (np. aikido: spokój, uniki,  oszczędność ruchów, siła przeciwnika obrócona przeciwko jemu samemu). Uwagi w nawiasach to oczywiście karykatura, a nie opis; ale dzięki nim, myślę, wyraźnie widać o co chodzi – ten sam cel można starać się osiągnąć radykalnie różnymi środkami.

Z nauką języków podobnie – wiele metod, wiele dróg, a wszystkie (przynajmniej w teorii) mają prowadzić z grubsza w tym samym kierunku. Jak wybrać taką, która pozwoli dojść jak najdalej? W dzisiejszej części ponownie zastanawiam się "jak się uczyć", ale chodzi tu o inne "jak" niż poprzednio. Tam mowa była o technikach i zasadach postępowania, tu – o stylu i podejściu do własnej nauki i do uczenia innych.

Jeśli chcesz zostać świętym musisz być okrutny wobec siebie

Moje instynkty są chyba jasne dla czytelników poprzednich części cyklu. Uważam intensywność nauki za kluczowy warunek jej skuteczności. Staram się wiele wymagać od innych, ale przede wszystkim od siebie. I wreszcie – bardziej interesuje mnie to, co robię źle, niż to, co robię dobrze. Krytyczne podejście, tropienie dziur w całym, źle może wpływa na samozadowolenie i spokojny sen, ale jest nieodzowne – by móc poprawić swoje błędy, trzeba wiedzieć, że się je popełnia. Żeby próbować zostać świętym, trzeba być dotkliwie świadomym swoich grzechów; żeby próbować zostać mędrcem – zdawać sobie sprawę, jak wiele się nie wie (a propos dyskusji o znaczeniu klasyki – warto poczytać Platona, żeby zobaczyć z bliska to "wiem, że nic nie wiem")

Udzielając się kiedyś na forum dla obcokrajowców uczących się polskiego, programowo nie rozpływałem się w zachwytach (wszystkie "well done" i "good job" tępiłem jak zarazę) – w końcu jeśli dzieci uczą się języków szybciej niż dorośli, to między innymi ze względu na "presję rówieśniczą"; jeśli któreś mówi śmiesznie, czy inaczej od innych, to banda kolegów-sześciolatków go bezlitośnie wyśmieje. Teraz nie próbowałbym już odtwarzać takiego podejścia, ale wciąż uważam szczere wytknięcie błędów, choć bolesne, za bardziej przydatne, niż cukierkowe i puste zachęty. Pasja, chęć, parcie naprzód, powinny wypływać ze środka, nie z zewnątrz; jeśli krytyka Cię zniechęca, to problem z Tobą, nie z krytyką, w końcu, że zacytuję książkę Feynmana "What do you care what other people think?" Co Cię obchodzi, co myślą inni? (dla jasności – nie chodzi o to by krytykę ignorować [przeciwnie!], zresztą – przeczytajcie tę książkę)

Jeśli spotkasz czterolatka, który myśli, że biega najszybciej na świecie, to dlaczego miałbyś mówić mu, że to nieprawda?

I tu konieczna korekta. Opisane wyżej uporczywie samokrytyczne, wiecznie z siebie niezadowolone podejście sprawdza się pod warunkiem, że wiesz, że można, że nawet jeśli osiągnięcie celu nie jest pewne, to przynajmniej można się do niego zbliżyć. W przypadku świętości z cytatu to proste, każdy słyszał Arkę Noego i wie, że "Taki duży, taki mały może świętym być". Ale mówiąc poważnie, w wielu, wielu sferach życia krępowani jesteśmy przekonaniem o własnej niemocy. Nie umiem grać na żadnym instrumencie bo "nie mam słuchu", a nie dlatego, że nigdy tak naprawdę nie próbowałem, a nie próbowałem, bo już od małego "wiedziałem", może ktoś życzliwy mi powiedział, że słuchu nie mam. Podobnie z "talentami" do matematyki, języków, plastyki, sportu, czego tam jeszcze. Siedmio- czy dziesięciolatek  słyszy, że skoro nie dostał się do szkoły sportowej czy muzycznej, to już sportowcem czy muzykiem nie będzie, pech taki, za późno. Przedmiot X przychodzi mu trudniej – widać nie ma uzdolnień, a skoro nie ma, po co ma się starać? I mamy sprzężenie zwrotne gotowe, bo skoro się nie stara… To podejście, które można streścić "nigdy się nie nauczę, bo jeszcze nie umiem"  (tymczasem jest dokładnie odwrotnie: to gdybyś coś umiał, nie mógłbyś już się nauczyć) uważam za skrajnie szkodliwe.

Warto byłoby je zastąpić "ormiańskim" (taki dialog z jednego z opowiadań Saroyana):

Wujek zostawił kluczyki w samochodzie, chcesz się przejechać? A umiesz prowadzić? Nie wiem, jeszcze nigdy nie próbowałem.

No właśnie, a kiedy już, zamiast zakładać, że się "nie da", spróbujesz czemuś poświęcić, dajmy na to 100 minut przez 100 dni, najlepiej kolejnych, mogę się założyć, że efekty będą; oceniaj je tak krytycznie jak tylko możesz ale nie rezygnuj i próbuj rzetelnie – ot i cała tajemnica.

