blogi językowe

I do … czyli o wyborach językowych na całe życie

Przy okazji matur i innych ważnych życiowych wyborów skupmy się na wyborze języka, którego zaczynamy się uczyć. Co tak naprawdę determinuje nasz wybór? Dlaczego nagle zakochujemy się we francuskim/duńskim/katalońskim, etc? Czy istnieje jakieś wytłumaczenie, na czym polega atrakcyjność języka? To dobre pytanie, więc sprawdźmy.
Opinie i gusta są różne – pamiętajmy, że o nich się nie dyskutuje, każdy wybiera sobie taki język, jaki mu odpowiada. Ale jak to wygląda? Rzućmy okiem na różnorodność językową – w dobie internetu1 mamy możliwość poznania języka nawet z najdalszego zakątka świata. Możemy segregować języki pod względem ich trudności albo przynależności do danej rodziny. Przeglądamy, czytamy fora i opinie i w końcu wybieramy. Co o tym zadecydowało? Zanim przejdziemy do rozważań, mały cytat z poligloty, cesarza Karola V, który oznajmił :

„Mówię po hiszpańsku do Boga, po włosku do kobiet, po francusku do mężczyzn, a po niemiecku do mojego konia”.

Ciekawy podział, nieprawdaż? 🙂
I teraz nadchodzi czas na postawienie głównego pytania: dlaczego? Opierając się na badaniach dr Vinetty Chand z uniwersytetu w Essex, można wysnuć wniosek, że atrakcyjność języka jest ściśle związana z ludźmi, którzy się nim posługują. Socjologowie uważają, że jeżeli dana grupa społeczna lub narodowość postrzegana jest pozytywnie, to tak samo pozytywnie jest odbierany ich język. Innym aspektem, który odgrywa istotną rolę w wyborze języka, jest oczywiście sytuacja gospodarcza i ekonomiczna kraju. Tym właśnie uzasadnia się ciągle rosnącą popularność języka chińskiego. Panuje również przekonanie, iż nauka języka obcego mówionego w państwie mniej rozwiniętym finansowo czy nie będącym gospodarczą potęgą nie jest aż tak opłacalna. Innym aspektem, na który również zwraca uwagę dr Chand, jest ilość osób mówiąca danym językiem. Angielski wiedzie prym w szkołach, na kursach i obozach językowych, bo posługując się nim, możemy porozumieć się w prawie każdym miejscu na ziemi. To dlatego języki o małym zasięgu, takie jak hawajski, nie wydają się atrakcyjne. Dr Chand podkreśla także, że nie ma niczego, jeśli chodzi o brzmienie języka, co sprawia, że jest on mniej lub bardziej atrakcyjny dla słuchacza. Co więcej, to że postrzega się francuski i włoski jako języki melodyjne i romantyczne, jest bardziej skorelowane z regionami, w którymi się nimi posługuje, niż z ich faktycznym brzmieniem czy systemem fonetycznym. Jednak istnieje pewna zależność związana z dźwiękami realizowanym w danym języku – otóż dla osoby, której językiem ojczystym jest angielski, bardziej atrakcyjne wydadzą się języki, które zawierają podobne dźwięki. Jak wyjaśnia dr Patii Adank (UCL), Anglikom podoba się francuski i włoski, podczas gdy języki, które realizują inne dźwięki, brzmią dla nich bardziej ‚szorstko’, a języki takie jak mandaryński wydają się nieatrakcyjne. Dla Anglika rozróżnienia tonów brzmią po prostu nienaturalnie. W książce „Through the Language Glass: Why the World Looks Different in Other Languages” napisanej przez lingwistę z Izraela – Guya Deutschera, jest poruszony jeszcze inny aspekt dotyczący atrakcyjności języka. Otóż autor zwraca uwagę na występowanie zbitek spółgłoskowych w poszczególnych językach. Uważa, iż dla kogoś, kto w swoim ojczystym języku nie używa takiego zestawienia głosek, wydaje się ono zbyt trudne w odbiorze i mało zachęcające do nauki. Jako przykład podaje niemieckie słowo „selbstverständlich” – w tłumaczeniu na polski „oczywiście”. W słowie występuje spory zbitek spółgłosek lbstv nie przedzielony żadną samogłoską. Dla porównania, włoski prawie wcale nie zawiera clusterów spółg552_europe_encourages_more_young_people_to_study_foreign_languagesłoskowych i jest uważany za piękny język. Deutscher uważa, że może tu istnieć jakaś zależność. Lingwiści, którzy zajmują się tym zagadnieniem, mają nie lada orzech do zgryzienia. Trudno tak naprawdę ocenić, na czym polega atrakcyjność języka – czy zależy to od jego melodii, czy też może od naszego własnego nastawienia do danej społeczności językowej? Problem polega na oddzieleniu subiektywnych opinii od faktów i wyników badań. Z całą pewnością socjolingwistów czeka jeszcze wiele pracy w tym temacie.
A jak to wygląda w Polsce? Jak tutaj prezentują się języki pod względem atrakcyjności? Oczywiście numero uno pozostaje niezmiennie angielski. Z pewnością wiele osób wybiera angielski, bo jest międzynarodowy, wiele osób nim włada, ma ogromny zasięg, jest potrzebny do pracy itd. Możemy sobie zweryfikować na wykresie ESKK, jak wyglądała nauka języków w Polsce w latach 2002-2012. (Pełny wykres możecie zobaczyć tutaj : tutaj ). Można zaobserwować bardzo ciekawy trend. Angielski przoduje, za nim niezmiennie niemiecki. Natomiast pozostałe miejsca znacznie się pozmieniały. Oczywiście francuski, włoski i hiszpański są popularne na przestrzeni lat w różnych kombinacjach i na różnych miejscach. Ale najciekawszą rzecz obserwujemy w trzecim wykresie – bardzo popularne stają się języki skandynawskie. Coraz więcej osób odchodzi od „oklepanego” hiszpańskiego czy niemieckiego i inwestuje w język, który nie jest znany przez tak dużą liczbę osób. Co w tym momencie wpływa na wybór np. norweskiego? Oryginalność języka – dobra znajomość języka mniej popularnego poprawia znacznie szansę znalezienia pracy, zwiększa elastyczność na rynku pracy.
Jak widać, wybory językowe Polaków uległy zmianie na przestrzeni 10 lat i niektóre z języków straciły na atrakcyjności, a inne zyskały. Co powiecie na cytat z polskiej literatury? Janusz L. Wiśniewski w „Losie powtórzonym” tak odnosi się do atrakcyjności języków:

„ Angielski przy francuskim przypomina pokrzykiwanie pijanego woźnicy, a niemiecki jest jak kłótnia dwóch żołnierzy Wehrmachtu” 😉

A jak WY postrzegacie atrakcyjność języków? Czym się kierujecie przy ich wyborze? Czy język atrakcyjny to taki, który jest łatwy? Czy to, że Wasz ulubiony aktor mówi językiem, którego się uczycie, wpływa na atrakcyjność tego języka? Jestem ciekawa Waszych opinii i spostrzeżeń!

