nauka samodzielna

9 kluczowych pytań na temat ANKI

ankipytaniaW zeszłym tygodniu otrzymałem od jednego z naszych czytelników następującego maila – "(…) Jak wygląda u Ciebie sprawa czytania obcojęzycznej Wikipedii w celach nauki języka? Ten problem był poruszany, ale prawdopodobnie nie zrozumiałem go dostatecznie dobrze. Przykładowo czytając, niemieckojęzyczną Wikipedię natrafiam na zdanie, którego znaczenia nie jestem w stanie wyciągnąć z kontekstu. Co w takim wypadku robię? Kopiuję do ANKI. Jednak co dalej? Z pomocą słownika staram się w miarę poprawnie napisać tłumaczenie tego zdania czy nie dodaję tłumaczenia?" Nieraz już pisano na Woofli o programach SRS (ang. Spaced Repetition System) takich jak Anki czy Mnemosyne, które w znacznym stopniu są w stanie wspomóc proces nauki języka obcego. Zwracałem uwagę zarówno na zalety tego typu rozwiązań, jak i ich wady, ale może faktycznie zbyt mało miejsca poświęciłem szczegółowemu opisowi samej metody pracy z aplikacją. Niniejszym artykułem spróbuję podsumować moje kilkuletnie doświadczenie pracy z Anki, omówić szczegółowo w jaki sposób można stosować elektroniczne fiszki do nauki języka z obcojęzycznych tekstów oraz zamknąć serię rozważań nad ich zastosowaniem w nauce języków obcych.

1.Jaki SRS jest najlepszy?
2.Czy lepiej korzystać z gotowych talii czy też tworzyć je samodzielnie?
3.Jaki format powinna mieć talia?
4.Jak wykonywać sesję elektronicznych fiszek? W głowie, pisemnie czy ustnie?
5.Jeśli informacje zapisywane ręcznie są lepiej zapamiętywane to dlaczego używasz elektronicznych fiszek?
6.Jakiego formatu sam używam?
7.Ile minut powinna trwać powtórka?
8.Jakiego rodzaju tekstów używać? Jakie zdania wpisywać do talii?
9.Czy to wystarczy, żeby nauczyć się języka?

1.Jaki SRS jest najlepszy?

Prawdę mówiąc różnica pomiędzy poszczególnymi programami SRS jest w dużej mierze wyłącznie kosmetyczna. Najpopularniejszy program obsługujący elektroniczne fiszki, jakim bez wątpienia jest Anki, od wydania wersji 2.0 znacznie zwiększył zakres swoich możliwości, ale tak naprawdę czynnikiem decydującym o poprawnym działaniu pozostaje niezmiennie ten sam algorytm rządzący naszymi elektronicznymi fiszkami. Głównym celem SRS-ów jest bowiem rozkładanie powtórek materiału w czasie tak aby najłatwiej było nam je trwale zapamiętać. Sam, po części ze względów sentymentalnych, po części z czysto praktycznych (problemy z konwersją utworzonych wcześniej talii do wersji 2.0) korzystam ze starej wersji Anki, którą nadal można ściągnąć z oficjalnej strony. Alternatywnym narzędziem jest Mnemosyne – nieco mniej znana aplikacja, której eksperymentalnie postanowiłem użyć do wspomagania nauki afrikaans i sprawdza się równie dobrze jak jej popularniejszy odpowiednik. Pozostałe SRS-y są już płatne, ale mając do dyspozycji tak kompletne darmowe oprogramowanie OpenSource jak Anki czy Mnemosyne, nie ma potrzeby o nich wspominać.

2.Czy lepiej korzystać z gotowych talii, czy też tworzyć je samodzielnie?