Oczywiście, że nie każdy wystąpi kiedyś w Carnegie Hall, ale każdy może nauczyć się grać dla własnej i cudzej przyjemności. Z językami podobnie – być może nigdy nie staniesz się klasykiem literatury języka, którego się uczysz (jak Korzeniowski-Conrad), dziennikarzem prestiżowych obcojęzycznych mediów, gwiazdą talk-show czy popularnym komikiem (choć to możliwe), ale z pewnością możesz nauczyć się dowolnego języka tak, by używać go podobnie sprawnie jak wykształcony rodzimy użytkownik. To tylko (i aż!) kwestia wkładu pracy i chęci, nie pokładów talent.

I have never met anybody who studied hard

Nauka to przede wszystkim kwestia włożonego czasu, ale gołym okiem widać, że nie do końca. Dlaczego jedni "wyciągają" więcej z godziny  poświęconej na naukę? Są mądrzejsi? Znają jakieś tajemne sztuczki? Nie odrzucając całkowicie ani jednego ani drugiego, zaryzykuję tezę, że decydujące znaczenie ma inny czynnik: intensywność. O komasowaniu nauki w czasie, by go nie tracić na cykl zapomnień i przypomnień już było, ale chodzi też o dawanie z siebie więcej niż minimum, koncentrację, skupienie, wysiłekPrawie nikt prawie nigdy -o sobie wiem, innych podejrzewam na podstawie licznych poszlak- nie zbliża się nawet do granicy swoich możliwości. Oczywiste są i konsekwencje, i powody: i ja i ty możemy biegać po te same 30 minut pięć razy w tygodniu, ale jeśli ja w tym czasie truchtam z tętnem na 60% maksymalnego, a ty robisz interwały i tempówki na 95%, to łatwo zgadnąć kto po pół roku będzie biegał szybciej i miał lepszą kondycję. Ale z drugiej strony, ja swoje pół godziny będę spędzał w błogim komforcie, a ty przynajmniej przez część tego czasu będziesz miał ochotę się -uczciwszy uszy- porzygać ze zmęczenia. Przy tym ja będę sobie słuchał muzyki, układał w myślach plan dnia, śnił na jawie, a ty – będziesz miał w głowie pustkę. No czy coś w tym dziwnego, że takich jak ty jakoś znajdzie się mniej, niż takich jak ja?

Jaki byłby językowy odpowiednik tych "interwałów i tempówek"? Przecież nie wgapianie się w kartkę tak uporczywie aż krew pocieknie z nosa i uszu !? Klucz do tej intensywności to koncentracja, powstrzymanie się od robienia czegoś "przy okazji", namysł zamiast zgadywania odpowiedzi do ćwiczeń gramatycznych, czytanie świadomie wnikliwe zamiast pobieżnego i inne czasochłonne i męczące czynności. Ciężka, uporczywa praca przynosi efekty ale bywa nudna, niewdzięczna i … jest ciężka.

I was there to push people beyond what's expected of them. I believe that is an absolute necessity. – Terrence Fletcher, postać z filmu "Whiplash"

I tu pojawia się jakaś rola dla nauczyciela (czy jakiejkolwiek osoby z zewnątrz). Ponieważ zbliżanie się do granicy własnych możliwości jest nieprzyjemne, pozostawiony sam sobie wolę zatrzymać się w bezpiecznej odległości, nie ryzykować. Jak wie każdy rekrut piechoty morskiej, ktoś non-stop ryczący ci nad uchem i nie przyjmujący "już nie mogę" za odpowiedź, jest w stanie bardzo szybko sprawić, że zadania, które wydawały się nieosiągalne staną się chlebem powszednim. Wyciągać innych ze strefy komfortu i pchać poza (pozorne) granice ich możliwości – to ważna rola jaką może odegrać nauczyciel, niekoniecznie nawet używając takiego repertuaru chwytów jak Terrence Fletcher. Rola ważna, ale szalenie wymagająca, a granica pomiędzy potrzebną dla rozwoju konsktruktywną presją, a zbędnym sadyzmem – bardzo cienka. By jej nie przekroczyć trzeba mieć wiedzę, pasję, ideały, autorytet i niewyczerpane pokłady energii. Mało takich osób się znajdzie, ich szukania – nie doradzam, bo koszta pomyłki są ogromne.

Ten wątek rozważań uważam za wartościowy z dwóch względów: po pierwsze skonstatowanie mobilizującej roli stresu pozwala częściowo odtworzyć "konstruktywną presję" w bezpiecznych, domowych warunkach. Podjęcie publicznych zobowiązań, z których trudno się wycofać bez utraty twarzy, znacznie zwiększa motywację do pracy. Zaliczka wzięta, termin nagli, ludzie na mnie liczą – chciał, czy nie chciał, muszę napisać ten artykuł, (wygłosić wystąpienie na konferencji, tłumaczyć te ważne rozmowy ….), choć gdybym mógł to bym się wycofał, bo boję się, że mnie to przerasta. Warto stawiać sobie wyzwania nieco na wyrost, czasem nawet paląc za sobą statki, jak Hernan Cortez.