Myśl samodzielnie i nie patrz na innych, czyli krytyka poliglotów

najlepsza-radaSzalenie lubię dynamiczny aspekt pracy autora serwisu językowego, kiedy można rozwinąć wątek rozpoczęty już wcześniej przez swoich przedmówców (mam tu na myśli Michała oraz Piotra). Odejdę więc chwilowo od tematów polskich dialektów i Ukrainy na rzecz kwestii znacznie bardziej przyziemnej jaką są poligloci – z jednej strony stawiani za wzór do naśladowania ze względu na swoje niesamowite osiągnięcia (ich rzeczywista wartość jest tu kwestią drugorzędną – nie o tym zresztą tekst ma być), z drugiej natomiast prezentujący styl życia, jaki niekoniecznie jest najlepszym z możliwych dla zwyczajnego miłośnika języków obcych. Będzie o tym czy lepiej nauczyć się jednego języka perfekcyjnie czy trzydziestu na poziomie survivalowym. Wybiegnę też trochę w przeszłość, co może nieco przypomnieć bardzo stare artykuły z serii „Jak (nie) uczyć się języków obcych" (gdzie pisałem o angielskim, rosyjskim oraz niemieckim) i udokumentuje pewną ewolucję moich poglądów na temat poliglotów w trakcie ostatnich kilku lat. Przede wszystkim jednak tematem stanie się samodzielność i zdolność do podejmowania optymalnych decyzji, bo w nauce języka obcego prędzej czy później musi ona odegrać kluczową rolę.

 

POLIGLOCI I NAUKA JĘZYKA JAKO DYSCYPLINA SPORTU

Nie ma chyba słowa, które w całym lingwistycznym dyskursie irytowałoby mnie bardziej niż termin „poliglota". Wyraz, który według SJP oznacza zaledwie „człowieka władającego wieloma językami" i ma zabarwienie zasadniczo neutralne wraz z rozpowszechnieniem się internetu przeżył w pewnych kręgach swój renesans i stał się czymś w rodzaju nobilitującego tytułu, którym niektóre osoby lubią się od czasu do czasu pochwalić (co dla mnie brzmi osobiście bardzo pretensjonalnie, ale nie o tym ma być artykuł). W efekcie ci „poligloci" stają się dla wielu osób wzorem do naśladowania, co z jednej strony potrafi niektórym początkującym i mniej samodzielnym osobom doraźnie pomóc gdy brakuje motywacji (sam jestem zresztą najlepszym przykładem), z drugiej znacznie spłycają sam proces nauki języka do czegoś w rodzaju dyscypliny sportu. Nawet jeśli w nauce języka obcego znajdziemy punkty wspólne z profesjonalnym uprawianiem sportu (jak chociażby świetnie ujął to kiedyś peterlin w swoim artykule „Jak się uczyć?") to absolutnie nie jest ona dokładnie tym samym. Tu nie powinno być żadnych rankingów wskazujących kto jest gorszy, a kto lepszy, o kim można mówić, że umie język płynnie, a o kim nie. Jeśli ma w nauce języka obcego o cokolwiek chodzić to na pewno nie o nazwanie się poliglotą i nagranie filmów o tym, jak potrafimy opowiedzieć o naszej nauce języka w 10 językach przeznaczając na każdy po minucie. Kiedyś ktoś mądry powiedział, że ważniejsze od liczby języków, w których mówisz jest to by móc powiedzieć choćby w jednym z nich coś ciekawego. I to właśnie zdanie niestety najczęściej sobie przypominam, kiedy słyszę o jakimś kolejnym cudownym miłośniku języków, który zdecydował się zademonstrować swoje umiejętności światu. Nawiasem mówiąc przeciętny Kowalski byłby w stanie po uprzednim przygotowaniu takie filmy nagrać bez większych problemów i bez znajomości języka obcego – pytanie tylko po co.

 

POTRZEBA JEST MATKĄ (NIE TYLKO) WYNALAZKÓW

Jedną z najgorszych rzeczy, jakie może robić osoba ucząca się języka obcego to porównywanie się z innymi. Osobiście zdarzało mi się to bardzo często i doskonale rozumiem osoby, którym czasem ciężko jest się przed tym powstrzymać. Na dłuższą metę prowadzi takie zachowanie jednak wyłącznie do frustracji wynikającej chyba bardziej z naszych, często niemożliwych do spełnienia, marzeń niż rzeczywistych potrzeb. Warto zapamiętać, że tak naprawdę dany język umiemy zawsze na tyle na ile go rzeczywiście potrzebujemy. Dla osób o bardziej ścisłym umyśle:

L = a * N, gdzie a >= 1

gdzie „L" to poziom języka, „N" to rzeczywista potrzeba jego znajomości, zaś „a" to współczynnik zależny od umiejętności osoby uczącej się oraz stosowanych metod. Wiadomo, że mnożąc nawet największą liczbę przez 0 otrzymamy 0. Podobnie jest z językami – nawet stosując najlepszą metodę nauki, a nie widząc zastosowania dla języka w praktyce nie nauczymy się go nigdy.

TO STYL ŻYCIA A NIE METODA CZYNI NAJWIĘKSZĄ RÓŻNICĘ

Jeśli ktoś mi mówi, że nie zna hiszpańskiego, ale pół życia się go uczy to mogę mu tylko chłodno odpowiedzieć, że widocznie nie ma sensu sobie tym więcej zawracać głowy. Zaręczam jednak, że ta sama osoba nauczyłaby się komunikatywnie języka w ciągu paru miesięcy, gdyby tylko została zmuszona do posługiwania się nim w życiu codziennym lub w pracy (i tutaj uwaga – poziom byłby również dostosowany w ogromnym stopniu do wymogów życia czy pracy). Do czego zmierzam? Otóż poligloci uchodzą często za jakiś niedościgniony wzór, ludzie są ciekawi ich metod nauki i starają się ich naśladować zwracając bardzo niewielką uwagę na ogólny styl życia, jaki ci uprawiają. Bo styl życia generujący potrzebę używania więcej niż 6 języków na co dzień, a co za tym idzie umożliwiający rzeczywiste opanowanie ogromnej ich liczby na wysokim poziomie jest czymś nie do przyjęcia dla znacznej większości populacji i dla wielu osób wiązałby się z porzuceniem marzeń o miłości czy rodzinie, które tak naprawdę są zdecydowanie ważniejsze niż to czy do naszej prywatnej lingwistycznej kolekcji dorzucimy duński i ormiański, jakkolwiek kusząco by to nie brzmiało.

