Wyznania ANKIholika

Logo AnkiPrzed paroma dniami otrzymaliśmy na naszą skrzynkę redakcyjną wiadomość od czytelnika, który zapytał o to w jaki sposób efektywniej korzystać z elektronicznych fiszek, jakie oferuje nam wielokrotnie na Woofli wspominany program Anki. Pytanie brzmiało: Mam wątpliwość, czy korzystniejsze będą flashcardy ‚angielskie słówko – definicja po angielsku’ czy ‚angielskie słówko – polskie słówko’? (…). Osobiście ciężko mi jednoznacznie odpowiedzieć, ponieważ z pierwszej opcji nie korzystałem nigdy, drugą natomiast wykorzystuję w pewnym stopniu do dziś, ale z użyciem osobnego zeszytu, w którym każdej fiszce przypisane jest przynajmniej jedno zdanie zawierające dane słowo (wycięte przeważnie podczas lektury ciekawej książki, artykułu). Zeszyty, a raczej zapisane w nich zdania pozwalające automatycznie przypomnieć dane słowa w odpowiednim kontekście czynią wielką różnicę – sama nauka bez kontekstu na zasadzie "słowo po angielsku – słowo po polsku/definicja po angielsku" zdaje się być natomiast, przynajmniej w moim odczuciu, stratą czasu. W najlepszym wypadku będziemy potrafili podać poprawną odpowiedź dla aktualnie wyświetlanej fiszki. Niestety żywy język to nie wyświetlane w regularnych odstępach karty z pojedynczymi wyrazami, więc bycie mistrzem w rozwiązywaniu swojej talii w Anki niekoniecznie musi być kluczem do władania językiem obcym. I o tym właśnie będzie dzisiejszy artykuł.

Mimo faktu, iż użytkowników Anki jest całe mnóstwo i ciężko mi o przypomnienie sobie jakiejkolwiek darmowej aplikacji, która w tak krótkim czasie zdobyła uznanie w językowej blogosferze to jeszcze nigdy nie spotkałem się z wpisem krytykującym zastosowanie tego programu, którego jednocześnie autorem byłaby osoba korzystająca z niego codziennie. Przeważają bardzo skrajne opinie – od ludzi czyniących z Anki swoje główne narzędzie nauki i traktujących opuszczenie wyznaczonej przez program powtórki jako grzech śmiertelny po osoby, które totalnie negują jego użycie, mimo iż tak naprawdę nigdy w życiu z niego nie korzystały. Prawda, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku i mimo iż używam Anki niemal codziennie to zdaję sobie sprawę z wad, których aplikacja ta w żaden sposób nie przeskoczy. I to bez względu w jaki sposób będziemy tworzyć fiszki.

20150417_230904To co na fiszkach to niekoniecznie w głowie
Pierwsze wrażenie po instalacji aplikacji jest z reguły bardzo pozytywne – zapisywane na fiszkach zwroty rzeczywiście wchodzą do głowy niesłychanie szybko i po tygodniu wydaje się, że z Anki rzeczywiście można przez rok bez problemu utrzymać tempo 50 słówek dziennie osiągając w danym języku płynność. Znajomość słowa w Anki jest utożsamiana z jego znajomością w rzeczywistym świecie i naprawdę twierdzimy, że jeszcze tylko 10000 fiszek i będziemy asami konwersacji. Nic bardziej mylnego. Jak już napisałem we wstępie: żywy język to nie wyświetlane w regularnych odstępnych karty z pojedynczymi wyrazami. Okazuje się, że często spotkanie ze słowem w sztucznych warunkach (a mimo wszystkich ulepszeń tylko takie jest nam w stanie Anki zaproponować) ma się nijak do warunków naturalnych kiedy trzeba go użyć w niespotykanym dotychczas kontekście. Po roku używania Anki zauważyłem, iż nierzadko zdarza mi się dane słowo poprawnie przetłumaczyć z polskiego na język obcy na fiszkach, ale absolutnie nie ma to nic wspólnego z rzeczywistą umiejętnością jego użycia podczas konwersacji. Ta bowiem wymaga czegoś znacznie więcej niż udzielana od czasu do czasu bezkontekstowa odpowiedź na ekranie twojego komputera bądź smartfona. Przeważnie słowa nauczamy się dzięki temu, iż spotykamy się z nim odpowiednio często w różnych sytuacjach, a nie dzięki temu, iż zapamiętamy jego definicję bądź tłumaczenie – to też jest powodem, dla którego popularne w szkołach i na uczelniach kartkówki ze słówek są czymś szalenie nieefektywnym. Wrócmy jednak do tematu, bo nie o tendencjach panujących w polskim systemie edukacji ma być ten artykuł.

Anki - statystykiCzy nie żal Ci czasu?
Jedna sesja z Anki trwa u mnie przeważnie około 30 minut. Nie nazwałbym moich talii małymi , ale też do szczególnie rozrośniętych nie należą – na dzień dzisiejszy wszystkie mają łącznie 11581 wyrazów i na każdą z nich nie przeznaczam więcej czasu niż 10 minut, co przeważnie w zupełności mi starcza by wyrobić dzienny harmonogram. Jeśli przyjąć, iż robiłbym powtórki codziennie to z prostego rachunku wynika, iż użycie Anki pożera 183 godziny w ciągu roku. Liczba dość spora, zwłaszcza jeśli unaocznimy sobie fakt, iż taka liczba godzin spędzonych z językiem obcym w inny sposób mogłaby przynieść znacznie trwalsze efekty. Anki to mimo wszystko jedynie kontakt z białymi kartami, który nie nauczy nas nic więcej niż poprawnie rozpoznawać znaczenie zapisanej na tych kartach treści. Dużo więcej by nam oraz naszej znajomości języka dało gdybyśmy w tym czasie przeczytali jakąś ciekawą książkę, bądź odbyli interesującą rozmowę. Za jedną z lepszych decyzji, jakie kiedykolwiek podjąłem użytkując Anki było ustawienie maksymalnej długości dziennej sesji (w moim wypadku jest to pół godziny z tendencją malejącą) – nawet jeśli nie uda mi się przerobić wszystkiego to uważam, iż dużo więcej zyskam biorąc się za coś innego, nawet chwytając jakiś artykuł bądź książkę, najlepiej w formie drukowanej, bo wtedy istnieje znacznie mniejsze ryzyko, że zaczniemy przeglądać nowe wiadomości na Facebooku czy zmieniać co 5 minut muzykę przez YouTube. Tego typu "złodzieje czasu" również potrafią odciągnąć naszą uwagę, kiedy korzystamy z jakiejkolwiek aplikacji komputerowej docelowo ułatwiającej naszą naukę – im bardziej powtórka jest monotonna (czytaj: suche listy na zasadzie "słowo w języku A" – "słowo w języku B") tym ryzyko utraty skupienia jest większe.

