Peterlin na Woofli

Peterlin 5 – Po co się uczyć?

peterlin5Przez poprzednie odcinki wielokrotnie przebijała myśl, żeby uczyć się jak najmniej, tyle jedynie, by cel, który się sobie postawiło jak najszybciej pojawił się w polu rażenia – a wtedy już nie tyle uczymy się, ile robimy to, co chcieliśmy z tym naszym językiem robić. No dobrze, ale co to jest to "to, co chieliśmy"? Odmieniwszy "cel" przez wszystkie przypadki wypadałoby powiedzieć, co nim powinno być, prawda? Po co się tak właściwie uczyć języków?

Pytanie jest trafne i ważne, ale skieruj je nie do mnie, a do samego siebie: po co się uczysz? Co chcesz robić? To Ty masz chcieć czegoś, nie ja, życia Ci nie ułożę, niczego nie doradzę. Mogę najwyżej, i za chwilę to zrobię, powiedzieć co nieco o swoich celach i motywacjach, których nie musisz podzielać. Zamiast "po co się uczyć?" w tytule mogłoby stać "po co się uczę?" i byłoby ściślej.

No to po co się uczę języków? Nie tego, czy tamtego (powody bywały różne), ale w ogóle języków?

Skok w przeszłość po powód mniej istotny, choć wciąż obecny: Kiedyś myślałem, że język, jego struktura, skrywa tajemnice świata. Dziwiła mnie i ciekawiła różnorodność gramatycznych mechanizmów, to że ja "mam pieniądze", ale one "u" Rosjanina, "na" Finie czy "przy" Irlandczyku, zaś Turek czy Węgier powie coś w rodzaju "moje pieniądze istnieją" i myślałem, że te różnice świadczą o czymś głębokim, o fundamentalnie odmiennym postrzeganiu świata. Dopiero z biegiem czasu, po wielu nieudanych próbach wskazania na czym konkretnie ta odmienność (co innego "czuć", że "oni myślą inaczej", co innego – wiedzieć i wykazać, jak; impresjonizm jest dobry, ale nie wszędzie) dotarło do mnie, że to -po prostu- nieprawda, że jeśli Rosjanin, Polak, Fin i Turek mają inny stosunek do pieniędzy (czy posiadania w ogóle), to nie wynika to z właściwości ich języka.

Być i mieć, czyli trochę filozofii. Pójdźmy jednak trochę głębiej, zamiast tej samej relacji ("mam pieniądze") różnie wyrażanej w poszczególnych językach, wychodząc od całkiem różnych (choć pokrewnych) relacji wyrażanych (przez nas) tak samo. Otóż czasowniki "być" i "mieć" są w polskim, podobnie jak ich odpowiedniki w wielu innych popularnych językach, rozpaczliwie wieloznaczne. Gruzin inaczej -czyli innym czasownikiem- "ma" przyjaciela (mam przyjaciela = megobari mqavs), a inaczej komputer (mam computer = kompiuteri makvs), w maori inaczej rodzice "mają" dzieci (tzw. posiadanie na – coś, nad czym masz kontrolę) , a inaczej dzieci – rodziców (posiadanie na o – coś nad czym kontroli nie masz). I faktycznie, czy kiedy mówię "mam szare oczy", "mam brata i dwie siostry", "mam dużo cierpliwości", "mam piątkę z angielskiego", "mam dużo pieniędzy" (nie wchodząc już w "mam dziś napisać artykuł", "mam to gdzieś" i dalsze jeszcze rejony) to za każdym razem mam (ha, ha) na myśli, tę samą relację, to samo "mam"? No nie.

Z "być" wcale nie inaczej. Co polski łączy, lezgiński czy irlandzki traktują odrębnie – "jestem tutaj" to po lezgińsku (zun ina awa) ale "jestem Polakiem" to (zun Polak ja). Z kolei irlandzki odróżnia "jestem prawnikiem" (Is dlíodóir mé) od "jestem nieuczciwy" ( mé mimhácanta). Przykłady niepotrzebnie egzotyczne, bo tu akurat nie trzeba sięgać daleko – "il y a", "es gibt", "ser" kontra "estar".

No dobrze, czy zatem, skoro "bycie gdzieś", "bycie jakimś" i "bycie czymś", to odmienne relacje, to czy w językach je odróżniających nie myśli się jakoś inaczej, subtelniej? Nie sądzę, ponieważ, po pierwsze – kategorie językowe to co innego, niż kategorie logiczne, nigdy nie będą spójne. I lezgiński i irlandzki używają jednego ze swoich czasowników "być" do idiomatycznego wyrażania relacji słabo powiązanych z "byciem" (co jest naturalnego w mówieniuadak qhel kwa)"gniew jest pod nim" na "on się gniewa" czy "woda jest ode mnie" [ uisce uaim] na "potrzebuję wody" albo [ ceol agam] "muzyka jest przy mnie" na "umiem śpiewać"?). Po gruzińsku samochód ma się tak, jakby był żywy (mówi się "mankana mqavs", a nie "mankana *makvs"), w maori samochód i ubranie należą do kategorii o (czyli tej bez kontroli). Po drugie, i ważniejsze, przecież w tym nudnym, wrzucającym wszystko do jednego worka polskim mogę powiedzieć, że "bycie gdzieś, bycie jakimś i bycie czymś to odmienne relacje", tym samym odróżniając egzystencjalne 'być' od lokatywnego, predykatywnego i kopulatywnego. Może brzmi to koszmarnie, ale dzielić włos na czworo nad naturą (naturami) "bycia" – nie przeszkadza.

Ta przydługa, choć wciąż skrótowa, przebieżka miała zilustrować dwie myśli – że języki świata są pod względem strukturalnym niezwykle zróżnicowane, a ta różnorodność jest ciekawa i fascynująca i może być -w moim przypadku tak było i jest- ważnym motywem pchającym do kolejnych przygód i wędrówek językowych. I myśl druga – że ta strukturalna różnorodność jest dziełem przypadku, organicznego, chaotycznego rozwoju, a nie czymś wypływającym z ugruntowanej, zakodowanej w języku wizji świata, jakiejś wewnętrznej logiki. Czegoś takiego -jak sądzę- nie ma. Choć różnice w postrzeganiu świata oczywiście istnieją, to biorą się skądinąd. Skąd?

Język sam w sobie jest złożony i interesujący, ale nie aż tak ważny. Stokroć bardziej liczy się to, co przekazuje, co się za jego pomocą wyraża. Prawdziwym bogactwem jest nie tyle różnorodność języków, ile wielość kultur wyrażanych poprzez języki (przy czym stosunek kultur do języków to nie 1:1 – różnice kulturowe między USA a Wielką Brytanią, czy nawet w ramach samych Stanów Zjednoczonych są ogromne; a jeśli to nie przekonuje, to polecam poczytanie o tzw. Irish Travellers, którzy mówią po angielsku!).

To prawda, że "friend" nie znaczy dokładnie tego samego co "przyjaciel", ale nie jest przecież tak, że "luźniejsze przyjaźnie" u anglofonów są wywołane tym, że nie mają oni słowa na "prawdziwych przyjaciół". Raczej odwrotnie – znaczenie słowa odpowiada społecznej rzeczywistości. Jeśłi ta się zmieni, zmieni się znaczenie, albo powstanie nowe słowo.

