Author: Karolina Koszałkowska

SWEDEX: luźne przemyślenia

swedex

Źródło: http://www.folkuniversitetet.se/Las-mer-om-sprak/Sprakexamina/Swedex/

Jestem przedstawicielką pokolenia urodzonego w połowie lat 90. Wychowujący się w moim otoczeniu szkolnym rówieśnicy zdradzali mniejsze lub większe predyspozycje językowe, głównie w kierunku języka angielskiego, choć zdarzali się też mali germaniści, nieco wyobcowani w swych preferencjach. Pierwsza z przyjaciółek zdała FCE (Cambridge’owski First Certificate in English, poziom około B2) jeszcze w połowie gimnazjum. Zaraz potem zrobiła to druga. W międzyczasie, 15-letnia koleżanka potwierdziła innym certyfikatem swoją średnio zaawansowaną znajomość ojczystej mowy Angeli Merkel. Rok przed maturą gratulowaliśmy klasowej prymusce zaliczonego CPE (Certificate of Proficiency in English). Nie patrzyłam nań z zazdrością, raczej żalem, że: „mnie się nie chce, a mogłabym”, bądź też klasycznie wzdychając: „szkoda pieniędzy”. Swoją znajomość angielskiego oceniałam i nadal oceniam dość wysoko, zaś poza osobistą satysfakcją nie byłam w stanie dostrzec żadnych wymiernych korzyści podjęcia tego typu wyzwań.

Pewna grupa moich znajomych wie, że już od ponad roku zapowiadam (hucznie, a jakżeby inaczej), iż zdołam przygotować się zupełnie sama (tj. bez kursu) do tzw. „profa” (o samym stopniu trudności czy strukturze tego egzaminu chętnie podyskutuję w komentarzach). Ku mojemu rozgoryczeniu, studia dały mi dobry dowód na to, że należało uczynić to już dawno temu, zdając chociażby o oczko niższe CAE – uniknęłabym trzech semestrów uczelnianego lektoratu, który raczej powoduje moje językowe zacofanie, niż faktyczny progres. Nie o tym jednak chciałabym pisać, zwłaszcza, że same zajęcia wspominać będę raczej miło.

Wstęp ten miał na celu ukazanie powszechności zjawiska, przynajmniej w moim pokoleniu: certyfikaty językowe nie tracą na popularności, a wręcz zaryzykowałabym stwierdzenie przeciwne. Na początku przekażę myśl ogólną, która – teoretycznie – winna przyświecać czytelnikowi aż do końca lektury tego tekstu.

Jeśli ktoś robi coś wyłącznie dla własnej satysfakcji, to nie kwestionujmy utylitarności tego czegoś, bowiem sama ta satysfakcja nadaje danemu przedsięwzięciu wystarczająco głęboki sens.

Staram się wychodzić z tego założenia, nawet wbrew krytycznemu podejściu, które z pewnością zaobserwujecie poniżej.


SWEDEX – UDOWODNIJ, ŻE ZNALAZŁBYŚ SPOŻYWCZAK W SZTOKHOLMIE

Jako samouk języka szwedzkiego naturalną sprawą jest, że chciałabym móc monitorować własne postępy. Będąc samemu sobie "sterem, żeglarzem i okrętem" trudno jest o obiektywną informację zwrotną nt. prezentowanego przez siebie poziomu.

(No dobrze, nie jest aż tak źle – dziękuję dwóm skandynawistom, z którymi czasem koresponduję, a także moim internetowym "szwedoznajomym" oraz pani ekspedientce z księgarni w Karlskronie – jest mi bardzo miło, że się dogadałyśmy!)

Przechodząc do sedna: tak, do dziś przechodzi mi czasem przez głowę myśl, aby podejść do Swedexa – certyfikatu języka szwedzkiego, który możemy zdawać na jednym z trzech poziomów: A2, B1 lub B2. Moim potencjalnym celem byłby ten ostatni. Sam Swedex nie otwiera nam praktycznie żadnej furtki do Królestwa Szwecji – aby studiować na tamtejszych uczelniach, potrzebny jest papierek egzaminu TISUS (inna inszość, jak to mówią). Zatem po co miałabym inwestować czas i pieniądze w egzamin na poziomie B2? Po pierwsze, by się zwyczajnie sprawdzić. Po drugie, by ukierunkować jakoś swoją motywację – każdy z nas potrzebuje czasem celu. Jakiego typu wątpliwości mnie jednak powstrzymują?

1. KOSZT I MIEJSCE ZDAWANIA

Rok temu egzamin SWEDEX można było zdawać w kilku większych miastach Polski, w tym na poziomie B2 jedynie w Warszawie, Gdańsku i Poznaniu. Właśnie odwiedziłam oficjalną stronę folkuniversitetet, głównego "wykonawcy" rzeczonego certyfikatu: w roku 2015 pozostały już tylko ośrodki warszawskie. Wygląda na to, że popularność, bądź też zasoby pieniężne na przeprowadzanie SWEDEXa w Polsce maleją – jeszcze kilka lat temu egzaminatorów nie brakowało nawet w mojej rodzinnej Łodzi.

Koszt egzaminu SWEDEX na poziomie B2 to ok. 750 PLN (informacja mailowa, datowana na marzec 2014), tak więc jest to cena porównywalna chociażby z certyfikatami angielskimi . Doliczyć do tego trzeba także cenę podróży do danego miasta, podręczników i kursu przygotowawczego, ponieważ…

2. SWEDEX NIE SPRZYJA SAMOUKOM

text-i-fokusPo pierwsze: nie uświadczymy tutaj konkretnego spisu publikacji zredagowanych specjalnie pod kątem zadań pojawiających się na egzaminie. Folkuniversitetet poleca co prawda na swojej stronie podręcznik På svenska, na temat którego ciężko mi się wypowiadać z racji mojego braku doświadczenia z nim. Sama sięgnęłabym pewnie po Text i Fokus albo Form i Fokus. Mimo to, odczuwalny jest brak odpowiedniej ilości zestawów przykładowych testów, tematów do części ustnej czy konkretnych repetytoriów gramatycznych, które mogłyby pokierować samoukiem.

Sprawa ma się ciekawie z tzw. Modelltestami, a więc egzaminami przykładowymi. Na każdym z poziomów możemy uzyskać dostęp tylko do jednego z nich. Powtarzam: słownie – jednego. Moje mailowe zapytanie o ewentualną możliwość uzyskania  czy wykupienia większej ilości egzaminów, np. tych z lat ubiegłych, zostało potraktowane jednoznaczną odpowiedzią ze strony miłego Szweda: "NIE".

Pewne źródła każą mi przypuszczać, że lektorzy wykwalifikowani w kierunku przygotowania kandydatów do SWEDEXa w istocie mają dostęp do tego typu materiałów. Czyżby zmuszano mnie więc do uczestnictwa w zorganizowanych kursach prywatnych szkół językowych? 😉

3. PIĘĆSET ZŁOTYCH ZA PISEMNE POTWIERDZENIE UMIEJĘTNOŚCI NAPISANIA CZTEROZDANIOWEGO MAILA

…bo właśnie do tego ogranicza się moim zdaniem sens (a raczej brak sensu) zdawania SWEDEXa na najniższym z poziomów. Niech mnie ktoś oświeci albo wyprowadzi z błędu, ale nie mam pojęcia, komu i gdzie miałaby zaimponować chęć udokumentowania (w dodatku za tak ciężkie pieniądze) umiejętności, które powinno się posiąść po miesiącu-dwóch średnio intensywnej nauki.

Jeśli mamy już ufać europejskiej klasyfikacji poziomów zaawansowania językowego, to godna "szpanu" komunikatywność zaczyna się raczej w granicach B2. Zaraz ktoś mi zarzuci, że deprecjonuję znaczenie elementarnej znajomości języka, chociażby takiej, jaka przydaje się w podróży. Ależ skąd. Nie potrafię tylko dostrzec sensu tworzenia (i zdawania!) wystandaryzowanego i pieczołowicie ułożonego egzaminu na rzeczonym, mocno podstawowym poziomie. (O ile w ogóle ktoś widzi sens w zdawaniu certyfikatów na jakimkolwiek z poziomów!!!)

4. DOŚĆ SUROWY SPOSÓB OCENIANIA

Porównując SWEDEXa do nieco szerzej znanych, cambridge'owskich egzaminów sprawdzających znajomość angielszczyzny, zmuszona jestem wysnuć nieco nieśmiały wniosek odnośnie surowości przebiegu egzaminu, zwłaszcza części poświęconej rozumieniu ze słuchu.

Zacznijmy jednak od spraw bardziej ogólnych: poszczególne części SWEDEXa (czytanie, pisanie, mówienie, słuchanie oraz słownictwo&gramatyka) mają swoje oddzielne progi zdawalności (60%), które nie sumują się do ogólnego wyniku całego egzaminu. Innymi słowy: niemożliwe jest (tak jak na FCE, CAE czy CPE) kompensowanie wyniku danej części inną częścią. Jeśli choć jeden moduł uzyska wynik poniżej 60%, cały nasz SWEDEX (i pieniądze!) idą do kosza.

W przypadku certyfikatów brytyjskich, nagranie na tzw. "listeningu" puszczane jest egzaminowanemu dwa razy. Z niewiadomych mi przyczyn, SWEDEXowe słuchanie na poziomie B2 zakłada jednokrotne odtworzenie danego dialogu czy historyjki. Być może jest to rozwiązanie bardziej realistyczne – zwracam jednak uwagę na różnice między SWEDEXem a egzaminami (także maturalnymi) z innych języków nowożytnych.


JASNA I CIEMNA STRONA CERTYFIKATÓW JAKO TAKICH:

poziomyWszelkim certyfikatom językowym, konstruowanym na zasadzie poziomowania wiedzy zdającego i stawiania mu wymagań w związku z tymi poziomami, towarzyszy ukryte przekonanie, które starałam się zilustrować obrazkiem widocznym z lewej strony tego akapitu. Jeśli wyobrazimy sobie poszczególne etapy zaawansowania językowego (umowne czy też ustalone odgórnie) jako swoistą "matrioszkę" złożoną z mniejszych słoików włożonych w większe, to za nasz "wkład mentalny i umiejętności" możemy uznać wodę wypełniającą te naczynia.

Na początku wodą napełniamy najmniejszy ze słoiczków (tu oznaczony symbolem A2). Jeśli woda się "przeleje", a więc spełnimy wszystkie wymagania poziomu A2 i będziemy w stanie iść dalej, zaczniemy wypełniać naszą cieczą poziom B1. Tu z kolei konieczne jest kolejne "przeciążenie" słoiczka wodą, aby mogła ona dostać się do największego z naczyń. Innymi słowy – kierujemy się pewną równomiernością, kolejnością i ciągłością nauki.

Wiemy jednak, że nauka języka nie przebiega zawsze jednolicie we wszystkich sferach sprawnościowych, tj. słuchaniu, mówieniu, pisaniu i czytaniu. Osobiście uważam, że szwedzkie rozumienie ze słuchu na poziomie B2 pokonałabym choćby jutro, jednak do mówienia musiałabym się nieco przygotować. SWEDEX wymagałby ode mnie jednakowego wyćwiczenia we wszystkich tych płaszczyznach.

I żeby nie było – uważam to raczej za jedną z niewielu zalet przygotowywania się do certyfikatów – starają się one bowiem dążyć do wyposażenia "ucznia" w pewne minimum w zakresie odgórnie ustalonych poziomów.

Nie da się jednak ukryć, że przygotowując się do tego typu egzaminów uczymy się po prostu "rzemieślniczo" samego wypełniania konkretnych testów i stajemy się podporządkowani pewnej "filozofii używania języka" wyznawanej przez ich autorów.