 

Kiedyś bardzo lubiłem oglądać wystąpienia poliglotów, łudząc się po troszę, że doznam jakiegoś oświecenia. Tak naprawdę wątpię, czy bez nich kiedykolwiek podjąłbym decyzję o tym by rozpocząć „Świat Języków Obcych" (nie mówiąc już o „Woofli", która jest w moim odczuciu czymś zdecydowanie lepszym), będący formą, moim zdaniem dość umiarkowanego, ale jednak językowego ekshibicjonizmu. Ale na tym wpływ owych poliglotów na mój stosunek do języków się w zasadzie skończył. Tak naprawdę zasadniczy trzon mojej nauki oparty na tłumaczeniach, czytaniu książek oraz gazet i kontakcie z żywym językiem pozostał niemal nietknięty. Wyjątkiem jest program Anki, o którym dowiedziałem się stosunkowo niedawno tj. 4 lata temu, ale i jego użycie mocno zmodyfikowałem zakładając obok talii osobne zeszyty będące integralną częścią moich powtórek. W nauce języka bowiem o to chodzi, żeby w pewnym momencie przejąć nad nią stery i samemu odkryć optymalną metodę, która nam najbardziej pomaga. I to w oparciu o nią i o nasze potrzeby należy się rozwijać.

Co do samego czytania i oglądania filmów dotyczących nauki języka obcego przypomniała mi się pewna historia z życia wzięta – jako licealista miałem przyjemność bycia członkiem zespołu rockowego. Wśród masy osób związanych z muzyką, jakich wtedy poznałem było dwóch gitarzystów, którzy drastycznie się między sobą różnili. Jeden oglądał dużo koncertów, słuchał muzyki, podniecał się filmami instruktażowymi, próbował opanowywać jakieś skale, miał też lepszy sprzęt. Drugi po prostu grał od rana do wieczora, czasem coś obcego, czasem coś improwizując stale podnosząc sobie poprzeczkę. Nie muszę chyba mówić, który z nich był lepszy i jak się to przekłada na naukę języków.

 

LEPIEJ WIĘCEJ I GORZEJ CZY MNIEJ I LEPIEJ?

Ach! Zapomniałbym. Wszak obiecałem jeszcze odpowiedzieć na pytanie czy lepiej nauczyć się jednego języka perfekcyjnie czy trzydziestu na poziomie survivalowym. Odpowiedź jest banalna – to zależy od potrzeb osoby, która języka się uczy. Jeśli ktoś chce zostać naturalizowanym Francuzem więcej pożytku przyjdzie mu z porządnej nauki francuskiego. Gdy jednak ktoś chciałby jeździć po świecie i w każdym kraju dogadywać się w lokalnym języku to zwykłym jest, iż zamiast jakości skupi się na ilości. Podobnie osoby, które więcej czytają niż mówią znacznie bardziej skupiają się na formie pisemnej. Osoby rozgadane przeważnie chcą się przede wszystkim nauczyć mówić i mówią fantastycznie, ale nierzadko mają problem z poprawnym przelaniem swoich myśli na papier. Nie uważam, by którekolwiek z tych podejść było lepsze lub gorsze. Każdy z nas jest przecież różny i ma różne potrzeby. I każdy z nas uczy się języka dla siebie, a nie po to by porównywać się z innymi.

Podobne artykuły:

Ilu języków tak naprawdę potrzebujesz?

Czy to wstyd nie znać języka obcego?

Ilu języków warto się uczyć jednocześnie?

Najlepsza rada dotycząca nauki języków

Jak, z głową, wybierać materiały do nauki tak, aby nie męczyć się … bez potrzeby?

Trzy lata „Świata Języków Obcych"

Ponad trzy lata temu, czyli 11 lipca 2010 roku napisałem pierwszy post na „Świecie Języków Obcych", w którym nieśmiało wyłożyłem powody jego powstania oraz cele, jakie sobie w związku z tym postawiłem. Od tego czasu na stronie zrobił się niemały tłok – pojawiło się na nim łącznie 77 artykułów rozrzuconych bezładnie na przestrzeni blogowej, w której osoba wchodząca na stronę po raz pierwszy może mieć ogromny problem z poruszaniem się. Dlatego też postanowiłem w trzecią rocznicę powstania tej strony uporządkować nieco jej zawartość, określić pewne zasady, na jakich będzie ona funkcjonować w przyszłości oraz założyć długo oczekiwane konto na Facebooku, z którym dla ewentualnych subskrybentów wiążą się dodatkowe korzyści.

Spis treści
Po pierwsze, na stronie pojawił się „Spis treści", dzięki któremu bez problemu można szybko uzyskać dostęp do najciekawszych artykułów na blogu. Będzie tu można w błyskawicznym czasie znaleźć i  przeczytać jeszcze raz o moim zarzuconym projekcie nauki języka czeskiego, o postach opisujących serię zmagań językowych w czasach licealnych oraz odnaleźć ciekawe artykuły, które teraz leżą zapomniane gdzieś na dnie strony. Na razie jest on umieszczony u góry, co wygląda troszkę koślawo, ale postaram się to w przyszłości zmienić, żeby nie raziło estetycznych doznań czytelników.

Profil na Facebooku
Tak, w końcu, po 19 miesiącach od chwili, kiedy to zapowiedziałem postanowiłem założyć profil bloga na Facebooku. Wszystkim czytelnikom polecam profil polubić, bo będą na nim zamieszczane liczne informacje, które z racji swojego charakteru nie zawsze mogą znaleźć się na blogu. Jeśli chcesz być na bieżąco informowany o nowościach na stronie, od czasu do czasu przeczytać ciekawy artykuł z innych źródeł, na który się natknąłem, bądź zwyczajnie od czasu do czasu posłuchać muzyki w języku innym niż polski czy angielski, to właśnie tam będziesz miał taką możliwość.

Blogi, które obserwuję
Zasada wymiany linków jest prosta – jeśli ktoś pisze względnie poprawnie (tzn. używa znaków interpunkcyjnych, nie robi notorycznie błędów ortograficznych itp.) na temat języków obcych i zamieści link do „Świata języków obcych" u siebie może jednocześnie liczyć na odwzajemnienie tego gestu. Żeby jednak lista obserwowanych stron nie rozrosła się zbytnio i nie straciła swojej aktualności postanowiłem ostatnio zrobić na niej porządek i wyrzucić blogi, które nie były aktualizowane dłużej niż rok uznając je za nieaktywne. Z pewnymi wyjątkami oczywiście. Strony, jakie uznam za wartościowe bez względu na brak aktualizacji pozostawię na swoim miejscu, by służyły czytelnikom również wtedy, gdy sam autor już dawno o nich zapomniał. O tych ostatnich zresztą wspomnę już wkrótce, bo uważam, że w polskiej blogosferze są też inne strony traktujące o językach, które są warte uwagi.

Wpisy gościnne
Wpisy gościnne pojawiły się na „Świecie Języków Obcych" dwukrotnie. Pierwszy raz artykuł był o języku arabskim, za drugim razem przenieśliśmy się na Półwysep Iberyjski oraz do Ameryki Południowej, żeby poznać rozmaite dialekty języka hiszpańskiego. Nie będę miał nic przeciwko temu, aby wpisów tego rodzaju było więcej, tym bardziej, iż jeden człowiek nie może być specem od wszystkiego. O ile mogę dyskutować na wiele tematów związanych z różnymi aspektami języków obcych, o tyle nie mogę zakładać, że w kilkudziesięciu z nich kiedykolwiek będę się biegle wypowiadał. Jeśli więc masz konkretną wiedzę na jakiś temat, a przy tym potrafisz dobrze pisać, to z wielką chęcią będę gościł Twój artykuł na blogu.