No dobrze, po cóż zatem uczę się języków? Żeby poznawać świat z nowej strony, ale nie przez studiowanie gramatyk (samo w sobie ciekawe), a badanie tego, co ludzie mówią, piszą, myślą i czują, ich historii, kultury, wizji siebie i świata, zwłaszcza tam, gdzie odbiega od mojej.

Przydługi cytat z Helen DeWitt, który dość dobrze ilustruje o co mi chodzi:

Pound thought that if there was good poetry in a language, then you should learn enough of that language to read the poetry. Your typical language course is completely misguided. You go through all this stuff about what your hobbies are, and you are not interested in what people are doing, chatting amongst themselves about their jobs, their golf. No! You want to read the great poetry and start there. Pound was single-minded about that. And that was inspiring because surely if you want banality, you don’t have to go looking for it in another language—you have your mother tongue.

I z tym się zgadzam – jeśli banał wystarcza, to przecież nie trzeba go szukać daleko, po co się męczyć? Jeśli jednak już podejmujesz wysiłek i zaczynasz się uczyć czegoś nowego, obcego, trudnego (jak każdy inny język, jeśli chcesz go poznać dogłębnie, a nie pobieżnie) to czemu nie sięgać po to, co wybitne? Pisałem już wcześniej o niewielkim sensie poświęcania czasu na książki, do których się potem nie wraca – prawda, czasem trzeba spróbować, żeby zobaczyć, co zacz, ale bardzo, bardzo często już zawczasu wiadomo, czego się spodziewać.

Jedyne zastrzeżenie jakie mam do cytowanej opinii, to to, że ja uzupełniłbym "wielką poezję" o wytwory kultury nie tak może wysokiej, ale czasem równie ważnej, znaczącej. Jeśli chcemy poznać innych ludzi, ich sposób myślenia i wrażliwość, to oprócz i obok literatury najwyższych lotów (którą się często ceni, ale nie czyta) warto zwrócić uwagę na to co słuchają, czytają, oglądają oni sami. Chodzi o filmy, muzykę, książki, które (niemal) każdy zna, lubi i -tu kluczowy warunek- uważa za ważne, przeżywa głęboko. Nie najbardziej popularne, ale -z braku lepszego słowa- kultowe; nie "muzyczna jedynka" ale "hymn pokolenia", którego słucha się ze łzami w oczach albo z ciarkami na plecach; nie "wychowywałem się przy tym", ale "wychowałem się na tym", "zobaczyłem, przeczytałem, usłyszałem i już nie byłem taki sam". Prawie każdy ma takie doświadczenia. Niekoniecznie mają być one uniwersalne – nie każdy słuchał Kaczmarskiego, Kazika czy OSTR (a to dobre przykłady z różnych pokoleń) – ważne, że dużą grupę ludzi wzrusza i porusza. Świetnego przykładu dostarczył Karol pisząc kiedyś o "De La Rey Song" – muzycznie nic wielkiego, ale jakie wywołała pasje!

Nie musi chodzić o gotowe utwory, żywe słowo może mieć podobne znaczenie. Czasy przemówień być może już mijają (choć na pewno warto studiować wielkie wystąpienia z przeszłości), ale nadal ktoś obdarzony charyzmą przy odpowiednim splocie okoliczności może porwać całe zbiorowości i wywrzeć na ich losy głęboki wpływ. Przy tym może to być retoryka czerpiąca z klasycznych wzorców danej kultury, ale równie dobrze i improwizacja daleko odbiegająca nie tylko od nich ale i od gramatycznej poprawności. Słowa Muhammada Alego z konferencji prasowej przed walką z Foremanem –Ima show you how great I am (od 0:30)– nieprzypadkowo można znaleźć jako podkład na niemal każdej "motywującej" składance na youtube.

Niepiśmienny pasterz może wiedzieć o życiu więcej, i tę wiedzę lepiej przekazywać, niż pięciu profesorów. Wystarczy (tylko i aż) szukać takich i starać się ich wysłuchać i zrozumieć. Dla jasności – nie upieram się przy poszukiwaniu "zapoznanych Homerów naszych czasów", chcę tylko powiedzieć, że zaciekawienie światem i potrzeba kontaktu z czymś autentycznym (to o to mi chodzi) może się wyrażać na wiele sposobów. Jeśli chcesz więcej wiedzieć i lepiej rozumieć, narzędzi i środków nigdy nie zabraknie. Więcej wiedzieć i lepiej rozumieć – po co się uczyć języków, jeśli nie po to?

Znów Helen Dewitt:

Why not offer a taste, early on, of the best of not just of one or two languages, but of a very wide range? By all means offer Spanish, the language of Cervantes and Borges—but the first thing the student should do is read the “Lottery of Babylon,” which is such a wonderful piece. Why would you not start with that? Why wouldn’t you start with something that good in many languages, and then decide which you wanted to pursue?

W sporze pomiędzy "prawie nic o prawie wszystkim", a "prawie wszystko o prawie niczym" gram zdecydowanie po stronie pierwszej drużyny. Zdaję sobie sprawę z istnienia pewnych praw przyrody ("pierwsze prawo masła – im szerzej je smarujesz, tym cieńsza jest warstwa"), ale próbuję orientować się jak najszerzej, punktowo pogłębiając wiedzę tam, gdzie to okazuje się najpotrzebniejsze (lub najciekawsze). Widzę głęboki sens takiego podejścia w odniesieniu do kultur i języków. Ich różnorodność jest porażająca i zachwycająca; ograniczając się do tego, co nam bliskie i pokrewne, zawężamy swoją znajomość świata do wąskiego jego wycinka. A to, moim zdaniem, wielka szkoda.

Kto myśli, że poznawszy meandry katolickiej, protestanckiej i prawosławnej teologii czy religijności, wie jak różne od siebie mogą być religie, myli się bardzo; ten, kto doda jeszcze judaizm i islam, w ich licznych wariantach – myli się tylko niewiele mniej. Bo prawdziwy problem, to jest prawdziwe zróżnicowanie, zaczyna się nie tam, gdzie mówimy "o, ta religia bardzo różni się od mojej", ale "czy to w ogóle jest religia?". Nie chodzi o udzielanie innych odpowiedzi na te same pytania, ale o stawianie zupełnie innych pytań, niż nasze. To dotyczy nie tylko religijności oczywiście, ale i innych sfer kultury.

Globalizacja oznacza wszędobylstwo cywilizacji technicznej i kultury masowej. Łatwo jest myśleć, że skoro mamy te same gadżety i te same rozrywki, to jesteśmy bardzo do siebie podobni. Tymczasem te same narzędzia i usługi nie są wykorzystywane tak samo. Płacąc kartą w irańskim sklepie podajesz na głos swój PIN sprzedawcy; Toyota Land Cruiser służy jako symbol statusu i w Polsce i w Południowym Sudanie, ale tylko w tym drugim miejscu właściciel będzie o niej śpiewał pieśni pochwalne, jak dawniej o ulubionym byku – ozdobie stada. Podobnie z rozrywką: zglobalizowana kultura masowa może i dociera prawie wszędzie, ale jedynie wycinkowo, jest interpretowana w lokalnym kontekście, a obok niej współistnieją tradycje lokalne, o których siedząc w zaciszu własnej kultury nie mamy zielonego pojęcia (kto widział jakiś film z Nollywood? słyszał o zapasach lamb? – to najpopularniejszy sport w zachodniej Afryce!).