Znakomitą ilustracją powyższej kwestii będzie jeden z moich ulubionych komentarzy pozostawionych przez stałego czytelnika Woofli. Mam nadzieję, że nie obrazi się on za ten mały cytat.

komentarzypp

 

Czy da się dodać coś więcej?…

Bardzo chętnie poznam wasze doświadczenia ze SWEDEXem oraz pobudki, jakie kierowały wami jeśli chodzi o przystąpienie do tego właśnie egzaminu. Jeśli uda mi się kiedyś go zdać (bo z tego wyzwania póki co nie rezygnuję), to na pewno postaram się opisać wszystko "od kuchni".

Przeczytaj także…

Po jakiemu uczyć się szwedzkiego?
Czy język szwedzki jest trudny
Dlaczego nauka języka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek?
Dlaczego nauka języka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek – część 2

 

Niemowląt sprawności językowe, cz. 2 + o dwujęzyczności słów kilka

niemowlat2

Grafika autorstwa… Autorki.

Powracamy do problematyki językowego rozwoju człowieka, którą rozpoczął ten artykuł.  Dziś chciałabym się podzielić pozostałymi, wybranymi przeze mnie wynikami eksperymentów opisanych w pracach badawczych zaprezentowanych na hiszpańskiej konferencji „Workshop on Infant Language Development”, organizowanej przez Basque Center on Cognition, Brain and Language.  Dotkniemy m.in. tematu dziecięcej dwujęzyczności, ale nie tylko w kontekście suchych badań – przedstawię bardzo ciekawy (moim zdaniem) przykład z życia mojej koleżanki. Znajdzie się także dobra okazja, by zareagować na pytanie od jednej z naszych czytelniczek, która wychowuje dzieci w związku polsko-amerykańskim.

Powinniście czytać dalej, jeśli ciekawi was chociażby…

Jak niemowlęta dostosowują się do gramatycznych struktur?

Co wpływa na ich strategie uczenia się nowych słów i pojęć?

Czy możliwe jest wychowanie dwujęzycznego dziecka w związku Polaków-absolwentów anglistyki?


NIEMOWLĘ & UCZENIE SIĘ

Badacze Markman i Wachtel założyli przed laty, że strategiami uczenia się u niemowląt rządzi tzw. Mutual Exclusivity (ME). Nie pozwala ona małemu człowiekowi przyjąć innego założenia, niż to, że jeden obiekt powinien mieć dokładnie jedną słowną reprezentację. Jednak bywa, że dzieci wystawiane są na działanie synonimów (w swoim ojczystym języku) czy też narzeczy zupełnie obcych (zwłaszcza w rodzinach wielojęzycznych, bądź też w życiu codziennym i pre-szkolnym) – czy zasada ME rzeczywiście pozostaje wówczas nieugięta?

Badanie przeprowadzone na trzech grupach 19-miesięcznych niemowląt udowodniło, że przywiązanie do ME maleje w niektórych okolicznościach w sposób znaczny. Zarówno dzieci wychowujące się "dwujęzycznie", jak i te, którym zaaplikowano limitowaną dawkę nauki języka obcego (pasywne słuchanie i interakcja raz na tydzień), nie miały problemu z zaakceptowaniem zmienności nazywania tego samego obiektu (maskotka zajączka mogła nagle stać się króliczkiem). Grupą odniesienia były w tym przypadku oczywiście dzieci jednojęzyczne, u których wykazano mniejszą elastyczność w tym zakresie.

Does minimal exposure to a second language changes word learning strategies in infants?
Kovacs, A. M.
Cognitive Development Centre, CEU, Budapest

NIEMOWLĘ & SYNTAKTYKA

W innym badaniu udowodniono, że już 13-miesięczne niemowlęta, w obliczu prezentowanego im języka sztucznego, preferują i rozpoznają regulacje zgodne ze strukturą ich języka ojczystego. Dowodzi to potędze istniejących w jednostkach ludzkich regularności statystycznych w uczeniu się języków – zarówno na samym początku życia, jak i w jego dalszym biegu.

Infant adaptation to syntactic structure
Onnis, L. & Thiessen, E.

Tego typu badania, choć może nie zawsze jasne dla laików w swoim dokładnym przebiegu i metodologii, oraz niepozbawione marginesu statystycznego błędu, dają jednak pewien ogląd na, jak się okazuje, niezwykle wczesny rozwój zdolności poznawczych u dzieci, także zaawansowanych kompetencji językowych.

Tak zwana wiedza potoczna dawno już wzbogacona została o hipotezy i przekonania dotyczące zalet dwujęzyczności podjętej w jak najmłodszym wieku. Profitów związanych z elastycznością myślenia, uczenia się, zapamiętywania czy ogólną wygodą życiową nie trzeba udowadniać żadnymi badaniami. Mimo to, pozwolę sobie przytoczyć jedną z interesujących prac, w której to wzięto pod lupę niemowlęta "chłonące" jednocześnie dwa, bardzo zbliżone do siebie rytmicznością języki, tj. hiszpański i baskijski.
(Moja wiedza nt. języka Basków jest mocno ograniczona, natomiast jestem świadoma jego izolowanego charakteru: czy ktoś faktycznie może potwierdzić jego znaczące podobieństwo do hiszpańskiego?)

Takie tam śmieszne, z internetu.

Takie tam śmieszne, z internetu.

NIEMOWLĘ & DWUJĘZYCZNOŚĆ

Badacze zastanawiali się, czy zaledwie czteromiesięczny (!), dwujęzyczny Hiszpano-Bask zdoła rozróżnić między sobą swoje dwa natywne języki. Jako porównania użyto pary języków nieznanych dziecku i znacznie różniących się między sobą (były to, uwaga, polski i japoński).

Okazało się, że człowiek zaledwie kilka miesięcy po urodzeniu jest świadom, kiedy dokładnie otaczany jest językiem torreadorów, a kiedy do akcji wkracza baskijska babcia czy wujek.

Language discrimination in monolingual and bilingual infants of Spanish and Basque Monika Molnar, Judit Gervain, Marcela Peña, Martijn Baart, Ileana Quiñones & Manuel Carreiras

Wynika z tego, że każde prawidłowo rozwijające się psychicznie dziecko, odznacza się fantastycznym przystosowaniem do bilingwalnego "eksperymentowania" na jego kilkumiesięcznym, a potem już kilkuletnim organizmie.

STUDIUM PRZYPADKU KOLEŻANKI X

Jedna z moich koleżanek, którą dla ułatwienia ochrzczę tajemniczym pseudonimem "X", dała mi się początkowo poznać jako uczennica starszej klasy, bezpardonowo krocząca korytarzami mojej podstawówki i wymieniająca z przyjaciółkami zdania wypowiedziane typowym, czystym amerykańskim akcentem, znanym doskonale z wątpliwej jakości filmów i seriali młodzieżowych.

Kiedy w toku relacji dowiedziałam się o jej dwujęzyczności, automatycznie założyłam, że musi ona pochodzić z rodziny mieszanej pod względem narodowości, lub przynajmniej mieć za sobą dłuższy pobyt za granicą. Okazało się, że X zawdzięcza swoje kompetencje tylko i wyłącznie profesji swoich rodziców – nauczycieli angielskiego.

Specjalnie dla potrzeb tego artykułu, dopytałam X o kilka szczegółów związanych z jej językowym rozwojem.

Po pierwsze: Czy rodzice X wdrożyli ją w dwujęzyczność od samego początku jej życia, czy nastało to już po wypowiedzeniu przez nią pierwszych słów po polsku?

X wie, że to angielski był jej "pierwszym z pierwszych" języków. Polski został wdrożony do życia X dopiero, gdy skończyła ona 3-4 lata.

Po drugie: Czy "rygor" zwracania się do niej w języku angielskim dotyczył obojga rodziców, czy tylko jednego?

Początkowo to matka X miała być rodzicem "anglojęzycznym", zaś ojciec miał zwracać się do córki po polsku. Wkrótce jednak matka X uznała, że dawka angielszczyzny będzie zbyt mała, więc poleciła również mężowi całkowicie ograniczyć użycie języka polskiego.

Gdy X osiągnęła wiek 7-8 lat, ojciec postanowił zwiększyć udział polskiego, lecz matka odmawiała jego użycia w rozmowach z córką. X wspomina, że irytowało ją to, gdyż nie zawsze była w stanie wyrazić po angielsku to, co przytrafiło jej się w ciągu dnia w polskiej szkole.

Po trzecie: Czy proporcje między używaniem przez nią polskiego i angielskiego były wyważone?

X uważa, że częste obcowanie z językiem polskim w szkole i u dziadków pozwoliło zrównoważyć wyłączność angielskiego, którym posługiwano się w domu rodzinnym.

Po czwarte: Czy dziś, w wieku dwudziestu-kilku lat, X nadal rozmawia ze swoimi rodzicami po angielsku?

Matka X przez całe jej życie rozmawiała z nią wyłącznie po angielsku, co ma miejsce do dnia dzisiejszego. Ojciec rzadko używa już angielskiego w rozmowach z X, zwłaszcza, kiedy opowiada jej o swoim życiu. Warto wspomnieć, że rodzice X w pewnym momencie rozwiedli się.

X rozmawia z ojcem po angielsku tylko wtedy, gdy chce "wykluczyć" z rozmowy kogoś nieanglojęzycznego, bądź też w przypadku tematów trudnych emocjonalnie  – jest to dla X bardziej komfortowe. Cytat: "I can't word myself emotionally in Polish as well as I can in English"

I wreszcie: Co skłoniło rodziców X do podjęcia tego typu "eksperymentu" na dziecku?

Główną inicjatorką przedsięwzięcia była matka X, która uznała, że będzie to ciekawe pod względem lingwistycznym doświadczenie (przypadek córki stał się nawet tematem jej licencjatu oraz magisterki). Matka X interesuje się językoznawstwem oraz psycholingwistyką, sama X również studiuje kierunek pokrewny.

Dziadek od strony ojca X również próbował wychować dwujęzycznie swoją młodszą córkę, tj. ciotkę X. Eksperyment niestety nie powiódł się, lecz ojciec X obserwował z zaciekawieniem poczynania dziadka X, toteż przystał na pomysły żony.

 WIADOMOŚĆ OD CZYTELNICZKI – DYSKUSJA OTWARTA

Ponad tydzień temu otrzymaliśmy na facebooku list od jednej z naszej czytelniczek, Polki mieszkającej w Stanach Zjednoczonych:


 

"Dzien Dobry, Poszukuje odpowiedzi na pytania. Mieszkam w USA jestem Polka z wyksztalcenia pedagogiem, moj maz jest Amerykanienem, nauczycielem angielskiego. Mamy dwojke malych dzieci mowiacych zarowno po polsku jak i angielsku na takim samym poziomie. Za rok nasze starsze dziecko obejmie obowiazek szkolny. My jednak mamy idealne warunki, zeby uczyc dzieci w domu. I tutaj pojawia sie maly problem. Ja caly czas mowie do dzieci po polsku i one sie juz nauczyly same z siebie, ze w zaleznosci do kogo mowia zmieniaja jezyk. Nie wiem jak mam to pogodzic z nauka w domu ktora jednak musi byc po angielsku. O ile teraz wszystko jest zabawa i dzieci ucza sie same, o tyle za chwilke bedzie trzeba wprowadzic im alfabet, i to ja bede musiala uczyc w ciagu dnia. Jak to pogodzic, jak uczyc, zeby dzieci znaly pojecia w swoim jezyku a nie zgubily takze polskiego. Czy ktos moze z forumowiczow jest w takiej sytuacji? Bede wdzieczna za wszelkie informacje i linki na temat, moga tez byc w jezyku angielskim. Pozdrawiam Asia"


 

Trudno mi dawać jednoznaczne rady naszej czytelniczce, z kilku powodów: po pierwsze, nie mam dzieci; po drugie: nie mam obcojęzycznego partnera, ani nie mieszkam poza granicami Polski. Brak mi wykształcenia lingwistycznego czy pedagogicznego, zaś zdobycie psychologicznego jest obecnie w toku. Jednak przypadek koleżanki X daje dużą dawkę nadziei na to, że nawet jeden rodzic jest w stanie "zatrzymać" w dziecku język, którego nie słyszy ono w szkole czy od kolegów, co oczywiście wymaga ogromnej pracy, determinacji i konsekwencji wszystkich członków rodziny.