Anki to nie uniwersalna metoda nauki językaAnkiStat
Bardzo łatwo wpaść też w pułapkę wiary w to, że kontakt z Anki to kontakt z prawdziwym językiem i wykonawszy powtórkę stwierdzić, iż nic więcej dziś już robić nie trzeba. Podobnie jednak jak rozmaite suplementy diety nie powinny być stosowane jako jedyne źródło pożywienia tak programy SRS (ang. Spaced Repetition System) jak Anki, Mnemosyne czy Supermemo nie mogą być jedyną formą kontaktu z językiem, bo same w sobie mogą okazać się szkodliwe. Na dodatek uczą w pewien sposób lenistwa i zabijają kreatywność, w ogromnej mierze odpowiadającą za nasze sukcesy w nauce. Ma to miejsce zwłaszcza w przypadku gdy korzystamy z gotowych list, których importowanie nie wymaga od nas najmniejszego wysiłku. Zawsze byłem zwolennikiem nauki poprzez własne doświadczenie, które znacznie lepiej niż jakiekolwiek utworzone przez trzecie osoby listy jest w stanie wyodrębnić zestaw terminów rzeczywiście zbieżnych z naszymi własnymi potrzebami komunikacyjnymi. Ktoś mógłby powiedzieć: "A co z listami 1000 najpopularniejszych słów?". Nie uważam, że tego typu zestawy są jednoznacznie złe – sądzę jednak, iż mając wystarczająco dużo kontaktu z językiem obcym, nawet w postaci podręczników czy prostych artykułów, pierwszy tysiąc słów jesteśmy w stanie bez problemu opanować również bez pomocy Anki (będziemy się na nie natykać tak naprawdę co chwilę, bez względu na to jakiej maści materiałów użyjemy) i wyjdzie nam to tylko na dobre. Mimo to o ile jestem wrogiem wszelkiego rodzaju suplementów diety, o tyle SRSów jeszcze nie porzuciłem – dlaczego? Nie można im bowiem odmówić pewnych zalet.

Gdzie SRSy się naprawdę sprawdzają?
Po czterech latach doświadczeń z tym programem muszę powiedzieć, że sprawdza się on wyśmienicie przynajmniej w trzech aspektach:
1) Talie do pasywnego słownictwa tworzone na podstawie czytanych tekstów – to właśnie w nich wykorzystuję wspomniane już na samym początku artykułu zeszyty i obecnie do tego aspektu ograniczam tak naprawdę użycie programu. Służą one jednak raczej nie tyle do nauki, lecz do bardziej efektywnego utrzymywania rzadkiego inwentarza leksykalnego na przyzwoitym poziomie.
2) Aktywne talie "dynamiczne" – te wymagają znacznie więcej zachodu, ale też służą do czegoś zupełnie innego. Na pomysł ich tworzenia wpadłem już parę lat temu przy okazji studiowania serbskiego – podstawą są tłumaczenia całych zdań z języka polskiego na obcy. Najważniejszą cechą jest rozrastanie się talii na podstawie błędów jakie popełniamy. Przykładowo – jeśli popełnię błąd w tłumaczeniu danego zdania to tworzę dodatkowo nową kartę z bliźniaczym zdaniem dokładnie w taki sposób, aby nacisk przy jej sprawdzaniu był położony na aspekt, w którym dany błąd popełniłem. Tworzenie takiej talii było co prawda dość czasochłonne, ale rezultaty dawało całkiem niezłe i zmuszało mnie do czegoś więcej niż tłumaczeń "słowo w języku A = słowo w języku B", które w moim odczuciu, zwłaszcza jeśli chodzi o aktywne użycie języka mają się często nijak do rzeczywistości.
3) Dla osób lubujących się we wszelkiego rodzaju statystykach użytkowanie Anki może być silnym czynnikiem motywującym – sama aplikacja daje nam bowiem dostęp do sporej liczby danych obrazujących nasz postęp, co dla niektórych osób może być czynnikiem decydującym o utrzymaniu motywacji.

Na tym lista zastosowań naturalnie się nie kończy – ich liczba może być tak duża jak liczba użytkowników samej aplikacji i każdy z nich będzie mieć zapewne różne zdanie na temat preferowanych przez siebie technik . Osobiście zachęcam wszystkich, również osoby silnie uprzedzone oraz nigdy nie korzystające z tego rodzaju narzędzi do eksperymentów i odnalezienia jakiejś własnej wizji ich użytkowania. Przy odrobinie zdrowego rozsądku mogą się one okazać bardzo przydatne. Wystarczy jedynie pamiętać, że uczymy się języka, a nie naszej talii z Anki.

 

Oficjalne strony najpopularniejszych programów SRS:
Anki – http://ankisrs.net/
Mnemosyne – http://mnemosyne-proj.org/

Podobne artykuły:
Przewodnik po Anki
Rewelacyjny program do nauki słówek – Anki
Peterlin 3 – jak się uczyć
Ile klasyki w postępie?
Nauka języka bez podręcznika – część 2. Czytanie.