Oczywiście, żeby dowiedzieć się czegoś o wymienionych przeze mnie zjawiskach nie trzeba uczyć się lokalnych języków – wystarczy czytać dobre książki i rozmawiać z ludźmi, którzy byli, widzieli, nauczyli się. Ale w ten sposób zdajemy się na pośrednika, który zawsze -siłą rzeczy, bez złej woli- coś przeoczy, coś przemilczy, a coś doda od siebie. No i – nie wszędzie dotrze. Wreszcie – nawet jeśli dotrze, zobaczy i nie przemilczy, to opisze jednak z zewnątrz, a nie od środka. Taka perspektywa ma swoje zalety – zewnętrzny obserwator czasem dostrzega to, co dla miejscowych jest tak naturalne, że niemal 'przezroczyste', niedostrzegalne (np. Irańczycy nie piszą i nie opowiadają o swoim systemie podziału jedzenia na 'ciepłe' i 'zimne' – związek z temperaturą podawania jest b. słaby – bo uważają go za oczywisty) – ale wad jednak więcej (bo turysta czy badacz też jest półślepy na pewne zjawiska, inne mylnie interpretuje, a do tego przez samą obecność zakłóca naturalny bieg spraw).

Staram się zatem sam poznawać możliwie jak najszerszy wachlarz, pełną paletę możliwości, wszędzie sięgając po to, co charakterystyczne, wartościowe, poruszające. To nie zawsze jest droga komfortowa – im dalej od 'naszych' kanonów kultury, sztuki, myślenia, tym odbiór bywa trudniejszy, ale uważam, że wysiłek wyjścia poza lokalne wersje zglobalizowanej kultury masowej bardzo się opłaca, bo poszerza horyzonty. Ponieważ nie można nacierać naraz na wszystkich frontach, potrzebny jest mechanizm selekcji. O tym jak dokonać możliwie reprezentatywnego wyboru otwierającego szeroką panoramę językowej i kulturowej różnorodności świata będzie mówił następny odcinek, przeznaczony przede wszystkim dla tych, którzy podzielają moje zaciekawienie światem.

Peterlin 4 – style twarde i miękkie, czyli czy być miłym czy okrutnym

peterlin_4Jeśli ktoś choćby pobieżnie zetknął się z wschodnimi sztukami walki, nie jest mu obce przeciwstawianie "stylów twardych" (np. karate kyokushin: blokowanie ciosów tak, by przeciwnikowi zgruchotać ręce; łamanie bykom rogów kantem dłoni i inne fajerwerki) tym "miękkim" (np. aikido: spokój, uniki,  oszczędność ruchów, siła przeciwnika obrócona przeciwko jemu samemu). Uwagi w nawiasach to oczywiście karykatura, a nie opis; ale dzięki nim, myślę, wyraźnie widać o co chodzi – ten sam cel można starać się osiągnąć radykalnie różnymi środkami.

Z nauką języków podobnie – wiele metod, wiele dróg, a wszystkie (przynajmniej w teorii) mają prowadzić z grubsza w tym samym kierunku. Jak wybrać taką, która pozwoli dojść jak najdalej? W dzisiejszej części ponownie zastanawiam się "jak się uczyć", ale chodzi tu o inne "jak" niż poprzednio. Tam mowa była o technikach i zasadach postępowania, tu – o stylu i podejściu do własnej nauki i do uczenia innych.

Jeśli chcesz zostać świętym musisz być okrutny wobec siebie

Moje instynkty są chyba jasne dla czytelników poprzednich części cyklu. Uważam intensywność nauki za kluczowy warunek jej skuteczności. Staram się wiele wymagać od innych, ale przede wszystkim od siebie. I wreszcie – bardziej interesuje mnie to, co robię źle, niż to, co robię dobrze. Krytyczne podejście, tropienie dziur w całym, źle może wpływa na samozadowolenie i spokojny sen, ale jest nieodzowne – by móc poprawić swoje błędy, trzeba wiedzieć, że się je popełnia. Żeby próbować zostać świętym, trzeba być dotkliwie świadomym swoich grzechów; żeby próbować zostać mędrcem – zdawać sobie sprawę, jak wiele się nie wie (a propos dyskusji o znaczeniu klasyki – warto poczytać Platona, żeby zobaczyć z bliska to "wiem, że nic nie wiem")

Udzielając się kiedyś na forum dla obcokrajowców uczących się polskiego, programowo nie rozpływałem się w zachwytach (wszystkie "well done" i "good job" tępiłem jak zarazę) – w końcu jeśli dzieci uczą się języków szybciej niż dorośli, to między innymi ze względu na "presję rówieśniczą"; jeśli któreś mówi śmiesznie, czy inaczej od innych, to banda kolegów-sześciolatków go bezlitośnie wyśmieje. Teraz nie próbowałbym już odtwarzać takiego podejścia, ale wciąż uważam szczere wytknięcie błędów, choć bolesne, za bardziej przydatne, niż cukierkowe i puste zachęty. Pasja, chęć, parcie naprzód, powinny wypływać ze środka, nie z zewnątrz; jeśli krytyka Cię zniechęca, to problem z Tobą, nie z krytyką, w końcu, że zacytuję książkę Feynmana "What do you care what other people think?" Co Cię obchodzi, co myślą inni? (dla jasności – nie chodzi o to by krytykę ignorować [przeciwnie!], zresztą – przeczytajcie tę książkę)

Jeśli spotkasz czterolatka, który myśli, że biega najszybciej na świecie, to dlaczego miałbyś mówić mu, że to nieprawda?

I tu konieczna korekta. Opisane wyżej uporczywie samokrytyczne, wiecznie z siebie niezadowolone podejście sprawdza się pod warunkiem, że wiesz, że można, że nawet jeśli osiągnięcie celu nie jest pewne, to przynajmniej można się do niego zbliżyć. W przypadku świętości z cytatu to proste, każdy słyszał Arkę Noego i wie, że "Taki duży, taki mały może świętym być". Ale mówiąc poważnie, w wielu, wielu sferach życia krępowani jesteśmy przekonaniem o własnej niemocy. Nie umiem grać na żadnym instrumencie bo "nie mam słuchu", a nie dlatego, że nigdy tak naprawdę nie próbowałem, a nie próbowałem, bo już od małego "wiedziałem", może ktoś życzliwy mi powiedział, że słuchu nie mam. Podobnie z "talentami" do matematyki, języków, plastyki, sportu, czego tam jeszcze. Siedmio- czy dziesięciolatek  słyszy, że skoro nie dostał się do szkoły sportowej czy muzycznej, to już sportowcem czy muzykiem nie będzie, pech taki, za późno. Przedmiot X przychodzi mu trudniej – widać nie ma uzdolnień, a skoro nie ma, po co ma się starać? I mamy sprzężenie zwrotne gotowe, bo skoro się nie stara… To podejście, które można streścić "nigdy się nie nauczę, bo jeszcze nie umiem"  (tymczasem jest dokładnie odwrotnie: to gdybyś coś umiał, nie mógłbyś już się nauczyć) uważam za skrajnie szkodliwe.

Warto byłoby je zastąpić "ormiańskim" (taki dialog z jednego z opowiadań Saroyana):

Wujek zostawił kluczyki w samochodzie, chcesz się przejechać? A umiesz prowadzić? Nie wiem, jeszcze nigdy nie próbowałem.

