Muzyczne po Europie podróże

des_visages_des_figuresZgodnie ze starym zwyczajem odpowiadania na potrzeby czytelników chciałbym odnieść się do artykułu Adriany pt. "Urugwajskie głosy" oraz pewnego komentarza, który się pod nim znalazł. Pochodzący z mojego rodzinnego miasta Wojta zaproponował, abyśmy kontynuowali serię artykułów o muzyce w obcych językach, promując tym samym coś, czego w polskim radiu, naszpikowanym przeważnie anglojęzycznymi hitami, nie uświadczymy. Nikt chyba nie zaprzeczy, że utwory muzyczne odgrywają od zarania dziejów bardzo istotną rolę w życiu człowieka i są jednym z nieodłącznych elementów kultury. Muzyki słucha każdy, od najmłodszych po najstarszych – w każdym zakątku świata można znaleźć utwory, które znają zarówno pierwsi jak i drudzy, bez których trudno sobie wyobrazić lokalną codzienność. Zaryzykowałbym tym samym stwierdzenie, że osoba nie znająca muzyki wykonywanej w języku, którego się uczy, traci jednocześnie możliwość obcowania z istotną jego częścią i staje się niepełnym odbiorcą lokalnej kultury. A ta, nawet jeśli czasem wydaje się na pierwszy rzut oka mało atrakcyjna, otwiera nam drzwi do zupełnie nowego świata, co pozwala zrozumieć miejscowych nie mniej niż język, którym oni władają. Poniższy artykuł proszę potraktować trochę z przymrużeniem oka – nie będzie tutaj opowieści o jerach, zmianach samogłoskowych i ewolucji języków słowiańskich na przestrzeni wieków. Będzie za to trochę autobiograficzno-ekshibicjonistycznych wynurzeń i sporo muzyki. Całkiem dobrej muzyki. I będę niezwykle rad, jeśli ktoś dzięki temu krótkiemu wpisowi rozpocznie swoje własne poszukiwania (oraz podzieli się nimi w komentarzach).

Zacznijmy od mocnego wejścia w wykonaniu sztandarowego przedstawiciela francuskiej muzyki rockowej – ( Noir Désir – Fin de siècle) – polecam utwory przesłuchiwać w kolejności, w jakiej tu się pojawiają, bo w ogromnej mierze wpłynęły na sam tekst. Ocenę samego jej wpływu pozostawiam samym czytającym, aczkolwiek mam nadzieję, że dość optymalnie uda mi się utrzymać proporcje dynamiki oraz treści.

Muzykę obcojęzyczną, jakiej słucham, mogę swobodnie podzielić na przynajmniej trzy kategorie:
1) muzyka, która mi się ewidentnie podoba i z której sam mogę czerpać inspirację
2) muzyka, która jest w szczególny sposób związana z kulturą, językiem bądź historią danego kraju
3) obcojęzyczny hip-hop (będący w istocie czymś pomiędzy kategoriami a i b, co wyjaśnię w dalszej części artykułu)