35 komentarze na temat “Wyznania ANKIholika

  1. Bardzo się cieszę, że zdecydowałeś się napisać taki artykuł i to właśnie teraz kiedy przeżywam kryzys wiary w ANKI. Osobiście używam tego programu tylko do j. angielskiego i na powtórki nie przeznaczam więcej niż 15 minut dziennie, mimo to jednak od dłuższego czasu nie mogę pozbyć się wrażenia, że marnuję tylko czas. Wydaje mi się, że to przez to, iż tak jak napisałeś, sucha forma "angielskie słówko=polskie słówko", lub odwrotnie wcale nie zwiększyło mojej aktywnej znajomości języka, jedyny efekt jaki po sobie zauważyłem, to że przy czytaniu książek/artykułów trochę rzadziej muszę zaglądać do słownika 😉
    Ciekawy wydaje mi się pomysł z pisaniem całego zdania zbudowanego na bazie danego słówka, ale chciałbym dowiedzieć się trochę więcej w kwestii technicznej: czy polega to na takiej zasadzie, że mam słówko X i wpisuję je raz do talii pasywnej, raz do aktywnej i zdanie do zeszytu? Jeśli dobrze zauważyłem to do każdego zdania masz dopisany numerek, który łączy się z danym słówkiem z talii aktywnej?
    Chciałbym jeszcze zapytać ile czasu zajmuje Ci zrobienie np. 10 słówek w takim systemie? Ja dziś wpisałem do talii pasywnej ok. 30 słówek i zajęło mi to pewnie ze 20 minut. Uważasz, że gra jest warta świeczki, czy lepiej przeznaczać na ANKI te 15 minut dziennie, a resztę na coś innego?

    Pzdr

    1. Do używania Anki zachęcił jakieś dwa lata temu tekst na Twoim, Karolu, blogu. Przez ten czas używam programu dość regularnie i z czasem wypracowałem sobie zasady, dość podobne do Twoich, mające na celu uczynienie nauki bardziej efektywną.
      1. Wszystkie talie tworzę samodzielnie od początku – są one dostosowane do mojego aktualnego poziomu i moich rzeczywistych potrzeb w zakresie słownictwa.
      2. Karty w talii pasywnej mają budowę: słowo w j.obcym | przykładowe zdanie | słowo w j.docelowym (najczęściej polskim); słowa wraz z przykładami ich użycia pochodzą z czytanych tekstów: książek, artykułów itd.
      3. Karty w talii aktywnej na równi z pojedynczymi słowami, stosuję zwroty i całe zdania.
      4. Jeżeli jest taka potrzeby, uzupełniam kartę informacją o wymowie danego słowa – co z tego, że wiem jak napisać, jak nie wiem jak poprawnie przeczytać. Dotyczy to głównie angielskiego – mimo bardzo dobrej jego znajomości, wciąż niektóre słowa potrafią mnie zaskoczyć, zwłaszcza te pochodzące z francuskiego.
      5. Ograniczam ilość codziennych powtórek na zasadzie – lepiej mniej, ale częściej. Początkowo dochodziło do sytuacji, że widząc dużą ilość kart, jaka mi pozostała, w ogóle rezygnowałem z powtórki.
      6. Zdarza mi się korzystać z Anki, jako podręcznego słownika. Dotyczy to sytuacji, czasem spotykam się z jakimś słowem, które wygląda/brzmi mi znajomo i wiem że powinno być gdzieś w moich taliach, ale jakoś nie mogę sobie w danej chwili przypomnieć jego znaczenia.

      Pozdrawiam

  2. Bardzo potrzebny i ważny artykuł. Ja dawno już porzuciłem Anki na rzecz fiszek robionych własnoręcznie. Uczę się słownictwa w sposób następujący (pisałem już o tym gdzieś w komentarzach, ale warto powtarzać):

    Wyłapuję nowe słówka, robię z nich listę w Wordzie, potem przepisuję je na fiszki (ważne jest, żeby uczyć się MAŁEJ ilości słów dziennie, ok. 10). Potem buduję wypowiedź ustną zawierającą te słowa, a fiszki wyrzucam, żeby zrobić miejsce dla kolejnych. Lista w Wordzie służy temu, żeby raz na miesiąc przepytać się ze wszystkich dotychczasowych słów i ewentualnie uzupełnić braki kolejnymi fiszkami.

    A wolę fiszki papierowe z tego względu, że nie jestem zbyt biegły w obsługiwaniu fiszek. Niby prosty program, ale co chwila coś mi się w nim psuło i np. program wyświetlał tylko fiszki angielskie, a potem polską odpowiedź, a nigdy odwrotnie.

  3. Widzę kolejny artykuł o Anki! 🙂

    Przeważają bardzo skrajne opinie – od ludzi czyniących z Anki swoje główne narzędzie nauki i traktujących opuszczenie wyznaczonej przez program powtórki jako grzech śmiertelny po osoby, które totalnie negują jego użycie, mimo iż tak naprawdę nigdy w życiu z niego nie korzystały.

    O Anki pierwszy raz przeczytałem od Ciebie @Karol. Przed laty należałem właśnie do tej drugiej grupy totalnie krytykującej użycie Anki. Kilka razy próbowałem pracę z programem po czym szybko (w przeciągu tygodni) ją porzucałem, gdyż była pozbawiona dla mnie sensu w swojej klasycznej postaci nadal jest. Moja ostatnia i jedyna skuteczna próba powrotu do Anki nastąpiła 30 miesięcy temu i od 30 miesięcy codziennie z Anki pracuję na hiszańskojęzycznej talii, a od 6 miesięcy również na keczuańskojęzycznej talii (talia angielska jest za mała, by wspominać). Praca z Anki jest dla mnie możliwa dzięki istotnym modyfikacjom:

    (1) Wyłącznie jednojęzyczne karty: hiszpańskie słówko – hiszpańska definicja skopiowana z jednojęzycznego słownika. W przypadku hiszpańskiego jest to najczęściej DRAE, WordReference, lub Breve diccionario de colombianismos ACL, a czasem inne źródło definicji (gł. dla slangu). Nieco ciężej jest dla mojej młodej talii keczuańskiej, gdyż mój jedyny dysponujący jednojęzycznymi definicjami słownik keczuański jest zbyt ograniczonych rozmiarów, by przetłumaczyć wszystkie te słowa, które się w talii znajdują.