To na razie tyle jeśli chodzi o trzecie urodziny bloga – jak widać, dokonała się pewna rewolucja i mam nadzieję, że tchnie ona nowego ducha w ten blog. Jeśli macie jeszcze jakieś pomysły, komentujcie. Jestem zawsze otwarty na nowe pomysły.

Najlepsza rada dotycząca nauki języków obcych

Niemal codziennie zdarza mi się otrzymywać maile od czytelników. Nie było nigdy dwóch listów identycznych, bo każda osoba jest kimś wyjątkowym, mającym swoje własne problemy i posiadającym rozmaite wady i zalety. Ktoś chce się uczyć angielskiego czy niemieckiego, a ktoś inny z wielką chęcią spróbowałby sił w którymś z języków słowiańskich. Niektórzy dopiero zaczynają naukę języka obcego, inni natomiast  od dawna tkwią w fazie plateau. Jest mimo to jedna rzecz, która się powtarza niemal w 90 procentach otrzymywanych maili. Przeważnie dotyczą one tego, w jaki sposób należy uczyć się języka, by się go nauczyć. Dlatego postanowiłem napisać coś prostego, niemal banalnego, co może zmieni podejście do nauki niektórych z Was.

Często odnoszę wrażenie, że ludzie uczący się języków obcych szukają jakiejś niesamowitej metody, która nagle drastycznie zmieni ich proces nauki. Przeglądają internet, różnego rodzaju poradniki, oglądają filmy, na których mniej lub bardziej znani poligloci wygłaszają różne teorie na temat nauki języków obcych. Odkrywają np., że profesor Arguelles stosuje shadowing, David James wymyślił system goldlist, Benny z Irlandii rzekomo uczy się każdego języka w 3 miesiące, Steve Kaufmann powtarza jak mantrę, że najważniejsze jest to, ile materiału przeczytamy i przesłuchamy (co w języku angielskim można określić jednym wyrazem jako input, w odróżnieniu od wytwarzanego przez nas samych outputu) przy okazji promując swój portal językowy Lingq, a niejaki Mike Campbell uprawia tzw. sentence mining. Następnie czytają historie o takich niesamowitych poliglotach jak kardynał Mezzofanti, Emil Krebs czy Ziad Fazah, którzy rzekomo nauczyli się kilkudziesięciu języków płynnie i stwierdzają, że najlepiej będzie, jeśli po prostu skopiują metody któregokolwiek ze swoich nowo poznanych autorytetów. Tymczasem nauka języka niekoniecznie na tym polega. Dużo więcej niż kopiowanie tego, co robią nasi bohaterowie, da nam odrobina zdrowego rozsądku przy spojrzeniu na kilka kwestii.

Zadaj sobie pytanie „Po co się uczę języka?"
Niby pytanie z gatunku prostych, ale wiele osób zdaje się być tego nieświadomych. Jeśli ktoś stwierdza, że fajnie byłoby się nauczyć hiszpańskiego, ale nie bardzo wie dlaczego, to moim zdaniem powinien sobie odpuścić, bo nauka będzie niczym innym jak stratą czasu. Jeśli ktoś uczy się danego języka tylko dlatego że „jest piękny", albo że ma taki kaprys, to się go zapewne po prostu nie nauczy, pomijając kilkanaście zwrotów, których absolutnie nie należy mylić ze znajomością języka.
Żadnego z moich języków nie uczę się, bo muszę albo chcę. Są raczej naturalną częścią mojego życia i utrata choćby jednego z nich w dużym stopniu wpłynęłaby na to, co robię w wolnych chwilach.

Ostatnio postanowiłem opanować przynajmniej pasywne podstawy albańskiego. Powodem tego jednak nie było moje widzimisię, ale faktyczne zainteresowanie narodem albańskim, jego historią i kulturą. Mając zerową znajomość tego języka (ciekawskich odsyłam na stronę główną albańskiej wikipedii – rozumiałem z tego dokładnie tyle samo ile każdy przeciętny Polak) zacząłem, obok przerabiania podręcznika, czytać albańską Wikipedię, a konkretnie artykuł o Kosowie. Wiem, że później będę w stanie przejść do gazet, które oprócz rozwinięcia mojego języka pozwolą mi lepiej zrozumieć sytuację polityczno-społeczną w Albanii oraz Kosowie. Języka natomiast w dużej mierze uczę się po to, by mieć to ułatwione. Nauka dla samego języka byłaby jałowa i pozbawiona jakiegokolwiek sensu prócz zaspokojenia mojej ciekawości językoznawczej.
Tak więc zanim ktoś postanowi zostać poliglotą, niech najpierw się zastanowi, dlaczego chce nim zostać. Bo z językami jest trochę jak z pieniędzmi – jeśli same w sobie są celem, to są nic nie warte. Na dodatek jeśli niosą ze sobą inne możliwości związane z naszymi zainteresowaniami, to stają się znacznie łatwiejsze do nauki i często nawet nie zauważamy, w jak szybkim czasie robimy postępy.
Wniosek z tego taki, że w większej mierze styl życia i zainteresowania wpływają na bycie poliglotą niż na odwrót.
I jeszcze tylko na moment powrócę do albańskiej Wikipedii. Było i nadal jest bardzo trudno ją czytać, ale tak naprawdę im szybciej się weźmiemy za prawdziwy język, tym lepiej. Niewiele rzeczy tak opóźnia naukę języka, jak właśnie stwierdzenia, że „dla mnie jeszcze jest za wcześnie, żeby obejrzeć film bez napisów, przeczytać książkę, porozmawiać z obcokrajowcem". Z takim podejściem nigdy nie będziemy gotowi tego zrobić.

Czas, czas i jeszcze więcej czasu
Nie ma jednej uniwersalnej metody nauki języków obcych, która z każdego zrobi poliglotę. Są porady lepsze (dużo czytać, słuchać, rozmawiać, pisać) i gorsze (wkuwanie listy słówek na jutrzejszą kartkówkę), ale mają one jedną wspólną cechę, mianowicie czas, jaki koniecznie trzeba przeznaczyć na język. Zamiast narzekać, że z języka angielskiego nie robimy wystarczająco szybkich postępów, powinniśmy po prostu nad nim przysiąść. Niekoniecznie jednak musi to być kontakt z czytanką w podręczniku, ale chociażby film bez napisów, gazeta czy książka. Cokolwiek. Powinniśmy też pamiętać, że szybki postęp niekoniecznie oznacza postęp trwały – lepiej regularnie czynić małe kroki, niż w ciągu trzech miesięcy nauczyć się podstaw komunikacji i następnie wrzucić język gdzieś do szafy (patrz Benny The Irish Polyglot). Nauka języka to zajęcie na lata i powie to każdy, kto nauczył się przynajmniej jednego.