1) Pierwsza kategoria jest chyba najbardziej oczywista – wszak słuchamy przede wszystkim muzyki najbardziej lubianej, tej, która wywołuje w nas jakieś emocje, czy to z powodu charakterystycznych riffów gitarowych, bębnów, barwy głosu wokalisty, czy poruszającego tekstu. O ile nie ma większych problemów ze znalezieniem czegokolwiek nas interesującego po angielsku (w moim przypadku byłyby to przykładowo Pearl Jam oraz Queens Of The Stone Age) czy po polsku (Hey oraz Myslovitz) i każdy z nas w wieku licealnym miał względnie ukształtowany gust muzyczny, to niekoniecznie musiał to być bliski kontakt z muzyką pochodzącą z innych krajów, której w naszym radiu jest jak na lekarstwo. Tu z pomocą przychodzą nam dwa źródła:
a) pierwszym są oczywiście nasi obcojęzyczni znajomi, którzy zapytani o ulubione utwory w swoim własnym języku przeważnie staną na głowie, żeby zaprezentować Wam muzyczną wizytówkę swojego kraju. Chęć do stanięcia na głowie jest przeważnie wprost proporcjonalna do "niszowości" danego języka. Moim ostatnim odkryciem pod tym względem jest legendarny słowacki zespół rockowy Horkýže Slíže (Atomový kryt  / Mám v piči na lehátku ) – polecam przesłuchać choćby po to, żeby przekonać się, jak wiele można zrozumieć.
louise_attaqueb) drugim źródłem jest natomiast last.fm – całkiem przyjemny portal muzyczny, z którego kilka lat temu namiętnie korzystałem właśnie w celu znajdywania niestandardowej muzyki. Dzięki dość przejrzystemu systemowi otagowania oraz automatycznemu podrzucaniu propozycji mogłem w bardzo krótkim czasie otrzymać dość pokaźną listę artystów wykonujących muzykę w dowolnym języku. Przedstawione na samym wstępie Noir Désir było pierwszym wykonawcą francuskim, jakiego w ten sposób znalazłem. Później moją uwagę przykuł przede wszystkim zespół Louise Attaque łączący w swoich kompozycjach muzykę rockową z francuskim folkiem – w moim przekonaniu nie ma sobie pod tym względem równych (Louise Attaque – La brune  ).

Przykłady dobrej muzyki gitarowej można znaleźć praktycznie wszędzie (żeby nie ograniczać się do Francji dodam mój ulubiony zespół serbski Van Gogh i ich utwór Ludo Luda –  oraz chorwacki Hladno Pivo – Samo Za Taj Osjećaj ). Nie samym rockiem jednak człowiek żyje – są miejsca, gdzie zdecydowanie lepiej sprawdzają się inne style muzyczne. Do takich miejsc należą chociażby kraje bałtyckie, w których niepodzielnie króluje poezja śpiewana, a wspólne śpiewanie patriotycznych pieśni jest powszechnie uważane za rodzaj narodowej rozrywki (zwłaszcza w Estonii). Do moich ulubionych wykonawców należą tutaj pochodzący z Litwy Ieva Narkutė ( Raudoni vakarai ) oraz Saulius Mykolaitis ( Matrica ). Warto zwrócić uwagę na piękno samego języka, który w połączeniu z głęboką liryką daje efekt jedyny w swoim rodzaju, jakiego, przynajmniej w moim odczuciu nie są w stanie oddać hity radiowe. Jeśli chcecie posłuchać sobie mojego numeru dwa, jeśli chodzi o współgranie języka z melodią, to zapraszam do przesłuchania "Liefs uit Londen" holenderskiego zespołu Bloef.

b) Jeszcze w czasach "Świata Języków Obcych" zapoznałem się z twórczością Boka van Blerka. Afrykanerski artysta zasłynął z tego, iż zaczął nagrywać w afrikaans piosenki gloryfikujące historię osadników, poczynając od wojen burskich (De La Rey ), po zmagania militarne na granicy z Angolą (Die Kaplyn ). Muzycznie są to dzieła bardzo przeciętne, których na dłuższą metę słuchać się nie da, jednak z punktu widzenia osoby zainteresowanej nowoczesną afrykanerską kulturą nie sposób przejść obok nich obojętnie, podobnie zresztą jak obok określanego w konserwatywnych kręgach mianem obrazoburczego zespołu Fokofpolisiekar. Sam hymn południowoafrykański jest natomiast niezwykle ciekawy – łączy bowiem pieśń Nkosi Sikelel’ iAfrika będącą oficjalnym hymnem ANC będącego faktycznym przedstawicielem czarnej większości oraz Die Stem pełniącego rolę jedynego hymnu państwowego do roku 1995. Nowy hymn śpiewany jest kolejno w xhosa, zulu, sesotho, afrikaans oraz po angielsku ( https://www.youtube.com/watch?v=xsNwg5J8Q8k ).
PS: Do tej samej kategorii rzeczy, których słuchać się nie da, ale są niesłychanie ciekawym fenomenem, można również zaliczyć chorwackiego Thompsona, którego utwory w samej Chorwacji mają status nieoficjalnych hymnów (Lijepa li si ) – jest to jednak zjawisko na tyle interesujące, że wymagałoby zupełnie odrębnego artykułu.