I druga refleksja: konstatacja, że nauczyciel, któremu zależy by rozwinąć talent ucznia, jest wobec niego wymagający, nawet surowy, pozwala inaczej spojrzeć na tych, którzy zagłaskują swoich uczniów (a właściwie klientów). Tak, każdy rysunek wykonany przez czterolatka jest ładny i trzeba go pochwalić, ale Ty, drogi czytelniku, masz lat więcej niż cztery i jeśli ktoś obchodzi się z Tobą jak z jajkiem – nabieraj podejrzeń! Zastanów się nad motywacjami: czy chodzi o to, by "nauczyć jak najszybciej, jak najwięcej" czy może jedynie "uczyć jak najdłużej"? Ucznia usamodzielnić czy uzależnić i utrzymać?

Na koniec powrót do wschodniej analogii. Częsty motyw w filmach o kung-fu czy karate: wiele już potrafiący adept po długiej wędrówce dociera do niedostępnej siedziby mistrza, a tam… służba nie wpuszcza go do środka. Mistrza nie ma, jest zajęty, nie przyjmuje gości. Adept siada przed bramą i czeka. Godzinę, dwie, dzień, drugi… Pada nań deszcz, śnieg, grad, kąsaja osy, słudzy z okien pracowni wylewają pomyje. Siedzi. W końcu drzwi się otwierają. Wchodzi, ale mistrza przez najbliższy rok nie spotka – będzie nic tylko nosił wodę, drwa rąbał, gnój przerzucał. Dopiero po roku-dwóch mistrz wreszcie zaczyna go uczyć, a w końcu czyni powiernikiem tajemnic i spadkobiercą…

Kiedy byłem mały, nie rozumiałem tego kompletnie – co to za strata czasu? Adept przecież wiele już umie, dlaczego zamiast go jak najszybciej douczyć, pozwala się by sporo z nabytych już umiejętności zapomniał, przez dwa lata nie ćwicząc? Teraz rozumiem, że istotne są nie umiejętności, a wytrwałość i samozaparcie. Kogoś pozbawionego tych cech uczyć nie warto – szkoda czasu i wysiłku. Prawdziwy mistrz nie jest komiwojażerem, specjalistą do wynajęcia.

I odwrotnie – jeśli ktoś jest na tyle zdeterminowany, że wysiedzi przed bramą, że wytrzyma poniżenia prac domowych, to nauczy się wszystkiego, co trzeba, choćby na starcie nic nie potrafił. Ciekawie wpisuje się w to rezultat badań Gladwella nad sukcesem życiowym studentów z Pensylwanii. W skrócie: studenci Penn (należy do Ivy League) radzą sobie o wiele lepiej niż studenci Penn State (mniej selektywny, do Ivy League nie należy), ALE ci studenci którzy dostali się na obie uczelnie, a wybrali studia na "gorszym" Penn State, radzą sobie równie dobrze jak studenci Penn. Inaczej mówiąc, istotne jest czy przeszli selekcję do Ivy League, a nie to, czy w Ivy League (przy wszystkich jej domniemanych przewagach) faktycznie studiowali…

Zakończmy dzisiejsze rozważania żydowskim powiedzeniem "kiedy uczeń jest dobry, chwalą nauczyciela". Decydujące znaczenie ma nie nauczyciel, nie metoda i nie talent, ale posiadane chęci, włożony wysiłek, zdolność do poświęceń. No i właściwe podejście do krytyki – samemu tropić własne błędy, uwagi innych przyjmować, ale nie dać się im stłamsić i zniechęcić.

W następnym odcinku chwila namysłu nad tym, po co się starać. Po co się uczyć języków?

Peterlin 3 – jak się uczyć

peterlin3Główne intuicje przekazawszy w poprzednim odcinku cyklu, tym razem poświęcę nieco więcej uwagi ogólnym zasadom, warunkującym powodzenie nauki. Niniejszy tekst nie jest nowy, pojawił się już dawno na moim blogu, ale obecna jego wersja jest rozbudowana o nowe, istotne wątki – zachęcam zatem do ponownej lektury.

Jak się uczyć języków?

Nie ma cudownej metody, są ogólne zasady. Krótko mówiąc, należy uczyć się: regularnie, intensywnie, wytrwale, samodzielnie i jak najmniej. No i brać  pod uwagę garść prostych prawideł, o których za chwilę.

Kilka prostych zasad

Odpoczynek to najważniejsza część każdego treningu

I kropka. Żeby sprawnie myśleć, trzeba być wypoczętym, wyspanym i trzeźwym (a nie na kafeinowym haju). Czytelniku, kimkolwiek jesteś, zapewne śpisz mniej niż potrzebujesz. Moja rada – chcesz się uczyć języków – kładź się spać wcześniej! A najlepiej bezpośrednio po wieczornej powtórce materiału, którą mózg będzie miał szansę spokojnie przetrawić i usystematyzować podczas snu!