Sądząc po komentarzach, jakie ukazywały się pod poprzednimi artykułami poświęconymi tematyce SRS-ów, wiele osób ściągając Anki liczy na to, że program ma wbudowane moduły do nauki angielskiego (posłużę się najpopularniejszym przykładem) i wystarczy przysiąść 15 minut dziennie przed ekranem komputera, a język sam wejdzie do głowy dzięki przygotowanemu wcześniej materiałowi. Nic bardziej mylnego. Nie chciałbym w tym miejscu całkowicie deprecjonować wartości ogólnodostępnych talii – niektóre z nich są na pewno szczegółowo opracowane i zasługują na uwagę uczących osób. Problem jednak w tym, że korzystanie z gotowych materiałów w dużym stopniu uzależnia i jednocześnie opóźnia wykształcenie czegoś, co nazwałbym samodzielnością w nauce języka. Tworzenie własnych materiałów dydaktycznych jest sztuką, bez której ciężko samemu nauczyć się języka i którą warto wyrobić, żeby na dłuższy czas nie znaleźć się w fazie plateau lub mitycznym punkcie X, o którym pisałem w jednym z wcześniejszych artykułów. Dlatego zawsze będę polecał tworzenie własnych talii zawierających słownictwo, z jakim stykamy się w tekstach, które zdarzyło nam się w trakcie naszej językowej przygody przeczytać. Samodzielnie tworzonym taliom jest też ten artykuł w dużej mierze poświęcony.

3.Jaki format powinna mieć talia?

Sposobów tworzenia talii w Anki jest mnóstwo i wątpię, czy starczyłoby miejsca na omówienie każdego z nich dokładnie. Dlatego skupię się na najważniejszych układach, rozpatrując je pod względem kombinacji językowych(można tworzyć listy w formatach "L1-L2", "L2-L1", "L2-L2 z definicjami słownikowymi") oraz strukturalnym ("słowo-słowo", "zdanie-zdanie", "zdanie-słowo", automatyczne tworzenie talii dwustronnej).Przyjrzyjmy się różnym kombinacjom bliżej:
A) L2-L1 słowo-słowo – najprostszy z możliwych układów. Na pierwszej stronie wypisujemy obce słówko, na drugiej jego polski odpowiednik. Talia taka wspomaga jedynie pasywną znajomość języka, zupełnie nie rozwijając tej aktywnej, na której często znacznie bardziej nam zależy (czasem mniej, czasem bardziej słusznie). Jeśli więc liczymy na to, że karty w niej zawarte znajdą się w naszym arsenale aktywnego słownictwa to możemy przeżyć rozczarowanie. Kolejnym mankamentem jest również zawodność przy słowach posiadających więcej niż jedno znaczenie, co bardzo ciężko przedstawić bezkontekstowo.
B) L1-L2 słowo-słowo – odwrotność poprzedniego wariantu. Po pierwszej stronie mamy polskie słówko, po drugiej obcy odpowiednik. Talia taka, choć w teorii miałaby wspomagać aktywną znajomość języka, niestety zupełnie nie sprawdza się w kontakcie ze światem rzeczywistym. Fakt opanowania tłumaczenia zupełnie wyrwanego z kontekstu, gdy widzimy kartę w Anki ma się nijak do użycia danego słowa w rozmowie z użytkownikiem danego języka obcego. Na domiar złego nie gwarantuje nawet paradoksalnie tego, iż dane słowo zrozumiemy w czytanym przez nas tekście. Dlatego serdecznie format ten odradzam.
C) L2-L1 L1-L2 słowo-słowo – połączenie wyżej wymienionych wariantów, ale z jednoczesnym tworzeniem kart w dwie strony. To, co w zamyśle twórców SRS miało zaoszczędzić ludziom tworzącym swoją talię wysiłku, prowadzi tak naprawdę do utworzenia sporej grupy kart zupełnie nieprzydatnych. Talia ta bowiem w przypadku wyrazów wieloznacznych prowadzi do powstania zbyt wielu relacji "wiele do wielu" co, podobnie jak w konstrukcji relacyjnych baz danych przy nauce języka jest niemile widziane i wprowadza chaos.
D) L2-L1 zdanie-zdanie – rozszerzenie wariantu. Mamy już słowo w kontekście, co wydaje się rozwiązywać problem wieloznaczności (przynajmniej dla tego konkretnego znaczenia). Nie ma jednak potrzeby tworzenia tłumaczenia całego zdania na polski, zwłaszcza iż przeważnie chodzi nam o pojedynczy wyraz bądź zwrot. Będzie to jedynie strata czasu.
E) L2-L1 zdanie-słowo – uproszczona i zarazem mniej czasochłonna wersja wariantu D. Jak w przypadku wariantu A, sprawdza się jedynie w rozwijaniu słownictwa pasywnego.
F) L1-L2 zdanie-zdanie – format, z którym praca jest najcięższa, ale jednocześnie przynosi największy efekt. Tłumaczenie całych zdań z języka, który już umiemy na obcy, nie jest zajęciem łatwym i przeważnie unaocznia nam wszystkie językowe niedociągnięcia, co dla wielu może być nawet powodem frustracji i zniechęcenia do kontynuacji swoich zmagań (bardzo ciekawie problem ten opisał Piotr w 4 części swojego cyklu pt. Style twarde i miękkie, czyli czy być miłym czy okrutnym. Warto jednak w tym miejscu zaznaczyć, że ilość błędów jest w tym wypadku rzeczywistym miernikiem tego, czy rzeczywiście proces, który wykonujemy, można nazwać nauką. Jeśli natomiast jesteśmy w stanie przejść z marszu przez powtórkę, recytując niemal każde zdanie, to oznacza to nic innego jak to, że materiał jest zbyt prosty, a my powinniśmy zawiesić poprzeczkę trochę wyżej. Błędy należy natomiast traktować jak błogosławieństwo, zastanawiać się nad nimi (można nawet je podkreślić na fiszce, co stosuje w przypadku szczególnie ciężkich zagadnień), starać się zrozumieć przyczyny ich wystąpienia i zapamiętać właściwą formę tak, aby nie powtórzyć ich w przyszłości.
G) L2-L2 – choć jestem zwolennikiem korzystania z jednojęzycznych słowników na pewnym etapie nauki języka, to ciężko mi sobie wyobrazić korzystanie z jednojęzykowej talii SRS. Są jednak ludzie, którzy takowych używają – jednym z nich jest regularnie u nas komentujący autor bloga Los idiomas y el mundo, który pod wcześniejszym artykułem na temat Anki szerzej opisał to, w jaki sposób korzysta z dobrodziejstw elektronicznych fiszek.
H) talie zawierające elementy graficzne i dźwiękowe – ludzie interesujący się technikami zapamiętywania stwierdziliby zapewne, że grafika i dźwięk znacznie ułatwiają zapamiętanie danego słowa. Być może mają rację, ale z mojego doświadczenia wynika, że samo stworzenie talii posiadającej wyżej wymienione elementy jest na tyle czasochłonne, że nie pozostawia już czasu na rzeczywistą naukę. Pamiętajmy, że Anki to tylko narzędzie, a jego moc tkwi w prostocie, a nie tym, że daną kartę możemy przeładować dodatkowymi informacjami.