No właśnie, a kiedy już, zamiast zakładać, że się "nie da", spróbujesz czemuś poświęcić, dajmy na to 100 minut przez 100 dni, najlepiej kolejnych, mogę się założyć, że efekty będą; oceniaj je tak krytycznie jak tylko możesz ale nie rezygnuj i próbuj rzetelnie – ot i cała tajemnica.

Oczywiście, że nie każdy wystąpi kiedyś w Carnegie Hall, ale każdy może nauczyć się grać dla własnej i cudzej przyjemności. Z językami podobnie – być może nigdy nie staniesz się klasykiem literatury języka, którego się uczysz (jak Korzeniowski-Conrad), dziennikarzem prestiżowych obcojęzycznych mediów, gwiazdą talk-show czy popularnym komikiem (choć to możliwe), ale z pewnością możesz nauczyć się dowolnego języka tak, by używać go podobnie sprawnie jak wykształcony rodzimy użytkownik. To tylko (i aż!) kwestia wkładu pracy i chęci, nie pokładów talent.

I have never met anybody who studied hard

Nauka to przede wszystkim kwestia włożonego czasu, ale gołym okiem widać, że nie do końca. Dlaczego jedni "wyciągają" więcej z godziny  poświęconej na naukę? Są mądrzejsi? Znają jakieś tajemne sztuczki? Nie odrzucając całkowicie ani jednego ani drugiego, zaryzykuję tezę, że decydujące znaczenie ma inny czynnik: intensywność. O komasowaniu nauki w czasie, by go nie tracić na cykl zapomnień i przypomnień już było, ale chodzi też o dawanie z siebie więcej niż minimum, koncentrację, skupienie, wysiłekPrawie nikt prawie nigdy -o sobie wiem, innych podejrzewam na podstawie licznych poszlak- nie zbliża się nawet do granicy swoich możliwości. Oczywiste są i konsekwencje, i powody: i ja i ty możemy biegać po te same 30 minut pięć razy w tygodniu, ale jeśli ja w tym czasie truchtam z tętnem na 60% maksymalnego, a ty robisz interwały i tempówki na 95%, to łatwo zgadnąć kto po pół roku będzie biegał szybciej i miał lepszą kondycję. Ale z drugiej strony, ja swoje pół godziny będę spędzał w błogim komforcie, a ty przynajmniej przez część tego czasu będziesz miał ochotę się -uczciwszy uszy- porzygać ze zmęczenia. Przy tym ja będę sobie słuchał muzyki, układał w myślach plan dnia, śnił na jawie, a ty – będziesz miał w głowie pustkę. No czy coś w tym dziwnego, że takich jak ty jakoś znajdzie się mniej, niż takich jak ja?

Jaki byłby językowy odpowiednik tych "interwałów i tempówek"? Przecież nie wgapianie się w kartkę tak uporczywie aż krew pocieknie z nosa i uszu !? Klucz do tej intensywności to koncentracja, powstrzymanie się od robienia czegoś "przy okazji", namysł zamiast zgadywania odpowiedzi do ćwiczeń gramatycznych, czytanie świadomie wnikliwe zamiast pobieżnego i inne czasochłonne i męczące czynności. Ciężka, uporczywa praca przynosi efekty ale bywa nudna, niewdzięczna i … jest ciężka.

I was there to push people beyond what's expected of them. I believe that is an absolute necessity. – Terrence Fletcher, postać z filmu "Whiplash"

I tu pojawia się jakaś rola dla nauczyciela (czy jakiejkolwiek osoby z zewnątrz). Ponieważ zbliżanie się do granicy własnych możliwości jest nieprzyjemne, pozostawiony sam sobie wolę zatrzymać się w bezpiecznej odległości, nie ryzykować. Jak wie każdy rekrut piechoty morskiej, ktoś non-stop ryczący ci nad uchem i nie przyjmujący "już nie mogę" za odpowiedź, jest w stanie bardzo szybko sprawić, że zadania, które wydawały się nieosiągalne staną się chlebem powszednim. Wyciągać innych ze strefy komfortu i pchać poza (pozorne) granice ich możliwości – to ważna rola jaką może odegrać nauczyciel, niekoniecznie nawet używając takiego repertuaru chwytów jak Terrence Fletcher. Rola ważna, ale szalenie wymagająca, a granica pomiędzy potrzebną dla rozwoju konsktruktywną presją, a zbędnym sadyzmem – bardzo cienka. By jej nie przekroczyć trzeba mieć wiedzę, pasję, ideały, autorytet i niewyczerpane pokłady energii. Mało takich osób się znajdzie, ich szukania – nie doradzam, bo koszta pomyłki są ogromne.

Ten wątek rozważań uważam za wartościowy z dwóch względów: po pierwsze skonstatowanie mobilizującej roli stresu pozwala częściowo odtworzyć "konstruktywną presję" w bezpiecznych, domowych warunkach. Podjęcie publicznych zobowiązań, z których trudno się wycofać bez utraty twarzy, znacznie zwiększa motywację do pracy. Zaliczka wzięta, termin nagli, ludzie na mnie liczą – chciał, czy nie chciał, muszę napisać ten artykuł, (wygłosić wystąpienie na konferencji, tłumaczyć te ważne rozmowy ….), choć gdybym mógł to bym się wycofał, bo boję się, że mnie to przerasta. Warto stawiać sobie wyzwania nieco na wyrost, czasem nawet paląc za sobą statki, jak Hernan Cortez.

I druga refleksja: konstatacja, że nauczyciel, któremu zależy by rozwinąć talent ucznia, jest wobec niego wymagający, nawet surowy, pozwala inaczej spojrzeć na tych, którzy zagłaskują swoich uczniów (a właściwie klientów). Tak, każdy rysunek wykonany przez czterolatka jest ładny i trzeba go pochwalić, ale Ty, drogi czytelniku, masz lat więcej niż cztery i jeśli ktoś obchodzi się z Tobą jak z jajkiem – nabieraj podejrzeń! Zastanów się nad motywacjami: czy chodzi o to, by "nauczyć jak najszybciej, jak najwięcej" czy może jedynie "uczyć jak najdłużej"? Ucznia usamodzielnić czy uzależnić i utrzymać?

Na koniec powrót do wschodniej analogii. Częsty motyw w filmach o kung-fu czy karate: wiele już potrafiący adept po długiej wędrówce dociera do niedostępnej siedziby mistrza, a tam… służba nie wpuszcza go do środka. Mistrza nie ma, jest zajęty, nie przyjmuje gości. Adept siada przed bramą i czeka. Godzinę, dwie, dzień, drugi… Pada nań deszcz, śnieg, grad, kąsaja osy, słudzy z okien pracowni wylewają pomyje. Siedzi. W końcu drzwi się otwierają. Wchodzi, ale mistrza przez najbliższy rok nie spotka – będzie nic tylko nosił wodę, drwa rąbał, gnój przerzucał. Dopiero po roku-dwóch mistrz wreszcie zaczyna go uczyć, a w końcu czyni powiernikiem tajemnic i spadkobiercą…

Kiedy byłem mały, nie rozumiałem tego kompletnie – co to za strata czasu? Adept przecież wiele już umie, dlaczego zamiast go jak najszybciej douczyć, pozwala się by sporo z nabytych już umiejętności zapomniał, przez dwa lata nie ćwicząc? Teraz rozumiem, że istotne są nie umiejętności, a wytrwałość i samozaparcie. Kogoś pozbawionego tych cech uczyć nie warto – szkoda czasu i wysiłku. Prawdziwy mistrz nie jest komiwojażerem, specjalistą do wynajęcia.