Wytężanie uwagi jest męczące i niestety nie może trwać długo (moja ocena z kapelusza: jednym ciągiem 30-45 min? więcej w warunkach silnego stresu), inaczej myśli zaczynają błądzić. Trzeba więc przeplatać koncentrację z odprężeniem, relaksem. Ale gapienie się w jakiś ekran, kompulsywne sprawdzanie maili, powiadomień na Facebooku czy układanie playlisty empetrójek to szkodliwy pseudo-relaks, a nie odpoczynek. Co działa? Cisza, spokój, liczenie oddechów, albo, jeszcze lepiej – wysiłek fizyczny.

Jeśli już coś potrafisz, to nie możesz się tego nauczyć, a jedynie (czy aż) udoskonalić. Uczysz się próbując zrobić coś, czego jeszcze nie umiesz. Na błędach, przez błędy, dzięki błędom – nazwij jak chcesz. Niby oczywiste, ale o wiele łatwiej, bezpieczniej, jest wyznaczać sobie cele leżące w granicach naszych możliwości (co prowadzi do stania w miejscu, może z coraz lepszą techniką) niż te wykraczające poza granice (co jest warunkiem rozwoju). Tymczasem poprzeczka musi być zawieszona odrobinę za wysoko!

Na szczęście większość ambitnych wyzwań da się podzielić na mniejsze, łatwiejsze do przełknięcia i strawienia. Biegnąc niby już "na ostatnim oddechu" można spokojnie przebyć kolejnych N kilometrów metodą "wytrzymaj jeszcze tylko do następnego krzaczka". Bardzo skomplikowane zadania można rozłożyć na części składowe – z których każda z osobna będzie prosta. Język to system otwarty, łatwo poddaje się skalowaniu pod względem stopnia złożoności struktur. Można, warto, trzeba uczyć się reguł rządzących łączliwością wyrazów i budową zdań, dobudowując do już znanych (wyuczonych, zasłyszanych) konstrukcji nowe elementy.

Na ostatni punkt często wskazują różni "guru językowi". I mają rację w tym, co twierdzą – wykorzystywanie internacjonalizmów czy szybkie opanowanie konstrukcji modalnych (chcę, mogę, muszę) pozwala zacząć się komunikować (i dostawać informację zwrotną) bardzo, bardzo szybko. To, w czym się mylą, to przedstawianie etapu znalezienia pierwszych punktów podparcia, jako -właściwie- już osiągniętego celu. "Dzięki tej technice będzie szybko i łatwo". Nie będzie, bo język, każdy język, to żywe i niezmiernie złożone zjawisko społeczne, o ogromnej skali mierzonej liczbą słów, ich znaczeń i interakcji (zarówno pomiędzy słowami, jak i słowami, a ludźmi).

Intensywność

Jak, mam nadzieję, jasno wynika z poprzedniego tekstu uważam intensywność za kluczowy warunek skuteczności. Bez niej trudno przebrnąć nudny początkowy etap, kiedy "niczego jeszcze nie umiem powiedzieć" i przejść do posługiwania się językiem, zamiast uczenia się go. I tu, jak gdzie indziej, działanie na pół gwizdka przynosi skutki nawet nie połowiczne, a o wiele skromniejsze.

Regularność

Nie ma co się rozwodzić: 30 minut nauki cztery razy w tygodniu przynosi lepsze efekty niż dwie godziny raz w tygodniu (oczywiście dwie [czemu nie dziesięć?!] godziny codziennie to jeszcze lepiej). Repetitio est mater studiorum i tyle. Żeby pamiętać, trzeba powtarzać (najlepiej – przez użycie), a żeby powtarzanie było skuteczne, musi odbywać się regularnie (i wiemy nawet mniej więcej jak regularnie – za SuperMemo, ANKI i innymi systemami stoją solidne podstawy naukowe).

Wytrwałość

Podobnie jak efekty miesięcznej pracy nad sylwetką na siłowni znikają szybko, gdy się zarzuci ćwiczenia, tak i nawet najbardziej intensywny wysiłek włożony w naukę języka nie przyniesie niemal niczego, jeżeli nie będzie kontynuowany. Nauka języka (jeśli założymy, że chodzi o coś więcej niż nabycie podstawowych umiejętności komunikacyjnych) to zadanie na lata; kto twierdzi inaczej – zmyśla bądź bredzi. Jak już pisałem, chodzi nie tyle o to by się nauczyć, ile o to, by nabytą wiedzę utrzymać znajdując dla niej zastosowanie praktyczne.

Samodzielność

Nawet jeśli bierze się udział w jakichś zorganizowanych formach nauki, trzeba uczyć się samodzielnie. Podporządkowanie się rytmowi pracy całej grupy czy zakresowi jakiegoś egzaminu układa wprawdzie proces nauki w jakieś karby i pozwala prognozować wyniki (za dwa lata powinienem zdać CAE), ale jednocześnie przenosi środek ciężkości z umiejętności językowych (czy potrafię się dogadać w konkretnej sprawie, przeczytać co mnie interesuje) na egzamin, certyfikat, podręcznik (wow, przerobiłem już 40 lekcji!), które w prawdziwym świecie (tj. poza szkolną salą) są kompletnie nieistotne. Dodatkowo praca wyłącznie według programu układanego przez innych, przynosząc błogi spokój, negatywnie odbija się na wynikach, do których potrzebny jest twórczy niepokój. W nauce języka należy poszukiwać samemu nowych wyzwań, tak żeby  nie była mechanicznym odbębnianiem, które i tak będzie nieskuteczne. Z samodzielnością związane jest też krytyczne myślenie, które bezwzględnie warto w sobie kształtować, zamiast ślepo naśladować jakiś autorytet. Nie wierz na słowo nikomu, nawet mnie, a tym bardziej samemu sobie (samego siebie najłatwiej oszukać). Weryfikuj zarówno to, co twierdzą inni, jak i to, co jak Ci się wydaje, wiesz.