4.Jak wykonywać sesję elektronicznych fiszek? W głowie, pisemnie czy ustnie?

Logo AnkiTo co najwygodniejsze jest przeważnie niestety najmniej efektywne. Polecam więc powtórki ustne (i mam tu na myśli mówienie, a nie mruczenie pod nosem) bądź pisemne (albo obie formy jednocześnie), zwłaszcza gdy korzystamy z talii typu F (L1-L2 zdanie-zdanie). Te pierwsze znacznie poprawiają wymowę pełnych zdań. Te drugie są znacznie bardziej czasochłonne, ale nieodzowne w przypadku problemów z poprawnym zapisywaniem języka, jakiego się uczymy. Wiele osób wymieniało swego czasu brak pola odpowiedzi tekstowej jako jedną z głównych wad programu. W tym miejscu chciałbym przypomnieć o istnieniu takich dobrodziejstw naszej cywilizacji jak kartka i długopis, których nie dość, że można użyć do zapisu naszego tłumaczenia, to jeszcze pozwalają znacznie lepiej utrwalić informację w naszej pamięci, niż tekst zapisany na klawiaturze (zainteresowanych szerzej odsyłam do pracy P. Mueller i D.Oppenheimera (2014) pt. The Pen Is Mightier Than the Keyboard.
Advantages of Longhand Over Laptop Note Taking
gdzie szczegółówo omówiono eksperyment przeprowadzony na studentach Princeton, którzy mieli sporządzać notatki z obejrzanego wykładu. Choć notatki sporządzone na laptopach były znacznie obszerniejsze, to nie sprzyjały zapamiętaniu informacji tak dobrze, jak informacja zapisana ręcznie).