    (2) Każda z (hiszpańskojęzycznych i ostatnio możliwie keczuańskojęzycznych) kart zawiera oryginalne zdanie, w którym po raz pierwszy spotkałem się ze słowem (lub zwróciłem na nie uwagę). Jeśli słowo wyciągnąłem z tekstu, kopiuję to zdanie i wklejam je pod definicją słowa. Jeśli z filmu, robię transkrypcję zdania, w którym je usłyszałem. Czasem dla lepszego kontekstu jest to więcej niż jedno zdanie. Czasem spotkawszy w kolejnym tekście to samo słowo, które już mam w talii, edytuję właściwa kartę dodając kolejne zdanie z innym użyciem słowa. Nawet po dwóch latach widząc kartę jestem w stanie wrócić myślami do tekstu, kontekstu w którym je poznałem. Jeśli słowko wziąłem np. z opowiadania G.G.Márquez'a pamiętam kontekst wypowiedzi, w którym było to słowo łącznie z odczuciami towarzyszącymi mi podczas czytaniu tekstu i o jakiej porze dnia to robiłem.
    Innymi słowy po pierwsze słowo umieszczam w talii w kontekście użycia (nie potrzebuję zapisywać osobnego zeszytu), a po drugie tworzę w miarę trwałe połączenie słowa z chwilą, w którym je poznałem, a czasem dwoma różnymi chwilami, w którym na nie zwróciłem uwagę pierwszy raz.
    Jednojęzyczne słowniki, takie jak dostępny na WordReference, lub Breve diccionario de colombianismos ACL już w samej definicji słowa często zawierają dodatkowe przykłady zastosowania słowa w zdaniu.

    W raczej rzadkich przypadkach od drugiej reguły zdarz mi się zrobić wyjątek. Bez tych modyfikacji praca z Anki nie byłaby jednak dla mnie możliwa.

    Stosuję wyłącznie karty hiszpański-hiszpański, nigdy hiszpański-polski i nigdy polski-hiszpański.
    Odwrót karty wygląda więc następująco:
    obcojęzyczna defnicja wraz ze słownikowymi przykładami użycia słowa w zdaniach
    zdanie, w którym pierwszy raz się z danym słowem spotkałem

    Jeśli nie wszystkie, to z 98% słów z mojej talii potrafię (lub teoretycznie potrafiłbym, bo wiele słów jest raczej rzadkich) użyć je aktywnie i nie widzę w tym problemu. Przecież razem z jednojęzyczną definicją słowa (która najczęściej już zawiera słownikowe przykłady użycia wyrazu), posiadam przykład, lub przykłady użycia wyrazu w zdaniach, w których je poznałem.

    Jeszcze jedna kwestia praktyczna: Każda z talii ma ograniczenie 40 powrótkowych słów dziennie + 10 nowych słów. Jako, że nowe słowa (tj. te, które poprzedniego dnia spotkałem w tekstach itp.) wyświetlają się dwa razy, daje to łącznie do 60 słów na sesję w jednym języku. Wszystko zależy od stanu mojego umysłu, tyle gdzieś jednak jestem w stanie wchłonąć na raz, tj. z 30-50 minut skupienia nad kartami. Praca z Anki koniecznie w przeciagu pierwszych godzin po przebudzeniu się – wyspany lepiej się skupię niż zmęczony, a przed snem lepiej obejrzec po hiszpańśku film, by mieć hiszpańskojęzyczne sny, zamiast wyczerpanym męczyć się nad zapamiętywaniem słów. Tak więc dzień zacząć od Anki, później w trakcie dnia poznawać nowe słowa na powtórkę z Anki jutrzejszego ranka, a na wieczór film, by mieć obcojęzyczne sny.

    Jeszcze na koniec:

    Ze wszystkich rzeczy jakie przez lata przeczytałem na Twoim @Karol blogu najcenniejszą dla mnie okazało się właśnie Anki! Tylko i wyłącznie pod warunkiem (1) jednojęzycznych definicji i (2) umieszenia na karcie kontekstu, w którym zetknąłem się ze słowem.

    1. Mam nadzieję, że Yana Para Puyu jeszcze tu zajrzy. Ponieważ trafiłem na językowe gierki on-line w języku Quechua / Keczua na stronie digitaldialects.com
      Mam nadzieję, że Ci się przyda.

      1. Dzięki, Ratowniku! To jest keczua boliwijski, czyli nie do końca mój dialekt, ale pokrewny. Pograłem chwilę w kilka gierek słownych i się pochwalę, że nie zdarzyło mi się popełnić błąd. Większą część słów rozumiem (raczej niż znam, gdyż niektóre się lekko różnią od moich wersji dialektalnych), a jeśli nie rozumiemm słowa, bardzo łatwo je dopasować do obrazka drogą eliminacji…

  4. Mam podobne odczucia co do używania Anki. Używam jej tylko do przeglądania podczas jazdy autobusem, w domu nie mogę się zmusić do jej używania 🙂 Wolę robić inne, dużo ciekawsze rzeczy w danym języku. Odczułam również to, że mimo pamiętania słówka podczas przeglądania, niekoniecznie potrafiłam sobie je przypomnieć podczas rozmowy. Uczę się japońskiego i angielskiego, w japońskim anki bardzo mi pomaga w powtarzaniu czytań kanji, czy też ich zapisywaniu. Podoba mi się w anki właśnie to, że da sie tam zrobić dużo rzeczy, w zależności od indywidualnych potrzeb: można odpowiedź wpisywać ręcznie czy też malować/rysować znaczki. I od jakiegoś czasu przymierzam się do zrobienia talii z tłumaczeniem zdań, niestety jest to bardzo czasochłonne (chociaż wiem, że wysiłek włożony w stworzenie tej talii na pewno się opłaci). Być może wykorzystam twoją metodę z dopisywaniem dodatkowych zdań z zagadnieniami gramatycznymi, z którymi miałam problemy. Bardzo dziękuję za pomysł 🙂

  5. W ANKI mam obecnie trzy talie (polsko-ukraińską, polsko-niemiecką i polsko-angielską). Cały czas uczę się używać tego programu, optymalizuję strategię i wiem już, że kilka błędów popełniłem. Przede wszystkim – nie ma co walić za dużo słów/zwrotów na raz, bo obecnie mam tak, że wszystkiego mam ok. 160 powtórek + 20 nowych słów dziennie (i to trzeba przemnożyć jeszcze razy 3!) – łącznie prawie godzina dziennie z głowy. Całe szczęście, że wypracowałem sobie taki system planowania dnia, że zawsze na to znajdę czas.

    W taliach mam pojedyncze słowa i wyrażenia, czasem też całe zdania. Wiem już, że przydałyby się talie odwrotne (bo np. mam w talii polsko-ukraińskiej słowo апельсин – i jest to słowo dość daleko w dojrzałych, więc widocznie tłumacząc z polskiego na ukraiński je znam, ale z głowy za nic w świecie nie mogłem sobie przypomnieć, czym ów апельсин jest; dla ciekawych: pomarańcza), z drugiej jednak strony – potwierdzam opinię, że to strata czasu i chyba tylko w wyjątkowo opornych przypadkach warto coś takiego robić.