jeinc) Za hip-hopem osobiście nigdy specjalnie nie przepadałem i nie licząc młodzieńczego zafascynowania twórczością Kalibra 44 oraz Paktofoniki , stałem raczej z dala od niego, zwłaszcza ze względu na brak żywych instrumentów i wszechobecność sampli, co mnie zwyczajnie irytowało. Jako że jednak jest to muzyka nastawiona przede wszystkim na przekaz słowny, trudno przecenić jej znaczenie, jeśli chodzi o poznawanie obcej kultury. Przeważnie poziom tekstów hip-hopowych jest paradoksalnie znacznie wyższy niż muzyki rockowej, która w większości powtarza niestety od wielu lat dokładnie te same frazesy, przerabiając je jedynie w mniej lub bardziej oryginalny sposób. Naturalnie mam tu na myśli hip-hop ambitny, daleko odbiegający od rzeczy w stylu "Dla mnie masz stajla". Przykładem może być chociażby pochodzący z Hamburga niemiecki Fettes Brott, który odznacza się chociażby tym, że ich utwór Nordisch by Nature jest w swojej oryginalnej wersji rapowany w Hochdeutschu, Plattdeutschu, po niderlandzku oraz po duńsku i znajdują się w nim aluzje do wielu regionalnych tradycji (np. tzw. Hamburger Gruß – "Hummel, Hummel") wyróżniających północ Niemiec. Inny ich utwór Jein w dość komiczny sposób przedstawia znaczenie tytułowego słowa będącego połączeniem słów "ja" i "nein". Zupełnie innym przedstawicielem niemieckiej sceny hip-hopowej jest z kolei Fler, który pomiędzy swoimi przesiąkniętymi niecenzuralnymi słowami tekstami rapuje między innymi o poczuciu niemieckiej świadomości narodowej na multikulturowych osiedlach Berlina (Ich bin Deutscha ).

Skoro już jesteśmy przy niemieckiej muzyce, to przejdę do istoty komentarza wspomnianego we wstępie. Najchętniej poleciłbym Die Ärzte, którzy dla mnie są od blisko 20 lat zespołem nr 1 na tamtejszej scenie muzycznej oraz solowe projekty jego członków (Bela B. oraz Farin Urlaub). Niezwykle ciekawym zjawiskiem jest też muzyka z dawnego NRD, a konkretnie zespół City, którego tryptyk Am Fenster jest kolejnym przykładem na kapitalne połączenie gitary ze skrzypcami. W kolejnym ich utworze pod tytułem Glastraum można się natomiast doszukać krytyki komunistycznego reżimu. To jest jednak zaledwie czubek góry lodowej i szczerze zachęcam do własnych poszukiwań – te na pewno okażą się w końcu owocne i przyniosą wam wiele wspaniałych chwil oraz poszerzą tak muzyczne jak i językowe horyzonty. I przede wszystkim proszę pamiętać:  nie ma tak naprawdę kraju ze słabą muzyką.

Podobne artykuły:

Kiedy i jak korzystać z Wikipedii przy nauce języka obcego?