Rzecz jasna należy wziąć pod uwagę wszelkie czynniki zakłócające – mąż naszej czytelniczki nie zna polskiego; potęga oddziaływania angielskiego na terenie USA z pewnością "miażdży" mowę Polaków, zaś wychowanie jedynaczki (X nie miała rodzeństwa) w sposób znaczący różni się od posiadania w domu większej gromady pociech.

Być może w komentarzach znajdzie się kilka rad od osób odwiedzających Wooflę?

Zobacz także…
Niemowląt sprawności językowe – część 1

Najpiękniejszy z językowych przełomów

Jak szybko można zapomnieć – historia oparta na faktach
Po naszemu, czyli kilka słów o gwarach wielkopolskich

Niemowląt sprawności językowe, cz. 1

noworodek

Grafika autorstwa… autorki.

Artykuł poświęcam mojemu Bratu.

Już Mickiewicz skarżył się na bezlitosny upływ czasu, który nie pozwala mu powrócić do utraconego raju dzieciństwa. Jako, że autobiograficzne wątki w jego poezji stanowiły temat mojej prezentacji maturalnej, to z dużą dozą pewności mogę zapewnić, że tęsknił on za dzieciństwem dość wczesnym, a jego wspomnienia dotyczyły głównie beztroskich zabaw nad wodami Niemna.

 


„Niemnie, domowa rzeko moja! gdzie są wody,
Które niegdyś czerpałem w niemowlęce dłonie,
Na których potem w dzikie pływałem ustronie,
Sercu niespokojnemu szukając ochłody? (…)”

Adam Mickiewicz – Do Niemna (fragment)


Gdyby Mickiewicz żył, to kto wie – może byłby autorem tekstu do "Życie jest nowelą"?

Uniwersyteckie kursy z zakresu rozwoju psychicznego dziecka poddały w wątpliwość tę część moich polonistycznych fascynacji – „niemowlęce dłonie”? Czy wieszcz faktycznie byłby w stanie dokładnie pamiętać, że bawił się nad wodą będąc niemowlęciem? Psychologia jednoznacznie rozstrzyga ten problem, wprowadzając pojęcie amnezji dziecięcej, a więc zjawiska całkowitego braku świadomych wspomnień z okresu przed ukończeniem trzeciego roku życia.

Tak, tak, mnie też (jak wielu, wielu ludziom) wydaje się, że pamiętam urywki scen z mojego własnego inkubatora. Nie ma jednak co się kłócić – poeta Adam zapewne „wykreował” owe wspomnienie tylko na potrzeby wiersza. Może mama mu opowiedziała?

Jednak nie o Mickiewiczu dzisiaj, a o niemowlęctwie właśnie. Znacie jakieś plusy cofnięcia się w czasie do tego najwcześniejszego etapu życia? Oczywiście z wyjątkiem szansy naprawienia wielu błędów i głupstw. No, dalej, jesteśmy wszak na stronie traktującej o językach. Wspaniale byłoby przyswoić równolegle jeszcze jeden, albo i nawet dwa języki obce, prawda? Mimochodem, naturalnie.

Nieistotny jest fakt występowania wspomnianej wcześniej amnezji dziecięcej – do dzieci należy mówić często, dużo, otaczać je „słowną kąpielą” już od pierwszych dni życia.

Nieistotny jest także fakt, że dziecko do mniej więcej 2. roku życia nie będzie umiało stworzyć zdania (a nawet po przekroczeniu 24 miesiąca tworzy zdania co najwyżej dwuwyrazowe). Niemowlę (a więc dziecko, które nie ukończyło pierwszego roku życia) to po łacinie infans – a więc „niemy, niemówiący” – wyraz polski także kryje w sobie to ukryte znaczenie.

A jednak artykuł ten będzie o kompetencjach JĘZYKOWYCH, dostępnych lub rozwijanych przez dziecko w okresie niemowlęctwa właśnie. Oprę się w ogromnej większości na abstraktach prac badawczych zaprezentowanych na hiszpańskiej konferencji „Workshop on Infant Language Development”, organizowanej przez Basque Center on Cognition, Brain and Language.

wild


NIEMOWLĘ & SŁUCH I FONETYKA

Niemowlęta z całą pewnością są zdolne do rozpoznawania słów wyłapywanych z ustnej wypowiedzi drugiego człowieka, mimo, iż nie pojmują jeszcze ich logicznego i głębszego sensu. Eksperymenty z tego zakresu polegają głównie na prezentowaniu dzieciom kolorowych obrazków, koncentrujących się na prostych pojęciach, takich jak poszczególne składniki żywności, czy części ludzkiego ciała, z jednoczesnym głośnym odczytaniem ich nazw przez eksperymentatora. Naukowców dzieli jednak kwestia tego, co właściwie wpływa na wrażliwość słuchowego różnicowania u tak małego człowieka. Na początku sądzono, że fiksacja wzrokowa na danym obrazku wiąże się z faktem prezentowania go przez matkę danego niemowlęcia. Nowsze badania pokazują, że zmienność osoby mówiącej jest całkowicie niezależna od faktu rozpoznania lub braku rozpoznania przez dziecko danego słowa kojarzonego z obrazkiem. Dzieci 6-8 miesięczne rozpoznawały dany rzeczownik tak samo dobrze, kiedy to nieznany mężczyzna przeprowadzał eksperyment. Uwaga dzieci ulegała rozproszeniu tylko w przypadku lekkiej, zdawałoby się niezauważalnej dla tak młodej osoby zmiany jednego z fonemów – np. angielskie słowo „hand” zamieniono na „hund”. Dzieci 12-14 miesięczne jednoznacznie okazały się być wrażliwe właśnie na zmiany fonetyczne, nie zaś przywiązanie do znanego głosu osoby mówiącej.

Infant word comprehension: Robust to speaker differences but sensitive to single phoneme changes
Bergelson, E. & Swingley, D.
University of Pennsylvania

Także umiejętność segmentacji, a więc oddzielania poszczególnych słów od siebie okazuje się być, w świetle najnowszych badań, dobrze rozwinięta u niemowląt. W sytuacji gdy my, dorośli, zaczynamy uczyć się nowego języka (zwłaszcza takiego, który rządzi się zupełnie innymi własnościami rytmicznymi niż polszczyzna), nierzadko napotykamy trudności z poprawnym wyłapaniem, kiedy dane słowo kończy się, a drugie zaczyna. Podręcznikowe nagrania jawią nam się z początku jako jednolity potok dźwięku, z którego dopiero później uczymy się wyszczególniać rzeczowniki, czasowniki, przecinki, pauzy, partykuły, przyimki i tym podobne składowe zdań. Również w przypadku niemowląt sądzono, że tylko zbliżony prozodycznie (akcentowo, rytmicznie) język do tego, które dziecko słyszy na co dzień, nie będzie stanowił segmentacyjnego wyzwania dla maluchów.

I rzeczywiście – monojęzyczne grupy 9-miesięcznych niemowląt brytyjskich i niderlandzkich udowodniły swoją zdolność do rozdzielania dwusylabowych wyrazów w obrębie tych dwóch narzeczy. Co więcej, inne badanie wykazało brak takiej zdolności w sytuacji przebadania małych Brytyjczyków i Francuzów.

Co się jednak okazało? Dwusylabowe wyrazy w językach germańskich (a więc angielskim i niderlandzkim) to zazwyczaj tzw. trocheje. Zaś francuski składa się głównie z dwusylabowych wyrazów jambicznych. Z wyjaśnieniem spieszy Wikipedia:

trochejjamb

Tako rzecze Zarat… Wikipedia. Wolna, ale jednak encyklopedia.

 

Stąd też mali Anglicy nie radzili sobie z segmentacją francuskich jambów.

Inni badacze postanowili więc porównać grupy angielsko-hiszpańskie, w których to językach przeważają dwusylabowe wyrazy trocheiczne. Należy zwrócić uwagę, że w dalszym ciągu były to języki należące do zupełnie innych klas rytmicznych (myślę, że nie ma co do tego wątpliwości).

Stworzono dwie listy, każda składająca się z dwóch, dwusylabowych rzecz jasna, hiszpańskich słów.

Mówiąc precyzyjniej, były to pary gancho/salsa oraz gesto/venda. Jedna z list była prezentowana danemu dziecku przez 60, a drugim eksperymencie przez 45 sekund. Później, to samo dziecko słuchało już listy czterech słów – z czego dwa były mu już wcześniej czytane. Wyniki testu poddano statystycznej analizie i interpretacji. Tu następuje mała dygresja w postaci słabego dowcipu: statystyka jest jak latarnia dla pijanego. Służy do podparcia, a nie do oświetlenia. Pozdrawiam mojego pana profesora W.S. Oto, co wykazały obliczenia:

  • Monojęzyczne dzieci pochodzenia brytyjskiego (wiek: 8,5 miesiąca) z powodzeniem wysegmentowały hiszpańskie trocheje, które prezentowano im wcześniej w sekwencji 60-sekundowej.
  • Sekwencje 45-sekundowe okazały się za krótkie do wystąpienia takiej segmentacji.

Na podstawie powyższych, oraz wcześniejszych badań obalono teorię, jakoby to sam fakt nienatywnego rytmu wypowiedzi uniemożliwiał niemowlętom segmentację słów. Jako głównego winowajcę wskazano właśnie to nieszczęsne podobieństwo prozodyczne w obrębie słów trocheicznych bądź jambicznych (cyt. "the unfamiliarity of the prosodic shape of the target word").

Non-native rhythm does not block word segmentation in infants
Sundara, M. & Mateu, V.
UCLA Department of Linguistics

A CO Z WYDAWANIEM DŹWIĘKÓW?

Ustaliliśmy na początku artykułu, że dzieci poniżej 1 roku życia nie mówią, co rzecz jasna nie stoi na przeszkodzie, by wydawać z krtani różne dźwięki – nie tylko podczas płaczu.

Mały człowiek na początku głuży, a więc wydobywa z siebie pojedyncze głoski lub zbitki głoskowe, najczęściej gardłowe. Około 6. miesiąca życia dziecko zaczyna gaworzyć, a więc posługiwać się prostymi sylabami, w których łączy samogłoski ze spółgłoskami. Gaworzenie ma funkcję praktyczną, pozwalającą na pierwszy trening artykulacyjny. Gdzie tu ciekawostka? Otóż dzieci na całym globie, niezależnie od szerokości geograficznej i ojczystej mowy swojego kraju gaworzą dokładnie tak samo. Z moich uczelnianych notatek wynika, że zjawisko to nosi nazwę "dryfowanie gaworzenia". Dziecko na tym etapie rozwoju nie wpasowuje się jeszcze w żadne ramy fonetyczne swojego własnego języka – ani w chińskie tony, ani w szalone dźwięki języków afrykańskich, ani w trudne dla Polaków zbitki głoskowe Szwedów, ani w trudne dla Amerykanina słowiańskie językołamacze. Dopiero z nadejściem mowy właściwej dzieci tracą zdolności wydawania z siebie uniwersalnych dźwięków, na rzecz specyfiki swoich lingua mater.


W następnym odcinku wpisie postaram się przybliżyć najciekawsze badania z w.w. konferencji, dotyczące tematów:

NIEMOWLĘ & DWUJĘZYCZNOŚĆ

NIEMOWLĘ & SYNTAKTYKA

NIEMOWLĘ & UCZENIE SIĘ


 

Przeczytaj także…

7 grzechów głównych nauki języków obcych

A nie mylą ci się te języki?