Najlepsza metoda to przeważnie Twoja własna
Paradoksalnie jest to prawda. Nie znaczy to oczywiście, że nie należy ulepszać tego, co samemu się stosuje, wręcz przeciwnie, trzeba eksperymentować z różnego rodzaju ćwiczeniami, programami i różnorakimi metodami. Ale należy przede wszystkim myśleć o sobie, a nie o tym, że „X" nauczył się języka „Y" metodą „Z" w „V" czasu i dlatego ja powinienem zrobić tak samo. To do niczego dobrego nikogo jeszcze nie doprowadziło. Poświęć jeden dzień na zapoznanie się z różnymi metodami, a następnie je wypróbuj, żeby wiedzieć, które Ci pasują bardziej, a które mniej. I stwórz coś własnego, unikalnego. Jeśli zauważysz w metodzie jakieś wady, to postaraj się je wyeliminować. Samodzielna nauka ma to do siebie,  że należy ją codziennie udoskonalać.

Nie przejmuj się poliglotami, którzy znali 80 języków…
…bo prawdopodobnie wcale ich nie znali. W Księdze Rekordów Guinnessa widnieje niejaki Ziad Fazah, który rzekomo opanował do perfekcji 58 języków obcych. Na jakim poziomie rzeczywiście umie się nimi posługiwać, zademonstrował tu: http://www.youtube.com/watch?v=_XA1Ifi-ntE
Tymczasem w kwestii Mezzofantiego, który rzekomo nauczył się ponad 100 języków, spowiadając umierających żołnierzy czy Krebsa, władającego podobną liczbą, należy być dość ostrożnym i zastanowić się, czy rzeczywiście było to możliwe w świecie, w którym codzienny dostęp do języka obcego (co jest jednym z warunków porządnej nauki) był znacznie utrudniony, a same języki bardzo często pozostawały nieskodyfikowane (do dziś zastanawia mnie, jakim cudem opanował on język Ajnów).

Nie czytaj tego bloga…
…ani wielu innych dłużej w ciągu dnia, niż utrzymujesz kontakt z językiem. Porada z punktu widzenia blogera niemal samobójcza, ale chcę traktować każdego czytelnika jak osobę inteligentną, a nie dziecko, które trzeba prowadzić za rękę. A inteligentnej osobie mogę tylko powiedzieć, że nie ma lepszego sposobu na nauczenie się języka niż po prostu przeznaczenie do tego celu ogromnej ilości czasu. Jakkolwiek mądre byłyby porady zamieszczane tu i gdzie indziej, same w sobie w niczym nie pomogą, jeśli nie zostaną odpowiednio zastosowane.

Mimo wszystko jednak zawsze będę wdzięczny za komentarze i każda osoba, która spędzi tu chociażby 5 minut, może mieć pewność, że jest dla mnie ważna;) Tak więc komentujmy i zabierajmy się za to, co jest naprawdę ważne!

Podobne posty:
Demony głupoty – część 1
Jakiego języka warto się uczyć?
Jak ja to robię, czyli podręcznik po podręczniku
Płynny w 3 miesiące… Czy aby na pewno?
Czy 1000 słów i 70% rozumienia to dużo?

Dwie ważne wiadomości dla istnienia tego bloga

Vote the Top 100 Language Learning Blogs 2011Widzę, że do niektórych dotarła wiadomość o tym, że „Świat języków obcych" został nominowany w konkursie „The Top 100 Language Lovers" organizowanym przez portal lexiophiles.com. 50% ogólnej oceny bloga to głosy oddawane na niego przez internautów. Jeśli więc czujecie, że wiadomości tutaj zawarte kiedykolwiek wam w czymś pomogły, stały się do czegoś inspiracją itp., możecie zagłosować na niego pod adresem – http://www.lexiophiles.com/language-lovers-toplist/time-to-vote-top-100-language-lovers-2011
A jeśli sądzicie, że nic z tego bloga nie wyciągnęliście, to przynajmniej przejrzyjcie inne na tej liście – niektóre są na pewno godne uwagi. Na zwycięstwo naturalnie nie liczę, biorąc pod uwagę dominację anglojęzycznych stron w internecie, aczkolwiek ucieszy mnie każdy głos.

Teraz druga, niemniej ważna wiadomość (w zasadzie dla mnie osobiście jest ona ważniejsza).  W dniach 20-26 maja w kinie Muza w Poznaniu o godzinie 19 będą puszczczane filmy w ramach Tygodnia Kina Serbskiego. Na blogu piszę o tym m.in. dlatego, że sam wchodziłem w skład grupy tłumaczy zajmującej się przekładem wyświetlanych filmów serbskich na język polski – tym bardziej więc chciałbym serdecznie zaprosić wszystkie zainteresowane osoby. Osobiście mogę tylko dodać, że kino serbskie jest naprawdę dobre. Ludzie przeważnie kojarzą bałkańską kinematografię z Kušturicą, ale większość filmów pochodzących z byłej Jugosławii jakie miałem okazję obejrzeć naprawdę nie odbiegały poziomem od dzieł tego znanego reżysera. Moim zdaniem warto się temu przyjrzeć bliżej.
Więcej informacji na temat festiwalu znajdziecie na stronie Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Tutaj natomiast znajduje się program festiwalu

Jeśli ktoś zagłosuje na bloga – będę zadowolony. Jeśli ktoś obejrzy choć jeden film na festiwalu – będę zadowolony. Jeśli ktoś zrobi jedno i drugie – będę bardzo zadowolony.  

Demony głupoty – część 1

Od blisko pół roku piszę na tym blogu o językach obcych, czasem dzieląc się poradami na temat tego co należy robić, aby nauka języków była bardziej efektywna, łatwiej było się do niej zmotywować itp. Czasem udaje mi się to lepiej, czasem gorzej. Dzisiaj natomiast, w związku z nadmiarem negatywnych bodźców, zamiast mówić co warto robić chciałbym się skupić na tym czego robić się nie powinno, jeśli mamy zamiar jakiś język opanować. I od czego należy się trzymać z daleka

Do napisania tego artykułu zainspirowały mnie 3 rzeczy: post na blogu Agnieszki Drummer (bloga polecam osobom zainteresowanym niemieckim) o podręczniku uczącym niemieckiego bez gramatyki, strona kolejnego „czarodzieja" oferującego nauczenie języka obcego w ciągu 14 dni oraz pytanie zadane na pewnym forum o dobry translator. Po raz kolejny nawiedziła mnie myśl (dodam, że raczej mało odkrywcza), że przynajmniej 80% materiałów do nauki języka obcego do niczego się nie nadaje, a ludzie mimo to wydają pieniądze na to by kupić książkę pani Pawlikowskiej, mimo że już sam tytuł („Blondynka na językach") wskazuje, że wyżej niż na poziom A2 to z tym nie zajedziemy. Szerzej o tym pisać nie będę, bo ta książka już została zrecenzowana wystarczająco źle. Nawiązując zaś do samej możliwości nauki języka bez gramatyki – uważam, że siedzenie i wkuwanie tabelek na siłę niewiele daje w oderwaniu od kontekstów użycia, ale czasem robić to trzeba, czy się tego chce czy nie. Bez rozumienia zasad gramatyki możemy się natomiast pożegnać z jakąkolwiek znajomością języka obcego (poza tym gramatyka potrafi być bardzo ciekawa – naprawdę). Chyba, że ktoś ma marzenie by mówić niczym Kali z „W Pustyni i w puszczy"…