    Uważam, że warto uczyć się i pojedynczych słówek/zwrotów i czasem całych zdań, przy czym w tym drugim wypadku trzeba znać już dość dobrze język aby wiedzieć kiedy zastąpienie/opuszczenie jednego słówka w zdaniu można policzyć sobie za błąd, a kiedy nie.

    Program ogólnie jest rewelacyjny, ale dawkować trzeba go sobie naprawdę powoli (na niemiecki wprowadziłem sobie z góry 3000 kart, przez pół nauki roku nazbierało się tego niestety i dziś ilość słówek do powtarzania jest już niezdrowa) i lepiej aby talia się "uleżała" w głowie przez kilka (tygo)dni niż żeby ją codziennie wzbogacać.

    Natomiast absolutnie nie zgadzam się z opinią, że nauka pojedynczych słówek nie ma sensu. Jak najbardziej ma, tylko trzeba mieć jako takie pojęcie o gramatyce i być na takim poziomie, aby z głowy na poczekaniu wymyślić sobie zdanie, w których można dane słowo użyć. Natomiast idiomy, zwroty i wyrażenia – można bez stresu wykuwać bez kontekstu (albo też z kontekstem jak komuś wygodniej, zależy od sytuacji).

    1. Wielu slow nie tylko mozna, ale nawet trzeba uczyc sie bez kontekstu, np rzeczownikow konkretnych. Ja w tym celu robie sobie papierowe fiszki obrazkowe-z jednej strony rysuje jakis obiekt kolorowymi flamastrami fluorescencyjnymi na twardym kartonie, z drugiej wpisuje nazwy w kilku jezykach. Na poczatku zadaniem jest tylko odgadniecie nazwy w danym jezyku, ale zabawa sie na tym nie konczy, a dopiero zaczyna. Gdy znam wiekszosc slow, tasuje fiszki jak karty do gry i bardzo szybko je rzucam na stol i w ulamku sekundy musze wypowiedziec dane slowo, az do odruchu bezwarunkowego obrazek-slowo. Odbywa sie to bez udzialu jezyka polskiego, a mozg po jakims czasie jedzie na pelnym automacie, a wszystko po to, zeby sie wyzbyc niepozadanego odruchu zastanawiania sie. W sytuacjach zyciowych czasami moj mozg zamienia widziany przedmiot na obrazek z fiszki, ale w ulamku sekundy wyrzuca odpowiednie slowo.
      A rzeczowniki konkretne to naprawde bardzo duza grupa slow, a czesto sa to wyrazy nie do wytlumaczenia i uzycie scisle okreslowego slowa (np. tulejka) jest niemal jedynym mozliwym wyjsciem z sytuacji.

  6. Ja z kolei jestem wierną fanką tego programu. Poznałam go w 1 liceum, najprawdopodobniej właśnie z Twojej notki. Od tego czasu pracuję na nim codziennie, ucząc się angielskiego, niemieckiego i włoskiego (choć tego od jakiegoś czasu nie używam w ogóle), ale też WOSu (mam nawet talię z twarzami ze świata polityki :)) i historii. Szczerze mówiąc, robienie talii (zawsze samodzielnie) i powtarzanie odpowiednich jednostek stało się podstawą mojej nauki z, choć to dość nieskromne, bardzo dobrymi rezultatami. Nie zauważyłam też, bym miała problem z przełożeniem słówka z warunków "sztucznych" na "naturalne". Opanowane słowo czy data przychodzą mi do głowy kiedy trzeba, choć wiadomo – idealna pamięć nie istnieje, a gdy haseł jest kilkanaście tysięcy… 🙂

    Wydaje mi się, że to wszystko kwestia predyspozycji, jak zawsze. Na pewno ANKI mogą stanowić bardzo dobry motywator.

  7. Ok drodzy przyjaciele, mam ważne i pilne pytanie, lecz nie wiem gdzie najlepiej je zadać, więc wybrałem jeden z najnowszych artykułów, mam nadzieję, że Karol mi to wybaczy 😉

    Oto interesująca mnie kwestia: jak wygląda Wasza nauka kilku języków jednocześnie, gdy przebywacie za granicą, w kraju którego języka także się uczycie? Odstawiacie wszystko inne na bok i skupiacie się na tym konkretnym, czy jednak twardo trzymacie się swojego "rozkładu"?

    Pytam ponieważ szykuje mi się kolejny 2-3 miesięczny wyjazd do pracy do Niemiec i trochę mnie martwi fakt, że zawsze po takim wyjeździe mój "aktywny" niemiecki skacze dość wysoko, gdy jednocześnie angielski spada do poziomu ośmiolatka, po prostu przez nieużywanie go przez długi czas. Jak Wy sobie z tym radzicie? Dodam, że w moim przypadku w grę wchodzi max. 1 godzina dziennie, którą będę mógł przeznaczyć na naukę i to nawet nie w całości, lecz w kilku- kilkunastominutowych porcjach.

    Liczę na Was 😉

    1. Skoro już piszemy nie na temat, też zamieszczę ogłoszenie:

      POSZUKUJĘ SERIALI W JĘZYKU ANGIELSKIM

      Poszukuję czegoś w języku angielskim (najlepiej z USA), co by się dało oglądać. Chciałbym wyrobić do lata ze 100 godzin intensywnego przegadanego wkładu po angielsku. Jakieś propozycje seriali dających się oglądać? Dzięki z góry! 🙂

      1. Coś mi się kojarzy ten tytuł, ale nie widziałem żadnego odcinka. Tam chyba grała Kolumbijka? 🙂 Taka jedna, która twierdzi, że "jako latina nie musi mówić po angielsku z perfekcyjnym akcentem". Odpada więc, ale dzięki za sugestię! 🙂

      2. Standard: "The Wire", "The Sopranos", "Breaking Bad", "True Detective", "The West Wing", "House of Cards", "Treme", "Fargo". Plus animowane "South Park" i "The Simpsons". "The Wire" jest stereotypowo uważany za "najlepszy serial w historii telewizji" (hiperbola, ale faktycznie jest b. dobry, jedynie ostatni sezon odstaje).