5.Jeśli informacje zapisywane ręcznie są lepiej zapamiętywane, to dlaczego używasz elektronicznych fiszek?

Powodem jest brak czasu na zarządzanie kilkunastoma taliami fiszek papierowych. W przypadku fiszek elektronicznych rozkładem powtórek rządzi algorytm (który w razie potrzeby jestem sam w stanie kontrolować, gdybym uznał, że jest błędny), co oszczędza mi mnóstwo czasu i energii, jakie niewątpliwie włożyłbym w manualne ustalanie przerw pomiędzy poszczególnymi sesjami z daną kartą. Starczy, że do każdego z języków mam czasem po kilka zapełnionych po brzeg zeszytów.

6.Jakiego formatu sam używam?

Jak już parokrotnie wspomniałem, użycie SRS sprowadza się u mnie do dwóch talii spełniających zupełnie odrębne funkcje:
a) talie pasywne, których używam do gromadzenia nieznanych mi słów spotykanych w trakcie czytania literatury lub gazet służące tylko i wyłącznie utrzymywaniu znajomości pasywnej danego języka na wysokim poziomie. Są zbudowane w dość specyficzny sposób, który łączy cechy typów A oraz E. Sama talia wygląda bowiem dokładnie, jak typ A, ale dodatkowo prowadzę osobny zeszyt, do którego wprowadzam zdania zawierające słówka wstawione do talii. Każda fiszka i każde zdanie mają przypisany swój numer. Przeprowadzając sesję z taką talią, widzę najpierw obce słowo, a jeśli nie znam znaczenia, spoglądam na przypisane do niego zdanie w zeszycie – widząc słówko w kontekście, potrafię w 90% sytuacji podać jego znaczenie. Zdaję sobie sprawę z tego, że system jest mało przejrzysty dla kogoś, kto dopiero zaczyna przygodę z Anki, ale w moim przypadku się sprawdza.
b) talie aktywne typu F, których używam do rzeczywistej nauki, tłumacząc z L1 na L2 – tutaj nie ma zeszytów ani numerów, jest czyste tłumaczenie z L1 na L2. Zawsze na głos.

7.Ile minut powinna trwać powtórka?

O ile kontakt z talią pasywną staram się przeważnie ograniczać do 10 minut, o tyle praca z talią F może trwać tak długo, jak czuję się skoncentrowany na przerabianym materiale i mogę podejmować się tłumaczenia zdań na język obcy. Postęp w nauce jest wprost proporcjonalny do długości powtórki oraz do stopnia naszej skupienia. Im aktywna sesja jest więc dłuższa, tym lepiej, ale jeśli nie mamy siły na dłuższą pracę, rozbijajmy ją na bloki 15- bądź 20-minutowe, by wykonać je na przestrzeni całej doby. Przeważnie jednak staram się na bieżąco przeprowadzać sesje talii aktywnej w objętości wyznaczonej przez rządzący talią algorytm. Jak to wygląda w praktyce można zobaczyć w dzienniku prowadzonego od grudnia Eksperymentu językowego.

8.Jakiego rodzaju tekstów używać? Jakie zdania wpisywać do talii?

Wybierzmy coś, co nas interesuje – co równie chętnie przeczytalibyśmy w języku, który już znamy – albo coś, czego rzeczywiście potrzebujemy (do dziś pamiętam, jak uczyłem się niemieckiego słownictwa z branży telekomunikacyjnej, którego przyswojenie w innych warunkach byłoby stratą czasu). Bez jednego z tych dwóch czynników jakakolwiek próba przerobienia tekstu na talię Anki będzie w długim okresie skazana na porażkę. Zdania można oczywiście wpisywać dowolne, ale z doświadczenia wiem, że nie powinny być zbyt długie i warto je dla potrzeb programu rozbijać na oddzielne jednostki o trochę mniejszym stopniu złożoności. Powinny to być również zdania, co do których znaczenia nie mamy absolutnie żadnych wątpliwości. Gdybym miał natomiast polecić od czego można zacząć taką talię budować, to bez wątpienia byłby to podręcznik o odpowiednim stopniu zaawansowania.