W odniesieniu do nauki języka samokrytyczne podejście oznacza także stałe szukanie odsłuchu. Nie chodzi o to, by zadręczać tambylców pytaniami "czy dobrze powiedziałem?" – wytykanie innym błędów zajmuje czas i jest krępujące, zawsze balansując na granicy impertynencji – ale o to by -po prostu- słuchać, co, kiedy i jak mówią czy piszą i starać się naśladować, biorąc pod uwagę kontekst (różne sytuacje = różne style języka), to, co się widzi i słyszy, zamiast tkwić sztywno w szkolnogramatycznej "poprawności".

Uczyć się jak najmniej

By uniknąć częstej w blogosferze fetyszyzacji procesu uczenia się czyli koncentrowania się na technikach nauki dajmy na to hiszpańskiego [to niekończące się rozprawianie – oczywiście po polsku – który podręcznik lepszy, jak ustawić cykl nauki, czy stosować shadowing, stawiać input przed outputem czy odwrotnie…], należy jak najmniej się uczyć. Jak najwięcej za to – używać języka, którego się uczymy, tam gdzie nas to interesuje i jest nam potrzebny. Interesuję się irańskim filmem – dlaczego nie sprawdzę, co w Iranie pisze się o Farhadim, albo co leci w kinach w Teheranie? Samo poszukiwanie sposobów jak sprawdzić repertuar irańskich kin może być świetnym ćwiczeniem nie tyle ze znajomości języka ile z kreatywności w wyszukiwaniu informacji (a to dużo przydatniejsza w życiu umiejętność niż perski). Jeśli zaś nie ma takiej rzeczy, do której dany język jest potrzebny  – mówię po raz tysięczny – to po jaką cholerę się go w ogóle uczyć? Oczywiście, takie podejście jest trudne i wiąże się z przysłowiowym skokiem na głęboką wodę, ale cóż – tej wody i tak nam nikt nigdy nie spłyci.

O co tak naprawdę chodzi (moim zdaniem)

Na koniec niespodzianka – w nauce języka -nawet jeśli mantrę "nie ucz się, ale używaj" odłożymy na bok- tak naprawdę to nie nauka języka jest najważniejsza. Jeśli nie ona to cóż takiego? Po pierwsze, wynikająca z samodzielnie odniesionego 'sukcesu'  większa pewność siebie. Jest z czego się cieszyć, w końcu odczepiłeś małe kółka od rowerka i jedziesz dokąd chcesz. Ludzie pewni siebie (nie mylić z pyszałkami – arogancja i zarozumialstwo, to sposoby rekompensowania niskiej samooceny, a nie symptomy wysokiej) są po prostu fajniejsi dla siebie i innych. Po drugie, i ważniejsze, ukształtowane przez zdyscyplinowaną naukę cechy osobowości czy charakteru. Sumienność, obowiązkowość, wytrwałość, nawyk samodzielnego i krytycznego myślenia czy sama umiejętność uczenia się to cechy dużo istotniejsze (i dla potencjalnego pracodawcy i w życiu osobistym) niż przysłowiowy „biegły angielski”.

W kolejnej części – style twarde i miękkie – odrobinę więcej o kształtowaniu charakteru i o podejściu do uczenia się i nauczania. Łatwo chyba zgadnąć, że landrynkowo nie będzie 🙂

Peterlin 2 – studia przypadku czyli powrót do przeszłości

iranwegryJako punkt wyjścia do dalszych rozważań służyć mi będzie wycieczka 15 lat w przeszłość, do czasu, kiedy osiągałem swoje największe ‘sukcesy językowe’. Rozumiem przez nie sytuacje, kiedy byłem w stanie uczyć się znacznie szybciej od swoich współkursantów, co można było zmierzyć wynikiem egzaminów. Później uczyłem się głównie samodzielnie, więc trudno i o mierzalne rezultaty i o porównanie z kimś innym. To zresztą główna, jeśli nie jedyna, zaleta zorganizowanych form nauki – łatwość porównań i liczbowe ujęcie postępów. Argumentacja dlaczego to, w sumie wziąwszy, zaleta pozorna, zostanie przedstawiona w jednym z ostatnich odcinków, tu – sama historia.