Co przyjdzie z słuchania radia przez godzinę dziennie?

Najpiękniejszy z językowych przełomów

Ile klasyki w postępie?

Nie tyrolska i nie turystyczna. Nudna i zacofana konserwa językowa – to ja.

Nie tyrolska i nie turystyczna. Nudna i zacofana konserwa językowa – to ja.

***Uwaga: wpis mocno subiektywny i oparty na moich własnych perypetiach związanych z nauką języków obcych. Przyda się osobom, które zauważają u siebie predyspozycje i preferencje zbliżone do moich.


Zauważyliście, że spora część postów na WOOFLi (no dobrze, powiedzmy, że połowa) zawiera w sobie dużo stwierdzeń opartych na przeczeniach, a więc lubimy mówić o tym jak NIE uczyć się języków, zamiast po prostu dzielić się z czytelnikami tym, jak MY „to” robimy? Oczywiście byłoby niesprawiedliwością generalizować tę myśl na całokształt naszych artykułów. Ale myślę, że osoba zainteresowana nauką języków większą radość, motywację i nadzieję wyniesie z tekstów będących drogowskazem i źródłem porad.

Problem w tym, że czytelnik oczekuje zwykle porad:
a)    uniwersalnych
b)    możliwie rewolucyjnych

Myślę, że nie muszę udowadniać, że bardzo o takie trudno.

Zwróćmy jednak uwagę na pewnego rodzaju trend we współczesnym myśleniu o metodologii nauczania i uczenia się języków. Mieliście kiedyś w ręku jakiś (nawet współczesny) podręcznik do wykładania łaciny i kultury antycznej w szkołach średnich? Chociażby Porta Latina, z której sama korzystałam w liceum. Praca z taką książką stawia sobie za cel przede wszystkim wpajanie struktury języka łacińskiego (nieużywanego przecież w codziennych sytuacjach komunikacyjnych) poprzez schemat: przedstawienie teorii gramatycznej – komentarz gramatyczno-leksykalny – rozdanie słowników – trening translatorski. Tylko i wyłącznie, powtarzam: tylko i wyłącznie tłumaczenie pełnych zdań, które wymaga takiego natężenia uwagi i łączenia wielu obszarów ledwo co nabytej wiedzy w jedno, że ma się ochotę jedynie splunąć i trzasnąć drzwiami.

Zdaje się, że szeroko pojęta praca z tekstem należy już do bardzo niepożądanych, wręcz archaicznych i znienawidzonych metod, szczególnie uznawanych za nieprzystające do realiów nauczania i uczenia się języków nowożytnych. Praca ze źródłem pisanym, skupiona na pewnego rodzaju analizie i zagłębianiu się w niuanse językoznawcze, jawi się wielu osobom jako żmudna, totalnie niepraktyczna, nierozwijająca, krzywdząca i zniechęcająca. Wszak każdy chciałby przede wszystkim „nauczyć się mówić”.

źródło: http://www.michelthomas.com/assets/downloads/INTRODUCTORY%20POLISH.pdf

źródło: http://www.michelthomas.com/assets/downloads/INTRODUCTORY%20POLISH.pdf

 

Powyższy zrzut ekranu, będący fragmentem opisu metody niejakiego Michela Thomasa (co ciekawe, natrafiłam nań  przeglądając oparty na niej kurs języka polskiego dla obcokrajowców), ma jednoznaczny wydźwięk: ludzie mają trudności z nauką języków, ponieważ nie pozwala im się wyjść ze szkolnych schematów. Ten pan utrzymuje chyba, że już sam kontakt z ołówkiem i kartką papieru, albo (Boże uchowaj) słownikiem, grozi histeryczną katatonią, afazją, otępieniem i zespołem stresu pourazowego.

A ja, psiakrew, lubię pracę z tekstem i cenię ją sobie jak nic innego, podobnie chyba jak Karol i Michał. Prawda jest taka, że lubię obcować z wieloma tekstami, najlepiej o dużym przekroju różnorodności i stopnia trudności. Lubię „wymiętosić” jedną frazę na wszystkie strony, rozumieć budowę zdania w każdym jego szczególe, tworzyć w głowie poznawczą reprezentację gramatycznego „szkieletu”, na który potem samodzielnie jestem w stanie układać „tkanki mięśniowe, kostne, narządy i układy narządów” złożone ze słów i interpunkcji.

To trochę jak z małymi chłopcami, którzy widząc zegarek od razu chcieliby go rozkręcić i poznać wszystkie jego mechanizmy, części, śrubki i zębatki. Inni zaś wolą po prostu mieć cały, gotowy, dobrze działający gadżet, z którego będą w stanie zwyczajnie odczytać godzinę, jeśli będzie im potrzebna. I nic w tym złego.
Kiedy zaczynałam samodzielną naukę języka obcego, zależało mi nieco na obcięciu kosztów źródeł potrzebnych mi do nauki. Uważałam wtedy, że najlepiej będzie zacząć od opracowywania prostych tekstów porównując je w miarę symultanicznie z ich głosowymi nagraniami. Chciałam ominąć konieczność nabywania książek z dołączoną płytą CD.

Zdecydowałam się więc napisać do szwedzkiego radia (moje pierwsze, samodzielne i nieco łamane szwedzkojęzyczne maile, przy których dzielnie się upierałam, choć przecież mogłabym napisać do nich po angielsku) z prośbą o udostępnienie mi transkrypcji krótkich opowiadań dla dzieci, czytanych w ramach cyklicznej audycji dla najmłodszych. Były to dzieła fińskich autorów, chyba dość niszowe, ponieważ nie potrafiłam znaleźć w Internecie nawet oryginałów, nie mówiąc już o przekładach na szwedzki. Ogromnie miło wspominam korespondencję z redaktorkami i realizatorkami tamtej audycji. „Na cito” otrzymałam plik .doc z kilkunastoma tekstami bajek, które mogłam jednocześnie śledzić zarówno wzrokowo, jak i słuchowo.

Na kanwie tych możliwości opracowałam bardzo lubiany przeze mnie do dziś trening fonetyczno-ortograficzno-polisensoryczny, który pewnie części czytelników przypominać będzie zwykłe dyktando, jednak nie do końca polega na tym samym.
Znając ogólne brzmienie głosek, prawidłowość ich zmienności w zależności od ułożenia, położenia akcentu etc. (ktoś pomyśli – co to w ogóle za kolejność uczenia się? Studiowanie alfabetu fonetycznego i podręczników dla filologów, podczas gdy mogłabyś przyswoić te zasady nieświadomie i naturalnie?), postanawiam wyłowić z nagrania dźwiękowego NIEZNANE MI wcześniej słowo, po czym (wsłuchując się uważnie, bez sprawdzania) usiłuję napisać je tak, jak je sobie „wyobraziłam” w formie tekstowej. Przy odrobinie wiedzy i szczęścia, uda mi się osiągnąć 100% ortograficznej poprawności, a ponadto ustalić długość poszczególnych samogłosek, rodzaj akcentu, postać i wzajemną relację dyftongów itd. itp.

Uwierzcie mi, że szwedzki potrafi płatać czasem różne figle na linii zapis – wymowa. Dlatego samodzielnie oceniam, że właśnie taka umiejętność jest bardzo dla mnie cenna i warta ćwiczeń. Ach, dodam jeszcze, że niesamowicie przydaje się to jeżeli chcemy (np. podczas oglądania obcojęzycznej telewizji) sprawdzić szybko w Internecie jakieś nurtujące nas słowo. Jednym słowem – uczymy radzić sobie bez transkrypcji słownej. Chyba też właśnie dlatego bardzo cenię sobie moją powierzchowną znajomość alfabetu fonetycznego. Podręcznik, który przy wprowadzaniu suchej leksyki uwzględnia ten uniwersalny zapis fonetyczny, jest w mojej opinii naprawdę cenny.

Nie oznacza to jednak, że pracuję wyłącznie na suchych tekstach, nagraniach, gotowych źródłach wspomagających rozumienie bierne (deprecjonując umiejętności czynnego posługiwania się językiem w mowie i w piśmie), albo siadam ze słownikiem polsko-szwedzkim i uczę się każdego słowa po kolei.

Tak naprawdę metoda, którą obierzesz, ma najmniejsze znaczenie. To nie metody zrewolucjonizują twoje postępy, mentalność, sposób patrzenia na to, co do tej pory robiłeś źle. Pozwólcie, że podzielę się na koniec moją myślą, którą dość dobrze zilustruje poniższy cytat:

„Languages cannot be taught, they can only be learnt. The best way is to tell students right away that they are responsible for their own learning process, and the teacher is just a guide who has to motivate them.”

Nie chodzi więc o konflikty między nauczaniem indywidualnym a grupowym; metodami wyniesionymi z przedwojennego szkolnictwa a tymi „nowoczesnymi”; sporem między „naciskiem na komunikatywność” a „puryzmem językowym”. Chodzi o przejęcie inicjatywy i odpowiedzialności za swoją własną naukę. Pełnej, kompletnej i globalnej – stąd też nie zgadzam się z ostatnią częścią cytatu – to nie „teacher” ma być źródłem motywacji, tylko nasze własne dążenia i potrzeby intelektualne.

Nikt ich za nas ani dla nas nie stworzy.

 

Zobacz też…

Kiedy i jak korzystać z Wikipedii przy nauce języka obcego?

Nie samymi podręcznikami… – czyli internetowe pomoce naukowe

7 grzechów głównych nauki języków obcych

7 grzechów głównych nauki języków obcych

siedem

"Stają się zaczątkiem innych grzechów, są świetnym podłożem, na którym może powstać i rozwinąć się cała paleta występków, nieprawości, zaniedbań."

– niedziela.pl – Tygodnik Katolicki NIEDZIELA

Ponieważ tytuł wpisu, główna grafika i powyższy cytat mogą wywołać lekki niepokój, to pragnę zdementować potencjalne plotki – nie zmieniliśmy profilu tematycznego strony na wyznaniowy. Niemniej jednak, każdy przeciętnie zorientowany w wytworach kultury człowiek wie, że motyw siedmiu grzechów głównych był, jest i pozostanie motywem niezwykle nośnym.

Okazuje się, że metodą luźnych (a czasem wręcz bardzo luźnych) skojarzeń i analogii, da się zinterpretować poszczególne peccata capitalia w kontekście metodyki uczenia i nauczania języków obcych. Postaram się uczynić to poniżej, wszystko w oparciu o moje subiektywne przemyślenia, z czego większość poparta jest osobistymi doświadczeniami z mojego życia.


LENISTWO

Choć, o ile mi wiadomo, Katechizm Kościoła Katolickiego nie wyszczególnia najbardziej parszywego spośród siedmiu grzechów głównych, to w świecie językowym to właśnie lenistwu przyznałabym ten "zaszczytny" tytuł.

Nauka języka obcego to ciężka praca. Codzienna i dożywotnia, choć w pewnym momencie przypomina raczej doskonalenie warsztatu, niż dochodzenie do poziomu komunikatywności. Kiedyś jeden z komentujących poddał w wątpliwość moje stwierdzenie, jakoby celem nauki języka miałaby (czy powinna) być tzw. płynność. Skłoniło mnie to do głębszej refleksji. Prawdę mówiąc, bardziej nienaturalne wydaje mi się nakładanie na siebie ograniczeń, tj. nauka sprowadzona tylko do kilku miesięcy czy lat kursu, bądź też utrzymywanie języka na jednym poziomie, mimo jego używania (choć faza plateau działa trochę w ten sposób, czy tego chcemy, czy nie). Tak czy siak, jeżeli używamy języka w sposób w miarę wszechstronny i regularny, to raczej nie ma szans nie posuwać się naprzód, ku płynności właśnie (która, przyznajmy sobie szczerze, jest jak worek bez dna).