Urugwajskie głosy

Pytanie od czytelnika – ćwiczenia z uzupełnianiem luk w zdaniu

Hiszpańskie filmy, które łatwo przeoczyć

Hiszpański na marginesach

 

15 komentarze na temat “Muzyczne po Europie podróże

  1. Moim zdaniem zbawienny wpływ muzyki obcojęzycznej na naukę języków jest czymś bezdyskusyjnym. Jeżeli się mylę, to przepraszam, ale chyba Peterlin kiedyś pisał, że nie należy polegać na tego typu formie pracy z językiem, bo powinno się oddzielać pracę od tego, co przyjemne (jakoś tak, ale mogłam coś pokręcić). Otóż nie jestem w stanie zanegować ogromnej liczby nowego słownictwa (niech już będzie, że angielskiego), które przyszło do mnie wraz z muzyką. Źródło mojej znajomości niektórych słów potrafię wskazać nawet palcem. Konkretny wykonawca, konkretny utwór, konkretny moment życia.
    Gorzej, jeśli na początku wychodzimy z założenia, że musimy poszukać fajnej kapeli, która śpiewa w języku nieco bardziej niszowym niż brytyjski czy amerykański angielski. Miałam tak ze szwedzkim – niestety do dziś nie jestem w stanie wskazać zespołu ze szwedzkimi tekstami, którego słuchałabym regularnie (kiedyś już pisałam, że Szwedzi mają ogromny wkład w historię muzyki współczesnej, ale niestety nie w swoim ojczystym narzeczu). Softrockowy Kent to chyba najmniejsze zło, póki co.
    Inna sprawa to taka, że zdarza mi się słuchać muzyki np. hiszpańskiej (Manu Chao czy Mano Negra), ale to słuchanie jest na tyle bierne (i na tyle podszyte moją totalną obojętnością wobec hiszpańskiego czy w ogóle języków romańskich), że nie jestem w stanie przetłumaczyć czy powtórzyć nawet pojedynczych słów tych piosenek (nawet, jeżeli znam ogólne przesłanie utworu, ale ono jest dla mnie dostępne dzięki tłumaczeniom np. na angielski). Widać więc, że interakcja między obcym tekstem a naszą własną motywacją do jego zgłębiania jest absolutnie kluczowa. 🙂

  2. @Karolina

    Ze szwedzkiego, mogę polecić The Real Group (na youtube są głównie angielskojęzyczne tytuły, ale śpiewają też po szwedzku)- śpiewają à capella, trochę folkowo, trochę jazzowo – albo metalowych fińskich (ale szwedzkojęzycznych) Finntroll.

    A sam słucham tego, co mi się podoba, i mam to szczęście że w kraju który mnie interesuje, jest tego dużo 😉 (Finlandia i tango) – plus, znalazłem apkę do telefonu z fińskim radiem, wybieram stacje muzyczne, jak mi się coś spodoba, szukam na youtube, a czasem i zamawiam płytę. W sumie to bardziej przyjemność niż nauka 😉 – ale człowiek poznaje aspekty mowy, których z książek by się nie nauczył, bo i skróty występujące tylko w mowie potocznej, czasem i wulgaryzmy, i słownictwo związane z miłością, tęsknotą itp. I, co też ważne, muzyka motywuje do tego, żeby poznać język jeszcze głębiej.

  3. Dla mnie symbolem Niemiec i zarazem własnego dzieciństwa pozostanie Rammstein. Jest oczywiście masa innych wykonawców, a jednak właśnie do niego moja miłość pozostała wielka i niezmienna. 🙂

  4. Jeżeli się mylę, to przepraszam, ale chyba Peterlin kiedyś pisał, że nie należy polegać na tego typu formie pracy z językiem, bo powinno się oddzielać pracę od tego, co przyjemne (jakoś tak, ale mogłam coś pokręcić).

    Ej, to nie tak. Słuchanie muzyki podobnie jak oglądanie filmów czy czytanie książek to wg mnie nie tyle "praca z językiem" a raczej "robienie czegoś w danym języku". Jestem jak najbardziej "za", wielokrotnie powtarzam, "używaj zamiast się uczyć".

