Author: Małgorzata Jurkowska

Mini-projekt: walczę z językowymi słabościami!

booksPod tym przydługim tytułem na Wooflę trafia wpis o osobistym charakterze, związany z moim trwającym od dawna zastojem w nauce języków obcych. Zakładam, że o ile taki kryzys u osoby znanej jedynie z kilku wpisów (lub wcale) nie jest dla potencjalnego czytelnika niczym interesującym, to być może niektóre z moich przemyśleń, zastosowanych metod bądź źródeł, na które się powołam, stanie się inspiracją. Jednocześnie ten tekst to publiczne zobowiązanie się do realizacji mini-projektu, a świadomość, że jest on dostępny szerokiemu gronu czytelników, którzy mogliby mnie potem rozliczyć z poczynionych postępów, będzie stanowiła dodatkową motywację do działania.

Mini-projekt językowy – założenia
Zgodnie z nienowym już, ale moim zdaniem bardzo interesującym artykułem na Językowej Oazie, przeprowadzenie językowego projektu, rozumianego jako konkretne zadanie do wykonania w określonym czasie, poświęcone jakiemuś aspektowi nauki języka, stanowi dobrą metodę rozbudzenia na nowo motywacji. A dlaczego zaledwie „mini”? Zależy mi na dobrych rezultatach, ale jednocześnie chciałabym, żeby ten projekt nie jawił się jako przykry obowiązek, i aby czas spędzony na jego realizacji był przyjemny.

Krok po kroku

1. Wybór języka
Obecnie posługuję się na różnym poziomie pięcioma językami obcymi: angielskim, hiszpańskim, portugalskim, włoskim i japońskim. Mój angielski i hiszpański są dość dobre, w nauce portugalskiego i japońskiego miałam dużą przerwę, która znacznie odbiła się na ich poziomie, a mój włoski pozwala na razie na zamówienie kawy w barze czy kupno biletu kolejowego. Początkowy pomysł wybrania trzech lub nawet więcej z nich i przypisania nauki każdego do konkretnego dnia odrzuciłam właściwie od razu – postępy w każdym z języków byłyby zbyt wolne. Poza tym przy tak ambitnym i szeroko zakrojonym planie trudno mówić o projekcie, i łatwo mogłoby znowu dojść do głosu zniechęcenie i poczucie bezsensu. Postanowiłam, że w najbliższym miesiącu stawiam na język hiszpański.

2. Zidentyfikowanie słabych stron
Na początek kilka słów o sprawnościach językowych, które dzielą się na czynne: mówienie i pisanie oraz bierne: słuchanie ze zrozumieniem, oraz czytanie ze zrozumieniem (Europejski System Opisu Kształcenia Językowego dzieli dodatkowo mówienie na interakcję i produkcję). Zgodnie z założeniem celem projektu będzie rozwinięcie w zakresie jednego języka tych sprawności, które do tej pory były u mnie na najniższym poziomie. Bez większego zastanowienia (i ze wstydem) przyznaję, że moją najsłabszą stroną we wszystkich językach obcych jest ta uważana za najważniejszą: mówienie. Nie wiem, czy macie podobne doświadczenia, ale w szkołach, do których uczęszczałam, stawiano raczej na wypełnianie ćwiczeń i rozwiązywanie zadań egzaminacyjnych, nie na konwersacje. Poza tym jestem introwertyczką, a jeśli chodzi o języki, zdecydowanie lepszym teoretykiem niż praktykiem. Lubię językoznawstwo, gramatykę opisową i rozwiązywanie zadań gramatycznych. Najlepszym okresem, jeśli chodzi o mój mówiony hiszpański, był oczywiście pobyt na stypendium Erasmus, ale obecnie ze względów osobistych nie planuję kolejnego wyjazdu. Oczywiście przebywanie w danym kraju jest nie do przecenienia, jeśli chodzi o rozwijanie umiejętności językowych (o ile nie zamkniemy się w jedynie polskim środowisku), i podobnie jak chyba wielu ludzi, traktowałam to jako wymówkę („nie mogę wyjechać, więc nie mam szans dobrze mówić”). Myślałam, że zapadnę się pod ziemię, kiedy poznałam na wymianie językowej kolegę niezajmującego się zawodowo ani akademicko hiszpańskim, mówiącego płynnie i z ładnym akcentem. Kolegę, który spędził w Hiszpanii bodajże tydzień czy dwa (i który, mam nadzieję, wybaczy mi posłużenie się jego przykładem w celach motywacyjnych). Inną historię znajdziemy tutaj. Na studiach magisterskich niestety zajęć po hiszpańsku mam jak na lekarstwo, ale nie chciałabym całej winy zrzucać na studia: powinnam sama dbać o stały kontakt z językiem i konwersacje. Podsumowując: celem jest mówienie!

3. Plan
Chciałabym, żeby wyznaczone cele były mierzalne i określone w czasie. Na ich realizację daję sobie 6 tygodni.

  • Znaleźć minimum dwóch partnerów/partnerek do wymiany językowej na żywo i/lub na Skype i rozmawiać z nimi min. 2 razy tygodniowo.
    We Wrocławiu mieszka wiele osób hiszpańskojęzycznych i o ile umówienie się na pierwsze spotkanie nie powinno stanowić problemu, to trudniejszym zadaniem będzie znalezienie kogoś, kto byłby zainteresowany ćwiczeniem języka polskiego oraz miałby czas i ochotę spotykać się regularnie. Poszukiwanie partnerki/partnera do takiego konwersacyjnego tandemu rozpoczęłam w grupach o wymianie językowej na Facebooku.
    Jednocześnie będę szukać partnerów do rozmowy online m.in. na Interpals.netLang8 i na forach tematycznych. Mimo zatrzęsienia wiadomości typu „hi, how are U?” otrzymanych na portalu Interpals, nadal mam nadzieję na nawiązanie tam wartościowej znajomości, jako że raz udało mi się poznać tam interesującą osobę i spotkać się z nią na żywo – w Japonii! Dobrym wyjściem mogą okazać się fora lub portale np. o podróżach – jeśli ma się podobne zainteresowania, tematy do rozmowy nie powinny się szybko wyczerpać. Podczas poszukiwań będę brała pod uwagę spostrzeżenia zawarte w artykule Łukasza "Jak w praktyce wygląda poszukiwanie partnera językowego".
  • Uczestnictwo w minimum dwóch spotkaniach językowych
    Gorąco polecam uczestnictwo w spotkaniach językowych – tak określam wydarzenia, które nie są typową wymianą jeden do jednego z konkretną osobą, ale raczej okazją do krążenia między stolikami i rozmowy z wieloma uczestnikami. Na spotkaniu, na które uczęszczam, dominuje angielski, a bardzo chciałabym się wybrać na spotkanie poświęcone konkretnie językowi hiszpańskiemu. To, czy i kiedy odbywają się takie w Twoim mieście, można sprawdzić na Facebooku (np. wpisując w wyszukiwarkę hasło "language exchange" lub"wymiana językowa") albo na Couchsurfingu.
  • Znalezienie i utrzymanie pracy, w której posługiwałabym się językiem hiszpańskim (w większym zakresie niż podczas korepetycji)
  • Ćwiczenie wymowy. Mam zamiar ćwiczyć wymowę zarówno pojedynczych dźwięków, które sprawiają mi problem, jak i pracować nad akcentem i intonacją. Nie podjęłam jeszcze decyzji co do materiałów, ale na pewno sięgnę po notatki z fonetyki, a gdy tylko znajdę godną polecenia stronę w Internecie, podzielę się z Wami odnośnikiem.

Dodatkowo chciałabym się zająć: słuchaniem muzyki i podcastów (np. dostępnych na stronie RTVELengalia, Notes in Spanish), czytaniem hiszpańskojęzycznych stron i blogów o tym, co mnie interesuje, m.in. o podróżach. Te działania dodatkowe również będą miały wpływ na mówienie: pozwolą mi poszerzyć słownictwo, które potem będę mogła wykorzystać w rozmowie.

Sam pomysł jest raczej spontanicznym zrywem, i dopiero czas pokaże, czy osiągnę rzeczywiste postępy i czy niektóre założenia lub sposób ich realizacji nie ulegną zmianie. Dlatego zachęcam czytelników, aby podeszli do niego z pewną dozą ostrożności do czasu publikacji kolejnego artykułu, w którym przedstawię swoje spostrzeżenia oraz postępy, które będę zapisywać na bieżąco.

Które sprawności językowe są Waszą mocną stroną, a z czym macie największy problem? Próbowaliście podjąć kiedyś takie językowe wyzwanie? Czy uważacie, że takie działanie może pomóc odzyskać motywację do nauki i osiągnąć rzeczywiste postępy?


Zobacz także…
(Nie)płynny w 3 miesiące, czyli eksperyment językowy
Dwa tygodnie i trzy pytania, czyli eksperymentu językowego ciąg dalszy
Poziom znajomości języka po 80 godzinach nauki, czyli podsumowanie eksperymentu językowego
Zaczynając naukę języka, wpierw określ sobie cel i obszar działania

Hiszpańskie seriale (komediowe i nie tylko)

serialehiszpaniaOglądanie programów telewizyjnych, filmów i seriali w języku, którego się uczymy, nie tylko pomaga w poczynieniu postępów w nauce, ale również pozwala miło spędzić czas i poszerzyć horyzonty. Dziś chciałabym zająć się seriami telewizyjnymi, które mogę z czystym sumieniem polecić osobom zainteresowanym Hiszpanią i hiszpańskim z Półwyspu Iberyjskiego. Jestem przekonana, że poszczególne kraje Ameryki Łacińskiej również mają w tym zakresie wiele do zaoferowania, gorąco zachęcam więc wszystkich, niezależnie od wariantu(ów) hiszpańskiego, który ich fascynuje, do dzielenia się propozycjami w komentarzach. Nie będzie więc (niestety) mowy o telenowelach, które zapewne dla niejednej osoby były pierwszą okazją do kontaktu z hiszpańskim.

 

Coś dla początkujących

Szybkie tempo wypowiedzi i nagromadzenie kolokwialnych wyrażeń w serialach emitowanych w hiszpańskiej telewizji, przeznaczonych dla rodzimych użytkowników języka może zniechęcić początkujących. Na początku swojej drogi do językowej biegłości (drogi, która nigdy się kończy) zetknęłam się z następującymi seriami:

“Extr@”

Kadr z serialu Extr@

"My się tym zajmiemy"

Być może spotkaliście się z tym tytułem wcześniej a propos nauki innego języka, gdyż ten sympatyczny serial edukacyjny ma 4 wersje językowe: angielską (pierwszą i dłuższą niż pozostałe), hiszpańską, francuską i niemiecką. Fabuła jest dość prosta: obcokrajowiec, nieposługujący się zbyt dobrze językiem hiszpańskim (lub innym językiem zgodnie z oglądanym wariantem) przyjeżdża w odwiedziny do swojej korespondencyjnej koleżanki. Bohaterowie mówią wolno i często wypowiadają kwestie kilka razy bądź powtarza je na głos zagubiony Brytyjczyk, chcąc się upewnić, że dobrze zrozumiał (co zwykle mu się nie udaje). “Extr@” to produkcja komediowa, nakręcona z myślą o młodzieży, ale myślę, że i starsi widzowie nieraz się uśmiechną podczas oglądania. Odcinki serialu znaleźć można na YouTube.

“Mi Vida Loca” (“Moje szalone życie")

Interaktywny serial edukacyjny od BBC. "Mi Vida Loca" nie tylko pokazuje interesującą historię, ale i angażuje widza, który nieraz musi coś powiedzieć na głos, dopasować, etc. Poza samym serialem dostępne są między innymi transkrypcje w formacie pdf, listy słówek z danego odcinka, objaśnienia gramatyczne i porady dla nauczycieli. Widz zostaje zaproszony do Madrytu przez swoją koleżankę, Teresę. Sam staje się bohaterem opowiadanej historii i musi odkryć tajemnicę…

Serial można obejrzeć tutaj. Jako że strona jest stworzona z myślą o osobach anglojęzycznych, poruszanie się po niej stanowi dobrą okazję do kontaktu z angielskim. Niestety komentarze gramatyczne są dostępne właśnie po angielsku i mogą być niezbyt przydatne dla osób nieposługujących się zbyt dobrze tym językiem.

Dla średniozaawansowanych i zaawansowanych

Do tej pory najczęściej sięgałam po seriale komediowe, dlatego to im poświęcę najwięcej miejsca, jednak zachęcam do lektury również czytelników niezainteresowanych tym gatunkiem.

Zacznijmy od emitowanego na Antena 3 w latach 2003-2006 “Aquí no hay quien viva” (w wolnym tłumaczeniu: “Tutaj nie da się mieszkać”), często pojawiającego się w zestawieniach najlepszych hiszpańskich seriali. Konflikty między sąsiadami to stary i ograny motyw? Nie szkodzi! W "Aquí no hay quien viva" gromada barwnych postaci i szereg zabawnych sytuacji sprawiają, że widz nie nudzi się ani chwili. Wścibskie sąsiadki-emerytki, na pozór przykładna rodzina z dwojgiem dzieci, para homoseksualna, dwie dziewczyny po trzydziestce, które nie mogą się ustatkować, i młoda para, która dopiero co wprowadza się do kamienicy na madryckiej ulicy o wiele mówiącej nazwie Desengaño – to ich zabawne perypetie będziemy śledzić. 

Kiedy zaczęłam oglądać ten serial, rozumiałam naprawdę niewiele, ale z czasem było coraz lepiej i jestem pewna, że to właśnie oglądanie "Aquí no hay quien viva" znacznie przyczyniło się do poprawy poziomu mojego hiszpańskiego, a dość szybkie tempo wypowiedzi i akcent bohaterów dobrze przygotowały mnie na wyjazd do Andaluzji. Seria liczy 5 sezonów i można ją obejrzeć na Youtube.

“La que se avecina” to serial o podobnej tematyce (choć tym razem mamy do czynienia z "luksusowym" budynkiem na obrzeżach, nie z kamienicą w centrum), powiązany z powyższym również dzięki aktorom: wielu z nich gra w obydwu produkcjach, czasem w zupełnie innych rolach, co jest dodatkowym smaczkiem dla osób znających obydwie serie. Obecnie na kanale Telecinco emitowany jest dziewiąty sezon. “La que se avecina” jest bardziej dosadne w pokazywaniu sytuacji seksualnych, a humor – nieco “mocniejszy”. Mimo spadku formy w ostatnich sezonach, o którym piszą hiszpańscy widzowie, warto zapoznać się z tym serialem. Obejrzymy go na stronie MiTele, gdzie można zapoznać się również z innymi filmami i programami, aczkolwiek dostęp do niektórych jest płatny.

Alli abajo

Bohaterowie "Alli abajo" w drodze na obchody Feria de Sevilla

Wyprodukowany dla Antena 3 serial “Allí Abajo” (“Tutaj na dole”) to moje najnowsze odkrycie. Podejmuje podobną tematykę co “Ocho apellidos vascos” (wyświetlane w polskich kinach pod tytułem “Jak zostać Baskiem”): eksploruje różnice między różnymi regionami Hiszpanii, w tym przypadku między krajem Basków a Andaluzją. Seria oczywiście operuje stereotypami, ale jest przy tym bardzo sympatyczna i autentycznie zabawna. Główny bohater, Iñaki, który dotąd opuścił rodzinny Kraj Basków tylko raz (aby… zatankować samochód w pobliskiej Francji) wyrusza z mamą na wycieczkę do Sewilli, gdzie sprawy przybierają nieoczekiwany obrót… Serial można obejrzeć online tutaj

Wśród seriali obyczajowych uwagę zwraca “Cuéntame como pasó”, liczący obecnie aż 17 sezonów. To ciepła saga o rodzinie Alcántara, której losy śledzimy od 1968 do 1985 roku, co pozwala nam dowiedzieć się sporo o realiach tamtych czasów i wydarzeniach, które miały wtedy miejsce w Hiszpanii i na świecie. Państwo Alcántara, podobnie jak wielu Hiszpanów, wyemigrowali do Madrytu w latach pięćdziesiątych, a ich dzieci – Tony, Inés i Carlos – urodziły się już w stolicy. Rodzina stara się związać koniec z końcem i odnaleźć radość w życiu codziennym. Narratorem jest najmłodszy z rodzeństwa, Carlitos, który już jako dorosły przypomina sobie dawne czasy. Serial można obejrzeć na stronie RTV.esOgromny plusem dla uczących się jest możliwość wyświetlenia transkrypcji oglądanych odcinków. Na stronie znajdziemy inne seriale, filmy oraz programy telewizyjne. 

Serial “Grand Hotel” to interesująca mieszanka dramatu, kryminału i romansu, choć nie brakuje w nim również elementów humorystycznych. Akcja rozpoczyna się w 1905, kiedy młody chłopak, Julio Olmedo, przyjeżdża do tytułowego luksusowego hotelu w poszukiwaniu siostry. Serial przywodzi na myśl “Downton Abbey”, do którego bywa nieraz porównywany w hiszpańskich mediach. Jego potencjał dostrzegła polska telewizja, gdzie od niedawna jest on emitowany pod tytułem “Zagadka hotelu Grand” (w niezbyt przydatnej dla uczących się wersji z lektorem).

Główni bohaterowie serialu "Gran hotel"

Główni bohaterowie serialu

Kolejną serią, o której chciałabym wspomnieć, jest zaliczane do gatunku science fiction (po hiszpańsku: ciencia ficción) “Ministerio del tiempo”, opowiadające o tajnej instytucji zajmującej się… czasem, a konkretnie podróżowaniem w czasie i zapobieganiem ingerencji intruzów, którzy chcieliby zmienić bieg historii. Seria do tej pory doczekała się dwóch sezonów, z którymi można się zapoznać na wspomnianej już, dysponującej transkrypcjami stronie RTV.es.

Oczywiście, lista zawiera tylko przykłady interesujących serii, po które sama miałam okazję sięgnąć, a (choć nieraz mam na to ochotę) nie można poświęcić oglądaniu całego czasu, aby nie zaniedbać rozwoju zdolności językowych i, co ważniejsze, innych sfer życia. Mam nadzieję, że któraś z zaproponowanych pozycji przypadnie Wam do gustu, osłuchacie się dzięki niej z językiem i rozwiniecie swoje słownictwo. Zachęcam do dzielenia się w komentarzach opiniami na temat wszelkich hiszpańskojęzycznych produkcji telewizyjnych, które obejrzeliście, i życzę miłego oglądania!

 

Zobacz również:

Hiszpańskie filmy, które łatwo przeoczyć

Jak oglądać telenowele i nie zwariować

Dlaczego warto oglądać obcojęzyczne talent shows

Du cinéma! Przegląd komedii francuskich

Kanały na YouTube, które pomogą Ci szlifować francuski

Hiszpańska gramatyka w teorii i w praktyce (1)

hiszpanskaKto lubi się uczyć gramatyki, ręka do góry. Zakładam, że gdybym rzeczywiście mogła przeprowadzić taki eksperyment, nie zobaczyłabym lasu rąk, chociaż być może dostrzegłabym pojedyncze podniesione dłonie podobnych mi zapaleńców. Nie wierzę w cudowne metody nauczania języka bez gramatyki. Nie mówię tutaj oczywiście o bezrefleksyjnym rozwiązywaniu dziesiątek stron zadań z gramatyki przy jednoczesnym zaniedbywaniu innych aspektów przyswajania języka. Nie zachęcam do podprządkowania całego procesu nauki gramatyce i strategiom rozwiązywania testów zamiast po prostu rozmowy, co niestety można zaobserwować w polskich (i nie tylko) szkołach. Z drugiej strony wierzę, że gramatyka jest kręgosłupem, na którym opiera się cały język, i mimo że możemy mówić „Kali mieć, Kali chcieć” i wciąż być zrozumiani, to pytanie brzmi: czy chcemy?

Temat gramatyki hiszpańskiej poruszyła już Adriana w polecanym już wielokrotnie artykule rozprawiającym się z mitem o łatwości tego języka. Zdaję sobie sprawę, że większość z Was nie chce zagłębiać się w gramatykę opisową i tego nie potrzebuje, ale po prostu chciałoby zdobyć solidne podstawy, które mogłoby wykorzystać w codziennym życiu. Do tych osób kieruję ten artykuł (i kolejne, jeśli temat spotka się z zainteresowaniem). Najpierw chciałabym przyjrzeć się książkom, z których sama korzystałam podczas nauki i które mogę z czystym sumieniem polecić. Po dokładne dane na ich temat, np. wydawnictwo, odsyłam na koniec wpisu.

Jedną z klasycznych pozycji jest „Uso de la gramática española, które doczekało się trzech części: dla poziomu podstawowego, średnio zaawansowanego i zaawansowanego oraz stosunkowo nowego wydania (ja korzystałam ze starego, z 1996 roku). Co znajdziemy w środku tej wielokrotnie wznawianej książki? Jeden tom zawiera od 22 do 35 rozdziałów. Na każdy z nich składa się objaśnienie gramatyczne (w przypadku czasów są to np. tabele z formami i wypunktowane przykłady użycia) oraz ćwiczenia, pozwalające zastosować zdobytą wiedzę w praktyce. Wygląda to następująco:

uso

Ćwiczenia polegają głównie na wpisaniu w luki odpowiedniej formy, odpowiedzi na pytania czy wyborze właściwej opcji, mniej jest takich, które wymagałyby od nas nieco większej kreatywności, np. ułożenia zdań.

Podręczniki z tej serii można nabyć w wybranych księgarniach internetowych i stacjonarnych, powinny być również dostępne w niektórych bibliotekach. Minusem dla samouków jest fakt, iż sama książka nie zawiera klucza odpowiedzi, trzeba go dokupić osobno.

 

Kolejną książką, z której korzystaliśmy na studiach, jest Gramática de uso del español. Teoría y práctica, dostępna w czterech częściach: do poziomów A1-A2, A1-B2, B1-B2 i C1-C2. Materiał z trzech pierwszych w dużej mierze się pokrywa, ale np. zostaje wyjaśniony na innych przykładanych, inne są też ćwiczenia. Osobiście skłaniałabym się ku sięgnięciu raczej po wydanie zbiorcze do A1-B2, niż do tego do A1-A2. Rozdziałów jest więcej niż w poprzednio prezentowanej książce, bo ponad 100, i są one krótsze: jedna strona teorii, jedna strona ćwiczeń. Ćwiczenia polegają na przykład na wyborze słowa i wpisanie go w lukę w odpowiedniej formie, połączeniu dwóch zdań, przeredagowaniu zdań, wybraniu właściwej odpowiedzi itp.

gramatica de uso

Jak widać na przykładowych zdjęciu z tomu do poziomów B1 i B2, teoria objaśniona jest po hiszpańsku. Klucze odpowiedzi znajdują się na końcu książki. Zarówno w „Gramática de uso”, jak i w „Uso de gramática”, poziom C1 to już wgłębianie się w niuanse i szczególiki (na ile potrzebne – to już inny temat), natomiast polecam zapoznanie się z przynajmniej jednym z pozostałych tomów. Seria ta wydaje się mniej popularna niż „Uso…” i jej dostępność niestety również jest mniejsza, można jednak zakupić ją w niektórych księgarniach internetowych i stacjonarnych.

Na koniec pozostawiam podręcznik, do którego mam ogromny sentyment. Mowa o dość niekonwencjonalnej „książce z dużymi głowami” „Gramática básica del estudiante de español”.

gramatica basica 0Dlaczego niekonwencjonalnej? Najlepszą odpowiedzią będzie chyba zacytowanie przykładów.

Ćw. 10, str. 164:

Mąż pani doktor Gines Labelli korzysta z przerwy w konferencji, aby opowiedzieć trochę o swoim ulubionym temacie: o ślimakach. Nie wszystko co mówi jest prawdą. Odkryj trzy prawdziwe i trzy fałszywe zdania w jego wypowiedzi.

„Wierzę, że ślimaki są fascynującymi ssakami. Noszą swój dom na plecach, mają dwa urocze czułki, które wyciągają i chowają kiedy chcą i mogą zobaczyć jedzenie z odległości wielu kilometrów. Wydają się głupie, ale w rzeczywistości mają inteligencję bardzo podobną do ludzkiej (…).”

Naszym zadaniem jest odnieść się do rewelacji wygłaszanych przez tego pana i zaprzeczyć nieprawdziwym informacjom za pomocą Es mentira que, No creo que + subjuntivo.

Mamy również utalentowanego robota, któremu możemy wydawać różne polecenia, używając trybu rozkazującego:

gramatica basica

Przemówiły do mnie również ćwiczenia polegające na zdecydowaniu, w jakim kontekście użyć danej formy:

gramatica basica 2

Oczywiście nie każdemu musi odpowiadać taki humor i taka forma przekazywania wiedzy, ale myślę, że to przyjemny powiew świeżości. Książka ma tylko jeden tom, przeznaczony dla poziomów A1-B1 i zawierający 7 sekcji  (rzeczowniki i przymiotniki, determinantes, zaimki osobowe, czasowniki, przyimki, zdania, ortografia) podzielonych na rozdziały. O ile wymienione wcześniej podręczniki dostępne są tylko w hiszpańskiej wersji językowej, co może stanowić utrudnienie dla samouków będących na poziomie początkującym, o tyle „Gramática básica” doczekała się również wersji z objaśnieniami i poleceniami po polsku, dostępnej w księgarniach językowych, Empikach itp.

Gdyby ktoś odczuwał niedosyt i chciał przećwiczyć konkretne zagadnienia np. Subjuntivo czy czasy przeszłe, może sięgnąć po serię „Tiempo para practicar…” wydawnictwa Edelsa. 

To tyle na dziś!

Dane o książkach:

Uso de la gramática española

Francisca Castro

Wydawnictwo Edelsa

"Gramática de uso del español"

Luis Aragonés, Ramón Palencia

Wydawnictwo Ediciones SM

Gramática básica del estudiante de español”

Wydawnictwo Difusión, wydanie polskie: Lektorklett

Pierwsze wydanie: 2006, wydanie polskie: 2012

 

„Japoński. Fiszki Pisz i czytaj 200 podstawowych znaków kanji”. Recenzja

Pismo jest, obok rozbudowanego języka grzecznościowego, jednym z aspektów sprawiających najwięcej trudności osobom uczącym się języka japońskiego. O ile przyswojenie hiragany i katakany zmotywowanej osobie nie powinno zająć więcej niż 2-3 tygodnie, to ideogramy stają się codziennymi towarzyszami na długie lata. Sama lista Jōyō kanji (jap. 常用漢字, „kanji codziennego użytku”) liczy 2136 znaków, a żeby czytać literaturę piękną czy artykuły z różnych dziedzin należy znać ich znacznie więcej. Nic dziwnego, że uczniowie z zagranicy (może poza będącymi na uprzywilejowanej pozycji Chińczykami) intensywnie szukają skutecznej metody nauki ideogramów, a na rynku nie brakuje materiałów na ten temat. Popularnością cieszy się np. metoda Heisiga, który w swojej książce nie zamieszcza jednak czytań znaków ani ich złożeń z innymi. Triumfy święci (przynajmniej wśród moich znajomych) także program Anki. Niektórzy korzystają również z samodzielnie tworzonych papierowych fiszek. Jeśli jednak brakuje nam czasu i/lub chęci na przygotowanie takowych, to naprzeciw wychodzi nam wydawnictwo Edgard ze swoją publikacją „Japoński. Fiszki Pisz i czytaj 200 podstawowych znaków kanji” opracowaną przez panią Ewę Krassowską-Mackiewicz.

Autorka ukończyła japonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, zajmuje się dydaktyką japońskiego i opracowała wcześniej inne pomoce do nauki tego języka. Jak prezentuje się ta publikacja?
_DSC3350
Szata graficzna jest jedną z niewątpliwych zalet zestawu: wzór kwitnących wiśni na opakowaniu cieszy oko, a same fiszki są wykonane bardzo estetycznie, na dobrej jakości papierze i utrzymane w przyjemnej kolorystyce. Według wydawcy zestaw zawiera 204 fiszki i, cytując informację z opakowania, podręcznik.
Książeczka fiszki
Mimo że zawartą w nim 50-stronnicową niewielką książeczkę trudno nazwać „podręcznikiem”, jest ona bardzo przydatna dla osób rozpoczynających naukę oraz chcących usystematyzować wiedzę. Na pierwszych dwudziestu stronach znajdziemy opis systemu pisma japońskiego i wszystkich jego elementów (kana, kanji, romaji), tabele znaków hiragany i katakany, informacje o przedłużeniach i sylabach geminowanych, kolejności i kierunku stawiania kresek oraz o tym, jakie elementy musimy przyswoić przy nauce każdego znaku: odczytania, znaczenie, złożenia. Tutaj drobna uwaga: przy podaniu zasady, że „o” przedłuża się za pomocą „u” zapomniano o podaniu wyjątków przedłużanych za pomocą „o” takich jak np. ookii, ookami. Strony 20-50 książeczki przeznaczone są na listę znaków zawartych na fiszkach wraz z odczytaniami, podzielonych na kategorie: rzeczowniki, czasowniki, przymiotniki.
Przejdźmy do samych karteczek! Wyglądają one następująco:

_DSC3357

Podczas nauki, o ile mamy zamiar pisać po japońsku odręcznie, powinniśmy mieć świadomość, że na fiszkach przedstawione są znaki w wersji drukowanej, która czasami różni się od pisma odręcznego. W złożeniach czytania sinojapońskie (on-yomi), rodzime (kun-yomi) oraz będące wyjątkami, oznaczone są odpowiednio kolorami: różowym, zielonym i pomarańczowym, co jest dość ciekawym pomysłem. Bezzasadne wydaje mi się umieszczanie czytań złożeń również w alfabecie łacińskim, jako że nie ma ich na pierwszej stronie fiszek, a ja jestem wielką zwolenniczką jak najszybszego pozbycia się ułatwienia, jakim jest romaji. Nie obyło się też bez pojedynczych drobnych błędów, które umknęły korekcie, np. złożenie „kotoba”, które pojawiło się przy nieodpowiednim znaku.
Największym zarzutem z mojej strony jest nieco nieprzemyślany układ treści. Zazwyczaj na fiszkach z jednej strony widnieje słowo w języku, którego zamierzamy się nauczyć, z drugiej polskie tłumaczenie, ewentualnie przykładowe zdania. Na pierwszej stronie tych fiszek znajduje się ideogram, jego znaczenia oraz czytania: rodzime japońskie i zapożyczone z Chin, na drugiej: kolejność pisania kresek oraz złożenia. Wszystkie te informacje są istotne, niemniej jednak, gdyby uczący się mógł na przykład, zobaczywszy znak i jego czytania, sprawdzić na drugiej stronie znaczenie, byłoby to z mojej perspektywy bardziej zasadne. I z tym można sobie jakoś poradzić, np. zasłaniając dolną część karty podczas nauki.

_DSC3360
Pozwoliłam sobie na dozę krytyki, ale nie znaczy to, że mamy do czynienia z jednoznacznie słabym produktem. Zestaw można polecić z kilku powodów. Pierwszy jest wspomniany już zawierający wiele przydatnych informacji mini-podręcznik. Po drugie, nie trzeba się martwić o szukanie znaków i ich selekcję: wybrane dwieście to rzeczywiście podstawowe, często używane znaki, niezbędne nie tylko w codziennym posługiwaniu się językiem, ale i dla planujących zdać egzamin JLPT. Wspomniana już ładna szata graficzna umila proces nauki, zwłaszcza osobom, które tak jak ja przyzwyczajone są do materiałów w czerni i bieli. Wszystko, co powinniśmy wiedzieć na temat danego znaku, zostało zebrane w jednym miejscu. Same ideogramy to za mało, szczególną uwagę należy zwrócić na złożenia, kluczowe przy nauce słownictwa. Na przykład pojawiający się na jednej z kart 電子 „elektron”, na który składają się znaki „elektryczność” i „dziecko” 😉 Na jednej karcie zmieściło się co prawda tylko kilka złożeń, zawsze jednak można wiedzę poszerzać we własnym zakresie.

Mimo niedociągnięć „Japoński. Fiszki Pisz i czytaj 200 podstawowych znaków kanji” to solidny produkt, który może pomóc początkującym oswoić się z kanji i ułatwić proces nauki. Na stronie wydawca informuje, że zestaw może stanowić uzupełnienie książki „Japoński. Mów, pisz i czytaj” tej samej autorki, moim skromnym zdaniem najbardziej rzetelnej na raczkującym polskim rynku materiałów do nauki japońskiego (choć oczywiście niepozbawionej wad). Ponadto, fiszki mogą posłużyć jako materiał powtórkowy dla tych, którzy tak jak ja nie mogą już patrzeć na źródła, z których uczyli się ideogramów i potrzebują odmiany („Basic kanji book”, swoją drogą bardzo dobry, nadal śni mi się po nocach). Obecnie nie mogę poświęcić wiele czasu nauce japońskiego, ale do powtórki znaków na pewno z nich skorzystam.

"Japoński Fiszki Pisz i czytaj 200 podstawowych znaków kanji"
Autor: Ewa Krassowska-Mackiewicz
Wydawnictwo: Edgard
Data wydania: kwiecień 2015
Cena okładkowa: 49,90 zł
Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Edgard.

Może Cie zainteresować również:

Japoński: z czym to się je?

300 słów i wyrażeń dziennie, czyli recenzja Business English

Angielski z kryminałem + wyznania językowej monogamistki

Jeszcze o szkołach językowych

stalowkaJeszcze o szkołach językowych

„Chciał(a)bym zacząć uczyć się nowego języka” lub „przydałoby się popracować nad znajomością języka X”: kiedy takie myśli kiełkują Ci w głowie, od czego zaczynasz? Przeglądasz oferty szkół językowych i ogłoszenia korepetytorów, zaczynasz szukać na własną rękę w internecie lub w bibliotece porad i materiałów? Kiedyś bez zastanowienia obrałabym tę pierwszą taktykę, lata doświadczeń sprawiły, że nieco zmieniłam poglądy, choć wciąż jestem nastawiona do szkół językowych bardziej pozytywnie niż Adriana, która poruszyła ten temat tutaj. Jednoznacznie krytykując szkoły językowe, podcinałabym gałąź, na której sama siedzę, więc pozwolę sobie wtrącić trzy grosze do dyskusji.

Nie wiem, jakie są Wasze doświadczenia związane z nauczaniem języków w szkołach publicznych, ale moje nie należą do najlepszych. W liceum chodziłam do klasy z rozszerzonym (w teorii) angielskim. Jak to wyglądało w praktyce? Nauczycielka notorycznie spóźniała się lub zadawała nam coś do zrobienia, a sama np. przesłuchiwała chętnych do udziału w szkolnym konkursie talentów. Do dziś żałuję, że nie zdecydowałam się na klasę z niemieckim. Musiałam jednak jakoś przygotować się do rozszerzonej matury. Po konsultacji z mamą zapisałam się na kurs językowy i to była dobra decyzja. Nie byłam wtedy na tyle zmotywowana i zorganizowana, by sama rozplanować naukę. Uważam, że jeśli zamierzamy np. zdobyć certyfikat z języka obcego, uczęszczanie na kurs może być bardzo przydatne. Podczas zajęć możemy ćwiczyć rozwiązywanie zadań, strategie egzaminacyjne, rozwijać sprawności językowe wymagane ne egzaminie, a wszystko to pod okiem nauczyciela. Nie twierdzę tutaj, że kurs jest w tym przypadku jedyną czy najlepszą opcją, ale na pewno jedną z wartych rozważenia. Niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z kursem ogólnym, czy egzaminacyjnym, uczęszczając na niego, przeznaczamy te Y godzin w tygodniu na naukę, najczęściej mamy też prace domowe i testy lub kartkówki, co zachęca do pracy osoby, które miewają problemy z wewnętrzną motywacją i potrzebują „bata”. Ważny jest również, zwłaszcza w początkowych etapach nauki, kontakt z nauczycielem. Lektor wytłumaczy kłopotliwe zagadnienia i wyłapie błędy, zanim je sobie utrwalimy (z doświadczenia wiem, że takie błędy trudno potem wyplenić). Dobry, cierpliwy i wykwalifikowany nauczyciel to prawdziwy skarb.

Niestety, nikt jeszcze nie nauczył się języka obcego dzięki samemu chodzeniu do szkoły językowej (a przynajmniej ja nikogo takiego nie znam). Sama złapałam się na tym, że mając półtorej godziny tygodniowo zajęć z japońskiego rzadko zasiadałam do nauki tego języka, bo zakodowałam sobie, że „przecież w środę się tym zajmę”. Niestety, te 90 minut bardzo niewiele, niezależnie od tego o jakim języku mówimy, a w odniesieniu do japońskiego, posługującego się innym systemem pisma, to tylko kropla w morzu naukowych potrzeb. Uczenie się i nauczanie znaków to temat-rzeka, który zresztą wielokrotnie podejmował w swoich inspirujących wpisach Michał. Na pewno nie wystarczy kilkakrotne zapisanie kanji podczas zajęć, należy im poświęcić więcej czasu i znaleźć metody, które będą dla nas skuteczne.

Zajęcia oceniam pozytywnie: czytaliśmy i tłumaczyliśmy różnorodne teksty, poznawaliśmy nowe zagadnienia gramatyczne, rozmawialiśmy… Jedynie tych rozmów nieco zabrakło i często ograniczały się one do „co robiłeś w tym tygodniu”, mimo że na tym poziomie można by prowadzić może nie dysputy na tematy polityczne czy filozoficzne, ale nieco bardziej rozbudowane dialogi.

Tak jak pisała Adriana, wiele zależy nie od samej szkoły, a od lektora, a rozbieżność poziomu zajęć w szkołach jest ogromna.  Na co więc zwrócić uwagę wybierając szkołę języków obcych, aby zwiększyć prawdopodobieństwo zadowolenia z wyboru?

Lektorzy i ich kompetencje. Z pewną dozą nieufności podchodzę do szkół, które reklamują się słowami „u nas uczą tylko native speakerzy”. Oczywiście, nauka z rodzimym użytkownikiem danego języka ma mnóstwo zalet, a jeśli ten posiada przygotowanie pedagogiczne, kursy, doświadczenie w nauczaniu, to już w ogóle cud, miód i orzeszki. Niestety, nie zawsze tak jest i czasami uczą osoby „z ulicy”, studenci Erasmusa, którzy chcą sobie dorobić itp. Mogą oni przeprowadzić ciekawe konwersacje (chociaż z drugiej strony, przy tylu wymianach językowych na żywo i online, porozmawiać można też za darmo), ale niekoniecznie wartościowe zajęcia z gramatyki, słownictwa, itp. Najczęściej miałam do czynienia z następującym modelem: wymiennie zajęcia z native speakerem i polskim lektorem.

Istotny jest też metajęzyk, którym posługuje się lektor. O ile na kursach z angielskiego na poziomie B1+/B2 rozmawialiśmy cały czas angielsku, to w przypadku kursu japońskiego od podstaw lektorka musiała się nieraz nagimnastykować, żeby mieszanką japońskiego i angielskiego z dodatkiem polskich wstawek i gestykulacji wytłumaczyć pewne zagadnienia. W końcu wszystko udało się zrozumieć i było to ciekawe doświadczenie.

Liczba osób w grupie. Zwykle uczyłam się grupie nie większej niż 6 osób. To tylko liczba orientacyjna, ale moim zdaniem więcej to już tłum.

Cena kursu i lokalizacja szkoły.

Wykorzystywane pomoce naukowe i ich dostępność. Jestem zwolenniczką podręczników, więc nie zapisałabym się na kurs reklamujący „naukę bez żadnych podręczników”, ale niewykluczone, że na takim kursie oferowane materiały dydaktyczne są wyselekcjonowane, różnorodne i interesujące. Niestety, bywa to trudne. Moje doświadczenie z kursu wakacyjnego hiszpańskiego od podstaw, który miał być rozgrzewką przed studiami: hispanohablante (nie pamiętam, z jakiego kraju), który na jednym z pierwszych zajęć kazał nam opisać nasz ulubiony film. Nie znając żadnego słownictwa dotyczącego kina, ba, mając bardzo ograniczone słownictwo w ogóle, nie mogłam sobie poradzić z tym zadaniem. Gdybyśmy chociaż dysponowali jakimś planem kursu i wiedzieli z wyprzedzeniem, jakim tematem będziemy się zajmować, moglibyśmy przygotować się w jakikolwiek sposób. Z drugiej strony, kurczowe trzymanie się podręcznika i skupianie się na „przerabianiu” go zamiast poznawaniu języka również nie jest korzystne.

Po prostu nauka. To super, jeśli szkoła organizuje wydarzenia związane z językiem i kulturą danego kraju. Fajnie urozmaicić zajęcia grami i komentarzami kulturowymi. Sama z nostalgią wspominam swój pierwszy kurs japońskiego, gdy graliśmy w karutę i składaliśmy origami, ale na wyższych etapach oczekiwałabym jednak skupienia się na nauczaniu jako takim.

I to właśnie jest najważniejsze. Niezależnie od tego, czy zdecydujemy się na kurs w szkole językowej, zajęcia indywidualne czy zostaniemy samoukami, musimy zadbać o kontakt z językiem i po prostu skupić się na nauce: nieraz praco- i czasochłonnej, ale jakże satysfakcjonującej!

Podobne posty:
O szkołach językowych
Czy warto zapisać się na kurs językowy?

Czy warto iść na filologię? Kastylijska spowiedź

filologiaTrzy lata na filologii hiszpańskiej minęły jak jeden dzień. Teraz, z dyplomem studiów licencjackich w dłoni (niestety nie dosłownie, gdyż będzie on gotowy dopiero w październiku) zasiadam do tego wpisu, jednego z serii bardziej osobistych. Postaram się jednak przemycić również ogólne myśli i wskazówki dla osób, które rozważają podjęcie studiów filologicznych. Skupię się na tym, czy kierunek jest ciekawy i rozwijający, pozostawiając na marginesie bardzo ważny aspekt, jakim są perspektywy pracy zawodowej, o którym dopiero będę mogła się wypowiedzieć. Czy gdybym mogła cofnąć to poszłabym na ten sam kierunek? Odpowiedź brzmi: bez wątpienia tak! No to zaczynamy!

Studia rozpoczęłam bez znajomości języka hiszpańskiego, co na pewno wpłynęło na mój pozytywny odbiór kierunku. Chociaż studia filologiczne to nie kurs językowy (zdanie, z którym zetknął się chyba każdy, kto myślał o pójściu na filologię – wyświechtane, ale prawdziwe), moim głównym celem było poznanie języka od zera do, jak zakłada program, poziomu C1. Czy się udało? Powiedziałabym, że prawie. Zdałam z dobrymi wynikami egzamin na tym poziomie, ale na pewno nie odważę się powiedzieć, że osiągnęłam C1 we wszystkich sprawnościach językowych. Kluczowym przedmiotem była Praktyczna Nauka Języka Hiszpańskiego, podzielona na moduły: konwersacje i rozumienie ze słuchu, język pisany, gramatyka oraz słownictwo i czytanie. Zajęcia przeprowadzali w kolejnych semestrach różni wykładowcy. Właśnie ta wielotorowa nauka i rozwijanie równolegle różnych sprawności językowych, moim zdaniem niemożliwe do osiągnięcia na kursie językowym nawet przy dużej liczbie godzin, najbardziej spodobało mi się na filologii. Najwięcej pracy wymagał pierwszy rok, na którym musieliśmy opanować język hiszpański na tyle, by od drugiego roku móc uczestniczyć w zajęciach tylko po hiszpańsku razem z grupą zaawansowaną. Na przykład na zajęciach ze słownictwa zajmowaliśmy się dwoma działami z zawierających sporo ćwiczeń książek "Vocabulario en diálogo" i "Viva el vocabulario", a ze słownictwem z kolejnych kilku działów musieliśmy się zapoznać w domu. Na zajęciach z języka pisanego nie tylko pisaliśmy teksty, ale i poznawaliśmy ortografię oraz interpunkcję. Pracochłonne było przyswojenie reguł gramatycznych, chociaż na przykład tryb Subjuntivo okazał się mniej problematyczny, niż się z początku wydawało. Na gramatyce korzystaliśmy z materiałów z wielu książek, ale wiodące były „Uso de la gramática española” (dostępne również dla wyższych poziomów) oraz „Gramática básica del estudiante de español”. Polecam zwłaszcza tę drugą pozycję, która zauroczyła mnie pomysłowymi ćwiczeniami i nieraz absurdalnymi, a dzięki temu łatwo zapadającymi w pamięć zdaniami np. negowaniem, jakoby ślimak miał inteligencję większą od ludzkiej, oczywiście z użyciem trybu Subjuntivo 😉 Podczas konwersacji mogliśmy przećwiczyć ostatnio opanowane słownictwo i gramatykę.

Na niektórych przedmiotach (zwłaszcza na PNJH) nasza znajomość materiału była regularnie sprawdzana poprzez kartkówki i kolokwia, na innych dopiero dzięki końcowemu kolokwium lub egzaminowi. Brak jednego, wiodącego podręcznika oraz korzystanie z materiałów zebranych i przygotowanych przez wykładowców były z mojej perspektywy ogromną zaletą, choć niestety i tak mam skłonność do opierania się za bardzo na podręcznikach i od początku za mało sięgałam po żywy język.

Oprócz PNJH w poszerzeniu wiedzy o hiszpańskim i o językach w ogóle pomogły mi wstęp do językoznawstwa oraz gramatyka opisowa: fonetyka, morfologia i składnia. Poznałam też w pewnym stopniu drugi język romański – spośród francuskiego, włoskiego i portugalskiego wybrałam ten ostatni. Pozostałe przedmioty to między innymi: historia literatury Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej, historia Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej, historia języka hiszpańskiego, metodologia pracy z tekstem literackim, wstęp do literaturoznawstwa, łacina, akwizycja języków obcych, a także przedmioty opcyjne z oferty całego uniwersytetu (np. bardzo interesujące zajęcia z psychologii!) lub instytutu. Oczywiście, programy filologii są różne na różnych uniwersytetach, dlatego przyszłych kandydatów gorąco zachęcam do przejrzenia programu studiów. Ponadto radzę zasięgnąć języka u wyższych roczników, gdyż bardzo dużo zależy od wykładowcy: przedmiot z bardzo intrygującą nazwą i ciekawym programem może się okazać kiepsko prowadzony, i odwrotnie.

Na osobny akapit zasługuje możliwość udziału w stypendiach zagranicznych, w tym najbardziej popularnym: Erasmusie. Miejsc dla mojego kierunku było tyle, że właściwie każdy chętny mógł spędzić semestr lub dwa zagranicą (osoby z wyższą średnią miały pierwszeństwo wyboru uczelni). Poza licznymi uniwersytetami w Hiszpanii mogliśmy wybrać również któryś w Portugalii, Francji, Czechach lub Niemczech, choć oczywiście największym zainteresowaniem cieszył się kraj Cervantesa. Spośród szerokiej oferty z bardzo przyziemnych powodów wybrałam Universidad de Almería, uczelnię bardzo młodą (moją rówieśnicę ;)). Nowoczesny kampus blisko morza, małe i przyjemne miasteczko oraz przede wszystkim możliwość posługiwania się hiszpańskim na co dzień stanowiły niezaprzeczalne zalety tego wyjazdu. Na początku zaskoczenie wywołał kontakt z andaluzyjskim hiszpańskim: szybkie tempo wypowiedzi, „zjadanie” liter s i d na końcu słowa (i nie tylko). Warto skorzystać z możliwości wyjazdu na Erasmusa, zwłaszcza będąc na studiach językowych. Nawiasem mówiąc, tego co wiem, na niektórych zagranicznych uczelniach wyjazd do kraju studiowanego języka stanowi obowiązkową, integralną część studiów. Zamykając temat Erasmusa, nie zapominajmy też o możliwości zwiedzania Hiszpanii oraz oczywiście o walorze towarzyskim.

Jednak nie tylko Erasmus był doskonałą okazją do nawiązania interesujących znajomości. Ludzie z mojego kierunku są naprawdę świetni. Wielu z nich to dwukierunkowcy lub osoby, które zdecydowały się na kolejne studia, stąd o monotonii nie mogło być mowy. Około trzydzieści osób na roku, niewielki instytut oraz stosunkowo niewielu wykładowców: dla niektórych może to być wadą, dla mnie było zaletą, być może dlatego, że wcześniej miałam do czynienia z bardziej niszową filologią, gdzie i ludzi, i miejsca było jeszcze mniej.

Niestety, i w tej beczce miodu znalazła się łyżka dziegciu. Poza problemami organizacyjnymi (ale na której uczelni się one nie zdarzają!), program, choć ciągle modyfikowany, nadal określiłabym jako nieco archaiczny. O ile zgadzam się, że znajomość literatury i historii danego obszaru językowego jest niezbędna dla filologa, to ograniczyłabym nieco literacko-historyczne przedmioty (z jednym wyjątkiem, ale o tym za chwilę) np. na rzecz tłumaczeniowych, które niestety pojawiają się dopiero na studiach magisterskich. Mam wrażenie, że za bardzo skupiliśmy się na dawnej literaturze, traktując po macoszemu ostatnie, powiedzmy, sto lat, bogate przecież w wartościowe dzieła w języku hiszpańskim. Zabrakło mi także możliwości zdobycia uprawnień nauczycielskich, chociaż pozwalałyby one do nauczania w edukacji publicznej tylko do pewnego etapu.

Poza tym uświadomiłam sobie, że to, co wiem i umiem, to tylko czubek góry lodowej. Samo aktywne uczestnictwo w zajęciach to za mało, wiedzę należy ciągle poszerzać i mieć stały kontakt z językiem. Na przykład, na moim kierunku naucza się hiszpańskiego z Półwyspu Iberyjskiego, zainteresowani bogactwem dialektów i odmian z Ameryki Łacińskiej muszą zgłębić temat we własnym zakresie. Ba, sama Hiszpania ma w sobie jeszcze wiele tajemnic, które chętnie odkryję, najlepiej podczas kolejnego pobytu w Hiszpanii: podczas studiów magisterskich moim celem jest najstarszy w tym kraju uniwersytet (w Salamance) i jego bogate zbiory biblioteczne. Podsumowując: jestem zadowolona z wyboru, a tym, którzy chcieliby poznać język od podszewki, polecam studia filologiczne.

Może Cię zainteresować również:

Będąc niemłodą już iberystką: pierwsze wrażenia ze studiów

W obronie filologii i nauczycieli

Japoński: z czym to się je?

japanJęzyk japoński: jawi się nam jako egzotyczny, bywa mylony z chińskim, a jaki jest naprawdę? Na to pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć, gdyż sama, mimo trzech lat uczenia się, czuję, że dopiero liznęłam ten język. Pozwolę sobie jednak przedstawić kilka podstawowych informacji na jego temat oraz napisać czym mnie zachwycił, a osobom rozważającym rozpoczęcie nauki przekazać kilka wskazówek.

Językiem japońskim (日本語, czyli „nihongo” lub „nippongo” – do tematyki znaków wrócę w dalszej części wpisu) posługuje się ok. 125 milionów osób. Niemal wszyscy mieszkańcy Japonii mówią po japońsku, i język ten jest właściwie nieużywany poza Japonią (znajomość japońskiego u emigrantów mieszkających w np. w USA czy Brazylii jest zróżnicowana).

Pochodzenie języka japońskiego jest niejasne. Domniemywa się, że jest pokrewny m.in. z koreańskim, językami ałtajskimi (m.in. turecki, mongolski, kirgiski) lub austronezyjskimi – używanymi przez mieszkańców wysp Oceanii i Azji Południowo-Wschodniej. Japoński uważa się często za izolowany (nie wykazujący podobieństwa z żadnym innym językiem), ale mówi się również o rodzinie językowej tworzonej przez język japoński i języki riukiańskie, którymi posługują się mieszkańcy archipelagu Riukiu:

Mapa wysp Riukiu

Wyspy Riukiu

Japoński jest bardzo zróżnicowany zarówno pod względem regionalnym, jak i społecznym. Jego cechą jest samogłoskowość: znaczny odsetek samogłosek w wypowiedzi, niewiele zbitek spółgłoskowych. To język aglutynacyjny, czyli taki, w którym do rdzeniu wyrazu dokleja się afiksy, określające najczęściej tylko jedną kategorię gramatyczną. Na przykład:

たべさせられません tabe-sase-rare-mas-en („sprawił, że nie zostało zjedzone”)

gdzie tabe tworzy rdzeń („jeść”), a kolejne sufiksy odnoszą się odpowiednio do: sprawczości (poproszono nas o wykonanie jakiejś czynności lub zmuszono do tego), strony biernej (coś zostało zrobione), grzeczność oraz przeczenie.

Podobnie dzieje się w przypadku いさせられませんでした i-sase-rare-mas-en-deshita („nam strzelać nie kazano”), gdzie dodatkowo „deshita” informuje o czasie przeszłym.

Kolejne cechy to: akcent toniczny (wyrażany wysokością głosu), ogromny wpływ języka chińskiego oraz rozbudowane środki grzecznościowe, nie tylko w zakresie słownictwa, ale również gramatyki. Należy zaznaczyć, że wpływy chińskiego na japoński są zewnętrzne, języki te nie są spokrewnione. Stąd możemy płynnie przejść do kwestii systemu pisma. Od Chińczyków zaadaptowano znaki kanji (漢字) – logogramy, zawierające w sobie zarówno znaczenie, jak i wartość fonetyczną. Znajdziemy wśród nich piktogramy, np.:

木   drzewo

山   góra

日  Słońce

oraz liczniejsze ideogramy, wyrażające pojęcia abstrakcyjne, na przykład:

愛  miłość

友  przyjaciel

Większość kanji czyta się na dwa sposoby: kun'yomi (czytanie rdzennie japońskie) oraz on'yomi (czytanie sinojapońskie). Nie każdy znak posiada jednak tylko dwa odczytania, np. 上 ma ich kilkanaście. Ile jest kanji? Na liście Jōyō Kanji, czyli „kanji codziennego użytku”, znajduje się ich 2136, które Japończyk musi znać po zakończeniu obowiązkowej edukacji. Z kolei na pierwszym poziomie egzaminu Kanji Kentei wymaga się znajomości ok. 6000 znaków.

Poza kanji japoński posługuje się również dwoma sylabariuszami: hiraganą i katakaną.

2000px-Table_hiragana.svg

2000px-Table_katakana.svg

Jak możecie zaobserwować, znaki te mają tylko wartość fonetyczną, a poza kilkoma wyjątkami (a, i, u, e, o i jedyną samodzielną spółgłoską – n) jeden znak odpowiada jednej sylabie. Hiragana służy do zapisywania końcówek gramatycznych oraz słów, które nie posiadają własnych kanji, bądź kanji te są niewskazane w danym miejscu ze względu na ich trudność, np. w tekstach dla dzieci czy obcokrajowców. Mniejszymi znakami hiragany nad kanji (tzw. furiganą) podpisuje się odczytania nietypowych znaków spoza listy kanji codziennego użytku lub, jak powyżej, odczytania których uczący się/dziecko może nie znać.

Katakana z kolei służy do zapisu zapożyczeń i nazw obcojęzycznych. Często przy tym zapisie pojawiają się dwuznaczności i/lub ciężko zrozumieć, o jaki obcojęzyczny wyraz mogło chodzić. Na przykład:

ライト ra-i-to, jako że japoński nie rozróżnia między r a l, może się odnosić do jednego z trzech angielskich słów: light, right, write

アイスクリーム aisukuriimu to… przeczytajcie sobie raz na głos… Tak, to „ice cream” 🙂

Jak widać zbitka spółgłosek „cr” została tu rozbita przez samogłoskę.

Dodajmy do tego jeszcze okazjonalnie używany alfabet łaciński (romaji) i cyfry arabskie.

 

Pierwszą wskazówką dla chcących rozpocząć naukę z mojej strony będzie zawsze: od początku uczcie się pisma! System ten, jak mogliście przeczytać powyżej, jest dość skomplikowany, ale uczeń prędzej czy później i tak będzie musiał się z nim zmierzyć, więc lepiej, by to nastąpiło wcześniej. Kurczowe trzymanie się alfabetu łacińskiego spowalnia naukę oraz uniemożliwia dostęp do większości materiałów. Hiragany można nauczyć się bardzo szybko, o czym pisze Michał w swoim popularnym artykule, katakany podobnie. Nie chciałabym ani pisać, że nauka kanji jest bardzo łatwa (sama niestety utknęłam na poziomie którejś klasy japońskiej podstawówki) ani nadmiernie jej demonizować. Z podręczników na początek poleciłabym "Basic Kanji Book", który zawiera ok. 500 znaków oraz sporo ćwiczeń. Niestety, jest on trudno dostępny w Polsce. Internauci chętnie dzielą się swoimi sposobami na naukę znaków, dużą popularnością cieszy się program Anki czy samodzielnie tworzone papierowe fiszki.

Radziłabym też zachować ostrożność co do materiałów, zwłaszcza dostępnych w sieci, ale niestety tych książkowych również. Te pierwsze tworzą czasami osoby które owszem, są entuzjastami języka i mają jak najlepsze intencje, ale same dopiero zaczynają się uczyć. Niestety większość popularnych książek do japońskiego wydaje mi się schematyczna i nienowoczesna, co tylko zachęca do odejścia od metody podręcznikowej. Sama korzystałam z Shokyuu Nihongo, którego zaletą jest istnienie skorelowanej strony JP Lang, zawierającej nagrane dialogi i dodatkowe ćwiczenia. Chcąc osłuchać się z japońskim należy wziąć poprawkę na to, że sposób wyrażania się w kreskówkach (anime) bywa karykaturalny i ma na celu pokazać charakter postaci, więc np. ktoś nieobdarzony zbyt dużą ogładą będzie się wyrażał w niegrzeczny sposób, którego na pewno nie należy naśladować.

Na koniec dodam jeszcze, że nie należy popełniać mojego błędu i jak najszybciej zacząć mówić! Radę te można oczywiście rozciągnąć na wszystkie języki. Oficjalny egzamin na certyfikat z japońskiego (JLPT) nie przewiduje części ustnej, i z własnego doświadczenia wiem, że często np. na kursach za duży nacisk jest kładziony na naukę pod certyfikat, a za mały na komunikację. W japońskim oczarowało mnie jego brzmienie (jeśli bylibyście zainteresowani, chętnie napiszę coś więcej o japońskojęzycznej muzyce) oraz odmienność od języków europejskich. Japoński to dla mnie wyzwanie i klucz do niezwykle intrygującej kultury. Być może któreś z Was też kiedyś on oczaruje?

Jak ocenić poziom znajomości języka obcego? ESOKJ w teorii i w praktyce

a1a2Określenie poziomu znajomości języka obcego jest niełatwym zadaniem. Sformułowania takie jak “komunikatywny” czy “średniozaawansowany” są niejednoznaczne i trudno ocenić, jakimi umiejętnościami powinna się wykazać osoba na danym poziomie. Przełom w tej kwestii przyniosła znana Wam zapewne skala A1-C2, którą wprowadzono w Europejskim Systemie Opisu Kształcenia Językowego (ESOKJ). Dokument ten, zaprezentowany w 2001 roku przez Radę Europy pod tytułem Common European Framework of Reference for Languages, jest wynikiem wieloletniej pracy zespołu specjalistów z dziedziny lingwistyki stosowanej i pedagogiki.

Skąd potrzeba stworzenia takiego opracowania?

Przed publikacją ESOKJ oraz w początkowych latach wprowadzania w życie jego ustaleń nie zastanawiałam się nad kwestią oceniania znajomości języka. Byłam na etapie uczenia się nazw zwierząt i kolorów po włosku, i moim celem jako uczennicy było po prostu uzyskanie dobrej oceny z kolejnego przedmiotu. Z tego względu muszę więc powołać się na refleksje osoby trzeciej: mojej wykładowczyni.

Brak jednolitych kryteriów oceniania stanowił problem zarówno dla nauczycieli, jak i dla samych uczących się. Poziom znajomości języka określano na podstawie podręczników, które ukończyła dana osoba, lub na podstawie tego, ile lat nauki ma ona za sobą. Oczywiście uczniowie po roku nauki mogą legitymować się bardzo różnym stopniem znajomości języka, w zależności od wielu czynników, np. intensywności kursu czy motywacji i własnej pracy ucznia. Niejednolite było również nazewnictwo kursów.

Ten chaos udało się okiełznać za pomocą wprowadzenia poziomów zaprezentowanych na poniższym schemacie:

Europejski System Opisu Kształcenia Językowego

ESOKJ się przydaje, bo…

  • Jesteśmy bardziej mobilni, coraz częściej decydujemy się na podjęcie studiów czy pracy poza granicami Polski. ESOKJ gwarantuje uznawalność certyfikatów za granicą. O ile kwestia przeliczenia wyników egzaminu IELTS na odpowiednie poziomy jest nieco problematyczna, tak w przypadku egzaminów Cambridge przyjęło się np. że posiadacz CAE  legitymuje się poziomem C1.
  • Kładzie nacisk na kompetencję socjolingwistyczną, nie ogranicza się do kompetencji lingwistycznej, czyli znajomości i umiejętności użycia fonologii, morfologii, składni itd. Mówiąc prościej, dana osoba nie tylko zna reguły, ale i używa języka adekwatnego do danej sytuacji komunikacyjnej i do odbiorcy. Z kolei komponent kulturowy w podręcznikach nie musi się ograniczać do literatury wysokiej czy malarstwa, sięga się po informacje o różnych przejawach kultury masowej. (Oczywiście, nie należy przeceniać roli podręcznika. Kluczowe jest obcowanie z żywym językiem i pozapodręcznikowy kontakt z kulturą 😉 ).
  • Pomaga w samoocenie. ESOKJ to bardzo obszerne opracowanie i pokuszę się o stwierdzenie, że lektura całości stanowi zadanie dla najwytrwalszych. Tutaj pozwolę sobie przedstawić jedynie jeden z elementów, istotny z punktu widzenia samooceny: opisy kompetencji językowych na konkretnych poziomach. Te kompetencje to: rozumienie (słuchanie i czytanie), mówienie (porozumiewanie się i samodzielne wypowiadanie się) oraz pisanie. Jak to wygląda w praktyce? Spieszę z przykładem. Uczeń legitymujący się poziomem B1 może się ocenić swoje zdolności porozumiewania się w następujący sposób: "Potrafię sobie radzić w większości sytuacji, w których można się znaleźć w czasie podróży po kraju lub regionie, gdzie mówi się danym językiem. Potrafię – bez uprzedniego przygotowania – włączać się do rozmów na znane mi tematy prywatne lub dotyczące życia codziennego (np. rodziny, zainteresowań, pracy, podróżowania i wydarzeń bieżących)." Jeśli chodzi o umiejętność słuchania, uczeń na tym poziomie może stwierdzić: "Potrafię zrozumieć główne myśli zawarte w jasnej, sformułowanej w standardowej odmianie języka wypowiedzi na znane mi tematy, typowe dla domu, szkoły, czasu wolnego itd. Potrafię zrozumieć główne wątki wielu programów radiowych i telewizyjnych traktujących o sprawach bieżących lub o sprawach interesujących mnie prywatnie lub zawodowo – wtedy, kiedy te informacje są podawane stosunkowo wolno i wyraźnie." Kompletną tabelę pomagającą określić własny poziom możecie pobrać tutaj.

Nie chciałabym jednak, żeby ten tekst został odebrany jako hymn na cześć ESOKJ. Ze względu na ogromną różnorodność języków opracowanie idealnego dokumentu tego typu jest moim zdaniem awykonalne. Problematyczne są próby odniesienia kryteriów ESOKJ do języków posługujących się innymi systemami pisma niż alfabet. Przeczytanie ogłoszenia czy napisanie pocztówki (przykładowe wymagania na poziomach A) stanowi o wiele większe wyzwanie, jeśli w tym celu najpierw musimy opanować na przykład dwa sylabariusze i pewną ilość ideogramów (w przypadku japońskiego).

 

A jak to wszystko można odnieść do nauki hiszpańskiego?

Na poziomie A2 uczeń “potrafi opisywać plany i ustalenia, zwyczaje i rutynowe działania z przeszłości oraz osobiste doświadczenia”, wtedy więc powinien zapoznać się z bogatym zasobem czasów przeszłych.

Uczeń na poziomie B1 “potrafi opisywać doświadczenia, zdarzenia, nadzieje, marzenia i zamierzenia, krótko uzasadniając bądź wyjaśniając swoje opinie i plany.” Kiedy padają hasła “nadzieja” i “marzenia” ci z Was, którzy mieli do czynienia z hiszpańskim już pewnie domyślają się, co to oznacza: na tym poziomie uczący się powinien poznać tryb Subjuntivo.

W przypadku języka hiszpańskiego przydatny może okazać się dostępny zarówno w wersji papierowej jak i online Plan Curricular del Instituto Cervantes. To bardzo wyczerpujące opracowanie skierowane przede wszystkim do nauczycieli i zawierające wymagania, jakie powinien spełnić uczeń aspirujący do danego poziomu w języku hiszpańskim. Podejmuje ono różnorodne tematy: gramatyka, słownictwo, interpunkcja, intonacja, typy tekstów i wypowiedzi, odniesienia kulturowe i funkcje języka (funciones de la lengua). Ostatni aspekt wydaje mi się szczególnie istotny, gdyż zazwyczaj znajomość języka nie jest celem w samym w sobie, za jej pomocą chcemy coś osiągnąć, na przykład zdobyć informację, opisać coś, zaproponować coś, przeprosić. Daleka jestem od polecania komukolwiek lektury Plan Curricular od deski do deski, ale myślę, że to wiarygodne źródło do którego warto się odwołać w razie konkretnych wątpliwości.

 

Na koniec: czy masz C2 z polskiego?

To, jak się ma poziom C2 do poziomu rodzimego użytkownika języka i rozważanie, kim właściwie jest ten tajemniczy rodzimy użytkownik (wszakże inne są kompetencje językowe np. licealisty, a inne doktora filologii) to temat-rzeka, któremu można by poświęcić osobny artykuł. Ten wpis chciałabym zakończyć odnośnikiem do przykładowego testu z języka polskiego na poziomie C2. Nie udało mi się niestety dotrzeć do materiałów audio. Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii na temat poziomu trudności tego testu.

Portugalski i hiszpański naraz, czyli o transferze językowym słów kilka

„Portugalski jest bardzo podobny do hiszpańskiego, prawda?” – to pytanie, które słyszę dość często. Odpowiedź brzmi: i tak, i nie. Hiszpański i portugalski należą do tej samej grupy językowej (języki romańskie), wywodzącej się z łaciny ludowej (latin vulgar), istnieje więc między nimi wiele niezaprzeczalnych podobieństw np. w słownictwie czy gramatyce. Nie należy jednak zapominać, że to osobne języki, które w swojej ewolucji podążyły nieco inną drogą i czerpały z różnych źródeł, a jako że język jest tworem żywym, nadal się rozwijają. Zanim jednak przejdę do konkretnych przykładów, należałoby wyjaśnić zasadniczą kwestię:

Czym jest transfer językowy?
Według definicji zawartej w „Encyklopedii językoznawstwa ogólnego”, transfer językowy to „przenoszenie wzorów z języka ojczystego na język obcy w procesie jego opanowywania. Zjawisko to występuje zarówno fonetyce, jak i gramatyce i słownictwie (…). Niektórzy rozróżniają t. pozytywny i t. negatywny. Pierwszy ma miejsce wtedy, kiedy w wyniku przeniesienia wzoru z jęz. ojczystego na obcy powstaje w tym jęz. struktura poprawna. Zachodzi to wtedy, gdy obydwa jęz. wykazują w danym zakresie podobieństwo strukturalne. (…) T. negatywny bywa też nazywany interferencją językową.”1 Jak widać w powyższej definicji, o transferze językowym najczęściej mówi się w kontekście wpływu języka ojczystego (L1) na język drugi (L2). Nie jest to jednak jedyna możliwość: coraz częściej zainteresowanie budzą związki między językiem ojczystym (L1) oraz językami obcymi. Na rzecz tego wpisu pozwoliłam sobie więc użyć tego terminu w kontekście uczenia się dwóch języków obcych, z których jeden (hiszpański) jest moim językiem wiodącym. Podczas zajęć z języka portugalskiego na uniwersytecie bazujemy na podręczniku „Entre Nós – Método de Português para Hispanofalantes” który, jak wskazuje tytuł, skierowany jest do osób hiszpańskojęzycznych. Książka ta kładzie nacisk właśnie na różnice między tymi dwoma językami, by uczulić na nie uczącego się i pomóc mu uniknąć błędów. Niestety, czasami nie jest prosto „przełączyć się” z jednego języka na drugi. Jednym z najczęściej występujących (i tępionych przez nasze nauczycielki) przejawów mieszania hiszpańskiego i portugalskiego było używanie jako „ale” hiszpańskiego „pero” zamiast portugalskiego „mas”. Co w tym problematycznego? Otóż, „pero”, wymawiane z „u” na końcu, staje się… indykiem (peru), co może znacznie zaburzyć przekaz 😉

Strzeż się fałszywych przyjaciół!
Hiszpan zaczynający się uczyć portugalskiego dostaje na starcie ogromną bazę słownictwa, które np. jedynie nieznacznie różni się zapisem. Należy jednak zwrócić uwagę na litery przestawione (np. dzielnica: hiszp. barrio, port. bairro, pytać: hiszp. preguntar, port. perguntar) bądź „nadprogramowe” (np. ustanawiać: hiszp. establecer, port. estabelecer). Kolejną kwestią są tzw. fałszywi przyjaciele (ang. false friends, franc. faux amis), czyli pary słów lub wyrażeń brzmiących w dwóch językach tak samo lub podobnie, ale mających inne znaczenia. Warto być świadomym tych różnic, gdyż mogą one prowadzić do niezrozumień. Na przykład:

hiszp. polvo – kurz, port. polvo – ośmiornica, podczas gdy

port. pó – kurz

A co z gramatyką?
Gdy uczymy się portugalskiego, znając już dość dobrze hiszpański, możemy odetchnąć z ulgą, gdyż jesteśmy przyzwyczajeni do mnogości czasów i trybu Subjuntivo. Język portugalski kryje jednak w sobie więcej niespodzianek. Jedną z nich jest Infinitvo Pessoal, czyli bezokolicznik osobowy. Tak, dobrze przeczytaliście. W portugalskim poza „zwyczajnym” bezokolicznikiem używany jest także inny, który ma przypisaną kategorię osoby. Jak to wygląda?

Os alunos estudam para obterem boas notas. – Uczniowie uczą się, by uzyskać (oni) dobre oceny. Dzięki użyciu bezokolicznika osobowego („obterem” zamiast „obter”), wiemy, kto otrzyma dobre oceny.

Kolejnym odkryciem jest Futuro do Conjuntivo (Subjuntivo), czas, który w hiszpańskim niemalże wyszedł z użycia: można się z nim zetknąć głównie w tekstach prawniczych, literaturze czy powiedzeniach. W portugalskim czas przyszły trybu łączącego jest używany na co dzień. Różnic jest oczywiście więcej, między innymi łączenie przyimka z rodzajnikiem w portugalskim, co w hiszpańskim nie ma miejsca (np. „w miastach” = hiszp. „en las ciudades”, port. „nas cidades”, gdzie „nas” powstaje z połączenia przedimka „em” i rodzajnika „as”).

O wymowie słów kilka
Zanim przejdę do kwestii teoretycznych, chciałabym powiedzieć jedno: portugalski brzmi zupełnie inaczej, niż hiszpański. Posłuchajcie sami! Sam hiszpański, niezwykle bogaty w dialekty, czasem niełatwo jest zrozumieć (zwłaszcza podczas pierwszych dni w Andaluzji – sprawdzone empirycznie ;)). Trudno jednoznacznie określić liczbę fonemów w hiszpańskim właśnie ze względu na jego ogromne zróżnicowanie. W portugalskim sytuacja jest podobna, poszczególne dialekty i warianty różnią się pod względem wymowy. W hiszpańskim pewno możemy wyróżnić 5 samogłosek i minimum 18 spółgłosek, których możemy posłuchać sobie tutaj. Portugalski z kolei może się poszczycić jedną z najbogatszych fonologii samogłoskowych wśród języków romańskich: posiada samogłoski ustne i nosowe, dyftongi i tryftongi. Tutaj dobra wiadomość dla Polaków uczących się portugalskiego (i vice versa): nasz język ojczysty może nam pomóc (pozytywny transfer językowy). Tym sposobem niestraszne nam będzie dźwięk charakterystyczny dla europejskiego wariantu portugalskiego, odpowiadający naszemu swojskiemu „sz”. Oczywiście, poza samym zasobem spółgłosek i samogłosek, pozostają istotne kwestie takie jak akcent czy intonacja.

Podsumowanie, czyli: uczyć się naraz, czy nie?
Oczywiście, że się uczyć! Znajomość jednego języka z danej grupy językowej może być bardzo pomocna podczas nauki kolejnego. Nie wystarczy jednak zmienić trochę akcentu na bardziej wschodni, żeby polski stał się rosyjskim, i dodać kilku „sz” by z hiszpańskiego zrobić portugalski. Myślę jednak, że tego wszyscy jesteśmy świadomi, i mając to na uwadze możemy odkrywać unikalne piękno różnych języków, które są tak jak hiszpański i portugalski „próximos, mas diferentes” („zbliżone, ale odmienne”).

Przytoczone przykłady oczywiście nie wyczerpują szerokiego tematu, jakim jest porównanie hiszpańskiego i portugalskiego. Również wewnętrzne zróżnicowanie tych języków to temat-rzeka, który jeszcze kiedyś chciałabym poruszyć.

PS. Ważna kwestia, która została poruszona w komentarzach, a którą przeoczyłam: najlepiej nie zaczynać jednocześnie nauki tych dwóch języków od podstaw jednocześnie.

Może cię zainteresować również:

Mój zestaw samouka

O "łatwości" języka hiszpańskiego