Dygresja ta, pozornie odbiegająca od głównego tematu akapitu, wiążę się dość ściśle z tym, co może być bezpośrednim następstwem językowego lenistwa. Choć może lepszym określeniem byłby korelat – bowiem o współwystępowaniu lenistwa z pewnym rodzajem naiwności chciałabym zakończyć tę część rozmyślańHiszpański w miesiąc, duński w pół roku, czy japoński bez bólu (nie ma, że boli!) to pułapki, których nie trzeba przedstawiać stałym czytelnikom naszych artykułów na WOOFLA.pl. Swoją drogą, jest to naprawdę genialny chwyt, który, w zasadzie, jest pod względem logicznym niemal nienaganny. "Hiszpański w miesiąc". Hiszpański. Czymże jest ten mityczny, niedookreślony hiszpański? 30-letnim doświadczeniem zdolnego iberysty? Czy kilkoma dialogami przydatnymi w podróży? A może wiedzą dwujęzycznego dziecka? Skąd w ludziach wiara w to, że język faktycznie stanowi jakiś policzalny byt, który dzięki "cudownym metodom" zdoła być przyswojony "w całości" w odgórnie przyjętych jednostkach czasu? Wydaje się, że lepszym tytułem byłby "Hiszpański przez miesiąc" – wówczas zwracam honor. Ważne jednak, by na miesiącu się nie skończyło.


NIECZYSTOŚĆ

Spokojnie – efektywna nauka języków nie wymaga na szczęście wstrzemięźliwości seksualnej. "Nieczystość" w kontekście lingwistycznym rozumiem raczej w kategoriach wszelakiej niedbałości – ortograficznej, stylistycznej czy gramatycznej, z czego pierwsza i ostatnia jest najczęstszym przedmiotem laickich dyskusji.

Zetknęliście się kiedykolwiek z opinią postulującą zniesienie zasad ortograficznych (np. w języku polskim), motywowaną przekonaniem o zupełnej nieprzydatności wyżej wymienionych? Podobną chęć, choć umotywowaną raczej zamiłowaniem do skandalu, wykazywali na początku XX wieku futuryści. Poniżej próbka ich możliwości.

futurysci

(W sumie, gdyby w innej publikacji napisali 'Kraków', to ich niekonsekwencja mogłaby być podwójnie awangardowa)

 

Duch Futuryzmu zdaje się odradzać od czasu do czasu, między innymi w postaci zapytań kierowanych do Poradni Językowej PWN. Gorzej, jeśli postępowemu czytelnikowi odpowiedzi udzieli profesor Mirosław Bańko, znany ze swoich ciętych i trafiających w sedno ripost.

profesor_banko(prof. Bańko w swoim żywiole)

W geście solidarności z zacytowanym wyżej uczonym dodam jeszcze, że dużo wody w Wiśle może jeszcze upłynąć, zanim ludzie pojmą, iż:

a) pewne znaki odpowiadają pewnym realnie artykułowanym dźwiękom, stąd konieczne jest regulowanie zasad języka pisanego;

b) oraz, co wynika bezpośrednio z powyższego punktu, ortografia to nie tylko zasady dotyczące "ż" i "rz" (i innych identycznie wymawianych głosek).

Co zaś tyczy się gramatyki…  Jako przedstawicielka pokolenia lat 90., posłużę się interesującym (zwłaszcza dla przedstawicieli starszych roczników) przykładem kryteriów oceniania tzw. nowej matury z obcego języka nowożytnego (w tym przypadku angielskiego), które zilustruje problem w sposób perfekcyjny.

Pisana przeze mnie w 2013 roku podstawowa matura z języka angielskiego składała się w większości zadań jednokrotnego wyboru na słuchanie i czytanie, oraz dwóch wypowiedzi pisemnych (krótszej i dłuższej) o charakterze mocno użytkowym (zaproszenie, list, czy notatka). Poniżej przedstawiam kryteria oceniania jednego z zadań pisemnych. (źródło: cke.edu.pl). Czy widzicie, które z kryteriów przeważa w owej ubogiej, bo tylko pięciostopniowej punktacji?…matura_angielski

Współczesna matura z języka obcego kładzie nacisk przede wszystkim na KOMUNIKATYWNOŚĆ przekazu, przy ogromnym uszczupleniu znaczenia zasad ortograficznych i gramatycznych. Zero punktów za poprawność językową przyznaje się wówczas, gdy błędy stanowią powyżej 25% całkowitej liczby wyrazów wypowiedzi. Dodam, że w przypadku tego zadania, zazwyczaj pisze się wypowiedź około 40-wyrazową. Nietrudno policzyć, że aby nie stracić punktu w kryterium poprawności, uczeń może popełnić zbrodnię na języku aż do 10 razy. Co więcej, nawet jeśli przekroczy magiczne 25%, wciąż ma szansę na nagrodę w postaci czterech z pięciu możliwych do uzyskania punktów za całość zadania.

Brzmi jak szaleństwo, czy raczej wyrównywanie szans? Wszak rzeczą ludzką jest popełniać błędy, zwłaszcza w tak młodym wieku, prawda? Współczucie znika, kiedy posłucha się zgwałconych językowo, przykładowych odpowiedzi ocenionych na 4 lub 5 punktów. Sądzę, że czytelnicy posługujący się angielskim w stopniu co najmniej dobrym są w stanie wyobrazić sobie tego typu prace. Pomysłodawca klucza dodaje mimochodem, iż "…nie przyznaje się punktów za przekazanie informacji, jeżeli błędy językowe zaburzają jej zrozumienie". Pomylenie czasu teraźniejszego ciągłego z przeszłym prostym niesie, moim skromnym zdaniem, ryzyko takiego zaburzenia. A waszym, czytelnicy?


 

CHCIWOŚĆ I NIEUMIARKOWANIE

Ten grzech popełniają zazwyczaj tak zwani poligloci, o których też była mowa już niejednokrotnie. Istnieje też inna odmiana de facto podobnego w skutkach zachowania. Mowa o tych, którzy ciągnąc zbyt dużo srok za ogon nie byli w stanie dobrze przyswoić żadnego z 5-10-15 języków, za które się brali.

Przyczyną takiego stanu rzeczy zazwyczaj jest jedna z dwóch rzeczy:

a) brak wytrwałości tj. tendencja do szybkiego zniechęcania się niepowodzeniami;

b) poczucie obowiązku opanowania jak największej liczby języków w ciągu życia, najlepiej przed rozpoczęciem zawodowej kariery.

Eksperymentuj, poznawaj i poszerzaj horyzonty – lecz nie oczekuj od siebie zbyt wiele – to jedyna, patetyczno-matczyna rada, którą jestem w stanie z siebie wykrzesać.


PYCHA

Pycha, której bezpośrednim wyrazem jest przypisywanie sobie (świadome lub nie) wyższych kompetencji językowych, niż to jest w rzeczywistości. Sądzę, że osoby zajmujące się rekrutacją w swoich firmach mogłyby napisać na ten temat całkiem niezłą książkę.


ZAZDROŚĆ

Porównywanie się z innymi w kwestiach językowych – współuczestnikami kursu, czy też samym nauczycielem – to najgorsze, co można zrobić własnej psychice. Czym innym wydawać się może sytuacja wzorowania na kimś w rodzaju mistrza, który nam imponuje, lecz warto podkreślić tu samo pojęcie wzorowania się, a więc czegoś zupełnie innego niż bolesne i napięte, niemal sportowe współzawodnictwo, którym nauka języków z pewnością nie jest. Być lepszym od innych jest stosunkowo i względnie łatwo – zależy od grupy, w której zdecydujemy się na takie porównanie. Stawać się lepszym od samego siebie – to dopiero sztuka.


 

GNIEW

Gniew, jako składnik lub wynik frustracji, definiowanej jako "stan rozdrażnienia i rozgoryczenia występujący u kogoś na skutek niemożności zaspokojenia jakiejś potrzeby lub osiągnięcia celu, często połączony z poczuciem bezsilności". W zależności od rodzaju stosowanej atrybucji, a więc sposobu wyjaśniania życiowych zdarzeń, winą za swoje niepowodzenia językowe obarczyć można albo samego siebie, albo tych, którzy czasem szkodzą najbardziej – czyli nauczycieli. Psychologia dawno odkryła, że w przypadku porażek, zdecydowana większość ludzi będzie stosować atrybucje zewnętrzne (a więc przypisywanie sprawstwa czynnikom zewnętrznym, np. specyficznym właściwościom danej sytuacji), zaś sukcesy interpretować będzie używając atrybucji wewnętrznych (przypisując zasługi samemu sobie).

Uczucie porażki, niezależnie od rodzaju stosowanych atrybucji, niemal zawsze sieje spustoszenie w sferze motywacyjnej człowieka. Poznawcza reinterpretacja przykrego zdarzenia, a więc np. przekształcenie jej w czynnik mobilizujący, nie zawsze leży w zasięgu ludzkich możliwości. Należałoby się jednak zastanowić, czy w świecie nauki języków obcych w ogóle istnieje coś takiego jak porażka. Oblany egzamin, niezaliczony certyfikat czy nieudana rozmowa z obcokrajowcem to pewne nieprzyjemne sytuacje, polegające na nieosiągnięciu jakiegoś cząstkowego celu; w żadnym wypadku nie świadczą jednak o całości gigantycznego procesu, jakim jest przyswajanie obcej mowy.


Czy popełniającym wyżej wymienione "grzechy" grozi coś w rodzaju wiecznego potępienia? (np. mojego – znajomi twierdzą, że mam skłonności do osądzania) W żadnym wypadku. Tego rodzaju "grzeszników" spotkać może coś o wiele gorszego – UTRATA PRZYJEMNOŚCI OBCOWANIA Z JĘZYKAMI OBCYMI.

To dopiero piekło.

 

 Zobacz też…

Demony głupoty – część 1

Ilu języków tak naprawdę potrzebujesz?

Mój zestaw samouka

Patrz z własnej perspektywy; szyj metodę na miarę własnych potrzeb i możliwości

Jak szybko można zapomnieć? Historia oparta na faktach!

Za co kocham lang-8.com oraz gdzie szukać przyjaciół

penpalsNiezależnie od tego, czy uczysz się samodzielnie, czy też w sposób odgórnie zorganizowany, nadejść musi w końcu czas nawiązania społecznych interakcji z użytkownikami języka, który cię interesuje. Niezręczne konwersacje z lektorem czy współuczestnikami kursu okażą się niewystarczające, zaś bierna obserwacja filmowych dialogów przestanie być rozwijająca. I dopóki rozwój kognitywistyki i sztucznej inteligencji nie osiągnie wystarczającego pułapu, by stworzyć zupełnie nowego bota, który bezgranicznie poświęci się, by pomóc ci przyswoić obcą mowę (sama marzę skrycie o byciu świadkiem powstania takiego wynalazku), potrzebny jest ci żywy, tętniący krwią człowiek, pełen myśli, umiejętności i emocji. Ich bogactwo oraz docelowa wymiana mają szansę uczynić twoje umiejętności językowe tak autentycznymi i naturalnymi, jak umiejętności twojego rozmówcy.