    Tyle że nie ma co się oszukiwać – słuchanie radia przez godzinę, to nie jest godzina nauki. Jasne, że coś się zasłyszy i takie zasłyszane strzępki się "same zapamiętują" – to bardzo cenne, ale to nie jest nauka. Różnica tkwi w poziomie koncentracji. Moja perspektywa jest taka, że b. rzadko słuchając muzyki zwracam uwagę na słowa; słyszę je jako dźwięki, ale nie słucham ich jako tekstu.

    Na ogół nie słucham tekstów, bo gdybym słuchał, to pewnie z zażenowania musiałbym przestać. Piosenki średnio sprawdzają się jako materiał do nauki, bo nad sensem tekstu i jego walorami literackimi przeważają względy rytmiczne i "wuchowpadalność". Są oczywiście wyjątki, ale to… no właśnie, wyjątki.

    Jeszcze przeciwstawienie pracy przyjemności. Ależ praca może, a nawet powinna być przyjemna (= satysfakcjonująca)! To całkiem co innego niż bezbolesność, bezwysiłkowość – to tak rozumiana przyjemność kłóci się z pracą.

    Analogia: Bieganie maratonów zdecydowanie nie jest "przyjemne", bo w pewnych momentach wszystko boli, bo chce się rzygać, sól z potu szczypie oczy, jesteś zapluty/a i zasmarkany/a, bo nie masz siły podnieść ręki do twarzy… ale jednocześnie to tak szalenie przyjemne, satysfakcjonujące, że może uzależnić. Podobnie, myślę, z każdym zbliżaniem się do granic własnych możliwości (które jest konieczne żeby je przesunąć ergo móc zrobić więcej niż dotąd) – boli, ale warto. Można oczywiście, zaliczyć maraton bez wspomnianych fizjologicznych ‚atrakcji’ fundując sobie marszobieg na 6 czy 7 godzin. Tylko to nie to samo. Podobnie można człapać na kurs dwa razy w tygodniu – tylko to też nie to samo co prawdziwa nauka.

    Praca/nauka powinna być przyjemna (=satysfakcjonująca), ale by tak było, nie może być przyjemna (=bezbolesna)

  5. Wpis o muzyce pojawił się w czasie trwania tegorocznej Eurowizji. Czy zgadzacie się ze mną, że konkurs ten byłby ciekawszy, gdyby wykonawcy mieli by obowiązek wykonywać utwór w języku swego państwa? Wydaje mi się, że konkurs byłby zdecydowanie ciekawszy, bo byłby ciekawą odskocznią od wszechobecnego języka angielskiego.
    A jak jest teraz, to wszyscy wiemy. Nieliczni wykonują utwory w swoich rodzimych językach.

    1. Ja bym bardzo chciała żeby każdy śpiewał po swojemu. Ale po obejrzeniu ostatniej edycji Eurowizji doszłam do wniosku że chyba tylko przeniesienie konkursu do radia jest w stanie sprawić że ten show przestanie być targami próżności z licytowaniem się kto ma atrakcyjniejszą i bardziej oryginalną oprawę wizualną. Radio obnażyłoby generalną mizerię prezentowanych utworów które z nielicznymi wyjątkami są miałkie, bez wyrazu, "na jedno kopyto" i przede wszystkim brakuje w nich chwytliwych melodii które już po pierwszym przesłuchaniu zostają w głowie. To powinien na powrót być konkurs piosenki. Więcej dobrych melodii a mniej bezsmakowej urawniłowki.

      1. Oj tak! Zresztą nie tylko język, ale w ogóle cały styl, melodyka, prawie wszystko jest na jedno kopyto. Wyróżniła się jedynie Czarnogóra (i językiem, i "bałkańskim" brzmieniem) i Izrael (język angielski, ale melodyka orientalna). No i Brytyjczycy, z numerem tanecznym i po angielsku, ale w innym stylu niż cała reszta.