Zacznijmy jednak od prehistorii, czyli dwóch obrazków z liceum. Angielski w szkole miałem, ale niespecjalnie pamiętam te zajęcia; uczyłem się go (a właściwie wchłaniałem) czytając podręczniki do gier RPG, (dla zainteresowanych: najpierw AD&D, a potem Vampire the Masquerade i GURPS), wtedy dostępne tylko po angielsku. W liceum włoskiego uczyłem się w dwuipółkrotnie większym wymiarze godzinowym (5/tydzień), ale jakiekolwiek efekty pojawiły się dopiero gdy zaczęli nas uczyć Włosi: jeden odrabiający w ten sposób wojsko, i drugi – eks-hipis z bogatej rodziny.
Nie żeby mieli cudowne metody; po prostu byli ciekawymi ludźmi, z którymi nie dało się rozmawiać inaczej niż po włosku. Po maturze drogi się rozeszły, a mój włoski rozpłynął. Za to po angielsku zawsze miałem coś ciekawego do poczytania – od RPG przez literaturę (od Conan Doyle’a przez Conrada po Blake’a i Yeatsa wreszcie Joyce’a – wziąłem się za Ulyssesa, bo słyszałem że trudny; jak dziś to pamiętam: "faktycznie, niewiele rozumiem; przez ciekawość sięgam po polskie tłumaczenie… i też nie rozumiem, więc już wiem, że wszystko w porządku") do –oczywiście- podręczników do innych języków obcych. I nic dziwnego, że dziś angielski znam, a włoskiego nie, choć w pewnym punkcie były na podobnym poziomie.

Przydługi wstęp sygnalizuje dwa wątki: pierwszy, temat przewodni cyklu, którym jest hasło „używać, a nie uczyć się”; jeśli język jest ci do niczego (czegokolwiek, choćby do grania w gry) niepotrzebny, to po co ci on? i drugi – przekonanie, które też będzie powracać echem, że warto mierzyć wysoko, sięgać po literaturę w oryginale, a nie wykastrowane przeróbki. Co z tego, że nie wszystko jest jasne? Jeśli wybierzesz lekturę, do której będziesz chciał(a) wracać (są tacy, którzy mówią, że warto czytać tylko po wielokroć; książki ‘jednorazowej lektury’ nie są warte tego by im nawet tyle czasu poświęcić), to przy każdym powrocie będziesz rozumieć coraz więcej, zyskując więcej niż z – nawet świetnie rozumianej – literatury dworcowej. Czytaj, a nie ucz się.


No dobrze, a teraz bardziej technicznie – dwa epizody skutecznej nauki, ku zadziwieniu i przestrodze.

Węgierskiego uczyłem się w Debreczynie na tzw. letnim uniwersytecie http://www.nyariegyetem.hu/ – polecam!) – czyli miesięcznym intensywnym kursie językowym. Zacząłem w grupie zerowej (abszolút kezdő), po sześciu dniach zajęć przeniosłem się dwa poziomy wyżej, a cały kurs skończyłem w grupie piątej (z sześciu), zdając egzamin końcowy z najlepszym wynikiem (bodaj 97/100). Po miesiącu nauki ‘dogoniłem’ współkursantów, którzy przed przyjazdem do Debreczyna mieli za sobą od 4 do 6 semestrów nauki węgierskiego. Wywiad ze mną (oczywiście po węgiersku, opowiadałem m.in. o językach polisyntetycznych) ukazał się w gazetce letniego uniwersytetu, a legendy o mnie pewnie do tej pory krążą po kampusie.

Skąd się wziął powyższy rezultat? Oczywiście z tego, że uczyłem się inaczej niż inni, ale ‘inaczej’ nie oznacza tu ezoterycznych technik, a po prostu:

unikanie fiksacji na tym ‘jaki ten węgierski jest dziwny’ – zauważyłem, że część kolegów zamiast przyjąć do wiadomości np. istnienie sufiksów dzierżawczych, wewnętrznie (a czasem i na głos) buntuje się przeciwko nim; sam nie traciłem czasu na próby nagięcia węgierskiego do struktur, które już znałem, starałem się po prostu przyjąć to, co jest, z dobrodziejstwem inwentarza, bez ocen;

eksploracja przez eksperyment – od początku starałem się rozszerzyć już poznane zdania o jakiś nowy element. Już ilustruję: pierwszego dnia na sakramentalne „hogy vagy?" [jak się masz?] nauczycielki  odpowiedziałem remekül [świetnie], bo tego nas właśnie nauczyła; ale drugiego dnia już sprawdziłem, czy złożone z wyszukanych w słowniku słów "remekül, mint mindig [świetnie jak zawsze] jest prawidłowe (jest). Podobnie przy wszystkich ćwiczeniach, dialogach etc. – jeśli już wiem jak powiedzieć X, to próbuję X+cośtam.

eksploracja przez obserwację – chodzenie po mieście, patrzenie na znaki (te na tablicach, nie na niebie i ziemi) i weryfikacja ze słownikiem tego, co dokładnie znaczą. Nieprzypadkowo jeden z moich adresów mailowych to "kutya harap" (czyli "uwaga zły pies", dosłownie "pies gryzie") i tej zbitki zapewne nigdy nie zapomnę, podobnie jak kluczowych czasowników wyczytanych ze ścian toalety w akademiku. Jak słusznie mówił Yogi Berra "you can observe a lot by just watching", możesz wiele zauważyć po prostu patrząc.