Jeżeli już namierzysz osobę skłonną towarzyszyć ci w tej podróży, być może uda ci się osiągnąć sukcesy tak znaczące jak zaprzyjaźnienie się z kimś w języku obcym, lub też opanowanie umiejętności swobodnego wyrażania w nim swoich stanów emocjonalnych, o czym pisałam w tym artykule. Umiejętności komunikacyjne są uważane przez wielu jako podstawowe w perspektywie całego procesu przyswajania dowolnego narzecza. Moim osobistym zdaniem jest to raczej pewien rezultat, „produkt końcowy” i swego rodzaju nagroda za ciężką pracę, polegającą na równomiernym i równorzędnym rozwijaniu wszystkich zdolności (pisanie, czytanie, słuchanie i mówienie) i aspektów (leksyka, gramatyka) języka. Na pewnym etapie tejże pracy stajesz w obliczu bezcennej szansy na to, by posiąść możliwość wywierania wpływu na obcojęzycznego rozmówcę. Wachlarz opanowanych przez ciebie umiejętności językowych rozszerza się sukcesywnie, nie tylko o funkcję komunikatywną i informatywną, ale także impresywną i ekspresywną.

wybrane_funkcje_jezyka

(Wybrane funkcje języka, opracowane na podst. Słownika Encyklopedycznego – Język polski Wydawnictwa Europa. Autorzy: Elżbieta Olinkiewicz, Katarzyna Radzymińska, Halina Styś. ISBN 83-87977-20-9. Rok wydania 1999. Czy któraś z funkcji pojawia się wcześniej lub później w procesie nauki języków? Która jest najcenniejsza z punktu uwagi początkującego, a która z punktu widzenia osoby będącej u progu płynności?)

Tak czy siak – wyruszamy na poszukiwania partnera do rozmowy. Czego oczekiwać – przyjaźni aż po grób? Czy raczej ma być on raczej naszym, mówiąc brzydko, narzędziem?

SZUKAM PRZYJACIÓŁ, DOPŁACĘ

Nie muszę chyba zaznaczać, że w dobie Internetu i globalizacji, zbędne staje się nawet wychodzenie z domu. Podróże, małe i duże – jak wiadomo – kształcą, ale również kosztują. A że pieniądz jest równie cenny jak czas, często okazuje się, że na kontakt z obcymi kulturami na ich własnym terenie często nie mamy ani środków, ani nawet stosownej okazji.

Szukamy więc stron, których bezpośrednim przeznaczeniem jest kojarzenie ludzi na zasadzie wymiany językowej.

1. Interpals jako "przykład pierwszy z brzegu"

Wszystko, co napiszę poniżej, jest wyrazem mojego subiektywnego i osobistego doświadczenia z serwisem interpals.net. Postaram się jednak obiektywnie wskazać zalety i szanse, oraz wady i zagrożenia płynące z korzystania ze stron tego typu. Postaram się także podzielić moimi własnymi patentami na to, jak budować w internecie trwałe, ubogacające psychicznie i naukowo znajomości z obcokrajowcami.

What's a pen pal? A pen pal is a new friend from another corner of the earth whom you get to know through letters… or online messages and chat.

– przeznaczenie strony interpals.net

Ze stronami typu interpals jest trochę jak z…

(1) ogłoszeniami charakterystycznymi dla dawnej prasy dziecięcej i młodzieżowej"szukam osób chętnych do korespondencji" – gdzie eksponowanie naszych danych wystawiało nas na niebezpieczeństwo pozyskania rozmówcy nieciekawego, natrętnego, lub żadnego w ogóle;

(2) portalami randkowymi – a więc miejscami, w których wiadomo PO CO się jest i  gdzie oczekiwania użytkowników często stanowią dla nich zgubę i prowadzą do wielu wpadek i rozczarowań na drodze szukania drugiej połówki;

(3) sytuacją 'obcy ludzie na koloniach' – gdzie oczywiście, wypadałoby znaleźć sobie towarzyszy do pokoju, czy wspólnego spożywania posiłków, co w przypadku niezbyt fortunnej konfiguracji skutkuje męczenie się w swoim wzajemnym towarzystwie przez resztę wakacji.

Interpals daje możliwość filtrowania wyników wyszukiwania, jak i również wyszczególnienia w profilu naszych zainteresowań, tak, aby jak najmocniej zwiększyć prawdopodobieństwo pozyskania satysfakcjonującego rozmówcy. Jednak nawet to zdaje się niewiele pomagać, w obliczu takich mankamentów jak chociażby…

1. Zwiększona szansa na to, że profil białej Polki odwiedzać będą niemal wyłącznie mężczyźni ze specyficznych kręgów kulturowych – niestety muszę powiedzieć to głośno. Niebezpieczeństwo spada nieznacznie, jeżeli panie zdecydują się nie wstawiać zdjęcia. Mimo wszystko, nawet jeżeli nie nękają nas panowie o zamiarach co najmniej matrymonialnych, to prawdą jest, iż…
2. Niektóre nacje mają mniejsze szanse na znalezienie rozmówcy skorego do utrzymania stałego kontaktu. Niestety, użytkownicy interpals zdają się być na tyle 'zafiksowani' na punkcie pierwotnego przeznaczenia strony (cultural EXCHANGE – WYMIANA kulturowa), że osoba z kraju, którego często nie potrafią nawet wskazać na mapie jest dla nich – niestety – mało 'użyteczna'. Podejrzewam, że najgoręcej na linii owej wymiany jest między użytkownikami języków azjatyckich (japoński, koreański) a osobami anglojęzycznymi.

3. Twórcom interpals zależy na tym, by korespondencja nie wychodziła poza serwis. Jeśli nie jesteśmy jego ogromnymi fanami, to raczej mała szansa, że znajdziemy motywację do codziennego otwierania witryny. Czasem możemy nawet zupełnie zapomnieć o regularnym sprawdzaniu ichniejszej skrzynki odbiorczej.

4. Nadgorliwość gorsza od faszyzmu. W tym przypadku chodzi o nadgorliwość w wynajdywaniu wspólnych cech między tobą, a twoim potencjalnym rozmówcą. Bywa, że nie pomogą nawet wspólne pasje czy gust muzyczny. Sytuacja zapoznawcza, jaką tworzy interpals, jest po prostu nienaturalna – nawet jak na standardy internetowe. Szansa na to, że ktoś odpisze ci na wiadomość "Też lubię placki, chcę się nauczyć trochę francuskiego" jest minimalna.

Sama poległam na interpals dwa razy – raz, gdy wystosowałam do niemal dwudziestu Szwedów zgrabną i bardzo szczerą wiadomość o tym, że bardzo chciałabym zacząć stawiać pierwsze kroki w konwersacjach szwedzkojęzycznych na dowolny temat. Odpisał mi jeden młodzieniec, z którym do dziś sporadycznie wymieniam serdeczności na facebooku – lecz niestety rozmowa wyczerpała się w sposób naturalny w momencie, gdy opowiedział mi już o wszystkich swoich wizytach w Polsce.

Za drugim razem spotkało mnie ogromne szczęście, gdyż odezwał się do mnie Amerykanin skłonny przedyskutować ze mną jakość najnowszego albumu mojej ulubionej kapeli. Niestety, moją odpowiedzią była szczegółowa recenzja na jakieś 10 tysięcy znaków. Doprawdy, trudno mi stwierdzić, co tak naprawdę sprawiło, że już nie odpisał.

OKEJ, TO GDZIE?

Jeżeli zależy nam na łączeniu przyjemnego z pożytecznym, a więc rozmawiania nie po polsku z osobą, która ma szansę stać się nam bardzo bliska, to wybawieniem mogą okazać się strony międzynarodowe zrzeszające ludzi o podobnych zainteresowaniach, NIE ZAŚ STRONY NASTAWIONE NA KULTUROWĄ WYMIANĘ, GDZIE ZAINTERESOWANIA STANOWIĄ SZTUCZNY PRETEKST DO NAWIĄZANIA RELACJI.

Od lat powtarzam, że w moim przypadku wybawieniem okazał się serwis muzyczny last.fm. Gdyby nie poznany tam Kalifornijczyk, prawdopodobnie do dziś nie byłabym w stanie swobodnie komunikować się w języku angielskim.

Polecam także:

  • fora dyskusyjne skupione wokół interesującego nas tematu, lecz osadzone w domenie ZAGRANICZNEJ (dla przykładu: norweskojęzyczne forum o wędkowaniu, czy włoskojęzyczna futbolowa grupa dyskusyjna)
  • witryny/serwisy zagraniczne j.w.
  • czaty i pokoje rozmów w całości osadzone w zagranicznej rzeczywistości

U KOGO JEDNAK LEPIEJ SPRAWDZI SIĘ INTERPALS?

Ryzyko, które niesie za sobą wtapianie się w społeczność internautów obcojęzycznych, to najzwyczajniej w świecie poprzeczka, która może okazać się dla nas za wysoka. Jeżeli w docelowym języku (zwłaszcza, jeśli nie jest to angielski!) mówimy słabo, dopiero zaczynamy, zaś zwykła rozmowa zapoznawcza kosztuje nas już ogromny stres, lepszym rozwiązaniem będzie pozostanie przy interpals, który, jak już wspomniałam, jest mniej wymagający pod względem stałości relacji. Użytkownicy języków, w których stawiamy pierwsze kroki, mogą zwyczajnie męczyć się podczas rozmowy z nami – ponieważ celem ich bytowania na danej witrynie bynajmniej nie jest dawanie korepetycji. Warto mieć to na uwadze.

A CO TO TEN LANG-8?

Na sam koniec zostawiłam kwestię bardzo lubianego przeze mnie serwisu językowego, który w sposób niezwykle zgrabny (w mojej opinii) łączy funkcję edukacyjną i społecznościową.

Mowa o lang-8.com, nieustannie ulepszanym (i według mnie wciąż zbyt mało popularnym) portalu, na którym każdy użytkownik wciela się w rolę nauczyciela, korepetytora i recenzenta.

Rejestrując się na lang-8, mamy możliwość zapełnić nasz profil dowolnymi, pseudopamiętnikowymi wpisami na dowolny temat i o dowolnej długości. W opcjach określa się oczywiście język, w którym tekst został zredagowany, tak, aby jego użytkownicy mogli dostrzec go na stronie głównej. Wtedy wystarczy już tylko czekać na to, aż jakiś native, zupełnie bezinteresownie poprawi nam wszystkie błędy, jakie zdarzyło nam się popełnić. Czasem dołączy również mały komentarz gramatyczny, lub zachęci do dalszej pracy i skomplementuje. Strona pełna jest naprawdę życzliwych, wykształconych (także filologicznie) ludzi, którzy czerpią autentyczną przyjemność z poprawiania cudzych tekstów.

Sama skrycie marzę o byciu dydaktykiem, a lang-8 daje mi cudowną szansę amatorskiego spełnienia się na tym polu. Jednak owa amatorskość zamieszczanych korekt nie zawsze świadczy o ich niskiej jakości. Wręcz przeciwnie! W większości są to poprawki bardzo fachowe, przenikliwie szczegółowe i stanowiące ogromne i bezcenne źródło wiedzy, przekazywanej bezpośrednio od native'a do "ucznia".

Na lang-8, z nieco większym powodzeniem niż na interpals udało mi się także znaleźć bardzo ciekawych rozmówców z całego świata. Może wynika to z faktu, iż siłą rzeczy użytkownik 'zmuszony' jest do czytania poprawianego wpisu, w którym nierzadko ktoś dzieli się naprawdę interesującymi treściami i doświadczeniami?

Jak wyglądają proporcje narodowości i jaką mamy szansę, że nasz tekst na pewno zostanie poprawiony, najlepiej przez kilku niezależnych recenzentów?

Być może niektórych zadziwi fakt, że na lang-8 znajduje się naprawdę multum osób uczących się chętnie i aktywnie języka polskiego. W większości są to wschodni Słowianie i… Japończycy (ci ostatni osiągają naprawdę IMPONUJĄCE rezultaty! I kochają Chopina!), zaś wpisy polskojęzyczne oczekujące na korektę 'rozchodzą się' wśród poprawiających je Polaków jak przysłowiowe świeże bułeczki.

Ja, jako osoba pisząca tam głównie po szwedzku, jestem w sytuacji nieco gorszej, ale wciąż nie tragicznej. Zazwyczaj otrzymuję informację zwrotną o moich błędach w ciągu doby od opublikowania wpisu.

Podsumowując, lang-8 to najszybszy sposób dotarcia do obcokrajowców szczerze skorych do pomocy w nauce ich ojczystego języka. Zrzesza ludzi czerpiących prawdziwą satysfakcję z popularyzowania swojej kultury i narzecza – w sporej części są to więc ludzie o niezwykle otwartym umyśle i ogromnej cierpliwości do początkujących.