      2. Mi i tak przede wszystkim spodobała się Estonia, piękna piosenka bez żadnej choreografii i fajerwerków. Gdyby jeszcze wykonali ją w jakże pięknym języku estońskim… 🙂

      3. Mnie najbardziej przypadły do gustu dwa utwory: Łotwy oraz Włoch. Też spodobała mi się piosenka Izraela (orientalne wstawki). Szwecja tradycyjnie wysoko, bo mają bardzo dobrze rozwiniety biznes muzyczny i "wiedzą, co się sprzeda (Mans Zelmerow parę lat temu podbił wiele europejskich parkietów jakimś dyskotekowym hitem). Utwór Mansa Zelmerowa czy belgijski to poprawne utwory nadające sie do posłuchania na imprezie czy w aucie, jednak moim zdaniem od nich strasznie wieje znanymi już zbitkami melodycznymi (chociaż Heroes to wg mnie istny "copycat", ale i austriacka piosenka mocno inspirowana latami 70.). Rosyjska piosenka dla mnie mocno średnia, ale blok wschodni na Rosję głosuje ostro (taki juz urok Eurowizji, która mocno bazuje na geopolityce i diasporach różnych narodowości – Bałkany głosują siebie, Kaukaz na siebie, Skandynawia na siebie, Benelux na siebie, Portugalia na Hiszpanię, Malta na Włochy, a wielka piątka zawsze zostaje w tyle, bo mają zapewniony start z automatu).

        Co do śpiewania w ojczystym języku – Włosi chyba zawsze śpiewają po włosku, to samo Francuzi. Z głosowania widzów wygraliby Włosi, co moim zdaniem pokazuje, że "Europa" ma całkiem dobry słuch i gust muzyczny. Co do konkursu radiowego – moim zdaniem Eurowizja to nie tylko fonia, ale świetna oprawa wizualna, tańce, stroje, charakteryzacja (Lordi). Wszak nazywa się EuroWIZJA, anie Eurofonia.

        Eurowizja jest mocno przaśna, przepełniona efekciarskimi zagraniami, tanimi sztuczkami. Jest jak dożynki, polskie wesele podczas oczepin albo bawarski Oktoberfest – ale to jest właśnie największu urok.

      4. Ależ się rozpisałam. Chciałam tylko dodać, że w ucho wpadła mi też piosenka norweska, ale miałam wrażenie, że momentami słucham jakiegoś utworu James Blunta. A poczatek (pierwsza minuta) piosenki czarnogórskiej to w 100% moje ulubione rytmy. W tamtym roku czarnogórska propozycja także była miła dla ucha. Kocham bałkańskie dźwięki.

        Sama lubię uczyć się poprzez muzykę. Głównie chodzi mi o osłuchanie się i poprawę wymowy (lepiej zapamiętuję zbitki wyrazów, wyrażenia, gdy usłyszę w piosence). Słuchanie piosenek to dobre ćwiczenie z działu fonetyka. Do tego w Spotify można śledzić tekst (a jeżeli go nie ma, to można samodzielnie dodać). Dla mnie to najlepszy trening (słucham, czytam, powtarzam i śpiewam). Podobnie robię z serialami, ale tutaj niestety ciężko jest dostać film/serial z napisami w języku oryginalnym, co jest dla mnie zrozumiałe (jak film jest w języku włoski to po co robić napisy włoskie). Chociaż przypuszczam, że społeczność osób głuchych/głuchoniemych jest bardziej poszkodowana niż ja. Ja przyswajam portugalski (wersja europejska), ale napisy portugalskie do filmów czy seriali za radę znaleźć, gdyż ów napisy robione są dla Brazylijczyków (99% wszystko fonia i napisy się pokrywają).