9.Czy to wystarczy, żeby nauczyć się języka?

Nie. Ludzie często mają tendencję do wyolbrzymiania zbawiennego wpływu, jaki dana metoda wywiera na ich proces nauki. Język natomiast jest bardzo złożonym tworem i tak naprawdę zawsze najlepiej sprawdza się atakowanie go od różnych stron. Czasem trzeba przerobić lekcję z podręcznika, poczytać gazetę, książkę, posłuchać radia, porozmawiać z osobami władającymi tym językiem – bez godzin spędzonych na tych czynnościach nikt się jeszcze obcej mowy nie nauczył. Jak już kiedyś natomiast wspomniałem, SRS-y są jedynie suplementem nauki, czymś, co wspomaga sam proces, ale go nie zastępuje. Pomoc ta jednak jest na tyle istotna, że każdemu radzę przynajmniej spróbować zaimplementować ją w swoim procesie nauki. Polecam też eksperymentować z różnymi rozwiązaniami – to, co bowiem działa w moim przypadku, niekoniecznie musi się sprawdzić u osoby o innych predyspozycjach.

Cykl artykułów poświęconych SRS-om natomiast zamykam, bo uznaję, że przekazałem wszystkie najbardziej istotne informacje w tej kwestii i cała reszta powinna już całkowicie zależeć od osoby uczącej się. Chciałbym więc, aby każdy po przeczytaniu tego tekstu i ewentualnym pozostawieniu komentarza (uwagi krytyczne zawsze będą mile widziane) rzucił się po prostu w wir nauki, jednocześnie starając się samodzielnie wyznaczać jej ramy. Bo jedna czy druga osoba może udzielić lepszej bądź gorszej rady, ale języka się za Ciebie, Drogi Czytelniku, nie nauczy.

Podobne artykuły:
Dwa tygodnie i trzy pytania, czyli eksperymentu językowego ciąg dalszy
Jak tworzyć i wykorzystywać listy frekwencyjne?
Wyznania ANKIoholika
Faza plateau – co to jest i jak przez to przejść?
Przewodnik po Anki

O szkołach językowych

leccion1Nie jestem orędowniczką szkół językowych. Nie jestem też ich wojującą przeciwniczką. Tak się złożyło, że mój pierwszy regularny kontakt z językiem hiszpańskim miał miejsce w jednej z takich szkół. Mam za sobą cztery i pół miesiąca kontaktu ze szkołą językową (półtora *) intensywnego kursu) i kilka przemyśleń, którymi chcę się podzielić.

Zacznijmy od kwestii zasadniczej: czy zapisanie się do szkoły językowej jest niezbędne, kiedy chcemy nauczyć się języka? Jeśli macie pomysł na własną naukę, wiecie jak i gdzie szukać właściwych na danym etapie materiałów, a przy tym jesteście odpowiednio zmotywowani, ale nie macie dużo pieniędzy – nie martwcie się. Poradzicie sobie i bez szkoły językowej, wbrew temu, co nieraz usłyszycie / przeczytacie w różnych mniej czy bardziej nachalnych reklamach. Internet naprawdę sprzyja samoukom językowym na wszelkie możliwe sposoby (przykłady w linkach pod artykułem). Jeśli natomiast absolutnie nie macie czasu, ale chodzi Wam po głowie, że fajnie byłoby przeznaczyć te dwie – trzy godzinki tygodniowo na zajęcia z jakiegoś popularnego / egzotycznego / arycpotrzebnego języka, to… możecie się zapisać, w końcu to Wasze pieniądze. Ale osobiście radziłabym wtedy przeznaczyć te pieniądze na coś, co przyniesie Wam większy pożytek – bo nikt jeszcze nie nauczył się języka przez sam fakt, że pojawiał się od czasu do czasu na zajęciach, czy to w szkole językowej, czy na lektoracie na studiach. Owszem, wiedza ma to do siebie, że nieraz potrafi sprawić wrażenie, że sama wpada do głowy – ale dziwnym trafem dzieje się to tylko wtedy, kiedy jesteśmy naprawdę mocno zaangażowani w jej zdobywanie.