Zachęcam do rejestrowania się zarówno tam, jak i na każdej witrynie językowej, która spełnia nasze oczekiwania. Jeżeli czujemy swój postęp, to znaczy, że wybrane przez nas miejsce i metoda są dla nas absolutnie najlepsze.

Zobacz też…

Myśl samodzielnie i nie patrz na innych, czyli krytyka poliglotów

Patrz z własnej perspektywy; szyj metodę na miarę własnych potrzeb i możliwości

Najlepsza rada dotycząca nauki języków obcych

Urugwajskie głosy

Najpiękniejszy z językowych przełomów

Po jakiemu uczyć się szwedzkiego?

szwedzki_polski_angielski

No, jak to po jakiemu, po …

Jaka była twoja pierwsza myśl, drogi czytelniku? Czy język obcy jest w twoim umyśle bytem na tyle specyficznym i osobno pojmowanym, że w trakcie jego nauki wolisz ograniczyć udział języka pomocniczego (ojczystego) do minimum? Może nie potrafisz całkowicie zrezygnować ze wspomagania się polskim na żadnym z etapów kursu lub samodzielnej nauki? A może lubisz uczyć się dwóch języków jednocześnie, przy czym ten, który znasz dużo lepiej niż drugi staje się twoim językiem pomocniczym? W poniższym artykule postaram się nakreślić różne podejścia do opisanej powyżej sprawy, zarówno wyznawane przez samouków jak i zawodowych lektorów. Zaprezentuję także krótkie recenzje kilku pomocy naukowych (w większości podręczników) do języka szwedzkiego, zarówno tych wyprodukowanych przez wydawnictwa polskie, jak i publikacji monojęzycznych (szwedzkich), a także wspomnę o źródłach przydatnych tym, którzy władają i lubią władać angielskim.

PO POLSKU

Ci z was, którzy uczestniczyli w jakikolwiek kursie dla początkujących w jakiekolwiek ze szkół językowych, zetknęli się prawdopodobnie ze specyficzną metodologią stosowaną przez lektorów tam nauczających. Dostępne w ofercie kursy są (zazwyczaj w dość sztuczny sposób) podzielone na etapy, z czego kilka pierwszych posiada w nazwie wyróżnione określenie „dla początkujących”. Dopóki testy poziomujące nie wykażą zadowalającego wyniku, kursant pozostaje w bezpiecznej dla siebie loży laików, dla których jeszcze za wcześnie na konwersacje/zrezygnowanie z języka pomocniczego/zabranianie im mówienia po polsku. Użycie języka ojczystego zaczyna być mocno ograniczane przez lektora w momencie przekroczenia magicznej granicy poziomu B1 lub B2.

Czym to grozi?
Wśród skutków ubocznych powyższej metodologii (które – identycznie jak w przypadku farmakoterapii – mogą, lecz NIE MUSZĄ się pojawić) wyróżnić można m. in.:

  • Przymus formułowania każdej wypowiedzi (ustnej lub pisemnej) najpierw w języku polskim, co przynajmniej dwukrotnie wydłuża czas operacji umysłowej;
  • Paniczny lęk przed samodzielnym formułowaniem wypowiedzi w języku obcym;
  • Nieumiejętność wytworzenia w sobie nawyku myślenia w języku obcym;
  • Tworzenie bezsensownych kalek z języka polskiego na obcy (i odwrotnie);
  • Upośledzenie metod przyswajania materiału (największy koszmar to wkuwanie listy słówek ze sztywno przyjętymi tłumaczeniami polskimi – dotyczy to również wszelkich publikacji typu „Norweski w 3 miesiące”, „Niemiecki nie gryzie” czy też „Język bułgarski w podróży”).
  • Wytworzenie u kursanta poczucia bezradności językowej;

Czy to znaczy, że powinniśmy wyrzucić wszystkie polskojęzyczne książki, pomoce naukowe, kserówki, a lektora publicznie wyszydzić?

Ależ skąd.

Jedyny wydźwięk wszystkiego, co powyżej napisałam, zamyka się w tych dwóch prostych radach:

  1. Stawiaj sobie wyzwania
  2. Unikaj braku stawiania sobie wyzwań

Lecz o tym nieco później.

W swojej szwedzkojęzycznej podróży chętnie sięgam do wydawnictw polskich/przełożonych na język polski, głównie w celu nieco głębszego i czysto teoretycznego zapoznania się z teorią gramatyki tego pięknego języka. W tej kategorii znajdują się dwa tytuły, z którymi nigdy nie zamierzam się rozstawać.

  1. Dymel-Trzebiatowska H., Mrozek-Sadowska E. (2011) Troll 1 & 2 – Język szwedzki. Teoria i praktyka. Poziom podstawowy i średnio zaawansowany. Gdańsk: Wydawnictwo Słowo obraz/terytoria.

troll-2-jezyk-szwedzki-teoria-i-praktyka-poziom-srednio-zaawansowany

Kompleksowe, przekrojowe kompendium wiedzy gramatycznej i leksykalnej, obejmującej poziomy podstawowy i średnio zaawansowany. Surowa (lecz bardzo wysmakowana) szata graficzna książki pozwala na całkowite oddanie się szaleństwu wykonywania różnorodnych, pisemnych ćwiczeń językowych, podczas którego nie rozproszą nas zbędne ilustracje. Mimo tej minimalistycznej i czysto praktycznej formy, książka doskonale nadaje się do samodzielnej pracy. Połowę zawartości Trolla stanowi skondensowana wiedza teoretyczna (która w zupełności wystarczy, by wypełnić wszystkie ułożone pod nią ćwiczenia),zaś na ostatnich kartach podręcznika znajduje się kompletny klucz odpowiedzi. Relatywnie niska (jak na podręcznik językowy na dobrym poziomie) cena oraz szeroka dostępność to kolejne argumenty przemawiające za tym, by nabyć Trolla 1&2. Przebrnięcie przez wszystkie rozdziały obu części może okazać się fantastyczną formą powtórki i utrwalenia zatartego już w pamięci materiału.

Seria Troll dostępna jest także w wersji dla miłośników języka norweskiego i duńskiego.

  1. Viber Å., Ballardini K., Stjärnlöf S., Kubitsky J. (1992) Mål. Gramatyka szwedzka po polsku. Svensk grammatik på polska. Sztokholm: Natur och Kultur.

gramatyka_szwedzka_kubitsky

Svensk grammatik på polska to zaadaptowana do potrzeb polskiego czytelnika pomoc naukowa, stanowiąca niejako uzupełnienie do szwedzkojęzycznego podręcznika Mål. Podobnie jak Troll, idealnie sprawdza się jako pierwszy „przewodnik gramatyczny” po języku szwedzkim, przydatny zarówno kompletnemu żółtodziobowi, jak i „staremu wyjadaczowi. Problemem może okazać się słaba dostępność książki, jednak warto o nią zawalczyć dla samego komfortu przyswajania bardzo lekkiego pióra pana Jacka Kubitsky’ego.

PO SZWEDZKU

Słyszeliście kiedyś o blogu All Japanese All The Time? A o artykule Karola na jego temat? Swego czasu był to mój ulubiony tekst na poprzedniku Woofli – blogu Świat Języków Obcych. Opisana w nim metoda, jeśli przypadnie któremuś z moich czytelników do gustu, z powodzeniem może być realizowana poprzez korzystanie z podręczników, w których nie znajdziemy ani jednego słowa w innym narzeczu, niż tym, który jest przedmiotem naszego zainteresowania. Jednym słowem – uczymy się szwedzkiego po szwedzku, angielskiego po angielsku, włoskiego po włosku, zaś japońskiego – po japońsku.

Czy jest to rada użyteczna, patrząc z punktu widzenia ucznia całkowicie początkującego? I tak i nie. Tak, jeżeli będziemy potrafili uciec się do języka pomocniczego tylko w sytuacjach awaryjnych, nadal czerpiąc przyjemność z tego zanurzenia się w obcej rzeczywistości językowej. Wola jak zwykle stanowi tu element kluczowy. Jeżeli jednak taki sposób nauki jest dla nas zbyt stresogenny, ograniczmy się do zanurzenia kulturowego tylko w przypadku zagranicznej podróży, lub w formie opisanej powyżej, lecz raczej epizodycznej, niźli ciągłej.

Korzyści, jakie wyciągnęłam dla samej siebie ucząc się języka szwedzkiego „po szwedzku” praktycznie od początku mojej nauki, to m. in.:

  • wytworzenie osobnej „tożsamości językowej” (bo na naturalną dwujęzyczność jest już dla mnie o jakieś 20 lat za późno – nad czym szczerze ubolewam);
  • umiejętność nabywania nowego słownictwa oparta na bazowaniu na synonimach;
  • ograniczenie do minimum zjawiska negatywnego transferu językowego;
  • satysfakcja i językowa „pewność siebie”;

Obranie przeze mnie takiej, a nie innej formy początkowej nauki to bardziej dzieło przypadku, niż celowe i zaplanowane działanie. Szwedzkim zainteresowałam się poważniej mając lat 16, a w takim wieku trudno mówić o szerszym rozeznaniu w rynku wydawniczym. Najczęściej polecanym (choć nie wiem, z czego to dokładnie wynika) podręcznikiem szwedzkojęzycznym do języka szwedzkiego jest znane i lubiane Svenska Utifrån.

utifran

Choć książka ta to tylko (lub aż) zbiór czytanek zilustrowanych czarno-białymi obrazkami/fotografiami ze zdawkowym tylko komentarzem gramatycznym, to cenna jest głównie ze względu na dwa jej zastosowania:

  1. ćwiczenie głośnego czytania (każda czytanka zapisana jest w formie dźwiękowej na płytach dołączonych do SU)
  2. trening translatorski (poziom trudności tekstów rośnie wraz z numeracją stron)

Minusem może okazać się cena i dostępność SU, bowiem jeśli nie uda nam się przechwycić używanej Svenska Utifrån, to sprowadzenie jej zza Bałtyku może okazać się całkiem kosztowne.

PO ANGIELSKU

Czas na tło teoretyczne, czyli częściej lub rzadziej doświadczane przez miłośników języków obcych zjawisko transferu językowego.

Transfer językowy, nazywany także interferencją (pojęcie znane także z lekcji fizyki z liceum) to nic innego jak wpływ języka pierwszego (L1 – np. ojczystego, pomocniczego lub jednego z obcych) na produkcję lub odbiór języka drugiego (L2).

Nie jest to jednak zjawisko jednoznacznie szkodliwe i niepożądane. Transfer pozytywny występuje np. u dzieci dwujęzycznych, które potrafią formułować poprawne wypowiedzi w jednym języku i przenosić je na język drugi. Transfer negatywny zachodzi wtedy, gdy błędnie przenosi się struktury językowych z L1 na L2 lub odwrotnie.

Jeżeli to właśnie język angielski (użyty tu tylko jako przykład; może to być każdy inny język – najlepiej germański – który opanowaliśmy w stopniu bardzo dobrym lub biegłym) stanie się naszym językiem pomocniczym, to czy powinniśmy obawiać się transferu negatywnego między tymi dwoma językami?

Moim zdaniem (co wynika z mojego bezpośredniego doświadczenia) mamy szansę nie tylko uniknąć szkodliwej interferencji językowej, ale wręcz zwiększyć częstotliwość występowania transferu pozytywnego. Osłabiamy także prawdopodobieństwo interferowania któregokolwiek z tych języków z językiem polskim.

Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, iż zdecydowanie więcej materiałów, książek i interesujących nas publikacji i pomocy (zwłaszcza internetowych) uda nam się znaleźć w rzeczywistości anglojęzycznej, niźli polskiej.

TO W KOŃCU JAK?