      3. Breaking Bad – genialny serial, w dodatku dużo meksykańskich akcentów 🙂
        Dexter – świetny od 1. do połowy 6. sezonu. Później zupełnie traci swój charakter.
        The Simpsons. Klasyk.
        Weeds. Od komedii do dramatu, ale każdy sezon świetny.
        Satisfaction – ale to australijski angielski.

      4. Na początku nie rozumiałem o jakiej Kolumbijce mówisz, ale po chwili zajarzyłem : mieszasz "Married with children" (po polsku "świat wg bundych") z "The modern family" ("współczesna rodzina"), chyba dlatego, że w obu główną rolę gra Ed O'Neill. Irytująca, choć piękna Kolumbijka gra w tym drugim 😉 "Married…" jest dla Ciebie jeśli lubisz prosty i rubaszny humor 😉
        "The Modern Family" nie polecam zaś nikomu, wciskana na siłę poprawność polityczna zaczyna mdlić już w połowie pierwszego odcinka.
        No i trzeba jeszcze wspomnieć o "The Big Bang Theory" choć oglądanie tego bez żadnych napisów może czasem przyprawić o zawrót głowy (dużo terminologii z dziedziny fizyki/matematyki).

      5. Nie mam zielonego pojęcia kim jest Ed O'Neil. Spędziłem parę ładnych lat nie oglądając niemal niczego, co by nie było w języku hiszpańskim. Mieszam, bo niewiele mi te tytuły mówią…, a oba coś o rodzinie. Chcę wrócić trochę do angielskiego, bo będzie mi bardzo potrzebny i może na powrót polubić USA i Australię, tylko, że nie wiem co sensownego w ogóle w tym języku można obejrzeć… Wiem tylko, że wszystko amerykańskie, co widziałem w polskiej telewizji (filmy, seriale) kiedy ją jeszcze oglądałem to dla mnie kompletne śmiecie. Świat wg Bundych pamiętam z polskiej telewizji z dzieciństwa – niestety zdecydowanie nie tego szukam. Jeszcze był taki serial jak Alf o takim kosmicie i rzeczywiście był niby dość fajny, ale byłem tylko dzieckiem, jak go widziałem i już niewiele pamiętam… Na serio mam problem, bo niby wyciągnę z pamięci parę tytułów, przynajmniej w polskiej wersji, tylko niczego, co miałbym ochotę obejrzeć… :-/

        Aktorkę Sofía Vergara widziałem dotąd w akcji tylko w hiszpańskojęzycznych programach (raczej dość starych) i nie była dla mnie jakaś irytująca; piękna całkiem, całkiem :-). Ma doskonałą dykcję. Miło byłoby Ją pooglądać po angielsku, ale językowo niewielki ma to dla mnie sens.

        The Big Bang Theory brzmi bardzo interesująco. 🙂

      6. @YPP

        Z tego co piszesz wygląda, że naprawdę sporo frajdy sprawi Ci oglądanie któregoś z tych seriali. Niemal gwarantuję Ci, że przynajmniej jeden Cię wciągnie – choć nie wiem, który. To już kwestia Twoich osobistych preferencji.*)

        Bo USA, kraj, który od lat (a jak dla mnie: od zawsze) po prostu leży pod względem szeroko pojętej kultury i sztuki, seriale w ostatniej dekadzie robi naprawdę doskonałe. Nie wiem, z czego bierze się ten fenomen i nawet nie będę zgadywała. (No dobrze, jeśli mam się pokusić o zgadywanie w jakiejkolwiek formie, to na początek poleciłabym Ci "Weeds" 😉 ).

        *) Jest jeszcze serial "Mad men", też godny polecenia. Pod każdym względem doskonały. Z rzadka oglądam jakiś przypadkowy odcinek na TVP Kultura. Ale nie byłabym w stanie oglądać systematycznie, bo mnie po prostu nudzi. A mimo wszystko rozumiem fenomen jego popularności. Dlatego podkreślam, że dla każdego coś innego. A pomysł "testowania" każdego z tych seriali uważam za bardzo trafny.

      7. Dzięki raz jeszcze za wszystkie sugestie! 🙂 Szukałem już wszystkich wypisanych przez Was wyżej seriali. Za wyjątkiem Weeds moje pierwsze wrażenia z oglądania urywków ze środka wymienionych wyżej seriali są całkowicie negatywne, ale spodziewałem się, że będzie gorzej. Spróbuję gdy nadejdzie dzień obejrzeć w całości właśnie pierwsze odcinki Weeds! Myślałem na drugim miejscu o Breaking Bad, ale tam bohaterowie wyglądają na jakichś świrów i poza tym mało mówią i jakoś dla moich uszu brzydko. Zdecydowanie najlepiej zapowiada się Weeds, gdyż jakoś ładniej brzmią i jest osadzone w przyjemniejszym klimacie (i nawet bohaterowie mają milsze twarze niż w innych wymienionych serialach) nie wyglądając na nic zbyt brutalnego, ani politycznego itp…

        Przed chwilą obejrzałem trzy odcinki Los graduados (http://es.wikipedia.org/wiki/Los_graduados) – buzie się aktorom nie zamykały, mówili, mówili, mówili; było bardzo wciągające, dość filozoficzne, bardzo zabawne i nie było głupie. Byłoby fajnie znaleźć coś takiego również po angielsku (nigdy nie widziałem)… Widziałem za to jakiś czas temu połowę dość wciągającego, ale zbyt brutalnego (i ze zbyt wieloma marnymi akcentami spoza Kolumbii) serialu La mariposa i tylko słyszałem we śnie Acabas de firmar tu sentencia de muerte ("Właśnie podpisałeś swój wyrok śmierci") i temu podobne sformułowania i dialogi… Z tego powodu oraz przez marne akcenty przerwałem oglądanie serialu. Szukam czegoś przyjaznego dla odbiorcy i gdzie by dużo i ładnie mówili i BARDZO WCIAGAJĄCEGO, bo jeśli mnie nie wciągnie mniej niż moje seriale kolumbijskie, nie będę się zmuszał do oglądania po angielsku na siłę…

      8. @YPP

        Oglądanie "urywków ze środka" sprawdza się w przypadku sitcomów i ogólnie seriali gdzie typowy odcinek stanowi autonomiczną całość, ale w przypadku np. "House of Cards", "True Detective" czy "The Wire" nie ma żadnego sensu. Ale jeśli chcesz coś nie-politycznego oraz nie-brutalnego, (i jeszcze żeby mówili "ładnie" – pobocznym kryterium doboru był właśnie realizm dialektalny) to nie jestem właściwą osobą by coś rekomendować. Big Bang Theory jest dość zabawne w małych dawkach, ale po dłuższej chwili zjada własny ogon (ileż można oglądać te same grepsy).

        @Adriana
        "Bo USA, kraj, który od lat (a jak dla mnie: od zawsze) po prostu leży pod względem szeroko pojętej kultury i sztuki"

        Obawiam się, że mylisz amerykańską kulturę masową która jest b. ekspansywna i do bólu schematyczna (ale przy tym sprawnie zrobiona) z całością amerykańskiej kultury. Dwa światy. Nie muszą się wstydzić na żadnym polu.

        Co do rozkwitu form telewizyjnych – sukces modelu biznesowego HBO (a teraz też Netflixa) przy jednoczesnych ograniczeniach (obyczajowych) nakładanych na ogólnodostępną kablówkę i polityce wielkich studiów, które coraz bardziej inwestują w to, co najlepiej broni się na dużym ekranie i z hiperefektami: superprodukcje, ekranizacje komiksów, kreskówki.

      9. @Peterlin

        Faktycznie, uprościłam sprawę. To nie jest tak, że nie mam świadomości istnienia np. Faulknera, braci Coen, jazzu czy soulu z USA… i długo by wymieniać. Ale po prostu jak słyszę po raz kolejny raz, jakimi to prestiżowymi nagrodami są Oscary, jak widzę zapowiedź kolejnego "głośnego" filmu hollywoodzkiego i jak czytam kolejny europejski kryminał aspirujący do "ambitnego" a powielający kretyńskie hollywoodzkie schematy, to robi mi się niedobrze. Tamto zdanie pisałam w nerwach, stąd przesada 🙂

        @YPP
        Jeśli szukasz czegoś niebrutalnego, to odpada większość tu wymienionych seriali. Nawet Weeds od czwartego sezonu robi się brutalny 🙂 Z tych, które znam, zostaje Mad Men i Satisfaction. Ten drugi serial, to chyba JEDYNY, w którym nie ma gęsto padających trupów, a który mnie nie nudzi 😉

      10. Realizm dialektalny jest ważny. Jest też sporym problemem w języku hiszpańskim, ale po hiszpańsku jestem na tyle osłuchany, że jeśli akcja dzieje się np. w Bogocie, przynajmniej w zasadzie poznaję, który z aktorów rzeczywiście jest z Bogoty, a który raczej jest z Medellín, lub może jest z Bogoty, ale usilnie dąży do jakiejś "neutralnej" wymowy… W angielskim z USA tak łatwo tego nie powtórzę…. Jeśli akcja dzieje się dajmy na to w Maryland, liczę na to, że będą mówić podobnie jak usłyszałbym w Maryland, a nie w Chicago, lub Seatle(chyba, że będzie w serialu powiedziane: ten bohater przyjechał do Maryland z Seatle, co byłoby wręcz bardzo ciekawe kulturowo i językowo…). Liczę też, że nie zatrudnią aktorek gdzieś z Kolumbii (choćby najpiękniejszych), dla których angielski nie jest pierwszym językiem do odgrywania Amerykanek (chyba, że odgrywają jakieś emigrantki, ale nie tego szukam).

        Ostatnia sprawa mnie trochę irytuje też na kolumbijskich filmach i serialach. Kolumbijczycy zdają się uwielbiać umieścić bohatera (raczej niż bohaterkę) mówiącego z akcentem np. z USA, lub włoskim (przynajmniej w akcji jest powiedziane, że jest obcokrajowcem, lub spędził lata w USA). Jednak podczas gdy Kolumbijka zachwyca się, jaki on ma sexy akcent, ja oglądając czekam, aż przestanie mówić!

  8. Mała uwaga odnośnie zeszytu – nie łatwiej jest dane zdania wklejać po prostu do karty 🙂 ? Tworzę swoje talie czytając różne artykuły w necie i wyłapując słówka których nie znam, wklejam wtedy od razu całe zdanie też (a czasami nawet kilka) – tak jak tutaj: http://zapodaj.net/images/586c3c3ee2813.png
    Specjalne szukanie danego słówka w zeszycie z pewnością zajmuje więcej czasu 😉 .

    1. @Larry
      Po pierwsze: bardzo często zdarza mi się czytać materiały na papierze, więc tu metoda kopiuj+wklej tak dobrze nie działa.
      Po drugie: przepisując zdanie i zwracając ogromną uwagę na jego budowę jesteśmy w stanie się dość sporo nauczyć, co przy metodzie ctrl+c/v wymaga już nieco samozaparcia, którego wiem, że by mi mimo wszystko zabrakło.
      Po trzecie: naprawdę lubię moje zeszyty. To oczywiście kwestia gustu, ale gdy widzę pożółkłe już strony w moim zeszycie od serbskiego/chorwackiego, które zapełniałem w trakcie mojego pobytu w Zagrzebiu to powracają stare wspomnienia, których wyglądająca zawsze tak samo karta w Anki już by nie wywołała – traktuję zeszyty tym samym jako swojego rodzaju pamiętnik.
      Po czwarte: szukanie zdania w zeszycie nie zajmuje dużo czasu, bo wszystkie są ponumerowane i każde jestem w stanie znaleźć w nie więcej niż 5 sekund.

      Oczywiście nie mam zamiaru nikogo tutaj do zeszytów namawiać – mi się z tym pracuje akurat bardzo dobrze, ale na pewno nie jest to metoda odpowiednia dla wszystkich i nie sądzę by była najbardziej efektywna. Po prostu sprawia mi radość i czuję ciągły postęp – czegóż chcieć więcej?