Zdarza się jednak, że zapisanie się na kurs językowy to naprawdę dobra decyzja. Nie będę tu wnikać we wszystkie możliwe kombinacje sytuacji, w których ma to miejsce. Napiszę za to, jak było ze mną. Decyzję o zapisaniu się na intensywny kurs hiszpańskiego dla początkujących podjęłam po przeszukaniu internetu pod kątem materiałów do nauki tego języka, dostępnych po polsku. Nie znalazłam NIC sensownego, co mogłoby przysłużyć mi się na dłuższą metę. Nie bez znaczenia był też fakt, że w tamtym momencie takie doświadczenie zorganizowanej, grupowej nauki było mi bardzo potrzebne.

Jakie korzyści może przynieść nauka w szkole językowej? Przede wszystkim, od samego początku, od pierwszych zajęć na poziomie A1, wyrabia nawyk mówienia, wprawiania w ruch choćby minimalnego zasobu słownictwa. No i oczywiście jest nauczyciel, który poprawia nam błędy i wyjaśnia wątpliwości. W dodatku dobry nauczyciel wykorzystuje materiały z najprzeróżniejszych źródeł, co później może ułatwić nam poszukiwania własne. Brzmi super, prawda? Problem w tym, że nie zawsze tak to wygląda. Jeśli dobrze trafimy, kurs językowy będzie nieocenioną pomocą w nauce. Źle trafiony kurs – to wyłącznie strata czasu, pieniędzy i nerwów. Otóż to. "Trafienie" to tutaj słowo-klucz.

kot-w-worku-andrzej-czyczyloBo prawda jest taka, że zapisy na kurs w szkole językowej to jedna wielka loteria. W dodatku, ciągnąc to borgesowskie porównanie, duża część z puli losów to losy przegrane, co jeśli weźmiemy pod uwagę iż nie są darmowe, rysuje mało optymistyczny obraz. Konkretniej rzecz ujmując, wygląda to tak, że lektorzy są przydzielani do grup niemal w ostatniej chwili, jak już zbierze się komplet, nigdy odwrotnie (już wiecie, skąd ten rysunek z kotem w worku?). Ja za pierwszym razem miałam sporo szczęścia. Trafiłam nieźle (biorąc pod uwagę, że była to nauka samych podstaw). A pod względem umiejętności organizacyjnych prowadzącego i atmosfery w grupie – trafiłam bardzo dobrze. Spodobało mi się na tyle, że jakiś czort podkusił mnie do kontynuowania nauki na kolejnym kursie, dzięki któremu dla odmiany na zawsze wybiłam sobie z głowy wszelkie formy uczenia się grupowego i stałam się zdeklarowanym samoukiem…

Czy można jakoś dopomóc swojemu szczęściu w takiej loterii? Owszem, można. Czasami. Szkoły językowe dają np. możliwość zmiany grupy, jeśli coś nam nie pasuje… Już wiecie, gdzie jest haczyk? Otóż musi istnieć grupa równoważna z naszą (ten sam język, poziom, semestr). W praktyce taką możliwość mają wyłącznie osoby zapisane na angielski bądź niemiecki. Wybrałeś/aś nieco mniej popularny język? Przykro mi, musisz cierpieć, bo grupy alternatywnej raczej nie znajdziesz. Czy można zatem zrezygnować? Tak, teoretycznie można, ale warunki rezygnacji są skrajnie niekorzystne finansowo dla rezygnującego – żeby zobaczyć, jak szkoły językowe zabezpieczają się na taką okoliczność, przeczytajcie sobie regulamin dowolnej z nich. Jest jednak pewne wyjście, może nie idealne, ale całkiem niezłe: zapłata za kurs w ratach. Całość wychodzi wprawdzie nieznacznie drożej niż zapłata z góry, ale w razie ewentualnej rezygnacji traci się dokładnie tyle, ile wynosiła pierwsza rata. Bo kolejnej się już nie płaci.