I odwrotnie – jeśli ktoś jest na tyle zdeterminowany, że wysiedzi przed bramą, że wytrzyma poniżenia prac domowych, to nauczy się wszystkiego, co trzeba, choćby na starcie nic nie potrafił. Ciekawie wpisuje się w to rezultat badań Gladwella nad sukcesem życiowym studentów z Pensylwanii. W skrócie: studenci Penn (należy do Ivy League) radzą sobie o wiele lepiej niż studenci Penn State (mniej selektywny, do Ivy League nie należy), ALE ci studenci którzy dostali się na obie uczelnie, a wybrali studia na "gorszym" Penn State, radzą sobie równie dobrze jak studenci Penn. Inaczej mówiąc, istotne jest czy przeszli selekcję do Ivy League, a nie to, czy w Ivy League (przy wszystkich jej domniemanych przewagach) faktycznie studiowali…

Zakończmy dzisiejsze rozważania żydowskim powiedzeniem "kiedy uczeń jest dobry, chwalą nauczyciela". Decydujące znaczenie ma nie nauczyciel, nie metoda i nie talent, ale posiadane chęci, włożony wysiłek, zdolność do poświęceń. No i właściwe podejście do krytyki – samemu tropić własne błędy, uwagi innych przyjmować, ale nie dać się im stłamsić i zniechęcić.

W następnym odcinku chwila namysłu nad tym, po co się starać. Po co się uczyć języków?

Peterlin 3 – jak się uczyć

peterlin3Główne intuicje przekazawszy w poprzednim odcinku cyklu, tym razem poświęcę nieco więcej uwagi ogólnym zasadom, warunkującym powodzenie nauki. Niniejszy tekst nie jest nowy, pojawił się już dawno na moim blogu, ale obecna jego wersja jest rozbudowana o nowe, istotne wątki – zachęcam zatem do ponownej lektury.

Jak się uczyć języków?

Nie ma cudownej metody, są ogólne zasady. Krótko mówiąc, należy uczyć się: regularnie, intensywnie, wytrwale, samodzielnie i jak najmniej. No i brać  pod uwagę garść prostych prawideł, o których za chwilę.

Kilka prostych zasad

Odpoczynek to najważniejsza część każdego treningu

I kropka. Żeby sprawnie myśleć, trzeba być wypoczętym, wyspanym i trzeźwym (a nie na kafeinowym haju). Czytelniku, kimkolwiek jesteś, zapewne śpisz mniej niż potrzebujesz. Moja rada – chcesz się uczyć języków – kładź się spać wcześniej! A najlepiej bezpośrednio po wieczornej powtórce materiału, którą mózg będzie miał szansę spokojnie przetrawić i usystematyzować podczas snu!

Wytężanie uwagi jest męczące i niestety nie może trwać długo (moja ocena z kapelusza: jednym ciągiem 30-45 min? więcej w warunkach silnego stresu), inaczej myśli zaczynają błądzić. Trzeba więc przeplatać koncentrację z odprężeniem, relaksem. Ale gapienie się w jakiś ekran, kompulsywne sprawdzanie maili, powiadomień na Facebooku czy układanie playlisty empetrójek to szkodliwy pseudo-relaks, a nie odpoczynek. Co działa? Cisza, spokój, liczenie oddechów, albo, jeszcze lepiej – wysiłek fizyczny.

Jeśli już coś potrafisz, to nie możesz się tego nauczyć, a jedynie (czy aż) udoskonalić. Uczysz się próbując zrobić coś, czego jeszcze nie umiesz. Na błędach, przez błędy, dzięki błędom – nazwij jak chcesz. Niby oczywiste, ale o wiele łatwiej, bezpieczniej, jest wyznaczać sobie cele leżące w granicach naszych możliwości (co prowadzi do stania w miejscu, może z coraz lepszą techniką) niż te wykraczające poza granice (co jest warunkiem rozwoju). Tymczasem poprzeczka musi być zawieszona odrobinę za wysoko!

Na szczęście większość ambitnych wyzwań da się podzielić na mniejsze, łatwiejsze do przełknięcia i strawienia. Biegnąc niby już "na ostatnim oddechu" można spokojnie przebyć kolejnych N kilometrów metodą "wytrzymaj jeszcze tylko do następnego krzaczka". Bardzo skomplikowane zadania można rozłożyć na części składowe – z których każda z osobna będzie prosta. Język to system otwarty, łatwo poddaje się skalowaniu pod względem stopnia złożoności struktur. Można, warto, trzeba uczyć się reguł rządzących łączliwością wyrazów i budową zdań, dobudowując do już znanych (wyuczonych, zasłyszanych) konstrukcji nowe elementy.

Na ostatni punkt często wskazują różni "guru językowi". I mają rację w tym, co twierdzą – wykorzystywanie internacjonalizmów czy szybkie opanowanie konstrukcji modalnych (chcę, mogę, muszę) pozwala zacząć się komunikować (i dostawać informację zwrotną) bardzo, bardzo szybko. To, w czym się mylą, to przedstawianie etapu znalezienia pierwszych punktów podparcia, jako -właściwie- już osiągniętego celu. "Dzięki tej technice będzie szybko i łatwo". Nie będzie, bo język, każdy język, to żywe i niezmiernie złożone zjawisko społeczne, o ogromnej skali mierzonej liczbą słów, ich znaczeń i interakcji (zarówno pomiędzy słowami, jak i słowami, a ludźmi).

Intensywność

Jak, mam nadzieję, jasno wynika z poprzedniego tekstu uważam intensywność za kluczowy warunek skuteczności. Bez niej trudno przebrnąć nudny początkowy etap, kiedy "niczego jeszcze nie umiem powiedzieć" i przejść do posługiwania się językiem, zamiast uczenia się go. I tu, jak gdzie indziej, działanie na pół gwizdka przynosi skutki nawet nie połowiczne, a o wiele skromniejsze.

Regularność

Nie ma co się rozwodzić: 30 minut nauki cztery razy w tygodniu przynosi lepsze efekty niż dwie godziny raz w tygodniu (oczywiście dwie [czemu nie dziesięć?!] godziny codziennie to jeszcze lepiej). Repetitio est mater studiorum i tyle. Żeby pamiętać, trzeba powtarzać (najlepiej – przez użycie), a żeby powtarzanie było skuteczne, musi odbywać się regularnie (i wiemy nawet mniej więcej jak regularnie – za SuperMemo, ANKI i innymi systemami stoją solidne podstawy naukowe).

Wytrwałość

Podobnie jak efekty miesięcznej pracy nad sylwetką na siłowni znikają szybko, gdy się zarzuci ćwiczenia, tak i nawet najbardziej intensywny wysiłek włożony w naukę języka nie przyniesie niemal niczego, jeżeli nie będzie kontynuowany. Nauka języka (jeśli założymy, że chodzi o coś więcej niż nabycie podstawowych umiejętności komunikacyjnych) to zadanie na lata; kto twierdzi inaczej – zmyśla bądź bredzi. Jak już pisałem, chodzi nie tyle o to by się nauczyć, ile o to, by nabytą wiedzę utrzymać znajdując dla niej zastosowanie praktyczne.