    2. Pisanie już samo w sobie jest ćwiczeniem. Znajomy nauczyciel bardzo polecał własnoręczne pisanie ściąg jako sposób na utrwalenie materiału przed klasówką (jeśli chodzi o używanie tych ściąg na sprawdzianie, to stanowczo odradzał). Mini-wydruki przygotowane komputerowo metodą "kopiuj-wklej" to żadna powtórka, ale odręczne pisanie połączone z analizą materiału(w końcu trzeba umieć wybrać to, co najważniejsze ze względu na małą ilość miejsca) powodowało, że sporo w głowie zostawało.
      Gdzieś czytałam, że tekst na papierze jest łatwiej zapamiętywany niż ta sama treść na ekranie komputerowym. Może dlatego, że przytłoczeni internetową masą zbędnych treści podświadomie ignorujemy sporą część przekazu chcąc jak najszybciej dotrzeć do tego, co nas w danym momencie najbardziej zainteresuje?

  9. Czy ktoś wie czy w aplikacji Anki na androida jest możliwość zamiast zgadywania i wyświetlania słówek po prostu wpisywania ich w polu ‚back’? tak jak w komputerowej wersji programu

  10. Anki to genialne w swojej prostocie narzędzie, taka łopata, co szuflą ładuje słówka do głowy. Jeden warunek: systematyczność. Dostosujmy ustawienia do naszych możliwości i załadowanie do głowy 1000 wyrazów nie będzie stanowić problemu. Używam Anki codziennie, od wielu lat, do wielu języków. Nie znaczy to jednak, że nie mam uwag krytycznych. (1) Pierwsza z nich jest taka, że wadą programu jest niemożliwość zawieszenia cyklu zapamiętywania. Każdy, kto miał talię nieco większych rozmiarów, typu 1000+ kart, wie, że tydzień przerwy oznacza katastrofę, którą trzeba pracowicie odrabiać długimi tygodniami. A czasem trafia się w życiu jakiś wyjazd czy coś takiego, kiedy nie ma możliwości powtarzania codziennie. Interweniowałem u autora, ale mi odpowiedział, że nie zrobi takiej opcji, bo nauka polega na tym, żeby się zmuszać do pracy codziennej i żeby sobie inaczej planować. No trudno. (2) Nowsze wersje są gorsze od dawniejszych pod względem customizacji wyglądu kart. Kiedyś robiło się to prosto i intuicyjnie, teraz jest to znacznie uciążliwsze. (3) Bywa tak, że talia zarzucona kilka lat temu znów wraca do gry – chcemy sobie ją przypomnieć, popracować od nowa. Niestety, Anki nie ma opcji resetu wyników zapamiętywania – coś takiego, żeby traktować talię jak zupełnie nową.

    1. Nie powinno się kombinować z przesuwaniem czasu powtórek, gdyż zaburza to efektywność procesu zapamiętywania. Lepiej jest po prostu ograniczyć liczbę codziennych powtórek w opcjach, które można znaleźć z boku talii, pod ikonką zębatki.

      Podobno istnieje jakaś wtyczka do resetowania talii, ale możesz to zrobić również innym sposobem. Wystarczy, że naciśniesz opcję eksportu w menu "Plik (File)", wybierzesz konkretną talię i format .apkg, a następnie odznaczysz opcję załączenia informacji o planowaniu (include scheduling information), a potem zapiszesz to pod jakąś nazwą. Następnie musisz skasować w Anki talię źródłową (warto w razie czego zrobić wcześniej kopię), klikając ikonkę zębatki i wybierając "Usuń (Delete)". Później wystarczy tylko zaimportować zapisany wcześniej plik talii.

      1. Oczywiście, że nie powinno się kombinować! Mówiłem o sytuacji incydentalnej, kiedy naprawdę nie ma innej możliwości. I mówię to na podstawie własnego doświadczenia – miałem kiedyś nieźle już opanowaną, bardzo dużo talię, pracowałem z nią długo i codziennie. Trafił się tygodniowy wyjazd, zaległości się nawarstwiły, nie byłem w stanie ich odrobić, w końcu się zniechęciłem i zarzuciłem ją. To kwestia uwarunkowań psychologicznych, ale zrozumiałych. Dalej twierdzę, że taka opcja powinna być – to użytkownik decyduje, nie ustawienia programu.

        Dziękuję za radę w sprawie resetowania talii! Na pewno skorzystam.

  11. Hej,
    ja używam ANKI od 7 lat (2 dni przerwy). Miałem nie raz kryzys wiary, bo mam problem z rozumieniem native speakers, filmów itd 🙂 Racją jest że samo ANKI nie wystarczy, trzeba wesprzeć to aktywniejszym działaniem – np. oglądanie TED, filmów, wiadomości, czytanie książek (ja jeszcze na to nie za bardzo znalazłem czas, stąd czasem moje rozczarowanie nauką, ale nie ANKI 🙂

    Na 100% wiele się nauczyłem, mam różne talie – z całymi zwrotami, pojedyńczymi słówkami i ich synonimami, talie dyktando (sam muszę wpisać słowo), talie z false friends itd.

    Polecam dopisywanie codziennie np słówko dnia z przykładem z jakiegoś dobrego słownika, ja np, wpisuję angielski z Merriam Websters. Czasem z jakiegoś artykułu. Fajnie jest w razie pytań (a szerzą się w miarę postępu nauki) zadawać je na forum , np World Reference forum.

    Super pomysłem z waszej dyskusji jest podział na talie pasywne i aktywne – wprodzadzę sobie.
    Fajnie też w ANKI używać pola etykieta do katalogowania, zapytan itd (niestety nie wiem jak pozbyć się juz niepotrzebnych – może ktoś wie? 🙂 ) Jedyną pasywną talię mam do … języka polskiego 🙂 Czasem wpadam na słowo ktorego nie znam wiec sobie wpisuję z definicją jeśli warte zapamiętania i użycia.

    No i przypominam że ANKI to nie tylko języki – to nauka anatomii, geografii, przyrody itd itd itd Mozliwosci są szerokie – dodawanie i audio, i zdjeć , dyktando …

    Ale zgadzam się z autorem tekstu, tak trzeba tę naukę rozszerzyć o bardziej aktywne działania.
    Wciąż zbieram na to siły , bo czas ograniczony – opócz pracy chciało by się coś poczytać, pooglądać, pograć, spotkać się z kimś – niekoniecznie zawsze poprzez pryzmat nauki ale odpoczynku 🙂

    Pozdrawiam Was!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