optymalizacja rytmu dnia pod względem czasu nauki – jak to rozwinąć? Wstawałem o 6:00 żeby zdążyć pobiegać i wziąć prysznic zanim obudzą się moi współlokatorzy, na posiłki przychodziłem jako pierwszy, żeby uniknąć kolejek na stołówce i mieć jeszcze czas się pouczyć przed rozpoczęciem zajęć, zawsze miałem przy sobie książki i słownik, słuchałem niemal wyłącznie węgierskiej muzyki (dla ciekawych jakiej: Tankscapda i Ganxsta Zolee)

ilość czasu poświęcana na naukę – w zasadzie do tego punktu można wszystkie inne sprowadzić. Sześć godzin lekcyjnych/dzień przez pięć dni w tygodniu (wymiar kursu), to stanowczo za mało by nazwać naukę naprawdę intensywną. Szacuję, że spędzałem na nauce jakieś 8-10 godzin (ale zegarowych) dziennie [4,5 h – zajęcia; 1 h – rano przed zajęciami; 0,5 h – podczas przerwy obiadowej; 2+ h – wieczorem], przy czym zajęcia -zwłaszcza w pierwszych grupach- były najmniej wysyconą jej porcją, a najefektywniej pracowało mi się w weekendy.

ale jak znaleźć tyle czasu ? – bardzo prosto – stosując zasadę Stuyvesant ("sleep, study, socialise – pick two" – nie ma chyba wątpliwości, co  z tej trójki odrzuciłem?). W wielojęzycznej grupie studenckiej przewagę liczebną mieli początkujący, więc życie towarzyskie albo rozbijało się na narodowe kółka, albo toczyło się po angielsku; nie widziałem specjalnego sensu ani w jednym, ani w drugim, a mój węgierski dopiero pod koniec osiągnął używalny poziom. Byłem też wtedy jeszcze bardziej introwertyczny niż teraz, więc czułem się świetnie pozostając na marginesie. Paradoksalnie jednak, wiele znajomości z Debreczyna zachowałem do dziś, więc nie było tak żem do nikogo gęby nie otwierał…

Na marginesie – jeśli wierzysz w 'talent do języków', to przyjmij na próbę podobny reżim pracy (8-10 h codziennie, ale pracy, a nie użalania się nad sobą przy otwartej książce) i utrzymaj go przez miesiąc, a dopiero potem –jeśli nie będzie efektów- miaucz, że nie potrafisz.


Ciemna strona "sukcesu"?

„I’m sorry to say it, Ms. Katona, but Piotr keeps intimidating people by looking at them when they make mistakes”  – Mikhail, student Oxfordu i mój kolega z grupy początkujących

Tak naprawdę to gapiłem się nie z wyrzutem, ale po prostu zdziwiony jak można się tak kompletnie nie starać jak to czynił ten delikwent, ale fakt faktem – dla kilku osób w grupie, które przyjechały bardziej na wakacje niż na kurs językowy (teraz to rozumiem, wtedy – nie mieściło mi się w głowie), moja obecność była ciężko strawna, dlatego też zostałem "wykopany w górę" na prośbę zespołu (potem były i następne przenosiny, ale już w przyjacielskiej atmosferze).

Skoro się już pochwaliłem ("sam się nie pochwalisz, chodzisz jak opluty"), to postawię kropkę nad "i" – silne zaangażowanie (w cokolwiek) wymaga poświęceń, może prowadzić do konfliktów i do osamotnienia. Samo w sobie nie jest to niczym złym ("nie ufaj ludziom, którzy nie mają wrogów"), ale wymaga uważnego ważenia racji – nie zawsze warto, a ja wcale nie twierdzę, że jeszcze raz w Debreczynie zachowywałbym się identycznie.

Teraz łyżka dziegciu – tak zwany "sukces" opisany powyżej nie ma absolutnie żadnej wartości. Co z tego, że uczyłem się szybko i spektakularnie, skoro do niczego (poza robieniem dobrego wrażenia na węgierskich dyplomatach) mi się ten węgierski potem nie przydał? Skoro dziś, prawda jest taka, nie mówię, ani nawet nie czytam po węgiersku?

Z nauką jak z dietą – może i ważne jest to jak idzie, ale o wiele ważniejsze, to co będzie potem. A potem było niewiele – nakupiona w Debreczynie klasyka węgierskiej poezji jakoś nie przypadła mi do gustu, a czasu/chęci na głębsze poszukiwania zabrakło. Nie wziąłem się też nigdy za łotewski, co może by pomogło (jedyny podręcznik jaki mam, jest po węgiersku, w płonnej nadziei wożę go ze sobą po świecie).


Perski

Historia nie tak spektakularna, ale bardziej brzemienna w skutki.

Suche fakty w skrócie: na iranistyce mieliśmy 10-12 godzin zajęć językowych na tydzień.  Materiał z 2 lat zrobiłem w mniej niż rok (a gros z tego w pierwszym semestrze) po prostu na zasadzie – czy się wali, czy się pali, świątek czy piątek, co najmniej jedna lekcja dziennie. Zdarzało się, że omijałem zajęcia z perskiego, bo… chciałem pouczyć się perskiego, a siedząc na sali traciłbym czas na puste pogawędki.