Samodzielność

Nawet jeśli bierze się udział w jakichś zorganizowanych formach nauki, trzeba uczyć się samodzielnie. Podporządkowanie się rytmowi pracy całej grupy czy zakresowi jakiegoś egzaminu układa wprawdzie proces nauki w jakieś karby i pozwala prognozować wyniki (za dwa lata powinienem zdać CAE), ale jednocześnie przenosi środek ciężkości z umiejętności językowych (czy potrafię się dogadać w konkretnej sprawie, przeczytać co mnie interesuje) na egzamin, certyfikat, podręcznik (wow, przerobiłem już 40 lekcji!), które w prawdziwym świecie (tj. poza szkolną salą) są kompletnie nieistotne. Dodatkowo praca wyłącznie według programu układanego przez innych, przynosząc błogi spokój, negatywnie odbija się na wynikach, do których potrzebny jest twórczy niepokój. W nauce języka należy poszukiwać samemu nowych wyzwań, tak żeby  nie była mechanicznym odbębnianiem, które i tak będzie nieskuteczne. Z samodzielnością związane jest też krytyczne myślenie, które bezwzględnie warto w sobie kształtować, zamiast ślepo naśladować jakiś autorytet. Nie wierz na słowo nikomu, nawet mnie, a tym bardziej samemu sobie (samego siebie najłatwiej oszukać). Weryfikuj zarówno to, co twierdzą inni, jak i to, co jak Ci się wydaje, wiesz.

W odniesieniu do nauki języka samokrytyczne podejście oznacza także stałe szukanie odsłuchu. Nie chodzi o to, by zadręczać tambylców pytaniami "czy dobrze powiedziałem?" – wytykanie innym błędów zajmuje czas i jest krępujące, zawsze balansując na granicy impertynencji – ale o to by -po prostu- słuchać, co, kiedy i jak mówią czy piszą i starać się naśladować, biorąc pod uwagę kontekst (różne sytuacje = różne style języka), to, co się widzi i słyszy, zamiast tkwić sztywno w szkolnogramatycznej "poprawności".

Uczyć się jak najmniej

By uniknąć częstej w blogosferze fetyszyzacji procesu uczenia się czyli koncentrowania się na technikach nauki dajmy na to hiszpańskiego [to niekończące się rozprawianie – oczywiście po polsku – który podręcznik lepszy, jak ustawić cykl nauki, czy stosować shadowing, stawiać input przed outputem czy odwrotnie…], należy jak najmniej się uczyć. Jak najwięcej za to – używać języka, którego się uczymy, tam gdzie nas to interesuje i jest nam potrzebny. Interesuję się irańskim filmem – dlaczego nie sprawdzę, co w Iranie pisze się o Farhadim, albo co leci w kinach w Teheranie? Samo poszukiwanie sposobów jak sprawdzić repertuar irańskich kin może być świetnym ćwiczeniem nie tyle ze znajomości języka ile z kreatywności w wyszukiwaniu informacji (a to dużo przydatniejsza w życiu umiejętność niż perski). Jeśli zaś nie ma takiej rzeczy, do której dany język jest potrzebny  – mówię po raz tysięczny – to po jaką cholerę się go w ogóle uczyć? Oczywiście, takie podejście jest trudne i wiąże się z przysłowiowym skokiem na głęboką wodę, ale cóż – tej wody i tak nam nikt nigdy nie spłyci.

O co tak naprawdę chodzi (moim zdaniem)

Na koniec niespodzianka – w nauce języka -nawet jeśli mantrę "nie ucz się, ale używaj" odłożymy na bok- tak naprawdę to nie nauka języka jest najważniejsza. Jeśli nie ona to cóż takiego? Po pierwsze, wynikająca z samodzielnie odniesionego 'sukcesu'  większa pewność siebie. Jest z czego się cieszyć, w końcu odczepiłeś małe kółka od rowerka i jedziesz dokąd chcesz. Ludzie pewni siebie (nie mylić z pyszałkami – arogancja i zarozumialstwo, to sposoby rekompensowania niskiej samooceny, a nie symptomy wysokiej) są po prostu fajniejsi dla siebie i innych. Po drugie, i ważniejsze, ukształtowane przez zdyscyplinowaną naukę cechy osobowości czy charakteru. Sumienność, obowiązkowość, wytrwałość, nawyk samodzielnego i krytycznego myślenia czy sama umiejętność uczenia się to cechy dużo istotniejsze (i dla potencjalnego pracodawcy i w życiu osobistym) niż przysłowiowy „biegły angielski”.

W kolejnej części – style twarde i miękkie – odrobinę więcej o kształtowaniu charakteru i o podejściu do uczenia się i nauczania. Łatwo chyba zgadnąć, że landrynkowo nie będzie 🙂

Peterlin 2 – studia przypadku czyli powrót do przeszłości

iranwegryJako punkt wyjścia do dalszych rozważań służyć mi będzie wycieczka 15 lat w przeszłość, do czasu, kiedy osiągałem swoje największe ‘sukcesy językowe’. Rozumiem przez nie sytuacje, kiedy byłem w stanie uczyć się znacznie szybciej od swoich współkursantów, co można było zmierzyć wynikiem egzaminów. Później uczyłem się głównie samodzielnie, więc trudno i o mierzalne rezultaty i o porównanie z kimś innym. To zresztą główna, jeśli nie jedyna, zaleta zorganizowanych form nauki – łatwość porównań i liczbowe ujęcie postępów. Argumentacja dlaczego to, w sumie wziąwszy, zaleta pozorna, zostanie przedstawiona w jednym z ostatnich odcinków, tu – sama historia.

Zacznijmy jednak od prehistorii, czyli dwóch obrazków z liceum. Angielski w szkole miałem, ale niespecjalnie pamiętam te zajęcia; uczyłem się go (a właściwie wchłaniałem) czytając podręczniki do gier RPG, (dla zainteresowanych: najpierw AD&D, a potem Vampire the Masquerade i GURPS), wtedy dostępne tylko po angielsku. W liceum włoskiego uczyłem się w dwuipółkrotnie większym wymiarze godzinowym (5/tydzień), ale jakiekolwiek efekty pojawiły się dopiero gdy zaczęli nas uczyć Włosi: jeden odrabiający w ten sposób wojsko, i drugi – eks-hipis z bogatej rodziny.
Nie żeby mieli cudowne metody; po prostu byli ciekawymi ludźmi, z którymi nie dało się rozmawiać inaczej niż po włosku. Po maturze drogi się rozeszły, a mój włoski rozpłynął. Za to po angielsku zawsze miałem coś ciekawego do poczytania – od RPG przez literaturę (od Conan Doyle’a przez Conrada po Blake’a i Yeatsa wreszcie Joyce’a – wziąłem się za Ulyssesa, bo słyszałem że trudny; jak dziś to pamiętam: "faktycznie, niewiele rozumiem; przez ciekawość sięgam po polskie tłumaczenie… i też nie rozumiem, więc już wiem, że wszystko w porządku") do –oczywiście- podręczników do innych języków obcych. I nic dziwnego, że dziś angielski znam, a włoskiego nie, choć w pewnym punkcie były na podobnym poziomie.