Jeśli loteria Wam nie straszna, jeśli macie trochę oszczędności finansowych i chcecie przeznaczyć je na kurs językowy, być może zastanawiacie się, jaką szkołę językową wybrać. Moja podpowiedź brzmi: jakąkolwiek. Najlepiej niedrogą. Bo tak naprawdę wszystko zależy nie od szkoły, a od osoby prowadzącej i od grupy, na jaką się trafi. Nawet w drogich i prestiżowych szkołach, gdzie nauczają sami rodzimi użytkownicy, zdarzają się fatalni nauczyciele, których typowe zajęcia można streścić zdaniem: "macie, poczytajcie sobie teksty i zróbcie do nich ćwiczenia, a ja przez ten czas popiszę sms-y". Rzeczą kluczową jest umiejętność organizacji czasu i aktywizacji uczestników zajęć. Dobrze poprowadzone zajęcia to takie, po których poczujecie się jak po treningu sportowym: przyjemnie zmęczeni. Oczywiście fajnie jest też mieć absolutną pewność, że przyswojony na zajęciach materiał nie zawiera poważniejszych błędów, ale w końcu od czego są słowniki… (W ten pokrętny sposób próbuję powiedzieć, że wysoki poziom znajomości języka u nauczyciela jest bardzo potrzebny, ale na nic się nie zda, jeśli osoba ta nie będzie umiała sensownie swojej wiedzy przekazać. Czasem, zwłaszcza kiedy zaczynamy naukę od zera, lepiej sprawdzi się nauczyciel o średniej znajomości języka, ale wysokich umiejętnościach dydaktycznych).

Jak widzicie, ani nie zachęcam, ani specjalnie nie zniechęcam nikogo do nauki w szkole językowej. Mam nadzieję, że główny wiosek, jaki płynie z mojej pisaniny jest taki, aby co najmniej trzy razy zastanowić się przed podjęciem decyzji o zapisie na kurs. Dodam jeszcze na koniec, że zgodnie z moim doświadczeniem, nauka na kursie językowym ma sens tylko wtedy, kiedy:

1. Zaczyna się naukę języka od zera – bo już od poziomu A2 (czyli odkąd jest się w stanie zrozumieć polecenia z podręczników) zdecydowanie lepiej uczyć się samodzielnie.

2. Wybiera się kurs intensywny – bo to jedyne w miarę sensowne tempo, jeśli ktoś faktycznie zamierza się języka uczyć.  A i tak należy być przygotowanym na coraz więcej frustracji w miarę trwania kursu. Pamiętajcie, że będziecie w grupie. I będziecie się uczyć razem z osobami o mocno zróżnicowanym poziomie motywacji i zaangażowania, włączając w to typy, które postanowią sobie, że będą przychodzić na co trzecie zajęcia. Zawsze mocno spóźnieni. I przeważnie bez notatek. (Tak, tempo zajęć będzie dostosowywane właśnie do nich. I nie, nie możecie ich zabić). Więc wiecie… Tak, czy inaczej – OSTRZEGAŁAM.

Autorem ilustracji przedstawiającej kota w worku jest Andrzej Czyczyło.

*) półtora kursu wzięło się stąd, że z drugiego zrezygnowałam w połowie trwania, a miałam taką możliwość, bo nastąpiły niespodziewane zmiany, za które odpowiedzialność leżała po stronie szkoły językowej (oczywiście w tej nietypowej sytuacji otrzymałam zwrot za niewykorzystaną połowę, cóż to był za piękny dzień!)

 

Zobacz także:

75% samouctwa, czyli czarna owca na Woofli
O "łatwości" języka hiszpańskiego
Będąc niemłodą już iberystką: pierwsze wrażenia ze studiów
Czy Polak może (na)uczyć się hiszpańskiego meksykańskiego?
Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery