Author: Adriana Oniszk

Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery

carnaval-en-huejotzingo

Carnaval en Huejotzingo, José Chávez Morado, 1939

Jako że mój dzisiejszy tekst jest naturalną kontynuacją i uzupełnieniem poprzedniego, tym razem wejdę w temat niemalże z marszu. Tytuł mówi wszystko: postaram się uporządkować nieco fakty dotyczące meksykańskiej wersji hiszpańskiego, konfrontując je z różnymi obiegowymi opiniami krążącymi w sieci. Przekonacie się, że nie każda taka obiegowa opinia musi być… kłamstwem. Zapoznam Was też z kilkoma wybranymi słówkami-jokerami, kolokwializmami, które mogą oznaczać dosłownie wszystko i na punkcie których Meksykanie mają najprawdziwszą obsesję. Ale zrobię coś jeszcze. Przerwa świąteczna, która na chwilę wyrwała mnie z półświatka studentów iberystyki i wrzuciła w wir kontaktów z osobami niemającymi nic wspólnego z językiem hiszpańskim w jakiejkolwiek postaci, skłoniła mnie do kilku przemyśleń. Jeśli należycie do tej grupy, a z jakichś powodów czytacie moje słowa, pierwsza połowa artykułu będzie dedykowana właśnie Wam. Co konkretnie zamierzam zrobić? Zmierzę się ze stereotypowym obrazem Meksyku i jego mieszkańców i nawet wytypuję winnego rozpowszechniania dużej części tych stereotypów: są to mianowicie Stany Zjednoczone i ich wszędobylskie hollywoodzkie produkcje.

 

ILE JEST PRAWDY W STEREOTYPACH NA TEMAT MEKSYKU I JEGO MIESZKAŃCÓW?

 

Drodzy anglofile, jakie są Wasze pierwsze skojarzenia na dźwięk słów Meksyk, Meksykanin? Pomijamy oczywistości typu tequila, mariachi czy Matka Boska z Guadalupe. Co zostaje? Nielegalni imigranci w USA? Średnio rozgarnięci furiaci, którym daleko do wszelkiej racjonalności czy poczucia humoru? Przemoc? Narkotyki? Machismo, czyli po naszemu seksizm połączony z kultem samca? Myślę, że wszystkiego po trochu. Oczywiście skłamałabym, gdybym stwierdziła, że zjawisko machismo (obecne, rzecz jasna, także w wielu innych krajach Ameryki) to już tylko bajki z przeszłości. Weźcie jednak pod uwagę, że równe traktowanie kobiet i mężczyzn to bardzo częsty przedmiot debaty i kampanii społecznych, obecny na co dzień w mediach. Powoli coś się zmienia. No i te prezenterki radiowe, których słucham, nie brzmią zupełnie jak kobiety gnębione. Pamiętajcie też, gdzie i w jakich czasach urodziły się Frida Kahlo i María Grever, Artystki w każdym calu, także pod względem trybu życia i swobody obyczajowej, które w dodatku odniosły niekwestionowany sukces (no dobrze, ta druga nie siedziała na tyłku w Meksyku, jeździła trochę po świecie. Ale wracała).

W kwestii przemocy i handlu narkotykami też nie będę mydlić Wam oczu: problem oczywiście istnieje i jest duży, wystarczy posłuchać radia bądź zajrzeć do prasy: zdarza się, że ludzie znikają bez wieści, po czym zostają znalezieni martwi, istnieją strefy, w których policja jest bezsilna, a dziennikarze za poruszanie pewnych tematów otrzymują groźby śmierci. Jednak za każdym razem, kiedy pytałam którąś z kilku poznanych osób mieszkających w różnych częściach kraju (Guanajuato, Guadalajara, Hermosillo, Miasto Meksyk), spotykałam się z jedną i tą samą, ciekawą z punktu widzenia psychologii odpowiedzią: tak, w Meksyku ogólnie jest bardzo niebezpiecznie, ale na szczęście problem ten nie dotyczy miasta, w którym mieszkam. Jasne, że takie odpowiedzi nie zamykają tematu, ale przynajmniej pokazują, że to nie wygląda tak, że każdy boi się wyjść na ulicę. Co do nielegalnych imigrantów (albo emigrantów, zależnie od punktu odniesienia), ostrożnie powiem tylko tyle: naprawdę nie każdy Meksykanin marzy o tym, żeby za cenę życia osiedlić się w Stanach Zjednoczonych. Mało tego, w ostatnich latach więcej Meksykanów wraca ze Stanów niż do nich emigruje. (Specjalnie dla Was znalazłam artykuł po angielsku). Więcej miejsca chcę poświęcić owemu nieszczęsnemu i najbardziej krzywdzącemu stereotypowi furiatów.

Kilka razy słyszałam od Was, drodzy anglofile, że uczę się języka ludzi, którzy nie potrafią myśleć racjonalnie, na wszystko reagują natychmiastową furią i są oczywiście głupi oraz całkowicie pozbawieni poczucia humoru. Tak, dzieciństwo z Hollywoodem zostawia ślady na całe życie. I, cóż, wszelkie próby udowodnienia, że A nie jest B zawsze kończą się tym samym: porażką, dlatego uważam, że nie warto ich podejmować. Mogłabym poszukać badań porównujących mieszkańców różnych państw pod kątem cech osobowości Wielkiej Piątki (a wśród nich impulsywności i otwartości), ale wierzcie mi, że każde wyniki tego typu badań można zakwestionować – oczywiście wynikami badań, które pokazują coś przeciwnego. Mogę za to przedstawić Wam Meksykanów i ich kraj takim, jakim go widzę ja. Nie muszę chyba zaznaczać, że nie roszczę sobie pretensji do jakiejkolwiek obiektywności, daleko mi do bycia ekspertką. Nie twierdzę nawet, że obalę jednoznacznie nasz ostatni stereotyp, bo i nie obaliłam poprzednich – jedyne, co mogę zrobić, to pokazać, że jest on w najgorszym razie mocno przesadzony. I że wśród Meksykanów niezwykle łatwo znaleźć osoby z ogromnym poczuciem humoru i dystansem do siebie oraz zdrowym (no dobrze, czasem też niezdrowym, choćby dla wątroby) podejściem do otaczających problemów.

Jak zatem jawi mi się Meksyk? Jako kraj ludzi, którzy:

1. Specyficznie traktują nie tylko śmierć, ale i życie (jedno z drugim jest najprawdopodobniej ściśle powiązane). Widać to w najprzeróżniejszych wytworach kultury i popkultury – począwszy od twórczości największych pisarzy i poetów, aż po motywy wszechobecne np. w serialach, słychać w tematach podejmowanych w audycjach radiowych, czuć w kontaktach z meksykańskimi znajomymi: ta często spotykana postawa bycia nieco poza głównym nurtem rzeczywistości. Przecież życie to pasmo cierpienia, niedogodności i zasadzek, ale nie sposób od niego uciec, tak jak nie sposób uciec od samego siebie, dlatego trzeba się kurczowo chwytać wszystkiego, co daje wytchnienie, a nawet czasem chwile szczęścia: czarny humor, zatracanie się w ulubionych aktywnościach bądź w zabawie i oczywiście zamiłowanie do używek. Warto tu dodać, jako ciekawostkę, że ceny alkoholi w barach (lub antros) są na tyle niskie, że nawet zarabiający dorywczo student może sobie pozwolić na całonocne przemieszczanie się ze znajomymi z baru do baru. Czasem zabawa zaczyna się już w czwartek i trwa, z przerwą na piątkowy wypad do szkoły albo pracy na kacu, aż do końca weekendu. Taki czwartek ma wtedy nawet swoją specjalną nazwę: juebebes (od jueves – czwartek i beber – pić) bądź viernes chiquito (malutki piątek).

2. Mają swoje liczne obsesje i uwielbiają o nich mówić, prześcigając się w niezwykle celnym uchwycaniu istoty każdej z nich. Niezależnie, czy będzie chodziło o jedzenie, seks, matkę, śmierć, sąsiada-molocha z północy, czy też słówka-jokery (które z kolei są metaobsesją, bo odzwierciedlają wszystkie wyżej wymienione plus parę innych), chcąc przyjrzeć się bliżej którejś z nich, zawsze możecie być pewni, że znajdziecie niezliczone artykuły i kilometrowe dyskusje na forach internetowych. I że czytając, zawsze będziecie co najmniej chichotać. Na próbę obejrzyjcie sobie uważnie ten gif, bardzo chętnie udostępniany przez Meksykanów w rozmaitych mediach społecznościowych, a poświęcony obsesji dodawania do wszystkiego soku z limonki.

3. Jeśli nie lubią swojej pracy, mówią o tym otwarcie. A słyszę mediach co chwila, że blisko 50% Meksykanów nie lubi swojej pracy i ma z jej powodów poważne problemy natury psychosomatycznej. I wiecie co? Założę się, że w naszym kraju jest podobnie, ale u nas praca to świętość, a problemy z nią związane to temat tabu. Tymczasem w Meksyku do programów radiowych zapraszani są eksperci (lekarze, psychologowie), którzy nawet jeśli nie potrafią zaproponować najlepszych rozwiązań, to przynajmniej rzetelnie analizują problem i nazywają rzeczy po imieniu. (A skoro o nazywaniu mówimy, obok rzeczownika trabajo, w mowie potocznej równie często możecie spotkać się ze słowem chamba, czyli bardziej kolokwialnym synonimem tego pierwszego).

 

Zmęczony głosowaniem na szczury? Zagłosuj na kota...

Zmęczony głosowaniem na szczury? Zagłosuj na kota…

4. Na partie polityczne mówią ratas (szczury) ze względu na korupcję. Fakt ten wykorzystali w zeszłym roku mieszkańcy miasta Xalapa, stolicy stanu Veracruz, proponując przy okazji lokalnych wyborów jako kandydata kota, który zrobi ze wszystkim porządek. El Candigato Morris (candigato to gra słów bazująca na połączeniu candidato – kandydat i gato – kot) zyskał sławę w całym Meksyku, pisano o nim także w USA i Kanadzie i stał się bohaterem internetów. Hasła wyborcze Morrisa to np.: „Zmęczony głosowaniem na szczury? Zagłosuj na kota", „Xalapa bez szczurów? Morris może. Potwierdzone doświadczenie", „Powinieneś zagłosować na inne zwierzę". Wydarzenie wzbudziło oczywiście chwilowe ożywienie i liczne ogólnokrajowe dyskusje, ale jak to przeważnie w różnych miejscach na świecie bywa, dyskusje stopniowo przycichły i chyba nic z nich nie wynikło. Niestety.

5. A poza tym, jak już wspomniałam, Meksykanie są sympatyczni, otwarci, pomocni. Do tego są chorobliwie niepunktualni (słynne ahorita doczekało się setek analiz, wykresów, poematów, czego tylko chcecie) oraz zrobią wszystko, powiedzą rzecz najdziwaczniejszą, żeby tylko uniknąć bezpośredniej odmowy (jeden z moich kolegów np. upodobał sobie pranie ciuchów – jeśli twierdzi, że idzie prać i zaraz wraca, ale potem na pewno prześle mi obiecany link, to już wiem, że żadnego linka się nie doczekam).

Mam nadzieję, że przynajmniej trochę udało mi się zachwiać jednowymiarowymi i niezbyt przyjemnymi stereotypami na temat Meksyku i jego mieszkańców – oczywiście wśród tych z Was, którzy je sobie hodowali; pozostałym mam nadzieję, że zapewniłam po prostu w miarę interesującą lekturę. Najwyższa pora na kolejny punkt programu.

 


 

HISZPAŃSKI MEKSYKAŃSKI: KILKA POPULARNYCH OPINII I KILKA SŁÓWEK-JOKERÓW

Uczycie się hiszpańskiego? Na pewno wcześniej czy później zetkniecie się – a najprawdopodobniej już się zetknęliście – z przekazywanymi w formie ciekawostek z cyklu „A czy wiedzieliście, że…?", stwierdzeniami na temat meksykańskiej bądź też – szerzej – latynoamerykańskiej wersji języka. Jak to z obiegowymi opiniami (które w czasach Internetu rozpowszechniają się z zawrotną szybkością) bywa, różnią się one między sobą pod względem stopnia zawartości prawdy. Przyjrzyjmy się im zatem po kolei i ustalmy, ile tej prawdy, w odniesieniu do hiszpańskiego meksykańskiego zawiera każda z nich.

1. Nie używa się formy vosotros. Prawda! Forma ta w ciągu wieków najzwyczajniej w świecie zanikła w codziennym użyciu (jak ktoś zna hiszpański i lubi naukowo i z tabelkami, polecam link). Dla 2. i 3. osoby liczby mnogiej stosuje się formę ustedes z jej normalną odmianą.*) Jakie to wygodne, prawda?

2. Nie używa się czasu pretérito perfecto compuesto (he dicho, he estado), zastępując go pretérito indefinido (dije, estuve). Półprawda. Faktem jest, że Meksykanie nie są aż tak przywiązani do czasu złożonego jak Hiszpanie, żeby używać go do opisu wszystkich czynności, jakie odbyły się w zasięgu ostatnich kilkunastu godzin, aż do – patrząc wstecz – pewnego magicznego momentu, kiedy zeszła noc przechodzi we wczoraj i już można zacząć opowiadać normalnie, czyli w czasie przeszłym prostym. Tym niemniej, w innych kontekstach, tych realnie powiązanych z teraźniejszością, w odniesieniu do czynności jeszcze potencjalnie niezakończonych, jak najbardziej możecie usłyszeć Meksykanina używającego pretérito perfecto. Prezenterka porannej audycji radiowej, mówiąc o dotychczas otrzymanych wiadomościach od słuchaczy, powie: los mensajes que he recibido. Audycja się jeszcze nie skończyła, wiadomości cały czas przychodzą. Kolega na chacie facebookowym, pytając o to, jak mi idzie na uczelni, zapyta: ¿cómo te ha ido en la uni?, czyniąc optymistyczne założenie, że nadal studiuję. Serialowy zabójca na zlecenie zapyta swojego nowego ucznia ¿has matado? i możecie mieć pewność, że nie będzie to pytanie o to, czy właśnie zabił kogoś dziś po śniadaniu, a o to, czy zrobił to kiedykolwiek w życiu. Oczywiście wiele zależy od okoliczności i samej wypowiadającej się osoby (jej wykształcenia, wrażliwości językowej itp.), ale wierzcie mi, że Meksykanin używający czasu przeszłego złożonego nie jest zjawiskiem rzadkim. Tutaj też mam link dla osób czytających po hiszpańsku i chcących zgłębić temat od strony bardziej naukowej.

3. W miejsce hablar używa się platicar. Półprawda. A może nawet mniej niż pół. Platicar to oczywiście słowo bardzo meksykańskie i bardzo popularne, nie wyparło jednak zwykłego, powszechnie znanego hablar, które w dodatku ma o wiele szersze zastosowanie. Platicar może być synonimem hablar w znaczeniu: rozmawiać, mówić (o czymś), ale może też znaczyć: (o)powiedzieć (coś komuś). I tu właśnie tkwi haczyk. Platicamos de las drogas – rozmawialiśmy o narkotykach, ale: mi amiga me platicó que… – moja przyjaciółka (o)powiedziała mi, że… Zainteresowanym mogę polecić porównanie definicji hablar i platicar w DEM.

4. Na koniec zostawiłam przekonanie chyba najdziwniejsze, z którym jednak spotkałam się kilka razy w życiu. Żeby dokładnie ująć jego istotę, zacznę od opisu pewnej sytuacji: kiedy zaczynałam naukę hiszpańskiego, zetknęłam się raz, w okolicznościach dla opowieści nieistotnych, z pewnym dialogiem. Dialog ten, śledzony przez kilka osób, zawierał sporo (jak na moje ówczesne standardy) kolokwializmów, przez co odbierałam go jako trudny do zrozumienia. W pewnym momencie ktoś uśmiechnął się ironicznie i rzucił: „Ach, ci Latynosi!". Problem w tym, że wszelkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały, że mamy do czynienia nie z Latynosami, a z rodowitymi Hiszpanami. No cóż, plusy tamtego zdarzenia są dwa: mam teraz o czym pisać, a poza tym pamiętam do dziś, że pasta dla Hiszpanów to takie kolokwialne dinero, czyli pieniądze (po meksykańsku to będzie lana, gdyby ktoś pytał). A owo dziwne przekonanie można najkrócej zapisać jako: meksykanizm (lub szerzej: amerykanizm) <=> kolokwializm. Oczywiście ujęte w ten sposób nie zawiera ani grama prawdy. Każdy wariant danego języka ma swoje kolokwializmy, zazwyczaj to właśnie ich zrozumienie przysparza najwięcej problemów, kiedy nie jesteśmy do danego wariantu przyzwyczajeni. Ale przecież język nie składa się z samych kolokwializmów. Młoda Meksykanka, która mówi do koleżanki, używając słów: neta, lana, pendeja, bez najmniejszych problemów powie: verdad, dinero, tonta, jeśli tego będą wymagały okoliczności.

 

El Comodín. Bardzo meksykański joker. Autor: diablillo71

Bardzo meksykański joker. Autor: diablillo71

A teraz pora na gości specjalnych programu, czyli cztery meksykańskie słówka-jokery. W ramach krótkiego wprowadzenia warto wyjaśnić, co to za stwory i czym charakteryzuje się gatunek, z którego się wywodzą. Otóż słówka-jokery jako takie nie są oczywiście niczym specyficznie meksykańskim, podejrzewam, że pojawiają się, a wręcz panoszą, w każdym języku. W polskim na pewno. Wiecie, co to jest joker. To taka karta, która może zastąpić w grze dowolną inną kartę. Słowo-joker może być dowolną częścią mowy – rozpoznacie je po tym, że liczba jego znaczeń jest w zasadzie nieskończona. Pamiętacie pewnie z edukacji szkolnej taki koszmarek jak wypracowania z serii „Scharakteryzuj postać X z lektury Y". I pamiętacie, czego należało się wystrzegać przede wszystkim: nadużywania czasowników „był(a)" i „miał(a)". Czyli właśnie słów-jokerów. Każdy obiekt (rzecz – kolejne słowo-joker), ożywiony i nieożywiony, a nawet byt abstrakcyjny, jest, choćby przez sam fakt, że istnieje, a także ma jakieś właściwości (czasem, z dwojga złego, lepiej żeby je miał, niż posiadał).

Słowa-jokery, te najbardziej neutralne, kojarzą się raczej z ubóstwem językowym niż z jego bogactwem. Sprawa przybiera nieco inny obrót, kiedy dochodzimy do kolokwializmów, zwłaszcza tych o zabarwieniu wulgarnym. Widziałam kiedyś rewelacyjną grafikę pokazującą, jak zmienia się znaczenie polskich czasowników – tych na j, p i k, których wypowiadać w kulturalnym towarzystwie nie wypada – wraz ze zmianą przedrostków (prze-, za-, wy-, u-, o-, od-). To naprawdę piękne rodziny słów-jokerów, pokazujących bogactwo słowotwórcze naszego języka.

Meksykańskie słówka-jokery, które zaprezentuję, to kolokwializmy, które mogą być wykorzystywane w połączeniach o zabarwieniu wulgarnym (nr 3 i zupełnie niewinny nr 2) bądź same w sobie są lub bywają wulgaryzmami (nr 4 i nr 1). Warto jednak pamiętać, że w Meksyku (jak i w Hiszpanii i – podejrzewam – w pozostałych krajach hiszpańskojęzycznych) wulgaryzmy mają zupełnie inny, mniejszy ciężar gatunkowy niż w Polsce – co nie znaczy oczywiście, że można ich używać wszędzie i bez ograniczeń, ale to chyba wynika z definicji wulgaryzmu.

4. Pedo

To słowo w Meksyku może mieć różne oblicza. Niekiedy oznacza problem. ¿Cuál es tu pedo? – Jaki masz problem? – zapyta zniecierpliwiony zachowaniem kolegi drugi kolega. No hay pedo – nie ma problemu. Pedo, czasem również w formie żeńskiej peda, to także borrachera, czyli po naszemu popijawa. Efektem takiej popijawy może z kolei być stan, w którym ktoś está pedo albo – żeby było całkowicie po meksykańsku – anda bien pedo, co oznacza, że jest nieźle wstawiony. Innymi słowy, pijany. I pomyśleć, że w swoim podstawowym znaczeniu, pedo to po prostu bąk (tak, ten o niemiłym zapachu).

3. Güey albo wey

Jeśli chcecie rozpętać dyskusję na 50 ekranów, zapytajcie na jakimś meksykańskim forum dyskusyjnym, która z dwóch wersji pisowni jest tą poprawną, głosy podzielą się niemal po równo, a argumenty obu stron będą naprawdę ciekawą, choć do samej sprawy niewiele wnoszącą lekturą. Ja, za moimi dwoma słownikami, będę używała formy güey.

W najprostszym i najbardziej ogólnym ujęciu güey oznacza dowolną osobę, niezależnie od płci i wieku. W praktyce jednak sprawy nie wyglądają aż tak prosto. Pomijając już wszelkie implikacje tego, że mamy do czynienia z kolokwializmem, co oznacza, że nikt nie zwróci się w ten sposób do swojej babci czy szefa – to czy można nazwać tak dobrą koleżankę? Tu też zdania będą podzielone. Jedni stwierdzą, że jak najbardziej tak, w końcu mamy równouprawnienie, inni zastrzegą, że jeśli już, to raczej w formie güeya, a jeszcze inni/inne powiedzą, że nigdy w życiu, że sobie nie życzą i że güey to określenie zarezerwowane wyłącznie dla młodych mężczyzn i nastoletnich chłopców. Wśród ostatnich można zresztą wyróżnić trzy stopnie zażyłości znajomości: 1) usted (pan), 2) (ty) i 3) güey.

Żeby jeszcze bardziej skomplikować: wyobraźcie sobie grupkę Meksykanów, przyjaciół, jadących samochodem, którym na drogę wychodzi i zaczyna do nich machać grupa innych, nieznanych osób. Jakie pytanie padnie najprawdopodobniej z ust któregoś z tych z samochodu? Ni mniej ni więcej, tylko: ¿Qué quieren esos güeyes? Czego chcą ci kolesie? Kolesiami może zostać także towarzystwo płci mieszanej. Co jednak by się stało, gdyby były tam same dziewczyny? (To pytanie retoryczne).

2. Madre

Matka. Mówi się, że jest tylko jedna, ale w hiszpańskim meksykańskim powiedzenie to najwyraźniej nie ma zastosowania, gdyż aż roi się w nim od madres. Co to jest madre? To… rzecz. Dowolny obiekt, który możemy wskazać, a którego z różnych powodów w danym momencie nie chce nam się nazywać. Wihajster. To takie coś. Pásame esa madre. No, no, la otra. Podaj mi to coś. Nie, nie, to drugie.

Ale to nie wszystko. Meksykańska matka ma naprawdę wiele postaci. Me vale madre(s), niekiedy skrócone do me vale oznacza: jest mi obojętne. Do kogoś, kto zachowuje się, jakby nie miał wstydu, zamiast zwyczajnego eres un sinvergüenza można powiedzieć: no tienes madre. Z kolei no entiendo ni madre to inaczej no entiendo nada, czyli nic nie rozumiem. I wreszcie: a toda madre – to coś prawie jak padre, a zatem coś świetnego, co nam się bardzo podoba.

I wierzcie mi, że tego jest więcej, dużo więcej, nawet jeśli pominąć banalne i powszechnie używane wulgaryzmy typu puta madre.

1. Chingar y sus derivadas (i jego pochodne)

To słowo, a raczej cała rodzina słów otrzymuje zasłużone pierwsze miejsce w moim prywatnym (i wszystko wskazuje, że nie tylko moim) rankingu. Nikt nie opisze, czym jest la chingada i czasownik chingar tak dobrze, jak rodowity Meksykanin, autor poświęconego im artykułu, którego fragmenty zacytuję w tłumaczeniu własnym:

Chingar
Czasownik regularny, synonim wszystkiego, co możecie sobie wyobrazić, a także tego, czego nie możecie. Szczególnie przydatny do wyrażania radości, gniewu, frustracji, euforii, znudzenia, smutku i obojętności. To największy joker w hiszpańskim meksykańskim. Jego znaczenie może, albo i nie, zależeć od zdania lub kontekstu, w którym się go używa i może przybierać różne formy gramatyczne (…)

La chingada
Mityczne miejsce, do którego trafia się prościutko i bez przesiadek. Częściej zdarza się, że to ktoś wysyła cię pod ten adres, niż że chcesz tam iść sam, choć to też jest dozwolone. Jeśli sama chingada jest tą, która właśnie cię zabiera**), jest to oznaką złego losu.

Czasownik chingar i jego pochodne najlepiej jest poznawać stopniowo, inaczej umyka nam duża część zabawy. (Już teraz czuję się, jakbym Wam spoilerowała dobry film, ale trudno, zresztą i tak wszystkiego nie zaspoileruję). U mnie zaczęło się chyba od zasłyszanego gdzieś w serialu vete a la chingada (patrz: cytowana definicja). Ledwie zdążyłam się przyzwyczaić, a doszły chingaderas, czyli rzeczy kiepskiej jakości, a przynajmniej za takie uznane aktualnie przez osobę mówiącą. A zaraz potem ¿qué chingados? jako wyraz zaskoczenia pomieszanego ze złością. I me chingué la moto – zepsułem sobie motocykl. I, dla odmiany, eres un chingón, jako wyraz podziwu. I tak dalej, aż myślałam, że wiem już naprawdę sporo, dopóki nie przeczytałam gdzieś słów: hace un chingo de calor. No tak. Un chingo. Jest w cholerę gorąco. A teraz, kiedy to piszę, hace un chingo de frío. I już naprawdę przestaję spoilerować, jeśli chcecie więcej przykładów (po hiszpańsku), to zachęcam do klikania w link tam wyżej.

 

Oczywiście la chingada doczekała się rozmaitych, w tym całkiem poważnych opracowań. Zajął się nią swego czasu też Octavio Paz, którego duch unosi się nad poruszanymi w tym tekście treściami. Ale Octavio Paz i jego eseje, wiersze oraz opowiadania (!) to temat na osobny, rozbudowany artykuł. Może kiedyś, gdzieś.

 

——

*) Voseo w Meksyku, jako zjawisko marginalne, pomijam.
**) Chodzi o powiedzenie me lleva la chingada, znane też pod innymi postaciami, np. me lleva el tren,
którego używa się, kiedy w życiu dzieje się naprawdę, ale to naprawdę źle.

 

Zobacz także:

Czy Polak może (na)uczyć się hiszpańskiego meksykańskiego?
Co Polak może zaoferować światu? Wymiana nie tylko językowa
Angielski z kryminałem + wyznania językowej monogamistki
Będąc niemłodą już iberystką: pierwsze wrażenia ze studiów
Hiszpański na marginesach
Dlaczego warto oglądać obcojęzyczne „talent shows"

 

 

Czy Polak może (na)uczyć się hiszpańskiego meksykańskiego?

mexicoBądźmy szczerzy: żyjemy w kraju, w którym stwierdzenie „uczę się hiszpańskiego" w powszechnej świadomości oznacza wybór jedynej istniejącej, a w najlepszym wypadku nieuchronnie ostatecznej opcji, czyli wariantu z Półwyspu Iberyjskiego. Chcesz poznać język? Witaj w świecie corridy, flamenco i tortilli z ziemniaków. A Ameryka? Przecież to inny kontynent. Trzeba by w którymś z jej krajów mieszkać, i to co najmniej przez 20 lat, jeszcze lepiej urodzić się tam, a już najlepiej – idąc tym tropem – od kilku wcieleń w kółko reinkarnować, żeby w ogóle można było mówić o nauce języka stamtąd  jako  o czymś więcej niż przelotny, niemożliwy do zrealizowania kaprys.

SERIO?

Między nami ocean. A z nami router i komputer. 

Proponuję Wam małe ćwiczenie: rozejrzyjcie się wokół siebie, przejrzyjcie listę znajomych na fejsie. Nie macie tam przypadkiem z jednej, ze dwóch, a może i ze trzech osób, które dobrze opanowały angielski używany w Stanach Zjednoczonych, będąc Polakami, mieszkając w Polsce i odwiedzając Jankesów co najwyżej sporadycznie w celach turystycznych, o ile w ogóle? Ja znam dwie takie osoby. A jeśli można tak z angielskim, to dlaczego nie z hiszpańskim? Odpowiedź na pytanie tytułowe musi być zatem tylko jedna: TAK, Polak jak najbardziej może uczyć się meksykańskiej (czy też kolumbijskiej, argentyńskiej, a nawet peruwiańskiej, jeśli tak sobie wymyśli) odmiany hiszpańskiego i nie widzę powodu, innego niż brak motywacji, żeby się jej nie nauczył na przyzwoitym poziomie. Nie w czasach Internetu, gdzie na wyciągnięcie ręki mamy portale wymiany językowej, mamy YouTube, na którym jest, w przybliżeniu, wszystko, mamy stacje radiowe, prasę, literaturę. Pytaniem właściwym będzie zatem nie „czy", ale „jak" i to na nim się skupię w moim dzisiejszym artykule, pozostawiwszy jednak tytuł w niezmienionym kształcie.

Co tak właściwie może oznaczać stwierdzenie: „Uczę się hiszpańskiego meksykańskiego"? Wyróżniłabym tu dwa etapy, z których przynajmniej przez pierwszy przechodzi – pozwolę sobie nieostrożnie uogólnić – każda zainteresowana osoba. Pomijam oczywiście tych, których do nauki skłoniły tzw. siły wyższe, czyli dłuższy pobyt w Meksyku bądź związek uczuciowy z mieszkańcem tego kraju.

  1. Uczysz się odmiany meksykańskiej, bo jest łatwo dostępna i o wiele ładniejsza niż hiszpański z Hiszpanii – komu na początku nie przyświecały tego typu motywy, niech pierwszy rzuci papryczką jalapeño (najlepiej w moim kierunku, chętnie złapię). Prawda jest taka, że większość osób mających jakiekolwiek pojęcie o tym, że istnieją różne warianty języka hiszpańskiego, wśród najładniejszych wymienia właśnie meksykański, a także kolumbijski, czasem argentyński. Niektórzy twierdzą też, że wersja meksykańska jest łatwiejsza do zrozumienia od tej z Półwyspu, ale tutaj byłabym bardzo ostrożna. (Wiecie, współczesne telenowele są fajną i zaskakująco skuteczną pomocą w nauce na pewnym etapie, ale choć dają już jakiś wstępny obraz języka, to nie jest to jeszcze ten w pełni prawdziwy meksykański).
  2. Uczysz się hiszpańskiego meksykańskiego, masz za sobą duże kilkaset, a może i więcej, godzin kontaktu z żywym językiem w jedynej słusznej wersji i w najróżniejszych jego formach, masz znajomych Meksykanów. Używając języka hiszpańskiego, nie zawahasz się (przynajmniej w myślach… no dobrze, przeważnie w myślach) dodawać słówka pinche do wszystkiego, co akurat stanęło na przeszkodzie twojemu spokojowi ducha (pinche teléfono, ese pinche loco de al lado y su pinche perro). Od dawna doskonale wiesz, dokąd posyła się rozmówców, którzy właśnie cię zirytowali albo stali się nagłą przyczyną twoich problemów (a la chingada). Uważasz za zupełnie normalne, kiedy hiszpańskojęzyczny znajomy powie, że twoje zdjęcie z wakacji jest bien padre. I tak dalej. I uwielbiasz te wszystkie mocne r kończące wypowiedzi (a pomyśleć, że kiedyś ta rzecz cię drażniła).
  3. , 4., 5,… HA! Miały być tylko dwa etapy. Ale na pewno istnieją kolejne, choć na razie Wam o nich nie napiszę, bo i dla mnie stanowią zagadkę. Założę się (albo: mam nadzieję), że jednym z tych etapów jest całkowite zrozumienie i bezbłędne powtarzanie w stosownych kontekstach tych wszystkich dziwnych słów i zwrotów bezpośrednio zaczerpniętych z nahuatl.

Oczywiście etap pierwszy nie musi wcale prowadzić nieuchronnie do drugiego. Powiedziałabym nawet, że zazwyczaj nie prowadzi. Wszystko zależy od kombinacji kilku czynników: równoległego zainteresowania kulturą Hiszpanii (na marginesie, wielu osobom jest tak naprawdę wszystko jedno, Meksyk, Hiszpania, jeden pies – i zostawmy je w spokoju, obojętność jest świętym prawem człowieka), długości i intensywności kontaktu z edukacją w formie zorganizowanej oraz indywidualnych cech jednostki, wśród których czasem nie sposób pominąć upodobania do utrudniania sobie życia. Co jednak ma począć osoba, której ów opis, przedstawiony w punkcie 2., wydaje się z jakichś powodów atrakcyjny? (Bo jeśli ktoś już odnajduje w nim siebie, oznacza to, że dobrze wiedział, co począć).

Jak to co?

 

CZERPAĆ PEŁNYMI GARŚCIAMI Z TEGO, CO OFERUJE INTERNET.

 

1. ROZMOWY Z RODZIMYMI UŻYTKOWNIKAMI

Znacie już trochę hiszpański? Chcecie rozwijać znajomość języka w wariancie meksykańskim? Jesteście w świetnej sytuacji, bo na każdym kroku znajdziecie Meksykanów chętnych do nawiązania kontaktu. Niejednokrotnie zdziwi Was ich otwartość i gotowość do pomocy (oby ta druga za mocno Was nie zdziwiła – czasem służą rozwiązaniami Waszych problemów nawet wtedy, kiedy chcecie po prostu sobie pomarudzić, a rozwiązanie to ostatnia rzecz, jakiej akurat szukacie – ale to takie moje spostrzeżenie na marginesie, nieistotne). Jeśli w dalszym ciągu nie wiecie, gdzie ich szukać, poczytajcie sobie to, to i to.

W tym temacie zostało napisane chyba już wszystko. Jedyne, co mogę dodać, to że nie warto wybrzydzać, jeśli chodzi o wiek rozmówców. Grunt to móc znaleźć z daną osobą – jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało w tym kontekście – wspólny język. Przyznam, że miałam naprawdę dużo szczęścia, poznając z jednej strony trzydziestokilkuletniego prawnika z Hermosillo, z którym wymieniałam wielowątkowe maile i od którego dużo się nauczyłam, jeśli chodzi o budowanie w miarę spójnych wewnętrznie, dłuższych wypowiedzi – a z drugiej strony, nawiązując kontakt z młodziutkim studentem z Guanajuato, melancholikiem z lekkim pociągiem do kontrolowanej autodestrukcji, specjalistą od barów, imprez i kaca.

 

Sr-Avila

Kadr z serialu Sr. Ávila. Od lewej: Ana, nieboszczyk, Iván, Ávila

2. SERIALE, SERIALE, SERIALE…

Zazdrościliście Waszym znajomym, którzy nauczyli się angielskiego na Dexterze, Breaking Bad i innych, podobnych i – niestety, trzeba to przyznać – bardzo dobrych produkcjach ze Stanów? Już nie musicie. Okazuje się, że Meksykanie też zaczęli robić przyzwoite, a niekiedy świetne seriale. Nie wiedziałabym tego, gdybym pewnego upalnego wczesnego ranka nie zapytała wspomnianego młodego kolegi (u którego z kolei był upalny późny wieczór), czy zna jakieś ciekawe, warte polecenia tytuły. No i znał.

Sr. Ávila

Nie bez powodu wymieniłam takie tytuły jak Dexter i Breaking Bad. Można śmiało powiedzieć, że Sr. Ávila to ich kuzyn z południa, nie tylko nieustępujący im pod żadnym względem, ale wręcz atrakcyjniejszy, bo związany z o wiele ładniejszym i ciekawszym językiem. Głównym bohaterem serialu, nakręconego przez HBO Latino, jest mężczyzna, który pracuje w zakładzie pogrzebowym. I nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby zakład ten, przy okazji oficjalnej działalności, nie realizował zleceń specjalnych, których przedmiotem są ludzie wciąż żywi, a podmiotem ci, którzy pragną ich śmierci i są w stanie zapłacić za ich zabójstwo odpowiednią sumę. Nasz bohater, dorabiający sobie jako szeregowy zabójca na zlecenie, pewnego dnia zostaje mianowany szefem. I od tego momentu w jego życiu pojawiają się prawdziwe problemy.

Scenariusz stworzony z dbałością o każdy szczegół, rewelacyjny czarny humor, świetni aktorzy, ciekawe, pełnokrwiste postacie (w tym dwójka, której nie da się nie kochać: Iván i Ana) – co tu jeszcze dodać? Chyba tylko to, że każda z tych postaci ma swój niepowtarzalny idiolekt, co z punktu widzenia osoby uczącej się języka jest prawdziwym RAJEM. Nic, tylko słuchać, zapisywać i kolekcjonować. A jest co.

Inne seriale (też dobre, ale, niestety, nie aż tak), które zwróciły moją uwagę, to: Drenaje profundo, Al caer la noche, Lo que la gente cuenta, wszystkie produkowane przez TV Azteca, do znalezienia na YouTube. Jeśli chodzi o Sr. Ávila, to sprawa jest trochę bardziej skomplikowana, ale tylko trochę: trzeba wpisać w Google tytuł i dodać „ver online". Dalej poprowadzi Was już wyszukiwarka.

 

3. STACJE RADIOWE

Dostępne tu. Do wyboru do koloru, choć lojalnie ostrzegam, że niektóre przede wszystkim emitują muzykę i to po angielsku. Solidną porcję gadania po meksykańsku zapewni Wam niewątpliwie stołeczne W Radio. Przedpołudniami (czyli dokładnie w godzinach, kiedy Wy z kolei wracacie już ze szkoły bądź z pracy i kończycie jeść obiad) mają całkiem ciekawe audycje.

Dodam jeszcze, że naprawdę warto sobie od czasu do czasu posłuchać wiadomości zza oceanu. Obcy język, inna perspektywa. Korzyść podwójna.

 

diccionario-usual4. SŁOWNIKI

Co tu dużo mówić, są niezbędne. Nie zawsze da się zrozumieć z kontekstu to, co się właśnie usłyszało bądź przeczytało. Czasem nawet nie wiadomo, jak zapisać dany wyraz. A w typowych słownikach hiszpańsko-polskich wielu rzeczy najzwyczajniej w świecie nie znajdziecie. Ale no se preocupen, w Internecie naprawdę jest WSZYSTKO. Tu macie świeżutki słownik z 2015 r., dużo haseł, krótkie opisy. Przydatny dla słów rzadszych albo do sprawdzenia czegoś na szybko (o ile akurat nie zawiesza się serwer). A tu słownik mniejszy, ale za to ze szczegółowo opracowanymi hasłami. Jeśli chcecie mieć ten drugi w bardziej sensownej i ułatwiającej wyszukiwanie formie, prześledźcie te komentarze. Więcej chyba pisać nie muszę, poradzicie sobie.

 

 

W następnym odcinku zajmę się samym językiem: spróbuję naprostować kilka półprawd i ćwierćprawd powtarzanych w kółko, głównie w Internecie, na temat hiszpańskiego meksykańskiego oraz przedstawię bardziej szczegółowo wybrane przeurocze rodziny słówek-jokerów, które Meksykanie tak uwielbiają, a które mogą oznaczać dosłownie wszystko (albo nic), w zależności od kontekstu.

 

Na koniec, żeby była klamra:

W TYM temacie, tak bardzo mi bliskim, zawsze będę stronnicza. Nie oznacza to jednak, że nie rozumiem sytuacji związanej z nauczaniem hiszpańskiego w Polsce (szkoły publiczne, uniwersytety, czasem też prywatne szkoły językowe – choć tu powoli coś się zmienia). Położenie geograficzne plus taka a nie inna tradycja to bardzo silne czynniki determinujące. Hiszpański z Hiszpanii nie jest zły. Zły jest – w skali całego kraju – brak jakiegokolwiek wyboru. Tymczasem marzy mi się, żeby najpopularniejsze amerykańskie warianty hiszpańskiego były wykładane przynajmniej na niektórych kierunkach niektórych uniwersytetów, tak jak ma to miejsce w przypadku amerykańskiego angielskiego.

 

Zobacz także:

Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery
Będąc niemłodą już iberystką: pierwsze wrażenia ze studiów
Hiszpański na marginesach
Dlaczego warto oglądać obcojęzyczne „talent shows"
O „łatwości" języka hiszpańskiego

 

 

 

 

 

Będąc niemłodą już iberystką: pierwsze wrażenia ze studiów

iberystykaJak zapewne większość z Was już wie, od października jestem studentką iberystyki na Uniwersytecie Warszawskim. I zamiast, tak jak każdy normalny człowiek, poczekać z podjęciem tematu do zrobienia licencjatu, spieszę ze spisaniem pierwszych wrażeń po zaledwie miesiącu studiowania. Nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła. Jednak mimo wszelkiej natury ograniczeń, jakie niesie ze sobą pisanie takiego tekstu w tym momencie, postaram się być maksymalnie rzetelna – co nie znaczy, że obiektywna. Dorzucę tym samym kolejny (który to już?) kamyczek do olbrzymiego stosu pod nazwą „czy warto iść na filologię?"*), poruszę wiecznie żywy temat „ile procent samouctwa" i wreszcie spróbuję, na tyle ile mogę, wesprzeć na duchu osoby, które tak jak ja, w nietypowym momencie życia zaczynają coś zupełnie nowego. Chyba zdążyłam Was już przyzwyczaić, że moje artykuły to w dużej mierze spis osobistych doświadczeń. Tak będzie i tym razem, może nawet w stopniu odrobinę większym niż zwykle.

*) Muszę coś wyjaśnić: nie studiuję żadnej filologii. Studia w moim Instytucie, mimo programu równoważnego z dowolną filologią hiszpańską w kraju, do poziomu licencjatu oficjalnie zwą się kulturoznawstwem. I nie pytajcie dlaczego, bo nie mam pojęcia. Przyznam wręcz, że u mnie, jako osoby, która ma lekką obsesję na punkcie właściwego nazywania rzeczy, powoduje to lekki dyskomfort. Ale zostawmy moje obsesje w spokoju i przejdźmy do tematu właściwego.

Początek studiów na iberystyce oznacza przede wszystkim nieuchronną konieczność zaakceptowania dwóch faktów: (1) tak, w programie są przedmioty, i to liczne, niezwiązane bezpośrednio z samym językiem i, tak, trzeba na nie dużo czytać oraz (2) tak, obowiązującym wariantem języka hiszpańskiego jest ten z Półwyspu Iberyjskiego (qué sorpresa, ¿no?). Do drugiej kwestii wrócę za chwilę, tymczasem zajmę się pierwszą. Cóż, byłam na to przygotowana, a co więcej, wymyśliłam sobie już dawno, że dobrze byłoby w pewnym momencie życia móc postrzegać się jako osobę o ogólnym wykształceniu humanistycznym. I teraz mam szansę, żeby zacząć na to pracować. Bo o ile z filozofią jeszcze jakoś się wybronię, tak moja wiedza literaturoznawcza to jakieś strzępki i intuicje oparte na przypadkowych lekturach. O zakresie mojej ignorancji geograficznej i historycznej nawet nie wspomnę. Tak więc czytam co trzeba, chodzę na zajęcia i liczę, że jakiś ślad w mojej głowie zostanie.

A teraz czas najwyższy na przyjrzenie się samej esencji mojego studiowania, czyli zajęciom z praktycznej nauki języka. Tak jak Was na wstępie ostrzegałam, będę pisała przede wszystkim o własnych doświadczeniach, można by zatem tę część artykułu zatytułować „Moje zderzenie z nauką języka na studiach". Najpierw jednak podzielę się kilkoma informacjami, żebyście wiedzieli, czego możecie się spodziewać, jeśli rozważacie studiowanie iberystyki: takie zajęcia, w grupach zaawansowanych, to przede wszystkim praca na krótkich tekstach (wycinki z gazet, fragmenty książek – nieraz po lekkiej modyfikacji, teksty piosenek), definiowanie i parafrazowanie po hiszpańsku, tłumaczenie na polski, szukanie synonimów i antonimów oraz wyrazów pokrewnych, gramatyka w miarę aktualnych potrzeb, konwersacje, krótkie prezentacje na tematy rozmaite, itd. W grupach początkujących wygląda to oczywiście inaczej, korzysta się z podręczników, ale szczegółowego planu nauki Wam nie przedstawię, bo nie jest mi znany.

Pamiętacie może, jak pisałam o tym, że w pewnym momencie bycie 100-procentowym samoukiem zaczęło mi doskwierać? Doszłam do czegoś, co można nazwać motywacyjną ścianą. Mój kontakt z językiem hiszpańskim stał się niemal wyłącznie podtrzymujący i polegał na oglądaniu seriali oraz pisywaniu na chacie facebookowym z jednym czy dwoma meksykańskimi kolegami. Pierwszy efekt możecie sobie wyobrazić, jego próbki widnieją nawet na Woofli, w komentarzach pod jednym z tekstów: zaczęłam mieć narastające problemy z ortografią (choć muszę tu oddać sprawiedliwość owym Meksykanom, bo piszą wyjątkowo poprawnie i na pewno nie od nich „zaraziłam się" złą ortografią). Drugi efekt jest w pewnym sensie tożsamy z przyczyną: brakowało mi motywacji do powtarzania gramatyki, uczenia się nowych struktur i słownictwa; stanęłam w miejscu i jeszcze chwila, a zaczęłabym się cofać. Równolegle nękał mnie  iście szalony pomysł – podjąć studia na iberystyce – który rósł w siłę wprost proporcjonalnie do całej masy wątpliwości co do jego sensowności. Jak się sprawa skończyła, już wiecie.

Interesującym doświadczeniem był dla mnie egzamin ze znajomości hiszpańskiego, tuż przed rozpoczęciem studiów. Stanowił on pierwszy zewnętrzny i, nazwijmy to umownie, obiektywny sprawdzian tego, czego się nauczyłam, siedząc przed komputerem w zaciszu własnego mieszkania. I mimo że do dziś robi mi się słabo na samo wspomnienie tego, co nawypisywałam tam w wypracowaniu (tak! dnia następnego przynajmniej część popełnionych błędów stanęła mi jak żywa przed oczami i przyprawiła niemal o omdlenie), udało mi się zdobyć tyle punktów, że z dużym marginesem bezpieczeństwa zakwalifikowałam się do najbardziej zaawansowanej z grup. Oczywiście nie uchroniło mnie to przed czymś w rodzaju szoku kulturowego na pierwszych zajęciach: hiszpański z Hiszpanii, młodzi ludzie świetnie wygadani i ja, osłuchana z serialami meksykańskimi (no mames wey, no me chingues), boleśnie odczuwająca efekty tego, co sama sobie zafundowałam, czyli niemal całkowitego braku doświadczenia w mówieniu. A mogłam w końcu zainstalować sobie tego Skype'a, oj mogłam…

Szok kulturowy powoli mija, a ja staram wdrażać chyba jedyną sensowną w mojej sytuacji strategię: równoległej nauki hiszpańskiego z Półwyspu na potrzeby zajęć oraz hiszpańskiego z Meksyku na potrzeby własne. Na szczęście nie są to warianty na tyle odległe, żeby nie miały jednego, całkiem solidnego trzonu. Diabeł tkwi w szczegółach: przedmiotach codziennego użytku, kolokwializmach, odrobinę w gramatyce. (Tematowi temu zamierzam poświęcić mój następny tekst. Napiszę o tym, jakie korzyści i potencjalne problemy wiążą się z uczeniem się hiszpańskiego meksykańskiego, w czym tak naprawdę wersja ta różni się od iberyjskiej oraz jak wykorzystać Internet i gdzie szukać materiałów do nauki). Moim celem na najbliższe trzy lata jest wypracowanie sobie takich dwóch szczelnie oddzielonych mentalnych szufladek z etykietami „Meksyk" i „Hiszpania" i płynne przechodzenie między jedną a drugą w zależności od potrzeb, ale niemieszanie ich zawartości. Póki co, bywa różnie, w końcu wciąż się uczę. Czasem okazuje się, że znane mi słowo, które automatycznie klasyfikuję jako meksykanizm, jest w użyciu także w Hiszpanii i ma się dobrze. Bywa też na odwrót: nowo poznany na zajęciach wyraz, który brzmi tak hiszpańsko, jak tylko może, znajduję później w słowniku hiszpańskiego meksykańskiego. (Powiem Wam w tajemnicy, że zawsze tak się dziwnie składa, że moje pomyłki z pierwszej grupy dotyczą słów ładnych, a z drugiej – nieco brzydszych).

Przechodząc powoli do ostatniej kwestii, jaką planowałam poruszyć, przyznam, że te studia to dla mnie naprawdę niezły zastrzyk energii i motywacji, nie mówiąc o intelektualnej inspiracji – całe wieki np. nie używałam wyrażenia piorun nagły, teraz używam często i z upodobaniem, a kto studiował iberystykę bądź filologię hiszpańską, ten wie, dlaczego. Zajęcia o mitologii Majów w połączeniu z zajęciami z praktycznej nauki języka wzbudziły we mnie lawinę refleksji, które zaowocowały opowiadaniem o królikach (chyba dość łopatologicznym i, niestety, banalnym, jak się już złapie trop, więc póki co nie planuję zamieszczać go nigdzie w sieci). I tak dalej, przykłady mogłabym mnożyć (jak króliki, chciałoby się rzec, tylko w sposób nieco bardziej kontrolowany).

Czy są minusy? Ależ oczywiście. W moim przypadku minus jest jeden, ale za to dokuczliwy. Jako osoba, której praktycznie całe życie zawodowe i duża część towarzyskiego w ostatnich latach miały miejsce w Internecie, doświadczam właśnie radykalnej zmiany trybu życia. Dochodzi do tego konieczność poprzestawiania jednych rzeczy, wyeliminowania drugich i pogodzenia ze sobą kolejnych – czyli wszystko to, co w naturalny sposób zaczyna nam towarzyszyć w pewnym wieku. W efekcie mój organizm się zbuntował i zrobił mi psikus w postaci długotrwałej i uporczywej bezsenności. Jak widać, w życiu nie można mieć zbyt dobrze. Pozostaje mi nadzieja, że z czasem wszystko się unormuje. I całkiem poważnie rozważam naukę jakiejś medytacji (żadnej trans-, mam na myśli coś na wskroś europejskiego).

I na koniec: co z moją aklimatyzacją wśród młodzieży? Czy jest i dla Was nadzieja, drogie staruszki i drodzy staruszkowie, rozważający powrót na łono uczelni, żeby zintensyfikować naukę języka obcego albo wręcz nauczyć się nowego języka od zera? Ja tę nadzieję widzę. A nawet nie tyle nadzieję, co pewność, że tak. Nie wiem, jak z innymi filologiami/kulturoznawstwami, ale na iberystyce mamy niezły przekrój wiekowy. Studenci w typowym wieku pierwszorocznym oczywiście stanowią większość, ale zadziwiająco dużo jest osób kilka lat starszych, nie brakuje też -naście, a nawet -dzieścia lat starszych. Trzeba tylko pamiętać – łatwo mi pisać, a sama jeszcze mam trudności z przyswojeniem tego oczywistego faktu – że typowy adresat takich studiów, to 19-latek umiarkowanie zainteresowany językiem i mocno zainteresowany odkrywaniem szeroko pojętego życia (co, mam nadzieję, nie zostanie odczytane jako krytyka 19-latków). A dzisiejsza uczelnia ma coś z rynku.

 

Zobacz także:

75% samouctwa, czyli czarna owca na Woofli
Czy Polak może (na)uczyć się hiszpańskiego meksykańskiego?
Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery
Hiszpański na marginesach
Co Polak może zaoferować światu? Wymiana nie tylko językowa

 

 

 

 

Angielski z kryminałem + wyznania językowej monogamistki

edgardDzisiejszy tekst będzie w mojej wooflowej „karierze" drugim niezwiązanym ani z językiem, ani z szeroko pojętą kulturą krajów hiszpańskojęzycznych. Odstawiwszy na chwilę na bok temat przewodni mojego cyklu, opowiem Wam o tym, jak postanowiłam przeprosić się z językiem angielskim i co z tego wynikło. A wynikły dwie rzeczy: dzięki uprzejmości wydawnictwa Edgard trafiła w moje ręce książka „Cold Little Hand", którą za chwilę zrecenzuję, a poza tym na własnej skórze przekonałam się, co w praktyce oznacza zjawisko hamowania retroaktywnego, czyli, mówiąc po ludzku, sytuacji, która ma miejsce, kiedy świeżo przyswojona nowa wiedza przysłania nam wiedzę starą na pokrewny bądź powiązany temat i „włazi" na nią i ją zniekształca, nie pozwalając jej się wydobyć w czystym kształcie.

1. Angielski z kryminałem – recenzja książki „Cold Little Hand" wydawnictwa Edgard.

Już od pewnego czasu nosiłam się z zamiarem odświeżenia sobie języka angielskiego, który ostatnio całkowicie zaniedbałam, toteż kiedy pojawiła się możliwość zrecenzowania jednej z pozycji wydawnictwa Edgard, zastanawiałam się tylko krótką chwilę, po czym wybrałam kryminał „Cold Little Hand". Skąd taki akurat wybór? W zeszłym roku pisałam o stronie internetowej Lecturas paso a paso, gdzie można znaleźć teksty dostosowane do różnych poziomów zaawansowania językowego, zawierające tłumaczenia trudniejszych słów. Na pewnym etapie nauki hiszpańskiego bardzo sobie ceniłam tego typu pomoce, więc pomyślałam, że warto by spróbować czegoś podobnego w ramach własnej reedukacji z angielskiego, bo zamysłem serii „Angielski z kryminałem" jest połączenie lektury minipowieści kryminalnych z aktywną nauką języka. Każdy z tekstów opracowano tak, aby – przynajmniej w założeniu – odpowiadał określonemu poziomowi biegłości językowej: A2, A2/B1, B1/B2, B2, B2/C1.

Zanim przejdę do sedna, dodam jeszcze (bo część z Was może czuć się nieco zdezorientowana), że poniższe słowa są od początku do końca moją szczerą opinią. Nie mam żadnego interesu ani w wychwalaniu, ani w krytykowaniu książki.

Jak zatem wygląda ten nasz kryminał? Składa się on z 37 krótkich rozdziałów. Trudniejsze słowa i wyrażenia w tekście zostały wytłuszczone, a ich tłumaczenia możemy zobaczyć tuż obok, na marginesach. Po każdym rozdziale pojawiają się ćwiczenia różnego typu (pytania dotyczące tekstu, krzyżówki, znajdowanie synonimów, uzupełnianie luk itp.), mające na celu utrwalenie słownictwa i struktur, jakie występują w danym rozdziale. Łącznie jest ich 80. Na końcu znajdziemy klucz odpowiedzi do ćwiczeń oraz słowniczek.

edgard2

Tak to wygląda. Ilustracja na podstawie fragmentu dostępnego na stronie wydawnictwa.

 

Sam pomysł uważam za świetny: tłumaczenia tu, na miejscu, wystarczy rzut oka na margines i już wszystko wiemy, nie tracimy czasu i cierpliwości na wertowanie słownika. Zastanawiam się jednak, według jakiej reguły dobrano słowa wytłuszczone, przeznaczone do tłumaczenia i te, które tłumaczenia nie wymagają przy zakładanym poziomie tekstu B1/B2. Co robiły na marginesach słowa takie jak evil, previous, spirit, located, trace i wiele innych? Przyznam, że chwilami czułam się nieco zdezorientowana, zwłaszcza, kiedy brakowało mi tłumaczenia jakiegoś phrasal verb, a zamiast niego „dowiadywałam się", co oznacza behave. Nie przeczę jednak, że odnalazłam też całkiem sporo słów i wyrażeń, których nie znałam i/lub których umieszczenie na marginesie wydało się uzasadnione.

Przyjrzyjmy się teraz szacie graficznej. Może powyższy obrazek tego do końca nie oddaje, ale zarówno kolorystyka (ten uspokajający błękit marginesów), jak i czcionka są naprawdę miłe dla oka i sprawiają, że strony przewraca się z przyjemnością. Dodatkowy smaczek stanowią małe pistoleciki kończące każdy z rozdziałów. Bardzo podoba mi się też projekt okładki. Szata graficzna to mocny plus książki.

A sama historia? Nie chcę za dużo zdradzać, więc ograniczę się do zaledwie kilku słów. Czytelnik śledzi przygody tajnego agenta, który ma za zadanie wcielić się w rolę pisarza przygotowującego kolejną powieść – a to wszystko po to, żeby rozpracować bałkańską grupę przestępczą zajmującą się… przemytem książek. Oprócz kryminalnej intrygi opartej na zabawnym pomyśle mamy tu też ciekawe nawiązania literackie i kulturowe, tropienie których zostawiam przyszłym Czytelnikom. Wbrew moim początkowym obawom związanym z – co by nie mówić – sztucznym tekstem służącym do nauki języka, zdania brzmią całkiem naturalnie, a i sama historia jest nie najgorsza, choć przyznam, że nie wciągnęła mnie aż tak, żebym niecierpliwie przewracała kolejne kartki. Przyczyn tego ostatniego nie upatruję jednak w samej konstrukcji książki – po prostu, jako czytelniczka niemal nałogowa różnych rodzajów literatury, w tym kryminałów, jestem w zasadzie skazana na  poczucie, że wszystko już było…

Czy polecam „Cold Little Hand"? TAK. Komu przede wszystkim ją polecam? Osobom, które uczą się angielskiego na poziomie średnio zaawansowanym i lubią kryminały. Tego typu teksty na pewno nie zastąpią kontaktu z żywym językiem, ale mogą być naprawdę świetną pomocą i katalizatorem procesu nauki oraz, najzwyczajniej w świecie, sposobem na miłe spędzenie czasu połączone z nauką angielskiego.

Tytuł: Cold Little Hand
Autor: Kevin Hadley
Seria: Angielski z kryminałem
Liczba stron: 168
Wydawnictwo Edgard


 

2. Wyznania monogamistki językowej, czyli hamowanie retroaktywne w praktyce

Z lekką zazdrością, ale też z niemałą dozą ciekawości badacza, patrzę na osoby, które interesują się nauką języków obcych. Języków, w liczbie mnogiej, nawet bardzo mnogiej, z uwzględnieniem tych najbardziej egzotycznych. Natomiast w moim życiu zawsze był obecny TEN JEDYNY język obcy, do którego inne się nie umywały. Przez lata całe, począwszy od dzieciństwa z Ulicą Sezamkową, poprzez dorastanie z Listą Przebojów Trójki i muzyką z wytwórni Motown i Warner, aż po okres studencki w otoczeniu anglojęzycznych artykułów naukowych, towarzyszył mi język angielski. Nie była to relacja najbardziej zażyła z możliwych – po dobiciu do przyzwoitego biernego B2 już tylko ją podtrzymywałam – ale była stabilna i wieloletnia, dopóki nie pojawił się w moim życiu język hiszpański, który mnie totalnie oczarował i bez reszty zaabsorbował. Wszystko się zmieniło, angielski poszedł w odstawkę na długo.

Dopiero niedawno uznałam, że szkoda tych lat włożonej pracy i zdobytej wiedzy, że trzeba coś zrobić, by ocalić angielski od zapomnienia. Zaczęłam czytać różne teksty i muszę przyznać, że pierwsze z nimi zderzenie zniosłam bardzo źle, odczuwałam niemal fizyczny ból przedzierając się przez tak obcą mi, choć kiedyś znajomą, materię. Teraz jest już trochę lepiej, powoli odgruzowuję te co trzeba elementy. Prawdziwy problem pojawia się, kiedy próbuję sklecić jakąś wypowiedź. Niemal zawsze kończy się to niezwykle kreatywnym radosnym spanglish. Yesterday I saw a Ana. She… lookaba? lookía? looked! uff… muy hermosa. I tak dalej.

I przypomniał mi się pewien mężczyzna ze Stanów Zjednoczonych, który postanowił zrobić na sobie eksperyment i nauczyć się jeździć na odwrotnym rowerze (czyli takim, który po zwróceniu kierownicy w lewo skręca w prawo i vice versa). Żaden człowiek nie jest w stanie pojechać na czymś takim bez wcześniejszego treningu. Naszemu bohaterowi zajęło 8 miesięcy codziennych, kilkuminutowych ćwiczeń nauczenie się sztuki prowadzenia odwrotnego roweru. Po prostu, w pewnym momencie nastąpiło „klik" i jego mózg się przestawił. Początkowo wprawdzie byle dystraktor powodował upadek, ale z czasem pełna koncentracja na czynności przestała być niezbędna. Pewnego dnia ów człowiek pojechał do Amsterdamu i wypożyczył zwykły rower. I… nie był w stanie na nim pojechać! Dopiero po 20 minutach intensywnych prób nastąpiło drugie „klik" i wszystko wróciło do normy. Zastanówmy się jednak, co by było, gdyby nasz bohater nie był zapalonym rowerzystą od szóstego roku życia, a jego treningi jazdy na odwrotnym rowerze trwały nie pięć minut, a pięć godzin dziennie.

Morał z obu historii jest jeden: jeśli uczycie się dwóch lub więcej języków i chcecie każdym z nich władać w miarę przyzwoicie, nie zaniedbujcie jednych kosztem innych. Strzeżcie się efektu hamowania retroaktywnego! A relację z rowerowego eksperymentu możecie obejrzeć TU.

 

Co Polak może zaoferować światu? Wymiana nie tylko językowa

PolskaRobiąc niedawno porządki w firefoksowych zakładkach, trafiłam na ciekawy, a dawno już przeze mnie zapomniany, wygrzebany na jakimś forum dyskusyjnym tekst Leona Szkutnika „Jak nauczyć się obcego języka"?, opublikowany w jednym z wydań Wiedzy i życia z 1997 r. Autor podkreśla m. in., jak ważny jest kontakt z żywym językiem i zachęca do intensywnego oglądania zagranicznej telewizji oraz czytania gazet. Jest też kilka zdań o pozytywnej roli odpowiednio nastawionego nauczyciela, a całość kończy się konkluzją:

Nie zapominajmy jednak o rzeczy najważniejszej – przy dzisiejszej dostępności środków również praca bez nauczyciela, może z pomocą kogoś, kto zna język, ma sens.

Aż chciałoby się zakrzyknąć: ON JESZCZE NIE WIE! Zaledwie kilka lat wystarczyło, żeby Internet, wówczas jeszcze dobro luksusowe, stał się czymś powszechnym. A wraz z nim błyskawicznie rozwijające się serwisy typu YouTube, pozwalające na maksymalną personalizację oglądanych treści oraz portale umożliwiające nawiązanie kontaktu z rodzimymi użytkownikami najróżniejszych języków. Właśnie od tego momentu możemy mówić o realnej dostępności środków: nie musimy mieć kablówki, mieszkać blisko dużych bibliotek, posiadać funduszy na zagraniczne wycieczki ani ograniczać się w wyborze języka do angielskiego lub niemieckiego. Nigdy wcześniej dostęp do najróżniejszych materiałów, jak i kontakt z tzw. native speakerami, nie były tak łatwe.

Native speaker. Nie sposób odmówić temu określeniu pewnej dozy absurdu zawsze wtedy, kiedy jest używane w odniesieniu do mieszkańców krajów innych niż anglojęzyczne. Zostańmy więc przy rodzimym użytkowniku. Temat kontaktów z rodzimymi użytkownikami języków, których się uczymy, przeważnie wywołuje silne emocje i gorące dyskusje wokół najróżniejszych kwestii: od trudności nawiązania takiego kontaktu i jego użyteczności, poprzez psychologiczny aspekt dokonywania i otrzymywania korekt, aż po etykę flirtowania z osobami mieszkającymi nieraz tysiące kilometrów od nas. Na samej Woofli pojawiło się już kilka artykułów na temat różnych form wymiany językowo-kulturowej (linki na dole, pod „Zobacz także"), nie sądzę też, żeby mój tekst był ostatnim głosem w tej sprawie.

Nie poświęcę dużo miejsca na porady, gdzie szukać tych mitycznych rodzimych użytkowników, bo zrobili to rzetelnie i szczegółowo moi poprzednicy. Na pewno warto zainteresować się ogromnym i bezpłatnym portalem wymiany językowej InterPals, a jeśli bardziej niż na poznawaniu nowych osób zależy Wam na korektach Waszych tekstów, zajrzyjcie na lang-8. Nierzadko jednak zdarza się, że wartościowych partnerów do dyskusji poznajemy niejako przy okazji, zupełnie gdzie indziej. Wiele osób preferuje zwyczajne zagraniczne fora dyskusyjne bądź portale społecznościowe. Jeśli chodzi o mnie, miło zaskoczył mnie… Facebook. Polubiłam kiedyś stronę El muro de los idiomas, zrzeszającą przede wszystkim hiszpańskojęzyczne osoby uczące się innych języków, ale i pełną ciekawostek na temat samego hiszpańskiego, jego historii, gramatyki i ortografii. Napisałam któregoś dnia komentarz, który ku mojemu zaskoczeniu zebrał ponad 60 polubień i wyświetlał się jako najbardziej widoczny. Zaskoczenie było jeszcze większe, kiedy okazało się, że mam dwa nowe zaproszenia do grona przyjaciół od nieznanych mi Meksykanów. Po krótkim zastanowieniu oba zaproszenia przyjęłam. Dziś stwierdzam, że to była bardzo dobra decyzja.

Zamykając okienko czatu facebookowego po kolejnej sympatycznej i najnaturalniejszej w świecie rozmowie z meksykańskim kolegą,  próbowałam przypomnieć sobie, jakie uczucia towarzyszyły mi, kiedy nawiązywałam pierwsze kontakty z hispanohablantes. Powiedzmy sobie szczerze, dominowały wśród nich różnego rodzaju wątpliwości i obawy, które na szczęście okazały się w dużej mierze niesłuszne, a przynajmniej wyolbrzymione. Z tego co słyszę i czytam, wielu Polaków podziela podobne obawy, dlatego spróbuję skonfrontować je z rzeczywistością, przefiltrowaną oczywiście przez własne doświadczenia. Oto główne czynniki filtrujące (plusy w nawiasach postawiłam przy czynnikach ułatwiających sytuację wymiany językowej, a minusy przy utrudniających):
– uczę się hiszpańskiego (+, język jest popularny)
– preferuję dialekt meksykański (+, dialekt jest popularny, a Meksykanów dużo)
– jestem Polką (-, mało osób wie, gdzie leży Polska, a jeszcze mniej chce się uczyć naszego języka)
– jestem kobietą (+, wystarczy założyć konto, a pojawiają się pierwsze wiadomości, w dodatku jakaś 1/4 z nich jest „na temat")
– mam już zagospodarowane życie uczuciowe (-, portale wymiany językowej mają wiele cech portali randkowych).

A oto owe popularne obawy, które stały się też moim udziałem, a które niemal całkowicie rozwiały się w kontaktach z Meksykanami:

1. Jestem Polakiem / Polką, więc nikt nie zainteresuje się mną jako partnerem do wymiany językowej, bo nikt nie uczy się polskiego.

Cóż, faktycznie niewiele osób na świecie uczy się polskiego jako języka obcego. Wszelkie deklarowane zainteresowanie kończy się zazwyczaj na: „Wow! Jaki ten twój język fajny, taki egzotyczny, musisz mnie kiedyś go nauczyć". Nie trzeba się tym jednak nadmiernie przejmować, bo to, co w teorii miałoby być wymianą językową, w praktyce przeważnie sprowadza się do sympatycznych rozmów na tematy wszelakie w języku, którego to my się uczymy. Pierwszy regularny kontakt, jaki udało mi się nawiązać przez Interpals, zaczął się od wysłanej mi przez pewnego Meksykanina wiadomości o treści mniej-więcej: dziękuję za odwiedzenie mojego profilu, chętnie pomogę ci w hiszpańskim, napisz mi coś o swoim kraju. Możecie wierzyć lub nie, ale on autentycznie chciał się dowiedzieć, jak się aktualnie żyje w Polsce, jacy są Polacy, czym charakteryzuje się nasz język itd. I nie był jakimś szczególnym polonofilem, po prostu nie kłamał, pisząc na swoim profilu, że lubi poznawać inne kultury.

Korespondencja oczywiście rozwijała się wielowątkowo. Ucieszyłam się, kiedy mój rozmówca wyznał, że jest miłośnikiem światowego kina – skłoniło mnie to do prób zrewidowania własnego przeświadczenia, że nasz kraj nie ma nic wartościowego do zaoferowania w tej dziedzinie. Z przyjemnością wydobywałam z otchłani skrzywionej pamięci polskie filmy, które zrobiły na mnie duże wrażenie i podsuwałam mu tytuły takie jak „Pora umierać", „Rewers", „Mój rower" i pomagałam w wyszukiwaniu angielskich napisów. Po co to o tym wspominam? Właśnie po to, żeby pokazać, że nawet jeśli druga osoba nie uczy się polskiego, wymiana zawsze będzie dwustronna. Bo na portalach wymiany językowej, jak wszędzie indziej, za każdym razem mamy do czynienia z konkretnym człowiekiem, który ma swój unikalny zestaw zainteresowań i potrzeb, wychodzących daleko poza kwestie nauki języka.

Mam nadzieję, że choć trochę pomogłam osobom nieprzekonanym rozprawić się z pierwszą powszechną obawą. Czas na następne:

2. Nawet jeśli ktoś jakimś cudem będzie chciał mi pomóc w nauce języka, to przecież nie mogę go traktować jako darmowego korepetytora. Skąd mam wiedzieć, czy właśnie nie nadużywam cierpliwości rozmówcy?

Ten problem bardzo szybko „sam się rozwiązuje" w praktyce: zaczynam z kimś korespondencję i już wiem, że chodzi przede wszystkim o wymianę myśli z drugą osobą, nauka języka odbywa się gdzieś w tle, przy okazji. Sytuacja imitująca szkolną lekcję byłaby nie tylko uciążliwa dla naszego rozmówcy, ale też niemiłosiernie nudna dla obu stron. Nie znaczy to oczywiście, że nie należy zadawać pytań czy dzielić się własnymi wątpliwościami lingwistycznymi. Rodzimy użytkownik języka odpowie nam chętnie i zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą. Jak zadawać pytania, aby uniknąć różnorodnych pułapek? Odpowiedzi udzieli Wam artykuł z zaprzyjaźnionego bloga: w wersji polskiej i w wersji hiszpańskiej.

3. Mam do czynienia z osobą z zupełnie innej kultury, mojej znajomości języka jeszcze sporo brakuje do perfekcji. Co będzie, jeśli kogoś niechcący urażę?

To zupełnie naturalna obawa, w dodatku chyba w równym stopniu dotycząca nas, jak i naszego rozmówcy. (Wychodzę z założenia, że nie warto podejmować jakichkolwiek interakcji z osobami, które nie są w stanie zrozumieć, że ewentualne niezręczności mogą być obustronne i wynikać wyłącznie z niewiedzy bądź czysto językowego nieporozumienia). Na portalach, gdzie deklaruje się swój poziom znajomości języka, warto go nie przeceniać, nawet biorąc poprawkę na to, że się go odrobinę zaniży – zawsze człowiek potem czuje się bezpieczniej np. w sytuacji, kiedy w języku hiszpańskim zrobi małą literówkę i niechcący z formy „ty" przejdzie na „pan/pani" (pół biedy) albo na odwrót (znacznie gorzej). Jednak przy odrobinie wyobraźni i empatii, najlepiej w połączeniu z dużą dawką poczucia humoru, problem wzajemnego „urażania" w zasadzie przestaje istnieć.

Dość optymistycznie wyszło, prawda? W zamian możecie podzielić się Waszymi obawami, zarówno tymi potwierdzonymi, jak i rozwianymi.

 

 

Zobacz także:

Za co kocham lang-8.com i gdzie szukać przyjaciół
Jak w praktyce wygląda poszukiwanie partnera językowego
Garść (nie)poważnych refleksji na temat programu Erasmus
Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje przedwyjazdowe
Surfowanie między kanapami
Czy Polak może (na)uczyć się hiszpańskiego meksykańskiego?
Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery

 

 

 

 

Dlaczego warto oglądać obcojęzyczne „talent shows"

la-voz-argentina-telefePamiętacie, jak pisałam o wyczerpaniu się mojej dotychczasowej formuły nauki języka hiszpańskiego i konieczności szukania nowych materiałów oraz sposobów nauki? Szybko okazało się, że odczuwam m.in. palącą potrzebę zmiany formy kontaktu z językiem mówionym. Oglądanie telenowel z Telemundo do pewnego etapu sprawdzało się świetnie, ale przestało wystarczać. To co początkowo było dla mnie ich zaletą, czyli dostosowywanie się wszystkich aktorów, niezależnie od pochodzenia, do standardu meksykańskiego, przerodziło się w uciążliwe ograniczenie. Chciałam wreszcie posłuchać – i to w dużej dawce – języka dokładnie takiego, jakim posługują się ludzie w danym kraju. Języka zróżnicowanego międzyosobniczo i nieugrzecznionego na potrzeby serialu, programu dokumentalnego czy wykładu.

Mój los był w zasadzie przesądzony: wiedziałam, że będę musiała zainteresować się gatunkami takimi jak reportaż, talk show, talent show, teleturniej. I wśród nich znaleźć coś, najlepiej cyklicznego, co da się oglądać bez bólu. Po tym, jak kilka (kilkanaście?) razy trafiłam kulą w płot, algorytm youtube'owy wreszcie się nade mną zlitował i podsunął mi fragment programu La Voz Kids. Co prawda widok współzawodniczących ze sobą dzieci nie należy do najweselszych, choćby nie wiem jak dobrze śpiewały, ale kierunek okazał się dobry. Zaczęłam wpisywać „la voz…" w najróżniejszych kombinacjach z nazwami krajów i tak trafiłam na komplet pełnych (i pełnoekranowych) odcinków La Voz Argentina. Moja nauka języka hiszpańskiego wkroczyła na nowe tory. Wkrótce też miałam się przekonać o czymś, co już wcześniej mgliście przeczuwałam na podstawie przypadkowych strzępów dotychczasowej wiedzy: Argentyna jest pięknym krajem o bogatej i ciekawej kulturze.

la-voz-el-jurado

Jurorzy na swoich słynnych obrotowych fotelach słuchają kolejnego głosu. Po kliknięciu zobaczycie zdjęcie w powiększeniu.

Na pewno wielu z Was orientuje się, przynajmniej z grubsza, jak wyglądają programy oparte na holenderskim pomyśle The Voice, bo powstała również nasza krajowa adaptacja, znana pod jakże polską nazwą The Voice of Poland. (Jak dotąd, TVP wyemitowała pięć edycji, a to jeszcze nie koniec, bo będzie i szósta…) Tym szczęśliwcom, którzy od lat żyją z dala od wszelkiej telewizji, najkrócej jak umiem opiszę zasady całej zabawy. La Voz zaczyna się od Przesłuchań w ciemno (Audiciones a ciegas), gdzie uczestnicy, wyłonieni spośród wielu podczas wstępnych kwalifikacji (oszczędzonych widzowi) prezentują się czwórce jurorów, odwróconych plecami do śpiewającego. Jeśli dany głos spodoba się któremuś z jurorów, ten naciska przycisk, a jego ruchomy fotel wykonuje obrót o 180 stopni. Śpiewający automatycznie trafia do drużyny jurora, a ten staje się jego trenerem w walce o wygraną. W sytuacji, w której odwróci się więcej niż jeden juror, to uczestnik wybiera, do kogo chce trafić. Kiedy już ekipy wszystkich trenerów są skompletowane, przychodzi czas na lekkie ich odchudzenie w kolejnym etapie o nazwie Bitwy (Batallas). Wewnątrz każdej z grup uczestnicy zostają dobrani w pary lub trójki i kolejno współzawodniczą między sobą, śpiewając przydzieloną im piosenkę. Jedna osoba z duetu lub tria zawsze musi odpaść. Tak przerzedzone drużyny czekają później jeszcze dogrywki, po czym pięcioro szczęśliwców z każdej grupy uczestniczy w kolejnych Odcinkach na żywo (Shows en vivo), aż w finale wyłoni się zwycięzca, który zyska tytuł – w naszym przypadku – La Voz Argentina. Im bliżej finału, tym mniej do powiedzenia mają jurorzy, których rolę, jak to w komercyjnym widowisku, przejmują widzowie, głosujący za pomocą sms-ów.

Skoro już wiecie, jakie pobudki mogą skłonić osobę uczącą się języka obcego do skierowania zainteresowania w stronę talent show i z grubsza poznaliście formułę, na jakiej opiera się program będący naszym dzisiejszym bohaterem, czas na kilka konkretów: jakie korzyści odniosłam, poświęcając kilkadziesiąt godzin mojego życia na oglądanie La Voz Argentina? Pozwolę sobie upchnąć owe korzyści do trzech odrębnych kategorii i dla porządku przymknąć oko na to, że kategorie te miejscami muszą na siebie zachodzić.

1. Język.

Uczestnicy La Voz pod względem pochodzenia, wykształcenia, inteligencji, sytuacji życiowej, cech fizycznych, stanowili cały przekrój społeczeństwa. Program spełnił więc moje podstawowe wymaganie, o którym wspomniałam na początku, mianowicie pozwolił mi posłuchać żywego języka w całym swym bogactwie i zróżnicowaniu. Wbrew początkowym obawom, bardzo szybko przyzwyczaiłam się do brzmienia argentyńskiego rioplatense, z jego charakterystyczną wymową głoski ll/y (dźwięk podobny do naszego sz, czasem ż) i częstym „zjadaniem" s albo zamienianiem go w j (czyli, po naszemu, w głoskę h). Tak czy inaczej, zrozumienie kilkorga z uczestników, przeważnie mieszkańców wsi i małych miasteczek, przysporzyło mi nieco problemów.

To, co uderzyło mnie szczególnie podczas przysłuchiwania się mowie Argentyńczyków, to wszechobecna włoska intonacja. Teoretycznie wiedziałam o silnych wpływach Włochów i ich języka w tym kraju, ale słuchanie hiszpańskich fraz wymawianych z włoskim zaśpiewem było doświadczeniem naprawdę ciekawym. Kogoś przyzwyczajonego do bardziej popularnych dialektów hiszpańskiego, mogłaby też zdziwić forma vos, używana dla 2. osoby l. poj (pisałam o niej tu). Tak się mówi w Argentynie. Usłyszymy więc: cantás muy bien, tenés una voz maravillosa, sos un genio, …

2. (Pop)kultura

La Voz Argentina, jako typowe talent show, ma podstawową zaletę tego typu programów: daje możliwość poznania artystów, na których wychowywały się pokolenia Argentyńczyków i usłyszenia piosenek, które zna każde dziecko w tym kraju. Z czwórki jurorów, trójka to gwiazdy argentyńskiej muzyki popularnej: śpiewająca folk, pełna cudownej energii Soledad Pastorutti, znana też jako La Sole, dziwaczny i sympatyczny elektropopowy duet Miranda! oraz popowy piosenkarz Axel. Ten ostatni, zarówno stylistyką (muzyczną i wizualną), jak też sposobem bycia, do złudzenia przypominał mi naszego Piaska, który nb. był jurorem w polskiej edycji programu. Z ciekawości przejrzałam fragmenty z kilku innych krajów, żeby sprawdzić, czy ten „Piasek" to taki standardowy element formuły, ale okazało się, że nie.

Oczywiście uczestnicy, poza utworami rodzimych wykonawców, chętnie sięgali po piosenki popularne w całej Ameryce Łacińskiej, a często również po światowe przeboje. Co najmniej 1/3 całego repertuaru śpiewali po angielsku. Do tego wątku wrócę za chwilę, a tymczasem zaprezentuję Wam samą esencję argentyńskości. La arenosa w oryginale wykonywana była przez legendę argentyńskiego folku, Mercedes Sosę. Tu – w interpretacji jednego z uczestników La voz, Mario Suareza, należącego do drużyny La Sole:

3. Ludzie

Wydawałoby się, że ujednolicona formuła programu The Voice / La Voz nie pozostawi widzowi wiele miejsca na obserwacje natury socjologicznej. Nic bardziej mylnego. Wystarczy obejrzeć fragmenty odcinków z kilku krajów, żeby zorientować się, jak bardzo – mimo formalnych podobieństw – różni się La Voz Argentina od La Voz Perú czy oryginalnego holenderskiego The Voice. Poza tym w programie, jak już wcześniej wspomniałam, biorą udział ludzie zróżnicowani pod każdym niemal względem, których łączy jedynie pasja i zdolności muzyczne. Mamy więc przekrój całego społeczeństwa.

Jaki zatem obraz społeczeństwa argentyńskiego wyłania się z programu? Jeśli miałabym opisać w kilku słowach rzeczy, które rzuciły mi się w oczy, byłyby to: wszechobecna otyłość, jeszcze bardziej wszechobecne włoskie nazwiska, otwartość na świat, dobra znajomość angielskiego, bezpośredniość w kontaktach, zamiłowanie do kuchni włoskiej. Przegląd różnych statystyk i lektura notek encyklopedycznych w dużej mierze poparły moje obserwacje. W kraju, do którego tak licznie przybywali włoscy imigranci i w którym obecnie blisko połowa mieszkańców ma włoskich przodków, nie może dziwić fakt, że co trzecia osoba nazywa się Battaglia, di Paolo, Mazzitelli czy Pastorutti, a co piąta okazuje się kucharzem specjalizującym się w pizzy i daniach z makaronu… W przypadku pozostałych wymienionych zjawisk (zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych) ich przyczyny doszukiwałabym się w rosnącym standardzie życia, a co za tym idzie, coraz większym dostępie do nowych technologii.

Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, na chwilę zatrzymam się przy wątku stosunku uczestników La Voz Argentina do języka angielskiego. Słyszeliście na pewno o tym, że mieszkańcy krajów Ameryki Łacińskiej raczej niechętnie uczą się tego języka. Na ich tle Argentyna, z wysokim english proficiency index, jest wyjątkiem. W jaki sposób fakt ten odzwierciedlał się w programie? Duża część uczestników nie bała się śpiewać po angielsku. Szacuję, że ok. 1/3 utworów była wykonywana w tym języku (co dla mnie przeważnie oznaczało bodziec do przewinięcia dalej,  bo przeboje Madonny czy The Beatles były akurat ostatnią rzeczą, jakiej szukałam w programie). Zdarzały się oczywiście osoby, które zarzekały się, że będą śpiewać wyłącznie en castellano, a wyznaczenie im piosenki po angielsku traktowały jako dopust boży, ale stanowiły raczej wyjątek niż regułę.

I wszystko byłoby świetnie, gdyby nie niepokojące spostrzeżenie, że angielski zdaje się powoli wkradać do codziennej mowy Argentyńczyków. Jeszcze jakoś bym zniosła to, że Odcinki na żywo nazwano Shows en vivo (dla porównania, w La Voz PerúConciertos en vivo). Nie podobało mi się jednak, że na trenerów mówiono los coach zamiast los entrenadores, a najlepszym sposobem pochwalenia czyjegoś wyglądu były słowa: me encanta tu look

——————————–

Argentyńczycy nie byli tak nienasyceni w wyszukiwaniu muzycznych talentów jak choćby nasi rodacy i jak dotąd, zadowolili się jedną edycją La Voz. Dzięki temu program, który oglądałam, miał w sobie pewną świeżość i energię, widać było i czuć prawdziwe emocje. (Dla porównania, La Voz México, dostępna na YouTube w V edycji, jest dla mnie nieoglądalna). Byłabym jednak daleka od prawdy twierdząc, że w La Voz Argentina uniknięto charakterystycznego dla tego typu produkcji grania na uczuciach widza. W miarę zbliżania się do finału coraz bardziej koncentrowano się na prywatnym życiu uczestników, na zasadzie: im więcej dramatów, tym lepiej. Było więc spotkanie rodzinne po latach rozłąki, byli młodzi chłopcy, którzy w pocie czoła wytrwale pracowali, aby utrzymać rodzinę, była chora na raka matka, która zalewała się łzami widząc syna na scenie. Cóż, igrzyska rządzą się własnymi prawami. Ale zachowując odrobinę dystansu i kierując uwagę na rzeczy istotne, można się przekonać, że taki talent show to prawdziwa skarbnica wiedzy o kraju, jego mieszkańcach i ich języku.

 

 

Zobacz także:

Urugwajskie głosy
Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery
Hiszpańskie filmy, które łatwo przeoczyć
Jak oglądać telenowele i nie zwariować

Hiszpański na marginesach

 

 

 

 

Nie ma mówcy bez słuchacza, czyli nabywanie języka okiem B.F. Skinnera

clipartpanda.com

Rozmawiamy… źródło:clipartpanda.com

Czas najwyższy, żebym zajęła się tematem, którego podjęcie już niejednokrotnie obiecywałam. Przez wiele lat interesowałam się, a przez kilka lat bardziej serio zajmowałam, analizą zachowania (ang. behavioral analysis), której początki i solidne podstawy leżą w działalności naukowej i pracach B. F. Skinnera. Dlatego nie było siły, która pozwoliłaby mi uniknąć krótkiego przynajmniej przybliżenia skinnerowskiej teorii nabywania języka czytelnikom strony o tematyce językowej. Traktuję to jako coś w rodzaju kronikarskiego obowiązku. Tym niemniej, uważam również za ciekawostkę, którą warto się podzielić. Kim był ów Skinner, możecie przeczytać w Wikipedii, najlepiej angielskiej. Wart zaznaczenia jest fakt, że większość polskich (i wielu zagranicznych) psychologów uważa go za postać kontrowersyjną. Przypisuje mu się, w dużej mierze niesłusznie, redukcję zachowań ludzi i zwierząt do prostych zależności bodziec-reakcja oraz ignorowanie takich zjawisk jak myślenie, uczucia czy twórczość. Mam nadzieję, że prezentując ten niewielki zaledwie wycinek jego poglądów uda mi się pokazać „ludzką twarz" Skinnera, zainteresować Was jego koncepcją przyswajania języka i zachęcić do dyskusji o jej słabych i mocnych stronach.

 

JĘZYK JAKO ZACHOWANIE WERBALNE

Właśnie tak. Zachowanie. Na tym polega ten myk, wywołujący od dekad tyle nieporozumień: behawioryści skinnerowscy traktują odczuwanie i myślenie na równi z chodzeniem, śpiewaniem czy jedzeniem, czyli jako zachowania sprawcze (do pojęcia „werbalne" jeszcze dojdziemy). Wszystko, co robi żywy człowiek, jest zachowaniem i podlega analizie zachowania (behavioral analysis). Zacznijmy od definicji zachowania sprawczego: jest to rodzaj dowolnie podejmowanego zachowania, które wywołuje konsekwencje w środowisku i jest przez te konsekwencje kształtowane. Jeśli brzmi to Wam niejasno, dodam, że chodzi o kształtowanie w dłuższej perspektywie czasowej. Człowiek albo zwierzę, robiąc coś, niejako testuje środowisko, sprawdza co się stanie i zgodnie z tą wiedzą podejmuje decyzje, jak zachowywać się dalej. Pokażę to na przykładach, opisując poszczególne możliwe konsekwencje zachowania.

Konsekwencje zachowania:

1. Wzmocnienie pozytywne

Jest to każdy czynnik (zdarzenie, bodziec) występujący po zachowaniu, który z czasem zwiększa prawdopodobieństwo wystąpienia tego zachowania. Śmiech znajomych jest dla nas wzmocnieniem pozytywnym dla opowiadania im dowcipów. Słuchanie lubianej przez nas muzyki jest wzmocnieniem pozytywnym dla włożenia płyty i włączenia sprzętu grającego. Uwaga i troska rodziców wzmacnia pozytywnie różne zachowania dziecka, nie zawsze przez nich pożądane…

2. Wzmocnienie negatywne

To z kolei każdy czynnik, którego działanie ustaje bądź którego możemy uniknąć przez podjęcie danego zachowania, wskutek czego prawdopodobieństwo wystąpienia tego zachowania w przyszłości również wzrasta, tak jak to ma miejsce w przypadku wzmocnienia pozytywnego. Rozkładamy parasol, żeby schronić się przed deszczem – zatem deszcz jest wzmocnieniem negatywnym dla rozkładania parasola. Irytujący brzęczyk wzmacnia negatywnie zapinanie pasów przez kierowców (nie każdy samochód ma ten diabelski mechanizm, ale jeśli się z nim spotkaliście, to wiecie, o czym mówię). Nielubiący danego przedmiotu student uczy się, aby uniknąć oblania egzaminu.

3. Kara pozytywna

Jest nią każdy czynnik, występujący po zachowaniu, który zmniejsza prawdopodobieństwo tego zachowania w przyszłości. Najprostszym przykładem zachowania kształtowanego przez karę pozytywną jest dotknięcie gorącej kuchenki, które powoduje ból (czynnik karzący). Człowiek wyjątkowo szybko uczy się, żeby tej gorącej kuchenki nie dotykać.

4. Kara negatywna

Jeśli uważnie przeczytaliście trzy poprzednie punkty, nie będziecie mieli problemu ze sformułowaniem definicji. Z karą negatywną mamy do czynienia wtedy, kiedy usunięcie jakiegoś czynnika, wskutek wystąpienia danego zachowania, zmniejsza prawdopodobieństwo tego zachowania w przyszłości. Ten typ kary często stosują rodzice wobec dzieci (np. ban na internet czy słodycze).

5. Wygaszanie zachowania, polegające na tym, że częstotliwość zachowania zmniejsza się, aż wreszcie ustaje, jeśli na odpowiednio długi czas zabraknie czynnika, które je wzmacniało. Chcecie, żeby znajomy przestał do Was pisać? Wystarczy konsekwentnie ignorować jego maile.

Jak zapewne zauważyliście, powyższe nazewnictwo może wprowadzić sporo zamieszania. I tak jest w rzeczywistości, niemal każdy pedagog i socjolog, a także wielu psychologów, używa zamiennie określeń „kara" i „wzmocnienie negatywne", mimo że oznaczają coś innego. Aby się nie pogubić, warto zapamiętać: wzmocnienie zawsze zwiększa prawdopodobieństwo zachowania, kara zawsze je zmniejsza. Pozytywne odnosi się do pojawienia się jakiegoś czynnika, a negatywne – do jego usunięcia.

 

Skinner większość badań przeprowadzał na zwierzętach. źródło: www.glogster.com

Ludzka twarz Skinnera. źródło: www.glogster.com

Po takiej (z konieczności bardzo skrótowej i pomijającej wiele ważnych aspektów) charakterystyce konsekwencji zachowań sprawczych, możemy wrócić do określenia języka mianem zachowania werbalnego. Zachowanie werbalne to szczególny przypadek zachowania sprawczego, kiedy wpływamy na inne osoby i to od nich, i tylko od nich, otrzymujemy to, co stanowi konsekwencje naszego zachowania. Aby można było mówić o zachowaniu werbalnym, konieczna jest interakcja mówca – słuchacz. Ten pierwszy jest wykonawcą zachowania, a ten drugi – mediatorem wzmocnień, „publicznością" dla mówiącego. Na uwagę zasługuje fakt, że skinnerowskie rozumienie zachowania werbalnego obejmuje nie tylko słowa, wypowiadane czy pisane, ale także każdy gest, piktogram, płacz niemowlęcia, ruch szachowy… Verbal Behavior – taki tytuł miała książka wydana w 1957 r., w której Skinner zaprezentował swoją koncepcję przyswajania języka przez człowieka. (Pewnie wielu z Was gdzieś kiedyś przy okazji usłyszało, że psycholingwista Noam Chomsky w 1959 r. przedstawił słynną krytykę Verbal Behavior, w której m.in. zakwestionował adekwatność zastosowania prawidłowości odkrytych dzięki badaniom na zwierzętach, do złożonych ludzkich zachowań takich jak mowa. Złośliwi behawioryści twierdzą, że Chomsky nigdy nie zrozumiał, a nawet nie przeczytał dokładnie pracy Skinnera. Równie złośliwi psychologowie poznawczy zauważają, że Skinner nigdy publicznie nie odpowiedział na tę krytykę, dodając, że to zapewne z braku kontrargumentów). Drugą kluczową charakterystyką skinnerowskiej koncepcji, obok ujęcia języka jako zachowania werbalnego, jest zainteresowanie się funkcją języka, a nie jego strukturą. Według naukowca, to właśnie funkcja języka powinna stanowić przedmiot badania psychologa, bo o efekcie w komunikacji decyduje nie ilość przyswojonych słów i struktur, a umiejętność ich wykorzystania w różnych sytuacjach.

Jak zatem wyglądałoby podejście skinnerowskie „w akcji"? Jest sobie dziecko, otoczone przez tzw. społeczność werbalną, czyli przez najbliższych, z którymi się komunikuje. Komunikację niemowlaka będą stanowiły głównie różne rodzaje płaczu, którymi zasygnalizuje swoje podstawowe potrzeby, i już tu można zauważyć kształtowanie się zachowania przez jego konsekwencje (nudzi mu się w łóżeczku, musi zapłakać, bo wtedy przyjdzie mama i się nim zajmie;  już wie, że mama inaczej reaguje na jego płacz związany z głodem, a inaczej związany z potrzebą kontaktu). Potem komunikacja rozszerza się na różne gesty (np. wskazywanie na przedmioty), pojedyncze słowa, następnie krótkie zdania, dalej naśladowanie wypowiedzi innych, recytacje wierszyków itd. To, co się sprawdza (czyli jest wzmacniane), jest utrwalane, co nie – wygaszane. W międzyczasie dziecko poznaje dalszą rodzinę, potem kolegów, idzie do przedszkola, do szkoły – cały czas rozszerza się i różnicuje jego społeczność werbalna, a co za tym idzie, różnicują się jego zachowania werbalne, w zależności od otoczenia.

A oto kilka (sparafrazowanych przeze mnie dla lepszej przejrzystości) cytatów ze Skinnera:

  • Ta sama osoba posiada na stałe różne repertuary zachowań werbalnych, ukształtowane (poprzez wzmocnienia i kary) przez różne społeczności werbalne. Innym językiem mówimy w domu, innym w pracy. To co uchodzi za odpowiednie w grupie bliskich znajomych, będzie zupełnie nieodpowiednie u przysłowiowej cioci na imieninach.
  • Znaczenia, jakie przekazujemy, to całe kompleksy interakcji zachowań i środowisk, w których występują. Słowniki nie dostarczają nam znaczeń, dostarczają tylko słów.
  • Nie ma znaczeń, które byłyby takie same dla mówiącego (nadawcy) i słuchającego (odbiorcy). Znaczenia nie są niezależnymi całościami. Musimy podchodzić do słowników już uzbrojeni w znaczenia.
  • Jeśli istnieje jakieś znaczenie utworu literackiego, to tylko w odniesieniu do danego odbiorcy.
  • Krytycy literaccy i lingwiści, analizując tekst pod kątem słów i zdań, biorą pod uwagę wyłącznie znaczenie, jakie ma on dla odbiorcy. Jeśli pomijają okoliczności, w jakich utwór został napisany (czyli zostało wyemitowane zachowanie werbalne), ich uwadze umyka jego znaczenie dla autora.

 

Co sądzicie o takim podejściu do nabywania języka? Czy dobrze opisywałoby naukę języków obcych? Czy da się obronić traktowanie języka jako „po prostu zachowania"? Czy naprawdę, jako odbiorcy literatury, jesteśmy skazani na skrajną samotność, a pisarze – na kompletne niezrozumienie? Zapraszam do dyskusji 🙂

 

Zobacz także:

Niemowląt sprawności językowe – część 1

Niemowląt sprawności językowe – część 2

Historia motywacyjna

 

 

 

 

75% samouctwa, czyli czarna owca na Woofli

75Ostatnio sporo myślałam na temat metod, dotychczasowych rezultatów i celów mojej nauki języka. Próbowałam też odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie, ile miejsca widzę w tej nauce na zorganizowane jej formy w postaci zajęć w grupie z nauczycielem. Jedno miłe doświadczenie sprzed kilku dni sprawiło, że temat ten nie dawał mi spokoju i przyćmił wszelkie chęci poważniejszego zajęcia się pomysłami na kolejne artykuły. Aż w końcu sam stał się takim pomysłem.

Owym miłym doświadczeniem było uczestnictwo w konwersacjach z pewnym szalonym Kolumbijczykiem. (Zapisując się w zeszłym roku na kurs w szkole językowej, dostałam pakiet dodatkowych konwersacji. Do tej pory nie wykorzystałam ich wszystkich, bo rzadko trafia się coś, co mnie interesuje i ma miejsce w odpowiednich godzinach). Konwersacje te zapewniły mi taką dawkę nowej energii i motywacji do dalszej nauki, jakiej nie odczuwałam od czasu… poprzednich konwersacji, z innym Kolumbijczykiem (a może te ostatnie były z Polakiem? nie pamiętam, to było dość dawno). Gdyby popatrzeć na te 1,5 godziny zegarowej okiem kogoś o ortodoksyjnym podejściu do samodzielnej nauki języków, można by dojść do wniosku, że w zasadzie straciłam tam czas. Bo co robiliśmy? Rozmawialiśmy trochę o kulturze latynoamerykańskiej, o zwierzętach i roślinach czczonych przez Indian, po czym wymyślaliśmy, każdy dla siebie, jakieś indiańskie imię. Jeśli chodzi o same umiejętności, które mogłabym zaklasyfikować jako kolejne „punkty" na drodze do przyswojenia języka, odhaczyłabym zaledwie trzy nowo poznane słowa i ćwiczenie rozumienia ze słuchu – bo musiałam się koncentrować, żeby nadążyć za prowadzącym. Jednak ogromnie przyjemne i pobudzające, zarówno intelektualnie jak i emocjonalnie, było dla mnie przebywanie w grupie osób o podobnych zainteresowaniach, pracujących wspólnie nad jednym zadaniem, nawet jeśli to zadanie było z lekka absurdalne. (Ostatecznie wymyśliłam, że będę nazywać się Luna Quieta. Pod koniec zajęć prowadzący przez pomyłkę powiedział do mnie Ramo Azul. To była bardzo miła dla mnie pomyłka, być skojarzoną z tytułem znakomitego opowiadania).

Mam nadzieję, że ten przydługi wstęp posłuży za wystarczające uzasadnienie następującego wyznania: olśniło mnie w dwóch sprawach. I jak to zwykle z olśnieniami bywa, okazały się to sprawy proste i w zasadzie dość oczywiste: 1) zorganizowane formy nauki mają przede wszystkim znaczenie psychologiczne i 2) podobnie jak zdecydowana większość ludzi, mam silną potrzebę, aby jakaś część mojej nauki opierała się na zajęciach z nauczycielem. Wiem, że moje wyznanie jest dość nietypowe na tle pozostałych autorów Woofli, jak i niektórych komentatorów – bezwzględnych zwolenników nauki samodzielnej w 100%. Nie oznacza to jednak, że przeszłam do „przeciwnego obozu" osób, które nie widzą możliwości nauczenia się języka bez nauczyciela – tego typu przekonania uważam za równie błędne, a pewnie i nieco bardziej szkodliwe niż lekceważenie czysto psychicznej potrzeby interakcji z nauczycielem i/lub grupą w procesie nauki.

Nie da się zanegować faktu, że najważniejszą składową w uczeniu się języka obcego – czy jakiejkolwiek innej nowej rzeczy – zawsze będzie nauka samodzielna, czyli podejmowana z własnej inicjatywy, podążająca za własnymi poszukiwaniami. Idealny dla mnie stosunek czasu poświęcanego na tak rozumianą naukę własną do czasu spędzonego na nauce zorganizowanej (zajęcia i prace domowe), szacuję jako 75%  – 25%. Stąd też ten nieco żartobliwy i nieco prowokacyjny tytuł artykułu. Oczywistością jest, że dla każdego te idealne proporcje będą się rozkładały nieco inaczej. Dla kogoś będzie to 65 – 35, dla kogoś innego 80 – 20, a dla niektórych, z różnych powodów (brak finansów na naukę płatną, brak możliwości pozwolenia sobie na kolejne studia, czy też absolutny brak potrzeby interakcji z nauczycielem) będzie to 100 – 0.

No dobrze, wyznałam już, że wymarzonym dla mnie obrazem nauki języka jest 75% samouctwa i 25% nauki zorganizowanej. Co z takiego wyznania wynika dla Czytelników? Dla większości nic. Bo nie przekonam (i nie zamierzam tego robić) żadnej ze stron mających ugruntowany pogląd w temacie pożytku z zajęć prowadzonych przez nauczyciela. Mam jednak szczerą nadzieję przekonać osoby, które korzystały z takich form nauki, ale pod wpływem skrajnie negatywnych opinii zaczęły się wstydzić, że uległy własnej „słabości" lub „głupocie". Sprawa jest prosta: jeśli chodziłeś/-aś na zajęcia, czy to w szkole językowej, czy w ramach lektoratu na studiach i czujesz, że te zajęcia bardzo Ci pomogły i bez nich byś dużo stracił/-a, to najprawdopodobniej właśnie tak jest. Pomogły Ci i kropka. Nie dajmy się zwariować, wierzmy własnym odczuciom, nie lekceważmy własnych potrzeb. Bezwzględne potępianie zorganizowanych zajęć to symetryczne odbicie głoszenia, że „tylko z nauczycielem naprawdę się nauczysz, sam/-a nigdy nie dasz rady". Ani jedno ani drugie nie prowadzi do niczego dobrego.

A skoro już zachęcam do odrzucenia niepotrzebnego wstydu z powodu bycia zbyt mało heroicznym i zawziętym na naukę w 100% samodzielną, postaram się uczciwie wypunktować potencjalne plusy i minusy wiążące się z poświęceniem części własnego czasu (a nierzadko i sporych pieniędzy) na naukę  z nauczycielem, w grupie bądź indywidualną.

PLUSY

1. Relacja nauczyciel – uczniowie/uczeń to naprawdę fajna rzecz i mocne wsparcie dla naszej motywacji. To nie przypadek, że wątek ten tak często pojawia się w (pop)kulturze. Przypomnijcie sobie różne baśnie, Star Wars, cykl o Harrym Potterze,…

2. Możliwość uzyskania wyjaśnień naszych wątpliwości. Tu i teraz, wprost. Bez zastanawiania się, jak sformułować pytanie i na ile możemy sobie pozwolić, żeby nie zamęczyć rozmówcy, co ma miejsce w kontaktach z native speakerami z portali wymiany językowej. Native speaker z internetu nie jest od uczenia nas. Nauczyciel – jak najbardziej.

3. Istnienie formalnych wymogów: przyjść na zajęcia, przygotować się, odrobić pracę domową. O ile bez motywacji wewnętrznej nauka nigdy nie będzie skuteczna, tak lekki przymus zewnętrzny potrafi być rewelacyjnym zapalnikiem dla tego rodzaju motywacji. Ileż to razy, za czasów kursu w szkole językowej, nie chciało mi się zabrać do nauki (bo zmęczenie, bo alternatywne atrakcje w zasięgu), ale zmuszałam się, bo po prostu głupio mi było przyjść na zajęcia nieprzygotowaną. Niemal za każdym razem efekt był taki, że nie kończyło się na odrobieniu pracy domowej, bo nauka po prostu mnie wciągała na długie godziny.

4. Relacja uczeń-uczeń (jeśli mówimy o nauce w grupie), czyli źródło współpracy i rywalizacji, też potrafi przynosić dobre owoce. Jeśli chodzi o moje prywatne doświadczenia, akurat rywalizacja mi nie służy, być może dlatego że zawsze we wszelkich porównaniach i wyścigach byłam daleko w tyle za grupą odniesienia (przeważnie) bądź mocno ją wyprzedzałam (rzadziej). Potrafię natomiast sobie wyobrazić, że zdrowa rywalizacja w sympatycznej atmosferze może sprzyjać kreatywnej pracy. Co do wartości współpracy, tego akurat nie muszę sobie wyobrażać, bo doświadczyłam.

MINUSY

1. Niestety, zdarzają się kiepscy nauczyciele (i nie ma to nic wspólnego z ich poziomem znajomości języka). Pół biedy, jeśli można zrezygnować z nauczyciela bądź zmienić grupę w ramach lektoratu na studiach czy kursu w szkole językowej. Czasem nie można nic zrobić. A nauka w niesprzyjających warunkach potrafi zniechęcić nawet najtwardszych.

2. Nauka z nauczycielem, szczególnie jeśli dodatkowo jest nauką w grupie, zmusza do cenzurowania myśli. Na zajęciach językowych niemal nieuniknione są rozmowy na tematy „życiowe", gdzie od każdego oczekuje się, iż będzie opowiadał o swoim udanym życiu, ciekawych wyjazdach wakacyjnych, fajnej pracy, licznej i kochanej rodzinie, a to wszystko w sosie akceptowalnych społecznie i poprawnych politycznie poglądów. Kto nie wpasowuje się w powyższy model, a nie lubi robić wokół siebie zamieszania, powinien mieć na podorędziu parę ładnych kłamstw. Ewentualnie nauczyć się udzielać asertywnych, wymijających odpowiedzi pozwalających ukazać w pełnej krasie aktualny poziom znajomości języka.

3. O ile nie jest się uczniem w szkole ani studentem, zorganizowane formy nauki wymagają sporych nakładów finansowych. Nie ukrywam, że to główny powód, dla którego przynajmniej przez najbliższe miesiące będę kontynuować naukę w 100% samodzielną.

 

 

Zobacz także:

Będąc niemłodą już iberystką: pierwsze wrażenia ze studiów
Co Polak może zaoferować światu? Wymiana nie tylko językowa
O szkołach językowych
Czy Polak może (na)uczyć się hiszpańskiego meksykańskiego?
Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery
Hiszpański na marginesach

 

Hiszpańskie filmy, które łatwo przeoczyć

Myślę, że wielu z Was zgodzi się ze mną, że Hiszpanie robią świetne filmy. Na pewno znacie, a przynajmniej słyszeliście o takich reżyserach jak Pedro Almodóvar, Carlos Saura czy Alejandro Amenábar. Nie ukrywam, uwielbiam Almodovara. Żaden inny reżyser (i scenarzysta) nie potrafi w tak uroczy i przekonujący sposób wywrócić świata do góry nogami i takim go pozostawić, wbrew instynktownym oczekiwaniom widza przyzwyczajonego do schematów fabularnych w których wszystko dąży do stanu szczęścia tożsamego ze zdrowiem i normalnością, w których nałogi zostają pokonane, problemy rozwiązane, a zło, jako jednoznacznie złe – potępione i ukarane. Wystarczy obejrzeć choćby Kwiat mego sekretu (La flor de mi secreto), Kikę (Kika) i Zwiąż mnie (¡Átame! )- i nic już (pod względem naszych oczekiwań jako widzów) nie będzie takie samo.

Ale nie o filmach Almodovara będę dziś pisać. Nie napiszę też, jak poruszył mnie film Poniedziałki w słońcu (Los lunes al sol) Fernanda Leóna de Aranoa ani jak zapadł mi w pamięć niepokojący i niezwykły Słodkich snów (Mientras duermes) Jaume Balagueró. Wspominam o wszystkich tych tytułach, bo gorąco polecam je osobom, które nie miały jeszcze okazji zapoznać się bliżej z kinem hiszpańskim. (W tym kontekście dodam jeszcze Nakarmić kruki (Cría cuervos) Carlosa Saury). Dziś jednak chcę przedstawić Wam cztery mniej znane produkcje, które łatwo można przeoczyć, jeśli się nie szuka gorączkowo filmów według kryterium „żeby tylko mówili po hiszpańsku". Nie będą to może arcydzieła kinematografii, ale na pewno filmy dobre, oryginalne i warte uwagi.

palabras-encadenadas1. Od słów do śmierci / Palabras encadenadas (reż. Laura Mañá, 2003)

Jest to thriller psychologiczny, w którym dwójka głównych bohaterów, mężczyzna i kobieta, prowadzą ze sobą niepokojącą i zagadkową grę. W tej grze kobieta wydaje się być na straconej pozycji, bo jest przywiązana do krzesła i zakneblowana, ale napięcie między obojgiem, a co za tym idzie i rozkład sił, cały czas dynamicznie się zmienia i podąża w nieoczekiwanych kierunkach. Stopniowo odkrywamy, jaki ciąg zdarzeń doprowadził do przestawionej w pierwszych scenach sytuacji, kim jest ten mężczyzna i ta kobieta oraz kto z kim gra – i o co. Z jednej strony, nic nie jest takie, jakie na początku się wydaje, a z drugiej strony – to też może być złudzeniem, prawda?

Polscy dystrybutorzy zrobili chyba wszystko, co mogli zrobić, żeby zniechęcić do filmu osoby, które w zasadzie byłyby tu, brzydko mówiąc, właściwą grupą docelową. Tłumaczenie tytułu zupełnie nie oddaje jego oryginalnego sensu: palabras encadenadas to po prostu nazwa gry, w którą grają bohaterowie. Opis z filmwebu sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z jakimś klonem Piły, pełnym niestrawnych okropności, a tymczasem nic bardziej mylnego. Spokojnie możecie zasiąść do oglądania przy dowolnej przekąsce i rozkoszować się świetną grą aktorską i niezwykłym scenariuszem. Zachętą (a zarazem dowodem, że w rzeczywistości, jak i w filmie, nic nie jest takie, na jakie początkowo wygląda) niech będzie komentarz zawiedzionego amatora krwi i flaków:

ktoś powiedział że będzie to druga PIŁA! Napewno nie! Film sie wlecze… nie wiadomo o co chodzi jak już wiadomo to sie kończy i znowu nic nie wiadomo… moze powinienem obejrzeć to jeszcze raz ale … nie zachwycił mnie!!

2. Dziwny lokator / El habitante incierto (reż. Guillem Morales, 2003)

el-habitante-inciertoZnowu zagmatwany, niepokojący i pełen niespodzianek thriller psychologiczny, Hiszpanie chyba się specjalizują w tego typu filmach. Młody mężczyzna, Félix, właśnie zerwał ze swoją dziewczyną i mieszka sam w ogromnym, 500-metrowym domu. Pewnego dnia wpuszcza tajemniczego gościa, który chce skorzystać z telefonu i… znika bez śladu. Od tego czasu Félix ma wrażenie, że ktoś ukrywa się w jego domu, trafia na różne ślady czyjejś bytności, ale nie jest w stanie nikogo przyłapać na gorącym uczynku. Coraz większy lęk związany z tą sytuacją popycha go do coraz bardziej szalonych działań. Aż wreszcie robi coś naprawdę przewrotnego.

Film emanuje wręcz atmosferą niepokoju. Nie wystarczy, że udziela nam się lęk głównego bohatera: następujące po sobie wydarzenia sprawiają, że stawiamy coraz więcej pytań, a zamiast odpowiedzi, otrzymujemy kolejne zagadki. Ale w finale wszystko ładnie się splata, niejasne staje się jasne, na każde pytanie znajduje  się odpowiedź, trzeba tylko uważnie oglądać. I nie obawiajcie się trywialnych rozwiązań w rodzaju „ktoś tu jest duchem" albo „Félix zwariował i ma urojenia". Nie tutaj. Dla osób nie znających hiszpańskiego dodam jeszcze, że o ile el habitante z oryginalnego tytułu faktycznie oznacza lokatora, tak incierto to nieprawdziwy, niepewny.

la-cara-oculta3. La cara oculta (reż. Andrés Baiz, 2011)

A oto film produkcji hiszpańsko-kolumbijskiej, dla odmiany thriller, któremu jak dotąd nie nadano polskiego tytułu (w dosłownym tłumaczeniu będzie to Ukryta twarz). Zanim napiszę cokolwiek więcej o tym filmie, zaapeluję: POD ŻADNYM POZOREM NIE WYŁĄCZAJCIE GO W POŁOWIE! Treść przedstawia się następująco: Belén i Adrián są młodą, kochającą się parą. On, dyrygent filharmonii, dostaje pracę w Bogocie, wyjeżdżają oboje. Tam coś się między nimi psuje, Adrián zaczyna romansować, odsuwa się od swojej dziewczyny. A ona pewnego dnia niespodziewanie znika, zostawiwszy mu nagranie wideo z pożegnaniem. On tymczasem, po pierwszym szoku, szybko przyzwyczaja się do nowej sytuacji, poznaje nową kobietę i sprowadza ją do siebie. A wtedy w domu zaczynają dziać się rzeczy niewyjaśnione… i wszystkie znaki na niebie i ziemi naraz wskazują, że świetnie zapowiadający się film skończy jako tani i przewidywalny horror. Trudno w pewnym momencie oprzeć się pokusie wciśnięcia przycisku off bądź kliknięcia w kwadracik.

Tak, wyłączyłam ten film w połowie i tylko fakt, że naprawdę nie miałam nic lepszego do roboty sprawił, że jednak zmieniłam zdanie i postanowiłam obejrzeć go do końca. I wiele bym straciła, gdybym tego nie zrobiła. Jeśli przetrwacie pozbawiającą wszelkich nadziei scenę przed lustrem i nie przerwiecie oglądania, dalsza część filmu wynagrodzi Waszą cierpliwość. Zobaczycie, jak wyglądała cała sytuacja z perspektywy zaginionej Belén i przekonacie się, że nie jest to żaden horror o duchach, a dramat psychologiczny o tych mniej chlubnych stronach ludzkiej natury.

dzien-bestii4. Dzień Bestii / El día de la Bestia (reż. Álex de la Iglesia, 1995)

Po tych wszystkich thrillerach czas na dobrą komedię (wprawdzie to czarna komedia, ale czego spodziewalibyście się po filmie hiszpańskim?). Pewien ksiądz podczas lektury Apokalipsy odczytuje zaszyfrowaną straszną informację: w dniu Bożego Narodzenia ma się narodzić Antychryst. Problem w tym, że nie wiadomo, gdzie. Aby poznać szczegóły i uratować świat, musi dotrzeć do szatana. W tym celu postanawia popełniać tyle zła, ile zdoła: a to popchnie jakiegoś ulicznego mima, a to komuś buchnie walizkę, a to porysuje kilka samochodów… (Jeśli czytaliście Ciotkę Julię i skrybę M. Vargasa Llosy, być może przypomina Wam się jedna z historii Pedra Camacho o człowieku, który potrącił samochodem dziewczynkę i w ramach terapii u pani doktor z szerokim czołem, orlim nosem i przenikliwym spojrzeniem, uczył się dokuczać każdemu napotkanemu dziecku). A zatem, mamy księdza, który musi grzeszyć ile się da, żeby uratować świat. W tej misji pomaga mu sprzedawca płyt z muzyką death-metalową oraz prezenter programów o zjawiskach nadprzyrodzonych, obaj nieco szaleni. Czy po serii najdziwaczniejszych przygód uda im się dotrzeć do szatana i unicestwić Antychrysta – tego nie zdradzę. Powiem tylko, że zakończenie całej afery jest przewrotne i takie… życiowe. Nie bez powodu podkreśla się, że Álex de la Iglesia jest wychowankiem Almodovara. A smaczku całości dodaje fakt, że iglesia oznacza kościół.

 

Jeśli widzieliście któryś z wymienionych filmów, chętnie poznam Wasze opinie. Równie chętnie poczytam o Waszych ulubionych hiszpańskich filmach – tych bardziej i mniej znanych. Zapraszam do dyskusji.

 

Zobacz także:

Urugwajskie głosy
Jak oglądać telenowele i nie zwariować
Hiszpański na marginesach
Dlaczego warto oglądać obcojęzyczne „talent shows"
Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery

 

 

Mój zestaw samouka

Nie powiem nic oryginalnego, jeśli stwierdzę, że dobry podręcznik to nieoceniona pomoc w nauce języka obcego. Praca z podręcznikiem ukierunkowuje, organizuje, a przede wszystkim – optymalizuje proces nauki. Jestem przekonana, że gdybym nie odnalazła „swojego" zestawu, przyswajałabym wiedzę znacznie wolniej. Oczywiście nie istnieje coś takiego jak wszystkomający podręcznik idealny – przekonałam się o tym już na początkowym etapie moich poszukiwań. Ostatecznie, metodą prób i błędów, odkryłam dwa podręczniki, które służą lub służyły mi jako podstawa codziennej pracy i dwa dodatkowe, które pomagają mi awaryjnie w przypadku różnych specyficznych problemów językowych. Zanim przedstawię Wam mój zestaw, podkreślę jeszcze, że nie uważam go za jakiś wzorcowy model, odpowiedni dla każdego, kto chce się uczyć hiszpańskiego. Jeśli jesteście akurat osobami poszukującymi materiałów do nauki, potraktujcie go po prostu jako propozycję i ewentualne źródło inspiracji. Istnieją wprawdzie podręczniki lepsze i gorsze, ale po odsianiu tych drugich wciąż pozostaje szeroka pula do wyboru, opartego na indywidualnych preferencjach każdego z nas… Teraz już mogę ze spokojnym sumieniem przedstawić moje ulubione tytuły wraz z krótszymi lub dłuższymi opisami.

aula11. Aula Internacional. To mój podręcznik podstawowy, wokół którego buduję cały proces nauki. Dużym jego plusem i powodem, dla którego wybrałam akurat tę serię, jest bardzo sensowna organizacja treści, zarówno wewnątrz rozdziałów, jak i pomiędzy nimi. Aula jest dla mnie czymś w rodzaju rozkładu jazdy – kolejnych zagadnień uczę się zgodnie z kolejnością rozdziałów. Oczywiście zdarza się, i to nierzadko, że czytam o czymś, co jest mi już dość dobrze znane, bo nabyte drogą serialową (z takim np. infinitivo compuesto czy imperfecto de subjuntivo mniej-więcej potrafiłam się obchodzić na długo przed tym, zanim zostały mi „oficjalnie" przedstawione pod swoimi nazwami), ale nawet wtedy dużą wartość ma dla mnie uporządkowanie i uzupełnienie chaotycznej i szczątkowej wiedzy.

Jak wygląda typowy rozdział tego podręcznika? Zaczyna się od dwóch dłuższych tekstów, w których możemy zobaczyć „w akcji" nowe zagadnienia będące bohaterami rozdziału. Następna strona to króciutkie teksty gdzie owe nowe zagadnienia są zebrane do kupy i wytłuszczone, a pod nimi szczątkowe ćwiczenia. Dalej – mamy najważniejszą stronę rozdziału, która krok po kroku pokazuje budowę i wyjaśnia zastosowanie każdej nowej konstrukcji. Kolejne dwie strony to, moim zdaniem, najsłabszy punkt Auli, zwłaszcza z punktu widzenia samouka: obrazki, ćwiczenia do słuchanek, ćwiczenia do pracy w grupie. Jeśli chodzi o słuchanki, zrobiłam eksperyment i przez cały okres korzystania z 3. części Auli, grzecznie włączałam discmana i słuchałam. Cóż, nie polecam. Lepiej wejść na  youtube, gdzie znajdziecie mnóstwo ciekawych filmów krótkometrażowych robionych przez Hiszpanów. Albo obejrzeć meksykański serial. Z tych źródeł nauczyłam się bez porównania więcej niż z irytujących nagrań z płyty dołączonej do podręcznika.

(Ciekawostka: w jednej ze słuchanek miały wypowiadać się osoby z trzech różnych krajów: Kolumbii, Argentyny i Kuby. I… nie wiem, może to moja paranoja, może niedostatki wiedzy, ale brzmiało mi to tak, jakby jacyś Hiszpanie udawali kolejno Kolumbijczyka, Argentyńczyka i Kubańczyka).

Wróćmy jednak do zawartości podręcznika. Część z ćwiczeniami do pracy w grupie oceniłam jako najsłabszą, ale podkreślę, że ogólnie uważam Aulę za podręcznik bardzo dobry. W związku z tym nie zdziwicie się pewnie, kiedy powiem, że wielokrotnie i te ćwiczenia były dla mnie czymś pożytecznym i inspirującym. Pomyślcie tylko, na ile możecie sobie pozwolić, kiedy piszecie sami dla siebie, wynajdując np. co byście zrobili na miejscu Any, która chce wyjechać na stałe do Australii, ale się waha, bo ma chłopaka, który kilka razy dziennie obsypuje ją balonami, serduszkami i miłosnymi liścikami – i nie chce tego stracić… Możecie być aspołeczni, niepoprawni, niecenzuralni, absurdalni. Umysł ludzki wyjątkowo dobrze zapamiętuje takie treści.

Ostatnia strona rozdziału to znowu tekst – zazwyczaj o różnych aspektach życia w Hiszpanii. Pierwsze trzy części Auli (A1 – B1) zawierają dwanaście rozdziałów. Czwarta i ostatnia część (B2) – dziesięć, ale za to dłuższych, bo każdy ich element jest bardziej rozbudowany. Poza tym, wszystkie części mają coś, co można by było nazwać dodatkami, gdyby nie to, że zajmują połowę objętości podręcznika. Pierwszy dodatek to kompendium gramatyczne, drugi dodatek to ćwiczenia, a trzeci, mój ulubiony, to zestaw autentycznych tekstów z różnych źródeł (artykuły z czasopism, fragmenty książek) na przeróżne tematy związane z kulturą Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej.

Czym ujęła mnie Aula? Poza wspomnianą już sensowną kolejnością prezentowanych zagadnień, będą to: przystępny sposób wyjaśniania nowych treści, przyjemna szata graficzna, subtelny humor i całkiem interesujące teksty. Owszem, czasem trzeba zacisnąć zęby i przeczytać historię tankowca, z którego wyciekała ropa, ale czego się nie robi dla własnego rozwoju językowego. Z drugiej strony, to właśnie dzięki Auli zapoznałam się z rewelacyjnym opowiadaniem Octavio Paza „El ramo azul" (pod hiszpańskim tekstem jest jego angielskie tłumaczenie, polecam wszystkim, naprawdę warto!).

Jak każdy podręcznik, Aula też ma swoje wady. Niestety, należy z całym dobrodziejstwem inwentarza przyjąć fakt, że została ona zaprojektowana z myślą o nauce w grupie pod okiem nauczyciela. Do ćwiczeń nie ma klucza, znaczenia idiomów trzeba szukać w sieci. W niektórych miejscach obrazki przeważają nad treścią, ale nie jest pod tym względem aż tak źle, jak moglibyście sobie wyobrażać. Jako że książka jest w całości po hiszpańsku, nie polecałabym jej do samodzielnej nauki od podstaw. Ale już od momentu, kiedy jest się w stanie zrozumieć polecenia – jak najbardziej.

gramatica A1-B22. Gramática de uso del español. Teoría y práctica. Uczyliście się kiedyś gramatyki angielskiego z podręczników Murphy'ego? Podobało Wam się? Jeśli odpowiedzieliście „tak" na oba pytania, to mam dla Was dobrą wiadomość: istnieje hiszpańskojęzyczny odpowiednik Murphy'ego. Układ treści jest ten sam: jedna strona to objaśnienia gramatyczne, a druga – to ćwiczenia (próbka ze strony wydawnictwa). Całość zawiera 126 zorganizowanych w ten sposób krótkich rozdziałów. Uważam, że książka w niczym nie ustępuje swojemu angielskojęzycznemu odpowiednikowi i jest idealna, jeśli spotykamy się z danym zagadnieniem po raz pierwszy. Pamiętam, jakim objawieniem była dla mnie, kiedy zaczynałam uczyć się odmiany czasowników w pretérito indefinido (jeszcze wtedy nie wiedziałam, z czego konkretnie korzystam, bo była to kserówka ze szkoły językowej). Wszystkie ćwiczenia można porównać z kluczem odpowiedzi, umieszczonym na końcu.

Jakieś wady? Dziwi mnie trochę podział dwóch różnych części: A1-B2 i B1-B2. Jeśli miałabym Wam podpowiadać, to wybierajcie od razu tę drugą, nawet jeśli jesteście początkujący (ja niczym frajerka wybrałam pierwszą i szybko pożałowałam). I tak wszystkie zagadnienia są wyjaśniane od podstaw, większość rzeczy się dubluje, a różnica tkwi tylko w kilku dodatkowych rozdziałach, których nie ma w części pierwszej. Inna rzecz, którą można uznać za wadę, to powierzchowne potraktowanie każdego z tematów. Ale wynika to z samej formuły: książka służy do wstępnego zapoznania się z danym problemem, a nie do jego dogłębnej analizy. Do tego celu mam dwie inne pozycje.

3. Español para hablantes de polaco. Autor, Pedro Campos, przez lata nauczał Polaków języka hiszpańskiego i zaobserwował, co sprawia naszym rodakom najwięcej problemów. Książka składa się z dziesięciu rozdziałów, uwypuklających różnice między dwoma językami w odniesieniu do takich zagadnień jak np. interpunkcja, przyimki, mowa zależna itd. Układ jest następujący: dwie strony wyjaśnień + cztery strony ćwiczeń. Do ćwiczeń jest klucz. Podstawowa wada, jaką zauważam, to… objętość książki. Tytuł obiecuje tak wiele, a tymczasem treść rozwiewa tylko małą część wątpliwości, jakie mogą się narodzić w głowie osoby polskojęzycznej.

4. Sin duda. Usos del español: teoría y práctica comunicativa. Pozycja bardzo podobna do powyższej, tyle że autorzy analizują możliwe problemy językowe bez specyfikacji nacji, której miałyby one dotyczyć. Osiemnaście rozdziałów, układ taki jak u poprzedniczki. I moje zastrzeżenia są identyczne: za mało! Paradoksalnie jednak zauważam, że niektóre kwestie (np. moja największa zmora, straszniejsza nawet niż legendarne subjuntivo, czyli pretérito imperfecto i jego różnicowanie z innymi czasami przeszłymi), są w Sin duda wyjaśnione lepiej niż w książce przeznaczonej specjalnie dla Polaków.

A na koniec podzielę się z Wami najlepszą radą dotyczącą korzystania z podręczników, jaką jestem w stanie Wam dać. Miejcie umiar! Dobre korzystanie z podręcznika polega m.in. na tym, żeby wiedzieć, kiedy go odłożyć. Niech to będzie np. po 1/3 czasu, jaki zamierzacie przeznaczyć na naukę danego dnia. Niech podręczniki będą Waszą pomocą, akceleratorem, czynnikiem spajającym i organizującym przyswajanie wiedzy, ale niech nie przesłonią Wam kontaktu z realnym, żywym językiem. Oglądajcie seriale, filmy (jeśli jeszcze nie czujecie się na siłach, to z napisami), czytajcie El País, wyszukujcie w hiszpańskojęzycznej Wikipedii notek na szczególnie Was interesujące tematy, słuchajcie piosenek, szukajcie ich transkrypcji i tłumaczcie teksty, uczestniczcie w portalach wymiany językowej. W takim otoczeniu nauka z podręczników naprawdę ma sens.

 

Zobacz także:

Nie samymi podręcznikami… – czyli internetowe pomoce naukowe
75% samouctwa, czyli czarna owca na Woofli
Co Polak może zaoferować światu? Wymiana nie tylko językowa
Dlaczego warto oglądać obcojęzyczne „talent shows"
O „łatwości" języka hiszpańskiego

 

Hiszpański na marginesach

oscar-waoGdyby ktoś mnie zapytał o ten ostateczny, bezpośredni impuls, który pchnął mnie swego czasu do sformułowania postanowienia „od dziś zaczynam uczyć się hiszpańskiego", odpowiedziałabym, że było nim przeczytanie książki Junota Díaza „Krótki i niezwykły żywot Oskara Wao". W dużej mierze właśnie o tej książce będzie mój dzisiejszy artykuł: o tym, co w jej formie może zainteresować osoby uczące się hiszpańskiego – i co w jej treści może zachęcić pozostałych do przeczytania.

Ale najpierw cofnijmy się nieco bardziej w czasie.  Jeśli nie jesteście psychologami poznawczymi,  zgodzicie się zapewne, że idee w ludzkich głowach nie biorą się znikąd. A jeśli nie jesteście przy okazji psychoanalitykami, myślę, że zgodzicie się również, że wyjątkowo rzadko jednemu zjawisku można przyporządkować jedną, punktową przyczynę. Tak więc rodzenie się pewnej idei, takiej jak pomysł podjęcia nauki hiszpańskiego, jest procesem; czasem nawet dość długim. Cofnijmy się zatem do czasu, kiedy przeczytanie książki Díaza jeszcze by nie zadziałało, bo zdarzenie to nie miałoby odpowiedniego podłoża. W jaki sposób formowało się owo podłoże?

Początków początku szukałabym w momencie, kiedy oglądałam pierwsze sezony „Dextera" i czujnie nasłuchiwałam, kiedy porucznik LaGuercie albo sierżantowi Batiście zdarzy się powiedzieć coś po hiszpańsku. Byłam zafascynowana brzmieniem tego języka, nie miałam jeszcze wtedy pojęcia, że to w dużej mierze zasługa portorykańskiego pochodzenia aktorów grających obie postacie. No i poznałam moje pierwsze hiszpańskie słowo: puta. Póżniej był inny serial, genialny „Breaking Bad". Stan Nowy Meksyk, bliskość prawdziwego Meksyku i wszechobecny hiszpański w tle, czasem i w tytułach odcinków. Do puty doszły inne słowa: pollo, hermano, salud, tío, negro, azul

Równolegle też odkrywałam hiszpańskojęzycznych autorów takich jak J.C. Somoza i J.L. Borges. I w pewnym momencie przyszło duże olśnienie: przeczytałam „Święto Kozła" M. Vargasa Llosy. Do Vargasa zraziłam się kiedyś po niefortunnej przygodzie z „Pochwałą macochy" i długo po niego nie sięgałam. Tym razem jednak to było to. Nie dość, że pokochałam autora, to jeszcze zaczęłam się mocno interesować historią Republiki Dominikany. Na przemian z kolejnymi pozycjami MVL, zaczytywałam się we wszystkim, co mi wpadło w ręce i w wyszukiwarkę na temat wspomnianej wysepki. Aż dotarłam do książki, która będzie dzisiaj naszą bohaterką dnia: „Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao".

Co takiego szczególnego ma w sobie książka Junota Díaza, że przeczytana w odpowiednim momencie zadziałała jak impuls do podjęcia nauki hiszpańskiego? Tajemnica tkwi w… formie, w jakiej została wydana. Díaz jest z pochodzenia Dominikańczykiem, a mieszka w USA. Pisze po angielsku, ale często wplata tu i ówdzie różne ciekawe hiszpańskie słowa i zwroty. Nie wiem, czy był to pomysł samego autora, czy polskiego wydawcy (podejrzewam, że pierwszego z nich), ale na marginesach znajdziecie tłumaczenia każdego z tych hiszpańskich wtrętów

oscar-wao-strona(po kliknięciu w obrazek zobaczycie stronę w całej okazałości). Jak widzicie, pomysł jest genialny w swojej prostocie. Czytacie tekst, w którym pojawia się np. słowo escopeta, zerkacie na bok i już wiecie, że oznacza ono strzelbę. Jeśli po kilku, kilkunastu  lub kilkudziesięciu stronach znowu pojawi się escopeta, w ślad za nią znów pójdzie tłumaczenie, bo przecież mieliście prawo już dawno zapomnieć, co to takiego. W ten sposób nie dość że przeczytałam naprawdę dobrą powieść, to jeszcze przyswoiłam kilka wulgaryzmów i innych pożytecznych słów. I… to wtedy. Wtedy właśnie uderzyła mnie z całą siłą swojej oczywistości myśl: Czemu poprzestawać tylko na tym? Czemu po prostu nie zacząć się uczyć hiszpańskiego?

Dziś, kiedy patrzę na te hiszpańskie słowa na marginesach, mam świadomość, że nie wszystkie należą do powszechnie używanych standardów, czy to w Europie, czy w Ameryce Łacińskiej. Niektóre z nich można spotkać wyłącznie w Republice Dominikany, niektóre – także w pobliskich krajach karaibskich. Oto kilka ciekawych przykładów:
jaba – kobieta z mieszanki rasowej, o białej skórze, jasnych włosach i cechach negroidalnych,
prieta – ciemna nędzarka,
guagua – autobus
plepla – bzdura (brzmi jakoś znajomo, prawda?)
Truji-líos – Truji-kłopoty (neologizm wymyślony przez mieszkańców RD, za chwilę stanie się jasne, skąd się wziął)

Wiecie już wszystko o niezwykłej formie naszej książki-bohaterki, czas więc, żebyście się dowiedzieli co nieco o treści (ale nie za dużo, bo naprawdę polecam każdemu jej przeczytanie). W tej sprawie głos oddam wydawnictwu Znak – przy okazji niedowiarki przekonają się, że istnieją opisy z okładek, które warto czytać:

Fukú to wyjątkowo uporczywa klątwa, zwłaszcza jeśli mieszkasz na Dominikanie.
Chyba że uda ci się znaleźć zafa, która ją z ciebie zdejmie.
Chyba że jesteś wyjątkowym dziwakiem jak Oscar – nastoletni Dominikańczyk – cichy, gruby, brzydki i cudaczny. Fukú. Maniak literatury SF, gier komputerowych i Gwiezdnych Wojen. Jedyny w historii Dominikany prawiczek uzależniony od seksu, który zakochuje się na zabój średnio co dziesięć minut. Fukú. Po kolejnym zawodzie miłosnym i kolejnej próbie samobójczej matka wysyła go do babci, gdzie Oscar oczywiście od razu się zakochuje. W starszej od siebie prostytutce. Fukú. Wybrance szefa policji. Fukú. I nagle historia wielopokoleniowej rodziny zaczyna się powtarzać…

Wspomniana historia wielopokoleniowej rodziny jest ściśle związana z ponad trzydziestoma latami dyktatury Rafaela Leonidasa Trujilla Moliny. Kim był Trujillo? Złodziejaszkiem i półanalfabetą, który dzięki wstawiennictwu swojego wuja skorzystał z niepowtarzalnej okazji obecności wojsk Stanów Zjednoczonych na terenie Dominikany i w wieku 26 lat wstąpił do marines. Od tego momentu jego kariera potoczyła się niezwykle szybko, a to dzięki połączeniu szczególnych cech osobowości (których zestaw możecie znaleźć w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD-10 pod numerem F.60-2), wsparcia ze strony Stanów oraz odrobiny szczęścia. Od 1930 aż do 1961 r., kiedy padł ofiarą zamachu, rządził wyspą, sukcesywnie zmieniając ją w swój prywatny folwark. Od koniokrada do dyktatora – chciałoby się podsumować. Junot Díaz pisze:

Korpulentny, sadystyczny Mulat o świńskich oczkach, który wybielał sobie skórę, chodził w butach na platformach i miał słabość do odzieży z czasów napoleońskich, z czasem przejął kontrolę nad niemal każdym aspektem życia politycznego, kulturalnego, społecznego i gospodarczego RD dzięki potężnemu (i znajomemu) połączeniu przemocy, zastraszania, rzezi, gwałtu, werbunku i terroru; Trujillo (zwany również El Jefe, Niewydarzonym Krowokradem i Popierdolem) traktował cały kraj, jakby był jego plantacją, a on jej właścicielem. [1]

Ciekawa jest historia powstawania „Oscara Wao". Díaz pracował nad książką od ładnych paru lat, kiedy znienacka ukazało się „Święto Kozła" M. Vargasa Llosy (2000). No jakże to tak! Znany pisarz, niemal celebryt z drugiego końca kontynentu, a właściwie to już Europejczyk (MVL ma obywatelstwo hiszpańskie), pod…biera jemu, Dominikańczykowi, temat! I w dodatku podejmuje go po mistrzowsku. Díaz musiał poczuć się mocno rozżalony. Jeszcze siedem lat upłynęło, zanim wydał swoją książkę, w której – a jakże – kilkakrotnie polemizuje z Vargasem, zarzucając mu, że „źle" patrzy na niektóre aspekty historii jego kraju (m.in. za bardzo polubił prezydenta Balaguera).

Historia Republiki Dominikany i literatura nią inspirowana (Vargas Llosa i Díaz nie byli jedynymi), to dla mnie tzw. temat-rzeka. Jeśli tylko znajdę pretekst – i jeśli nie będziecie szczególnie mocno protestować – napiszę kiedyś więcej o „Święcie Kozła", o groteskowej rodzinie Trujillo i o tajemniczym doktorze Balaguerze.

—–

[1] Junot Díaz, „Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao", przeł. Jerzy Kozłowski, wyd. Znak, 2009, s. 12.

 

Zobacz także:

Urugwajskie głosy
Hiszpańskie filmy, które łatwo przeoczyć
Dlaczego warto oglądać obcojęzyczne „talent shows"
Jak słuchać, żeby usłyszeć
Czy Polak może się (na)uczyć hiszpańskiego meksykańskiego?
Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery

 

O „łatwości" języka hiszpańskiego

hiszpanskiO tym, jak na uczenie się danego języka może wpływać powszechne przekonanie o jego wysokiej trudności, pisała niedawno Karolina w swoim artykule „Czy język szwedzki jest trudny?" Ja tymczasem zajmę się problemem przeciwnym: jak obiegowe opinie na temat rzekomej łatwości danego języka (na przykładzie hiszpańskiego) przekładają się na efekty w jego nauce?

Oprócz wspomnianego artykułu Karoliny do podjęcia tematu zainspirował mnie tekst Karola „Najłatwiejszy język świata" i dyskusja pod nim oraz wątek z forum How-to-learn-any-language.com (w tym ostatnim rodzimy użytkownik języka hiszpańskiego pyta innych rodzimych użytkowników, czy nie przeszkadza im, że powszechnie uznaje się ich język za tak łatwy; odpisują mu także osoby, dla których hiszpański jest językiem obcym).

Internet (polski i światowy) pełen jest opinii twierdzących, że hiszpański to najłatwiejszy język do nauki. Jeśli im wierzyć, jest to język o banalnej do nauczenia wymowie, słownictwie, które się samo zapamiętuje i bardzo logicznej gramatyce, której reguły są wręcz intuicyjne. (Niemal na równi z hiszpańskim wśród najłatwiejszych języków świata wymienia się włoski, czasem też angielski. Włoskiego nie znam, choć przeczuwam tu wiele analogii z hiszpańskim; jeśli chodzi o angielski, to do pewnego stopnia się zgadzam). Poniżej przeanalizuję trzy grupy takich obiegowych opinii spotykanych na polskich forach oraz portalach i postaram się podważyć ich prawdziwość, posiłkując się konkretnymi przykładami.

1. WYMOWA

Wymowa hiszpańska jest bardzo prosta. Dla Polaka wręcz banalna. To opinia bardzo popularna. I kompletnie nieprawdziwa. Kryje się w niej sugestia, że różne głoski po polsku są wymawiane dokładnie tak jak po hiszpańsku. Oczywiście każdy uczący się hiszpańskiego szybko się orientuje, że z, c i s, w wariancie z północy Hiszpanii (uznanym u nas za wzorcowy) brzmią zupełnie inaczej niż nasze, polskie z, c i s. Większość osób „uznaje" też fakt, że v  to to samo, co b. Na tym jednak nie koniec różnic.

Ważną charakterystyką hiszpańskiej wymowy jest to, że spółgłoski takie jak b/v, d, g, wymawia się różnie w zależności od miejsca w wyrazie / wypowiedzi „na jednym wdechu" oraz głosek, które je otaczają; w dodatku takie n w odpowiednim towarzystwie brzmi praktycznie jak m. (Zasady hiszpańskiej wymowy, w sposób bardzo przystępny dla osób początkujących, wyjaśnia w swoich programach Catalina Moreno, o której pisałam w artykule o internetowych pomocach naukowych).

Jeśli dobrze się wsłuchacie w dowolnego rodzimego użytkownika języka hiszpańskiego, zauważycie, że inaczej niż polskie brzmią również samogłoski hiszpańskie i ich połączenia, takie jak ue. Słowa „no te muevas" (nie ruszaj się) wypowiedziane przez np. Meksykanina, będą brzmiały zupełnie inaczej niż w przypadku Polaka zaczynającego naukę hiszpańskiego.

Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze różnice w dialektach hiszpańskiego. Nie zdziwcie się, jeśli usłyszycie, że ktoś „zjada" przedspółgłoskowe albo kończące wyraz s – to bardzo częste w Ameryce Łacińskiej, także w języku „oficjalnym". A taki Andaluzyjczyk z kolei – „zjada" o wiele więcej (polecam Wam posłuchać zespołu Chambao, najlepiej od razu z transkrypcją tekstu, jest tego sporo w internecie).

Oczywiście nie twierdzę, że hiszpańska wymowa jest super trudna i nie do nauczenia. Jest trudna dokładnie w takim samym stopniu jak wymowa angielska bądź niemiecka i opanowuje się ją jak każdą inną: słuchając jak najwięcej żywego języka i jak najwięcej mówiąc. Wówczas trudno nie być świadomym tego, jak bardzo różni się ona od wymowy polskiej i jak mało wspólnego z rzeczywistością mają opinie o jej rzekomej banalności.

2. SŁOWNICTWO

O słownictwie języka hiszpańskiego krąży plotka, że jest niesamowicie łatwe, samo wpada do głowy, a nawet – że nie znając konkretnego słowa, można je odgadnąć. A to wszystko przez podobieństwo hiszpańskiego do łaciny (a co za tym idzie, także do angielskiego). Popatrzcie na tę listę słów:
la industria
el volcán
frecuentemente
el cóndor
la estrategia
el carnaval
largo
la palmera
la anécdota
el ídolo
Nawet jeśli nie znacie / nie uczycie się hiszpańskiego i nie spotkaliście się z nimi wcześniej, bez problemu odgadniecie ich znaczenie. Problem zacznie się dopiero przy próbie ich powtórzenia. To jak był wulkan? El volcano? El vulcán? El vúlcano? A słowo „często"? Do dziś pamiętam moje niedowierzanie, kiedy zobaczyłam je, napisane przez osobę o teoretycznie zaawansowanej znajomości języka, jako „frequentamente". Mam szczerą nadzieję, że to był wynik roztargnienia…

Hiszpańskie słowa potrafią być naprawdę podstępne. Istnieje np. mnóstwo, mnóstwo par słów, które różnią się tylko jedną literą, a mają kompletnie odmienne znaczenia. Pelar – pelear (obierać – walczyć), la perra – la pera (suka – gruszka), pesar – pasar (ważyć – przechodzić, upływać, …). Istnieją słowa długie, w których łatwo pomylić samogłoski, tak jak wspomniane frecuentemente, pertenecer, permanecer, el amanecer.

Dodatkowo, całkiem dużo słów w języku hiszpańskim pochodzi z arabskiego. Kto odgadnie, że la almohada to poduszka, a la zanahoria to marchewka? Więcej na temat wpływu arabskiego na hiszpański możecie poczytać tu (artykuł po angielsku).

3. GRAMATYKA

Osoby, które głoszą tezę o nadzwyczajnej łatwości języka hiszpańskiego, o gramatyce wspominają jakoś tak niechętnie. Tym niemniej tu i ówdzie można zetknąć się z opinią, że gramatyka języka hiszpańskiego jest bardzo logiczna, a jej zasady stosuje się intuicyjnie. Wydaje mi się, że istotą każdego żywego języka jest pewna doza nielogiczności, choćby dlatego, że różne struktury języka ewoluują w różnym tempie – i być może w równym stopniu dlatego, że po prostu ludzie nie są i nigdy nie będą całkowicie logiczni.

Czy naprawdę takie oczywiste i logiczne jest to, że formy trybu rozkazującego z przeczeniem wyglądają zupełnie inaczej niż bez przeczenia? Albo że hipotezy na temat teraźniejszości formułuje się w czasie przyszłym? (To akurat, w formie szczątkowej, mamy też w języku polskim. Osoba pytana o to, która jest godzina, może odpowiedzieć: „Nie wiem, będzie jakaś trzecia"). Jeszcze ciekawiej jest z hipotezami na temat bliskiej przeszłości („dokąd to ona mogła pójść, że jej tak długo nie ma?"), które tworzy się… tadaaaam! w czasie przyszłym złożonym.

A jak będzie z tą intuicyjnością? Czy ktoś, nie znając wcześniej tej formy, wpadnie na to, że „właśnie urodziłam dziecko" to „acabo de tener un hijo"? (dosłownie: „kończę mieć dziecko"). A jak powiedzieć, że ktoś podszywa się pod cudzą tożsamość? „Se hace pasar por alguien" (dosłownie: „robi się przechodzić przez kogoś"). Oczywiście podobnych przykładów jest mnóstwo, już dziś mogłabym zapełnić ładnych parę stron tymi, które znam.

Wiele osób powtarza też formułkę, że istnieje tylko jedna trudność w hiszpańskiej gramatyce i jest nią tryb subjuntivo, abstrakcyjny dla Polaków. Owszem, często na okołojęzykowych forach internetowych można spotkać się z dylematami: condicional czy subjuntivo?,  indicativo czy subjuntivo? Skłamałabym, gdybym stwierdziła, że nie znam tego problemu z autopsji.  Nie widzę jednak powodów, dla których akurat te rozterki miałyby być częstsze albo trudniejsze niż np. zastanawianie się, który z czasów przeszłych wybrać, jaki rodzajnik (określony/nieokreślony/brak) wstawić czy też który z licznych synonimów rzeczownika będzie najbardziej adekwatny w danym kontekście.

Tu także mimo wszystko nie chcę demonizować. Bo z drugiej strony gramatyka hiszpańska ma całkiem sporo logiki i regularności. A odmiana czasowników przy pewnej wprawie staje się rzeczywiście intuicyjna. Tego, co niekoniecznie jest logiczne i intuicyjne, można się nauczyć – najlepiej przez jak najczęstszy kontakt z żywym językiem.

PO CO TEN ARTYKUŁ?

Na koniec spróbuję odpowiedzieć na postawione w pierwszym akapicie artykułu pytanie: w jaki sposób przekonanie o nadzwyczajnej łatwości języka hiszpańskiego może wpływać na jego naukę? Otóż wiele osób podzielających to przekonanie uczy się języka w sposób niedbały. Skoro wymowa jest tak banalnie prosta, to po co się przykładać do jej nauki? A gramatyka i słownictwo? Grunt, żeby móc się dogadać i być zrozumianym. Skoro Hiszpanie na wakacjach chwalą i się cieszą, że dobrze mówi – to znaczy, że mówi dobrze, nad niczym już nie musi pracować. W efekcie takiej „nauki" osoba przekonana o nadzwyczajnej łatwości hiszpańskiego i o własnej wysokiej znajomości tego języka, popełnia mnóstwo błędów najróżniejszego rodzaju (niewłaściwa ortografia, źle użyte rodzajniki, nieprawidłowa odmiana czasowników, mylenie czasów i trybów etc.). A do tego brzmi jak polski ksiądz na łacińskiej mszy (oczywiście dotyczy to obu płci).

UPDATE: Półtora roku po napisaniu tego tekstu, po kolejnych niezliczonych setkach godzin kontaktu z językiem, który poznaję coraz lepiej pod każdym względem, podtrzymuję wszystko to, co wyżej napisałam. Dziś oczywiście użyłabym innych przykładów, niektóre kwestie bym rozbudowała, na inne położyłabym większy nacisk (na jeszcze inne z kolei mniejszy), ale nadal twierdzę, że język hiszpański jest trudny. 🙂

 

 Zobacz także:
Czy Polak może (na)uczyć się hiszpańskiego meksykańskiego?
Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery
Jak słuchać, żeby usłyszeć
Angielski z kryminałem + wyznania językowej monogamistki
Co Polak może zaoferować światu? Wymiana nie tylko językowa