Przydługi wstęp sygnalizuje dwa wątki: pierwszy, temat przewodni cyklu, którym jest hasło „używać, a nie uczyć się”; jeśli język jest ci do niczego (czegokolwiek, choćby do grania w gry) niepotrzebny, to po co ci on? i drugi – przekonanie, które też będzie powracać echem, że warto mierzyć wysoko, sięgać po literaturę w oryginale, a nie wykastrowane przeróbki. Co z tego, że nie wszystko jest jasne? Jeśli wybierzesz lekturę, do której będziesz chciał(a) wracać (są tacy, którzy mówią, że warto czytać tylko po wielokroć; książki ‘jednorazowej lektury’ nie są warte tego by im nawet tyle czasu poświęcić), to przy każdym powrocie będziesz rozumieć coraz więcej, zyskując więcej niż z – nawet świetnie rozumianej – literatury dworcowej. Czytaj, a nie ucz się.


No dobrze, a teraz bardziej technicznie – dwa epizody skutecznej nauki, ku zadziwieniu i przestrodze.

Węgierskiego uczyłem się w Debreczynie na tzw. letnim uniwersytecie http://www.nyariegyetem.hu/ – polecam!) – czyli miesięcznym intensywnym kursie językowym. Zacząłem w grupie zerowej (abszolút kezdő), po sześciu dniach zajęć przeniosłem się dwa poziomy wyżej, a cały kurs skończyłem w grupie piątej (z sześciu), zdając egzamin końcowy z najlepszym wynikiem (bodaj 97/100). Po miesiącu nauki ‘dogoniłem’ współkursantów, którzy przed przyjazdem do Debreczyna mieli za sobą od 4 do 6 semestrów nauki węgierskiego. Wywiad ze mną (oczywiście po węgiersku, opowiadałem m.in. o językach polisyntetycznych) ukazał się w gazetce letniego uniwersytetu, a legendy o mnie pewnie do tej pory krążą po kampusie.

Skąd się wziął powyższy rezultat? Oczywiście z tego, że uczyłem się inaczej niż inni, ale ‘inaczej’ nie oznacza tu ezoterycznych technik, a po prostu:

unikanie fiksacji na tym ‘jaki ten węgierski jest dziwny’ – zauważyłem, że część kolegów zamiast przyjąć do wiadomości np. istnienie sufiksów dzierżawczych, wewnętrznie (a czasem i na głos) buntuje się przeciwko nim; sam nie traciłem czasu na próby nagięcia węgierskiego do struktur, które już znałem, starałem się po prostu przyjąć to, co jest, z dobrodziejstwem inwentarza, bez ocen;

eksploracja przez eksperyment – od początku starałem się rozszerzyć już poznane zdania o jakiś nowy element. Już ilustruję: pierwszego dnia na sakramentalne „hogy vagy?" [jak się masz?] nauczycielki  odpowiedziałem remekül [świetnie], bo tego nas właśnie nauczyła; ale drugiego dnia już sprawdziłem, czy złożone z wyszukanych w słowniku słów "remekül, mint mindig [świetnie jak zawsze] jest prawidłowe (jest). Podobnie przy wszystkich ćwiczeniach, dialogach etc. – jeśli już wiem jak powiedzieć X, to próbuję X+cośtam.

eksploracja przez obserwację – chodzenie po mieście, patrzenie na znaki (te na tablicach, nie na niebie i ziemi) i weryfikacja ze słownikiem tego, co dokładnie znaczą. Nieprzypadkowo jeden z moich adresów mailowych to "kutya harap" (czyli "uwaga zły pies", dosłownie "pies gryzie") i tej zbitki zapewne nigdy nie zapomnę, podobnie jak kluczowych czasowników wyczytanych ze ścian toalety w akademiku. Jak słusznie mówił Yogi Berra "you can observe a lot by just watching", możesz wiele zauważyć po prostu patrząc.

optymalizacja rytmu dnia pod względem czasu nauki – jak to rozwinąć? Wstawałem o 6:00 żeby zdążyć pobiegać i wziąć prysznic zanim obudzą się moi współlokatorzy, na posiłki przychodziłem jako pierwszy, żeby uniknąć kolejek na stołówce i mieć jeszcze czas się pouczyć przed rozpoczęciem zajęć, zawsze miałem przy sobie książki i słownik, słuchałem niemal wyłącznie węgierskiej muzyki (dla ciekawych jakiej: Tankscapda i Ganxsta Zolee)

ilość czasu poświęcana na naukę – w zasadzie do tego punktu można wszystkie inne sprowadzić. Sześć godzin lekcyjnych/dzień przez pięć dni w tygodniu (wymiar kursu), to stanowczo za mało by nazwać naukę naprawdę intensywną. Szacuję, że spędzałem na nauce jakieś 8-10 godzin (ale zegarowych) dziennie [4,5 h – zajęcia; 1 h – rano przed zajęciami; 0,5 h – podczas przerwy obiadowej; 2+ h – wieczorem], przy czym zajęcia -zwłaszcza w pierwszych grupach- były najmniej wysyconą jej porcją, a najefektywniej pracowało mi się w weekendy.

ale jak znaleźć tyle czasu ? – bardzo prosto – stosując zasadę Stuyvesant ("sleep, study, socialise – pick two" – nie ma chyba wątpliwości, co  z tej trójki odrzuciłem?). W wielojęzycznej grupie studenckiej przewagę liczebną mieli początkujący, więc życie towarzyskie albo rozbijało się na narodowe kółka, albo toczyło się po angielsku; nie widziałem specjalnego sensu ani w jednym, ani w drugim, a mój węgierski dopiero pod koniec osiągnął używalny poziom. Byłem też wtedy jeszcze bardziej introwertyczny niż teraz, więc czułem się świetnie pozostając na marginesie. Paradoksalnie jednak, wiele znajomości z Debreczyna zachowałem do dziś, więc nie było tak żem do nikogo gęby nie otwierał…

Na marginesie – jeśli wierzysz w 'talent do języków', to przyjmij na próbę podobny reżim pracy (8-10 h codziennie, ale pracy, a nie użalania się nad sobą przy otwartej książce) i utrzymaj go przez miesiąc, a dopiero potem –jeśli nie będzie efektów- miaucz, że nie potrafisz.


Ciemna strona "sukcesu"?

„I’m sorry to say it, Ms. Katona, but Piotr keeps intimidating people by looking at them when they make mistakes”  – Mikhail, student Oxfordu i mój kolega z grupy początkujących

Tak naprawdę to gapiłem się nie z wyrzutem, ale po prostu zdziwiony jak można się tak kompletnie nie starać jak to czynił ten delikwent, ale fakt faktem – dla kilku osób w grupie, które przyjechały bardziej na wakacje niż na kurs językowy (teraz to rozumiem, wtedy – nie mieściło mi się w głowie), moja obecność była ciężko strawna, dlatego też zostałem "wykopany w górę" na prośbę zespołu (potem były i następne przenosiny, ale już w przyjacielskiej atmosferze).

Skoro się już pochwaliłem ("sam się nie pochwalisz, chodzisz jak opluty"), to postawię kropkę nad "i" – silne zaangażowanie (w cokolwiek) wymaga poświęceń, może prowadzić do konfliktów i do osamotnienia. Samo w sobie nie jest to niczym złym ("nie ufaj ludziom, którzy nie mają wrogów"), ale wymaga uważnego ważenia racji – nie zawsze warto, a ja wcale nie twierdzę, że jeszcze raz w Debreczynie zachowywałbym się identycznie.