Po 3 semestrach nauki, na miesięcznym stypendium w Iranie, byłem w grupie razem ze studentami 5 roku (znali więcej wierszy na pamięć, ale ja mówiłem lepiej) i słuchałem po persku wykładów z historii literatury. Przy okazji nauczyłem się mówić po rosyjsku, bo grupa była rosyjskojęzyczna. Po powrocie w zasadzie przestałem się uczyć perskiego, nie przestałem natomiast go używać.

"Nie przestałem", a nie zacząłem, bo od połowy pierwszego roku korespondowałem z Irańczykami poznanymi na Usenecie (czy to nadal istnieje?), technicznie było to koszmarnie trudne (dopiero z Word 2000 pojawiła się obsługa pisma od prawej do lewej), ale wspominam ten czas z rozrzewnieniem.

Interesowałem się wtedy poezją, więc czytałem wiersze. Uparłem się, że nie będę sięgać po tłumaczenia (poniekąd słusznie) i analizy (głupio, krytyka literacka w Iranie jest b. rozwinięta, nierzadko komentarz może być ciekawszy od komentowanego dzieła); jeśli nie rozumiałem większych całości – sięgałem po fragmenty (zawsze jest coś, co da się wyczytać z tekstu). Z poezją mi potem przeszło, ale zostały zainteresowania językoznawcze (mam sporą biblioteczkę o regionalnych językach i dialektach Iranu) pojawiła się polityka – wciąż czytałem, tyle że gazety i komentarze bieżących wydarzeń. No i tak to się kręci już 15 lat – mój perski nie jest rewelacyjny, ale do tego, do czego go potrzebuję, wystarcza.


 

Podsumowanie i wnioski

Nauka musi być intensywna – nazwijmy to modelem "bardzo dużo bardzo często" – jeśli ma być skuteczna. Model "debreczyński" (8-10h dziennie) pozwala na osiągnięcie biegłości pozwalającej na aktywne używanie języka w kilka (4-6) tygodni. Model "perski" (3-5h dziennie) wydłuża ten czas trzy- lub czterokrotnie (czyli 4-6 miesięcy). Niższa intensywność powoduje, że wiele czasu marnuje się na cykle za- i przy-pominania.

Morfologię i podstawowe słownictwo każdego języka można opanować w ciągu pół roku. Wtedy (a tak naprawdę – wcześniej) należy zabrać się za to, do czego język nam jest potrzebny (lekturę klasyków literatury, rozmowy z ciekawymi ludźmi, cokolwiek…), jeśli nie ma takich rzeczy – po co się uczyć?

O długofalowym powodzeniu (tj. utrzymaniu i pogłębianiu znajomości języka) decyduje nie tyle skuteczność nauki (to, w moim ujęciu, krótka faza mobilizacji) ile to, co udało mi się z perskim i angielskim, ale nie z węgierskim i włoskim, czyli wkomponowanie stosowania języka w stały rytm dni i tygodni. Nie jest sztuką poświęcić pół roku, żeby się czegoś nauczyć, sztuką jest nadal to umieć po 1, 2, 5, 10 latach – bez stałego kontaktu to niemożliwe.

Sens nacisku jaki kładę na naukę intensywną, leży w maksymalnym skróceniu irytującego okresu, kiedy jeszcze nie można z wiedzy nabytej korzystać. Najlepiej byłoby od samego początku uczyć się robiąc, ale to nie zawsze możliwe.

Jak jednak znaleźć czas? Skąd wydobyć te 3 czy 5 godzin każdego dnia? Poza rozwiązaniem radykalnym, czyli poświęceniem wakacji, oferuję dwa tropy: pierwszy to cięcie, najlepiej aż do kości, niepotrzebnych zjadaczy czasu, jak na przykład czytanie, jak wymądrzam się tu na woofli. Drugi zaś trop to po prostu precyzyjne określenie potrzeb – zdanie jakiegoś egzaminu czy nawet przeczytanie Prousta w oryginale, żeby móc napisać o nim pracę magisterską to inne, węższe, zadania, niż "nauczenie się francuskiego". Węższe = wymagające mniejszych nakładów.

Jest też możliwe, że cel, o który nam chodzi, można osiągnąć innymi środkami – jeśli język jest mi potrzebny do pisania raz na kwartał raportu dla centrali koncernu, to mogę po prostu zlecić tłumaczenie komuś bardziej kompetentnemu, jeśli "chcę poznać ciekawych ludzi z całego świata", to może bardziej chodzi nie o "cały świat", a o "ciekawych ludzi", a ci i w Polsce się trafią, jeśli zaś idzie po prostu o to, by komuś, choćby samemu sobie, zaimponować, to zamiast się uczyć, lepiej wydorośleć.

W kolejnym odcinku, rozwijającym poruszone tu wątki, odrobinę więcej o tym jak się uczyć, czyli kilka ogólnych, prostych zasad i kolejne powtarzanie mantry "używać, a nie uczyć się".