      5. Zgadzam się z Tobą odnośnie Łotwy, świetna piosenka i dobrze przemyślany występ:) a co do Włochów, Francuzów i Hiszpanów, to ich języki są raczej powszechnie uznawane za ładne, melodyjne i przyjemne do ucha(Dla mnie osobiście takim językiem z tej trójki jest hiszpański, ale to tak na marginesie). Ale co najważniejsze i najsmutniejsze jest to, że można odnieść wrażenie że pozostałe kraje wolą śpiewać po angielsku, bo w ich mniemaniu ich narodowe języki są brzydsze. A to wielki błąd! Po pierwsze, słuchać anglojęzycznych piosenek możemy słuchać na co dzień, a zamiast tego w czasie jednego konkursu moglibyśmy posłuchać muzyki w kilkudziesięciu językach. Na pewno z punktu kogoś, kto interesuje się językami, byłoby to zdecydowanie ciekawsze, nawet gdyby wrażenia estetyczne były by trochę mniejsze. Tym bardziej, że na co dzień nie mamy do czynienia z muzyką islandzką, azerską, litewską itd., a myślę, że mogłoby to być ciekawe doświadczenie 🙂

  6. Strasznie się cieszę, że moja prośba została wysłuchana! Po kilku dniach szperania znalazłem dość ciekawy niemiecki zespół – Wir sind Helden. Dla mnie obcojęzyczna muzyka jest wielką skarbnicą słownictwa w szczególności, pozwala połączyć przyjemne z pożytecznym, poza tym zapamiętane teksty piosenek, które przynajmniej mi wchodzą same do głowy są nie do zapomnienia. Oczywiście, nie uważam, że słuchanie muzyki w języku obcym zastępuje naukę, ale zdecydowanie mocno ją wspiera.
    Pozdrawiam!

  7. @Wojta
    Wir Sind Helden również bardzo lubię.

    @Karolina & Peterlin & cały wątek nauki języka poprzez muzykę
    W czasach licealnych, kiedy przypadało apogeum mojego zainteresowania muzyką i miałem czas puszczać płyty poszczególnych wykonawców po kilka razy rzeczywiście zdarzyło mi się nieraz, iż czułem zbawienny wpływ ulubionych utworów na moją znajomość angielskiego. Ciężko jednak wyobrazić sobie naukę jedynie za pomocą muzyki. Przykładem jest chociażby afrikaans, w którym muzyki słucham stosunkowo często (Karen Zoid, Fokofpolisiekar) i teksty zawsze staram się zrozumieć, ale mimo to mam wrażenie, że każda godzina spędzona nad ciągle nieskończonym podręcznikiem czy też na netwerk24.com daje mi pod tym względem znacznie więcej. Podobnie też jak Piotr słuchając muzyki w większym stopniu skupiam się jednak na samej melodii, ewentualnie barwie głosu niż na samych słowach, które zresztą bardzo rzadko są moim zdaniem dobre i rażą infantylizmem (w niektórych utworach naprawdę wolałbym nie znać znaczenia tekstu).

    @Muzyka szwedzka
    Może Raubtier? https://www.youtube.com/watch?v=Zvqw6d_KS8Q 😀
    Ze Szwecją rzeczywiście jest pewien problem z powodu wysokiego poziomu zanglicyzowania tamtejszej muzyki rockowej. Kent natomiast to po prostu Kent, specjalnie mnie też nigdy nie porywał. Szwedzi mają dość mocną scenę hip-hopową (taki Petter chociażby – https://www.youtube.com/watch?v=p7wRrZmDMCw albo https://www.youtube.com/watch?v=1_M8PrJ3ZTY ), ale tutaj trzeba się niestety uzbroić w pewną cierpliwość jeśli za tym rodzajem muzyki się specjalnie nie przepada.

    @Eurowizja
    Dla mnie ten konkurs to od wielu lat konkurs najbardziej kiczowatej angielskojęzycznej muzyki i niestety nic nie wskazuje na to, aby obowiązująca tendencja wystawiania uległa jakimkolwiek zmianom.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