Teraz łyżka dziegciu – tak zwany "sukces" opisany powyżej nie ma absolutnie żadnej wartości. Co z tego, że uczyłem się szybko i spektakularnie, skoro do niczego (poza robieniem dobrego wrażenia na węgierskich dyplomatach) mi się ten węgierski potem nie przydał? Skoro dziś, prawda jest taka, nie mówię, ani nawet nie czytam po węgiersku?

Z nauką jak z dietą – może i ważne jest to jak idzie, ale o wiele ważniejsze, to co będzie potem. A potem było niewiele – nakupiona w Debreczynie klasyka węgierskiej poezji jakoś nie przypadła mi do gustu, a czasu/chęci na głębsze poszukiwania zabrakło. Nie wziąłem się też nigdy za łotewski, co może by pomogło (jedyny podręcznik jaki mam, jest po węgiersku, w płonnej nadziei wożę go ze sobą po świecie).


Perski

Historia nie tak spektakularna, ale bardziej brzemienna w skutki.

Suche fakty w skrócie: na iranistyce mieliśmy 10-12 godzin zajęć językowych na tydzień.  Materiał z 2 lat zrobiłem w mniej niż rok (a gros z tego w pierwszym semestrze) po prostu na zasadzie – czy się wali, czy się pali, świątek czy piątek, co najmniej jedna lekcja dziennie. Zdarzało się, że omijałem zajęcia z perskiego, bo… chciałem pouczyć się perskiego, a siedząc na sali traciłbym czas na puste pogawędki.

Po 3 semestrach nauki, na miesięcznym stypendium w Iranie, byłem w grupie razem ze studentami 5 roku (znali więcej wierszy na pamięć, ale ja mówiłem lepiej) i słuchałem po persku wykładów z historii literatury. Przy okazji nauczyłem się mówić po rosyjsku, bo grupa była rosyjskojęzyczna. Po powrocie w zasadzie przestałem się uczyć perskiego, nie przestałem natomiast go używać.

"Nie przestałem", a nie zacząłem, bo od połowy pierwszego roku korespondowałem z Irańczykami poznanymi na Usenecie (czy to nadal istnieje?), technicznie było to koszmarnie trudne (dopiero z Word 2000 pojawiła się obsługa pisma od prawej do lewej), ale wspominam ten czas z rozrzewnieniem.

Interesowałem się wtedy poezją, więc czytałem wiersze. Uparłem się, że nie będę sięgać po tłumaczenia (poniekąd słusznie) i analizy (głupio, krytyka literacka w Iranie jest b. rozwinięta, nierzadko komentarz może być ciekawszy od komentowanego dzieła); jeśli nie rozumiałem większych całości – sięgałem po fragmenty (zawsze jest coś, co da się wyczytać z tekstu). Z poezją mi potem przeszło, ale zostały zainteresowania językoznawcze (mam sporą biblioteczkę o regionalnych językach i dialektach Iranu) pojawiła się polityka – wciąż czytałem, tyle że gazety i komentarze bieżących wydarzeń. No i tak to się kręci już 15 lat – mój perski nie jest rewelacyjny, ale do tego, do czego go potrzebuję, wystarcza.


 

Podsumowanie i wnioski

Nauka musi być intensywna – nazwijmy to modelem "bardzo dużo bardzo często" – jeśli ma być skuteczna. Model "debreczyński" (8-10h dziennie) pozwala na osiągnięcie biegłości pozwalającej na aktywne używanie języka w kilka (4-6) tygodni. Model "perski" (3-5h dziennie) wydłuża ten czas trzy- lub czterokrotnie (czyli 4-6 miesięcy). Niższa intensywność powoduje, że wiele czasu marnuje się na cykle za- i przy-pominania.

Morfologię i podstawowe słownictwo każdego języka można opanować w ciągu pół roku. Wtedy (a tak naprawdę – wcześniej) należy zabrać się za to, do czego język nam jest potrzebny (lekturę klasyków literatury, rozmowy z ciekawymi ludźmi, cokolwiek…), jeśli nie ma takich rzeczy – po co się uczyć?

O długofalowym powodzeniu (tj. utrzymaniu i pogłębianiu znajomości języka) decyduje nie tyle skuteczność nauki (to, w moim ujęciu, krótka faza mobilizacji) ile to, co udało mi się z perskim i angielskim, ale nie z węgierskim i włoskim, czyli wkomponowanie stosowania języka w stały rytm dni i tygodni. Nie jest sztuką poświęcić pół roku, żeby się czegoś nauczyć, sztuką jest nadal to umieć po 1, 2, 5, 10 latach – bez stałego kontaktu to niemożliwe.

Sens nacisku jaki kładę na naukę intensywną, leży w maksymalnym skróceniu irytującego okresu, kiedy jeszcze nie można z wiedzy nabytej korzystać. Najlepiej byłoby od samego początku uczyć się robiąc, ale to nie zawsze możliwe.

Jak jednak znaleźć czas? Skąd wydobyć te 3 czy 5 godzin każdego dnia? Poza rozwiązaniem radykalnym, czyli poświęceniem wakacji, oferuję dwa tropy: pierwszy to cięcie, najlepiej aż do kości, niepotrzebnych zjadaczy czasu, jak na przykład czytanie, jak wymądrzam się tu na woofli. Drugi zaś trop to po prostu precyzyjne określenie potrzeb – zdanie jakiegoś egzaminu czy nawet przeczytanie Prousta w oryginale, żeby móc napisać o nim pracę magisterską to inne, węższe, zadania, niż "nauczenie się francuskiego". Węższe = wymagające mniejszych nakładów.

Jest też możliwe, że cel, o który nam chodzi, można osiągnąć innymi środkami – jeśli język jest mi potrzebny do pisania raz na kwartał raportu dla centrali koncernu, to mogę po prostu zlecić tłumaczenie komuś bardziej kompetentnemu, jeśli "chcę poznać ciekawych ludzi z całego świata", to może bardziej chodzi nie o "cały świat", a o "ciekawych ludzi", a ci i w Polsce się trafią, jeśli zaś idzie po prostu o to, by komuś, choćby samemu sobie, zaimponować, to zamiast się uczyć, lepiej wydorośleć.

W kolejnym odcinku, rozwijającym poruszone tu wątki, odrobinę więcej o tym jak się uczyć, czyli kilka ogólnych, prostych zasad i kolejne powtarzanie mantry "używać, a nie uczyć się".

Peterlin na Woofli – wprowadzenie

Peterlin na Woofli introMija ćwierć wieku od kiedy uczę się języków i dwadzieścia lat, od kiedy robię to na własną rękę,w pewnych okresach poświęcając im większość wolnego czasu. W różnych formach (od szkoły i studiów przez podręczniki po tworzenie -z konieczności- swoich własnych materiałów) próbowałem się uczyć łącznie ponad czterdziestu języków, w większości mniej lub bardziej niszowych, rzadziej nauczanych, dziwnych, o nic nikomu niemówiących nazwach (ewe, lezgiński, mingo, yolngu matha…).

Na swoich stronach (www.peterlin.pl) udostępniam część z tego, czego udało mi się dowiedzieć o perskim (i innych językach irańskich), lezgińskim (i innych językach kaukaskich) czy ewe (i innych językach afrykańskich). Tu natomiast chciałbym przekazać w spójnej formie garść spostrzeżeń o charakterze ogólnym, odnoszących się do nauki (nie tylko) języków jako takiej, a wynikających z moich, w sumie całkiem bogatych, doświadczeń.

Continue reading