Tych co mają ochotę mówić jak Kali zaprosiłbym na stronę owego człowieka uczącego języka obcego w ciągu 14 dni, ale obawiam się, że mogą przejść na ciemną stronę mocy i utonąć w gąszczu historyjek o ogórkach walczących z kogutami. Brzmi zabawnie, czyż nie? Sęk w tym, że autor owej strony całkiem poważnie przedstawia ją jako świetny przykład zapamiętania znaczeń tych dwóch słów. Zawsze mnie zastanawiało co ludzie widzą w różnych technikach mnemonicznych, wymyślaniu niestworzonych historyjek, żeby zapamiętać jakiś wyraz, czy ich listę. Żeby naprawdę dobrze władać językiem obcym potrzeba około 10.000 słów. Szczerze mówiąc znam wiele ciekawszych i skuteczniejszych sposobów ich kolekcjonowania niż wymyślanie nowych baśń i legend. Może komuś podobne techniki odpowiadają – ja swego czasu próbowałem to robić, ale miałem wrażenie, że tylko dodatkowo zaśmiecam sobie głowę, a długofalowych postępów raczej nie było widać. A o tym, że języka się w 14 dni nie da nauczyć jeśli się nie jest osobą chorą na autyzm nie muszę chyba wspominać…

Trzecią kwestią są zaś translatory. Zawsze mnie zastanawia, gdy osoba chcąca się nauczyć danego języka używa nagminnie tego narzędzia do tłumaczenia tekstów. Wysługiwanie się translatorem to pierwszy krok do tego, by języka się nie nauczyć. O to właśnie chodzi w czytaniu trudnych obcojęzycznych tekstów – nie tylko wyłapujesz słowa i konstrukcje, których nie umiesz, ale też powtarzasz nieświadomie to co już jest Ci znane. Używając translatora tracisz tylko okazję, by ćwiczyć język. Szczerze mówiąc przychodzi mi na myśl jedynie jedno sensowne użycie tego wynalazku. Zdarzało mi się wykorzystywać go w charakterze słownika, gdy akurat nie miałem żadnego książkowego odpowiednika pod ręką. I tu rzeczywiście translator potrafi być pomocny, aczkolwiek też ma się nijak do normalnego słownika (nawet takiego który zawiera ok. 15000 wyrazów).

Podsumowując:
1. Nie łudź się, że języka można się nauczyć bez gramatyki. 2. Nie można się nauczyć języka w 14 dni. 3. Jeśli chcesz się poważnie zająć jakimś językiem to nie korzystaj z translatorów, albo rób to jak najrzadziej.

Serię „Demony głupoty" (tytuł zaczerpnięty z komiksów o Dilbercie) zapewne będę sporadycznie kontynuował, bo nierzadko zdarza mi się natrafić na coś co wręcz irytuje swoją nieskutecznością i chęcią taniego zysku. A tak może kogoś odwiodę od kupienia złego podręcznika, powierzenia swej duszy mnemonicznemu czarodziejowi bądź bezmyślnego tłumaczenia przez translator.

Podobne posty:
Historia motywacyjna
Jak się nauczyć cyrylicy w 2 dni
Płynny w 3 miesiące… Czy aby na pewno?
Czy 1000 słów i 70% rozumienia to dużo?
Co przyjdzie z słuchania radia przez godzinę dziennie

Płynny w 3 miesiące… Czy aby na pewno?

Najpierw miało być podsumowanie listopada, następnie artykuł o roli podręczników, który w końcu się rozmył, tj. poruszyłem tyle wątków, że napisanie go jako pojedynczej jednostki mijałoby się z celem. Pomysłów w każdym razie starczy na jakieś 5 artykułów. Tak czy inaczej jednak miało to wiele wspólnego z tym o czym napiszę dzisiaj. Wielu z was o Bennym Lewisie słyszało, czytało, może nawet jest czytelnikami jego bloga „Fluent in 3 months". Sam do niedawna należałem do grupy tych ostatnich, zamieszczając nawet linka do jego strony w bocznym panelu. Ostatnimi czasy musiałem jednak nieco zrewidować swoje poglądy na tą sprawę.

Motywacją do tego stała się rozmowa jaką przeprowadziłem z dwoma znajomymi z pewnego polskiego forum językowego. W końcu zeszła ona na temat poliglotów zamieszczających filmy na youtube takich jak Alexander Arguelles (http://www.youtube.com/user/ProfASAr), Moses McCormick (http://www.youtube.com/user/laoshu505000), czy wspomniany już wyżej Benny. Takie osoby często mogą być inspiracją dla początkujących miłośników języków obcych i w internecie aż roi się od osób, które uznają ich za swojego rodzaju guru o nadziemskich umiejętnościach. Tymczasem rzeczywistość wygląda różnie, szczególnie w przypadku, gdy ktoś zamierza na nas zarobić w możliwie najszybszym czasie.

Do profesora Arguellesa przyczepiać bym się nie chciał – raczej uważam go za postać wartą polecenia każdemu człowiekowi zainteresowanemu językami obcymi i ma przynajmniej elementarną znajomość języka angielskiego. Jego filmy, niektóre lepsze, niektóre gorsze, potrafią być naprawdę inspirujące (przynajmniej w mojej opinii). Moses McCormick zamierza poznać 60 języków – trochę sporo jak na mój gust, aczkolwiek stara się być w tym wszystkim skromny i nie pretenduje do władania „płynnie" każdym z nich (właściwie jego celem jest dojście do każdego na poziom średnio zaawansowany). Tymczasem pan Lewis z moich obserwacji wiedzę ma najmniejszą, a chwali się osiągnięciami jakie są dla zwykłego śmiertelnika raczej niemożliwe…

Nazwa bloga brzmi „Fluent in 3 months" – jest kapitalna, wielu ludzi zacznie czytać z nadzieją, że ich problem związany z językami obcymi zniknie jak bańka mydlana. Niestety w końcu okazuje się, że tak naprawdę nie znajdziemy tam nic odkrywczego. Bo, powiedzmy sobie szczerze, na to, że najlepszym sposobem na naukę języka obcego jest wyjazd do obcego kraju i rozmowy z tubylcami wpadł chyba każdy… W sumie porady niewiele dadzą większości ludzi, którzy z takiej formy nauki skorzystać nie mogą. Postanowiłem więc się przyjrzeć jak wygląda jego „fluency" w języku o jakim mam przynajmniej mgliste pojęcie, czyli w niemieckim. Wywiad w języku niemieckim znajdziecie tu: http://www.youtube.com/watch?v=zOogAZ5ivxo

Wszystko bardzo fajnie, osoba nie znająca niemieckiego pewnie byłaby zachwycona. Ja znam niemiecki raczej słabo i oczekiwałem, że ktoś kto jest „fluent" powali mnie na nogi. Tymczasem nie powalił. Wrażenie jest jeszcze mniejsze, gdyż mogę przypuścić, że mniej więcej wiedział na jaki temat będzie mówił. I nie piszę tego, aby powiedzieć wszystkim, że autor „Fluent in 3 months" niemieckiego nie umie. Owszem, umie, ale na pewno daleko mu do tego by głosić wszem i wobec, że płynnie nim włada. A mniej więcej na tym opiera się jego strona – jest „poliglotą władającym płynnie 8 językami, z których każdego nauczył się w 3 miesiące". I wszystko to bym jeszcze scierpiał, gdyby nie fakt, że tym hasłem reklamuje swój przewodnik do nauki języków obcych (jej recenzję znajdziecie u Michała na „LangSpocie"). I nie wiem jak pozostali, ale ja się poczułem trochę oszukany (książki na szczęście nie kupiłem).

A jak jeszcze przeczytałem jego poglądy na temat językoznawców i obronę tego stanowiska („sports stars are to sports journalists what language learners are to linguists") to… Powiedzmy, że to przemilczę.

Jakie jednak wnioski z tego warto wyciągnąć?
1. Język obcy to nie jest coś co możesz opanować bez ciężkiej pracy w krótkim odstępie czasu. I powie to niemal każdy, kto języka obcego się naprawdę nauczył do wysokiego poziomu.
2. Warto być czasem skromnym i nie rzucać na lewo i prawo zwrotami w stylu „płynnie mówię po…". Bo można się naciąć. Najsmutniejsze jest też to, że bardzo często osoby znające jakiś język bardzo dobrze, widząc ile im brakuje do rodzimych użytkowników, oceniają swoją znajomość bardzo przeciętnie. Sam zresztą jestem najlepszym przykładem – 3 lata temu oceniałem swój rosyjski znacznie lepiej niż obecnie, mimo że, w gruncie rzeczy, byłem w nim słabszy.

Podobne posty:
Blog językowy AJATT – ciekawa metoda nauki
A nie mylą ci się te języki?
5 rzeczy jakich nauczyła mnie nauka czeskiego
Nie masz siły – zrób coś małego
Historia motywacyjna

Polskie forum językoznawców – http://forum.jzn.pl/

Pierwszy raz zdarza mi się na moim  blogu namawiać ludzi, do zarejestrowania się na pewnym forum, ale w tym wypadku uznałem, że naprawdę warto, bo niewykluczone iż podobna okazja się nie powtórzy.


Otóż przeczytałem na blogu peterlina, że są plany reaktywacji istniejącego od pewnego czasu polskim Forum Językoznawców. Postanawiam więc przyłączyć się do apelu. W zamyśle jest to miejsce, które miałoby skupiać osoby naprawdę zainteresowane językami świata, gdzie mogłyby one wymieniać swoje poglądy itp. Bez ogłoszeń o korepetycjach, kursach językowych za 1000 złotych – po prostu dyskusja o językach obcych. Jako, że o takie coś trudno, a w internecie trudno natknąć się na coś naprawdę treściwego (czego zresztą dowodem był mój artykuł sprzed 2 miesięcy o 10 „najlepszych" blogach według google'a) myślę, że każda osoba naprawdę zainteresowana tą tematyką powinna przynajmniej zajrzeć na forum. Jeśli natomiast stanie się aktywnym użytkownikiem, to będę jeszcze bardziej wdzięczny.

Zdecydowanie warto byłoby gdyby na polskiej scenie internetowej zaistniało coś takiego. Jeśli uważasz tak samo – wejdź na http://forum.jzn.pl/ . Czekamy na Ciebie!

10 najlepszych polskich blogów o językach obcych (ale tylko według Google)

Angielskojęzyczna sfera blogów traktujących o językach obcych jest bardzo ciekawa. Wystarczy tylko wspomnieć o takich interesujących postaciach jak Kazumoto, Steve Kaufmann, czy Benny The Irish Polyglot  – wszyscy trzej prowadzą strony, które, moim zdaniem, każda osoba chcąca się wziąć na poważnie za naukę języków obcych, powinna zacząć czytać. Sam wiele z nich wyniosłem. Jednocześnie zacząłem się zastanawiać jak wygląda polskojęzyczna strefa blogów dotyczących języków obcych. I przeprowadziłem na ten temat pewne badania.

W wyszukiwarce Google wpisałem następującą frazę: języki obce blog (bez cudzysłowu). Z reguły na dalsze strony ludzie już nie patrzą więc na razie ograniczę się właśnie do tych 10. Oto recenzja 10 stron wypadających najlepiej w wyszukiwaniach Google:

1. Jako pierwsze wyskoczyły wszystkie blogi z kategorii „języki obce” w katalogu bloog.pl. Cóż, może znajdę coś ciekawego? – pomyślałem. Nic z tych rzeczy. Jako pierwsze na liście znalazły się: blog fanki zespołu US5, blog o serialu Lost… Mina mi kompletnie zrzedła kiedy również trzeci blog okazał się nie mieć wiele do czynienia z językami obcymi. Ale, jak to mówią, szukajcie, a znajdziecie. Na dole listy widniał link do bloga o języku tureckim. Nigdy się go nie uczyłem, ale wydaje się, że osoba go prowadząca zna się na rzeczy i na pewno ktoś zainteresowany tym językiem powinien poświęcić temu kilka chwil.

2.

Drugą pozycją jest http://www.jezykowy-blog.info/. Hmm… Nazwa zachęcająca, ale to co zobaczyłem mnie przeraziło. Nie wiem czy autor przepuszczał teksty obcojęzyczne przez translator i następne umieszczał je w formie artykułów, ale efekt wyszedł beznadziejny. Oto próbka artykułu z tego bloga: „Szkolnictwo wyższe zwykle zaczyna się od 3 lat Studia licencjackie. Stopni Studia obejmują studia magisterskie, albo uczy lub badań, a doktor filozofii, poziomu badań naukowych, które zwykle trwa co najmniej 3 lata. Uniwersytety wymagają karty Royal w celu stopni problem, a tylko jedna nie są finansowane przez państwo ze niski poziom opłat dla studentów.” Generalnie po obejrzeniu tego nie wiem czy się śmiać, czy płakać -–zastanawia mnie tylko fakt dlaczego taka strona znajduje się tak wysoko w wyszukiwaniach.

3. Na miejscu trzecim (wg Google) – http://www.rogalinski.com.pl/. Blog dziennikarski niejakiego Pawła Rogalińskiego, w którym czasami poruszane są tematy języków obcych. Sam autor jest studentem filologii angielskiej i stosunków międzynarodowych, więc niektóre artykuły dotyczą polityki i są po angielsku. Na pewno nie jest to strona stricte dotycząca języków obcych, ale nie mogę się do niej przyczepić pod względem merytorycznym w innych kwestiach.

4.
 Na to czekałem. Wreszcie coś naprawdę sensownego. http://blog.tyczkowski.com/ – to blog o nauce języka niemieckiego, regularnie aktualizowany, na którym można znaleźć wiele materiałów różnego rodzaju – teksty, podcasty itp. Warto też dodać, że znalazł się on na 5 miejscu w rankingu 100 najlepszych blogów wg portalu bab.la – samo zestawienie nie jest może moim zdaniem miarodajne, kłóciłbym się bowiem z kolejnością (Kazumoto – 29 miejsce, Kaufmann – 7, Irish Polyglot – 2), ale przez przypadek się tam do czołówki raczej nie trafia. Jeśli uczysz się niemieckiego – zajrzyj!

5. Tutaj mamy odnośnik do bloga Piotra Balkusa i posta o znajomości języków obcych wśród polityków. Cała reszta ma się do języków nijak.

6.

 http://www.pensjonatarka.pl/ – Blog językowy, jednak nieco zadziwiający. Jednego dnia zostało wrzucone na niego kilka postów, na dodatek trochę mało konkretnych i nastała cisza. Efekt jest taki, że nie znalazłem tam nic nowego.

7. Blog Bolec Team – nie ma z językami obcymi nic wspólnego.

8. Tu znalazł się mój blog, w sumie sam jestem zdziwiony tak wysoką pozycją po zaledwie miesiącu jego istnienia. Ocenę bloga pozostawiam natomiast wszystkim czytelnikom. Myślę jednak, że na przedstawionym tu tle nie jest źle 😉

9. Tu się znalazł za to mój post na polskim forum językowym, który promuje tego bloga.

10. Ostatnie miejsce na liście natomiast zajmuje księgarnia językowa „Languagetown” – http://kursy-jezykowe-mp3.blogspot.com/.

Tyle Google. Wniosek z tego taki, że nisza blogów o językach obcych jest niestety w polskim internecie dość pusta. Brakuje stron z dużą ilością ciekawych informacji, a te, które je mają to przestały być aktualizowane – tak jak genialny, moim zdaniem, blog http://www.zostan-poliglota.pl/. Szkoda, mam nadzieję, że ta sytuacja ulegnie zmianie i zaczną się tworzyć jakieś ciekawe strony, albo często aktualizować te, które są dopiero w fazie powstawania. Jeśli jakieś źródło uznam za warte polecenia, to nie omieszkam o nim napisać. Jestem też otwarty na wszelkie wasze propozycje.

Podobne posty:
Świat Języków Obcych – lipiec 2010
Blog językowy AJATT – ciekawa metoda nauki

Blog językowy AJATT – ciekawa metoda nauki


O blogu „All Japanese All The Time" (http://www.alljapaneseallthetime.com – w skrócie AJATT) usłyszałem po raz pierwszy już jakiś czas temu i pamiętam, że z początku nazwa mnie trochę odstraszyła. Przede wszystkim dlatego, że nie miałem w planach nauczenia się języka japońskiego – nie oczekiwałem więc, iż znajdę tam wiele interesujących rzeczy dla człowieka, który próbuje szlifować na razie coś innego. Dopiero po jakimś roku odkryłem ile cennych wskazówek można tam znaleźć. Jakkolwiek najwięcej informacji blog ten dostarczy osobom uczącym się japońskiego, to inni też znajdą tam wiele BARDZO cennych wskazówek. Wszak nauka każdego języka obcego ma w sobie wiele podobnych aspektów.

Autorem bloga jest niejaki Khatzumoto, człowiek, który w wieku 21 lat zaczął uczyć się japońskiego i po 18 miesiącach władał nim na tyle biegle, że otrzymał pracę w Tokio gdzie obecnie mieszka. Dokonał tego nie uczęszczając na żadne zajęcia z tego języka, bez podręczników i nie będąc w tym czasie w samej Japonii. I w samym wstępie do bloga pisze, że nie jest jakimś specjalnie uzdolnionym człowiekiem, który ma talent do nauki języków. Klucz tkwi bowiem w użyciu właściwej metody. A ta, którą opracował Khazumoto wydaje mi się najskuteczniejszą z możliwych. Otóż autor bloga postanowił po prostu zachowywać się jak Japończyk. Całkowicie zmienił swoje otoczenie – zaczął oglądać wyłącznie japońską telewizję, słuchać japońskiej muzyki, wchodzić na japońskie strony internetowe, czytać japońskie książki, mówiąc do siebie po japońsku – nie zmienił swoich nawyków, jedyne co zmienił to język którym się posługiwał podczas robienia tych rzeczy. I co najważniejsze – starał się by to co robi sprawiało mu radość. Dlatego zrezygnował chociażby z czytania nudnych czytanek na rzecz filmów anime, które były jego pasją, a gdy to się nudziło zawsze mógł zacząć nawet grać w grę komputerową – ważne by była w japońskiej wersji językowej. Dodatkowo wspomagał się przedstawionymi po krótce w poprzednim poście systemach SRS, wstukiwał do nich zdania, które uważał za szczególnie ważne – na blogu szczegółowo opisał nawet sposób w jaki z tego korzysta.

W praktyce metoda jaką wypracował Khazumoto jest trudna do wykonania akurat w takim stopniu w jakim on ją stosował – nie każdy jest w stanie ograniczyć kontakt ze światem ojczystym tylko po to by nauczyć się języka. Ale nawet jeśli nie jesteśmy w stanie zanurzyć się całkowicie w obcym otoczeniu to warto wyciągnąć pewne wnioski z tego co autor AJATT osiągnął. Może warto od tej chwili przerzucić się wyłącznie na strony obcojęzyczne? Może zamiast czytania informacji na polskim serwisie zacząć regularnie czytać The Times, Frankfurter Allgemeine Zeitung czy Kommiersanta? Może warto ustawić przeglądarkę Google na wybraną wersję obcojęzyczną? Obejrzeć film bez napisów? Przeczytać książkę na interesujący cię temat w obcym języku? Zagrać w grę komputerową bogatą w obce dialogi (trudno mi przecenić dobroczynny wpływ gry Starcraft na poznanie przeze mnie podstaw angielskiego)? Może właśnie warto zacząć robić te wszystkie rzeczy w języku, którego się uczysz? W dobie internetu wykonanie czegoś takiego jest prostsze niż myślisz. Trzeba tylko podjąć decyzję, że od tego momentu zacznę WSZYSTKIE rzeczy robić w innym języku ograniczając użycie polskiego do niezbędnych sytuacji (dialog z panią w sklepie czy własną rodziną w obcym języku nie zawsze jest dobrym rozwiązaniem). A im szybciej taką decyzję podejmiesz tym lepiej.