 W moim przypadku, nauka języka szwedzkiego przy udziale ojczystego języka pomocniczego nadal stanowi chyba najmniejszy ogólny procent wszystkich wyróżnionych przeze mnie propozycji. Lecz jak to zwykle bywa w kwestiach metodyki: każdemu według uznania.

Może dobrym pomysłem na nowy rok będzie podjęcie nauki norweskiego lub duńskiego… po szwedzku?

Zobacz także…

Chcesz opanować podstawy języka obcego? Wypróbuj metody Assimil.

O szkołach językowych.

Ilu języków tak naprawdę potrzebujesz?

Najpiękniejszy z językowych przełomów.

A nie mylą ci się te języki?

Czy język szwedzki jest trudny?

brzmienie_szwedzkiego

Na treść powyższej grafiki składają się autentyczne wypowiedzi internautów na temat języka szwedzkiego i jego domniemanej trudności. Aby nie być już do cna stronniczą, zamieściłam jeden cytat mający wydźwięk pozytywny, choć przyznaję, że w losowej próbie wyszukiwania był to wynik zdecydowanie rzadszy. Uśmiech na twarzy gwarantowany, choć tylko do pewnego stopnia. Skąd w polskim społeczeństwie bierze się tak silne przekonanie co do nieprzystępności niektórych języków, nawet tych indoeuropejskich, a więc najbliższych nam kulturowo? Choć pytanie stanowiące tytuł tego artykułu może wydać się naiwne pod względem szansy uzyskania nań odpowiedzi, spróbuję przybliżyć niektóre mity dotyczące trudności języka szwedzkiego.

Podsumowaniem tego przydługiego wstępu niech będą znane już stałym czytelnikom artykuły Karola sprzed paru lat, dotyczące względności pojęć najłatwiejszy/najtrudniejszy język świata. Pozwolę sobie zacytować poniżej fragment jednego z nich, zawierający esencję jego przekazu:

„Przyjęło się, że na świecie istnieje zapewne ok. 6000 języków. Czy naprawdę ktoś potrafi powiedzieć, że chiński jest trudniejszy od języka indian Navajo, arabski od atajalskiego (używanego w północnej części Tajwanu) a polski od tamilskiego? Czy ktokolwiek zna wszystkie języki świata, żeby obiektywnie na to pytanie odpowiedzieć? Czy ktoś wie jakie kryteria należy przyjąć by takowy język wybrać? Czy może nie jest tak, że język z pozoru łatwy, ale wymierający jest w istocie trudniejszy do nauczenia niż język pozornie bardziej skomplikowany, ale posiadający mnóstwo użytkowników i całkiem szeroką gamę materiałów dydaktycznych?”

Postrzeganie poziomu trudności danego języka jest więc czymś dalece subiektywnym. To wypadkowa naszych życiowych doświadczeń, predyspozycji intelektualnych, a nawet fizycznych (słuch, wrażliwość układu nerwowego), nastawienia, postaw, wzorców i miliona innych czynników pośredniczących. Sprawa ma się nieco jak ze stresorami. W 1967 roku, dwaj psychiatrzy – Holmes i Rahe – opracowali skalę mierzącą nasilenie stresu w życiu badanej jednostki w ciągu poprzedzającego wywiad roku. Lista 43 wydarzeń życiowych, ze starannie wyliczonymi "jednostkami stresu" odpowiadającymi każdemu z nich, była zamknięta, z góry ustalona, sztywna i niewrażliwa na cechy indywidualne różnych życiorysów. Za najbardziej stresującą uznano śmierć współmałżonka (100 jednostek stresu), zaś śmierć innego członka rodziny "wyprzedzona" została zarówno przez rozwód, jak i separację. Krytyka skali sama ciśnie się na usta i do dziś pozostaje przedmiotem rozgległych dyskusji psychologicznych. Dlaczego więc, w przypadku języków obcych, tak łatwo "przyjąć nam za dobrą monetę" mity dotyczące ich hierarchicznie ułożonej trudności, tudzież trudności jednostkowej w ogóle?

JAK JĘZYK ELFÓW

Naturalnie nie twierdzę, że rzesza ludzi uważa język szwedzki czy inne języki skandynawskie za najtrudniejsze na świecie. To chwalebne (i często pochopnie nadawane) miano zazwyczaj dotyka języków azjatyckich, afrykańskich (a więc jak najbardziej odległych Europie), lub też wręcz przeciwnie – słowiańskich (co wynika z pewnej podświadomej i wyimaginowanej dumy Polaków. Ostatnio widziałam na facebooku nowy popularny fanpage „I speak Polish. What’s your superpower?” – lajkowany przez polskich native’ów serio?…) W całej tej dygresji zmierzam do intuicyjnego założenia, na którym oprę dalszą część mojego wywodu. Języki skandynawskie uznawane są, jeśli nie za jedne z „najtrudniejszych” na starym kontynencie (zwłaszcza, jeśli ktoś je myli z ugrofińskimi, ale to inna bajka…), to na pewno noszą łatkę „najbardziej egzotycznych” spośród języków germańskich. „Znam niemiecki, ale ze szwedzkim/norweskim/islandzkim mi coś nie idzie” – oto przykład stwierdzenia, które słyszę i widuję w sieci najczęściej.

JAKBY KTOŚ PRÓBOWAŁ POŁKNĄĆ GORĄCEGO KARTOFLA

Lecz czy to właśnie nie przynależność do rodziny języków germańskich powinna stanowić podstawowy plus i "zielone światło" dla nas – narodu germanizowanego przez wieki – i w pewien sposób germanizowanego nadal, poprzez upowszechnioną (i często wymuszaną) naukę języka niemieckiego w szkołach?

Uczulam przy okazji na powszechne (błędne) przekonanie (zwłaszcza u ludzi będących na bakier z historią powszechną), a raczej brak świadomości tego, że to ludy germańskie wpływały na ukształtowanie języka angielskiego – nie odwrotnie. Zatem zgrabniejsze logicznie jest stwierdzenie, iż to angielski jest podobny do szwedzkiego, a nie szwedzki do angielskiego.

Co więc przeraża w szwedzkim, skoro schemat budowy czasów gramatycznych powinien być dla nas intuicyjny (wskutek znajomości łaciny czy innych języków germańskich), podobnie jak niektóre obszary leksykalne?

szwecja

JAK JAZDA NA KOLEJCE GÓRSKIEJ

Ta "wrzuta" na szwedzki spodobała mi się akurat najbardziej, być może dlatego, że wiele w niej całkiem sympatycznej prawdy. Szwedzka fonetyka, bo ona zwykle spędza kursantom sen z powiek, rzeczywiście może dawać nam czasem uczucie pędzenia na szalonym rollercoasterze.

Dwa zjawiska, które każdy uczeń szwedzkiego napotka na swojej drodze prędzej czy później (nawet bez wskazania językoznawczego) to akcent akutowy (AT1) i grawisowy (AT2), bez których nigdy nie upodobnimy się do współczesnych wikingów.

O ile pierwszy z nich przypomina linię melodyczną języka niemieckiego i angielskiego (wyraźne opadanie tonu pod koniec wyrazu), to ten drugi składa się już z dwóch "przycisków" akcentowych (mocniejszego i słabszego) w obrębie jednego wyrazu. Oznacza to tyle, że ton najpierw opada, by potem nieznacznie wznieść się wyżej. W początkowym etapie nauki wystarczą dobry słuch i godziny naśladownictwa, aby bez zbędnych regułek móc zapamiętać kiedy należy go bezwzględnie użyć. Chyba nikt z nas nie chciałby pomylić "ducha" z "kaczką", a to właśnie może się stać, gdy nie będziemy umieli usłyszeć różnicy pomiędzy AT1 a AT2.

JAK CHIŃSKI

Ogólna i uniwersalna rada, jaką mogę dać początkującym miłośnikom języków skandynawskich dotyczy więc maksymalizacji czasu poświęconego na ćwiczenie rozumienia ze słuchu i czytania na głos. W początkowej fazie warto zużyć na to zdecydowanie większą część zasobów intelektualnej energii, nawet kosztem leksyki czy gramatyki. Brzmi wariacko, jednakże pamiętajmy, że posiadane zaległości w identyfikacji znak-dźwięk nawarstwiają się i w przypadku tego języka bywają szczególnie niebezpieczne. Powód jest bardzo prosty. Pomimo powiększającego się zasobu słownictwa, utrwalać będziemy nieprawidłowe wzory wymowy, co może doprowadzić do znacznego upośledzenia komunikacji ze Szwedami. Jeśli nie będziemy wyczuleni na najmniejsze niuanse, takie jak zamiana samogłoski długiej na krótką, możemy nieświadomie używać słów niezgodnie z ich znaczeniem (taka sama pisownia plus inna wymowa równa się ogromny błąd i towarzyska katastrofa – zwłaszcza przy niedostatecznych danych kontekstowych).

Aby pielęgnować dobre nawyki fonetyczne na bieżąco, wcale nie trzeba wielkiego poświęcenia. Wystarczy kilka sekund spędzonych na stronach typu forvo.com, gdzie przy nauce każdego nowego słowa warto sprawdzić jego wymowę w postaci nagrań rodzimych użytkowników danego języka. Przy każdej pozycji podany jest region kraju, z którego pochodzi osoba użyczająca swojego głosu. Pozwoli to na szybkie rozróżnienie dialektów i wybranie tego, który nas interesuje.

JAK MUZYKA

Inną, bardzo przyjemną metodą, którą sama stosuję, jest… śpiewanie. O dziwo jest wówczas o wiele łatwiej uzyskać odpowiednią długość głosek, czy poprawnie odwzorować dźwięk. Jeśli nie podejdą nam do gustu szwedzkojęzyczne przeboje country (Szwedzi mają gigantyczny wkład w historię współczesnej muzyki, ale niestety mocno zangielszczony), to możemy uciec się do piosenek dla dzieci (świetne kompozycje znajdziemy chociażby w audycji Fem myror är fler än fyra elefanter, o której wspominałam tutaj).

Należy jednak pamiętać, że to, co na pierwszy rzut oka wydaje się katorżniczym aspektem danego języka, może być tak naprawdę jego najpiękniejszą i najbardziej relaksującą zaletą. Osobiście uwielbiam dążyć do jak największej poprawności odwzorowania melodii języka szwedzkiego, rozkoszuję się jego brzmieniem i ekscytuję się swoimi postępami.

Nie należy zapominać, że wiele języków posiada swoje własne niuanse fonetyczne, często nawet mniej oczywiste i przyswajalne niż w przypadku któregokolwiek z języków skandynawskich.

Następująca równocześnie mniej lub bardziej intensywna nauka innych aspektów języka, tj. umiejętności komunikacyjne, słownictwo i zasady gramatyczne traktuję tu raczej jako istotne w sposób oczywisty, niezależnie od przyswajanego narzecza. Fonetyka jest tym obszarem języka szwedzkiego, który w najbardziej powszechny i stereotypowy sposób oddaje jego trudność.

Podsumowaniem i niejako przewrotną odpowiedzią na tytułowe pytanie niech będzie komentarz jednej z moich dalszych koleżanek, który pozostawiła ona na moim prywatnym facebooku, pod jednym z linków do moich artykułów na Woofli. Niniejszym prezentuję wam jego pełną treść, w pełni pokrywającą się z moim własnym stanowiskiem w tej sprawie:

„Piękny język. I łatwy.”

(A teraz przepisać sto razy na kartkę i powtarzać do znudzenia).

Polecam do zapoznania się/Korzystałam z…

  • Szulc, A. (1992) Gramatyka dydaktyczna języka szwedzkiego. Kraków: Wydawnictwo UJ.

Zobacz też…

Co przyjdzie z słuchania radia przez godzinę dziennie

Od czego zacząć naukę języka obcego?

Dlaczego nauka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek (Część II)

Ile jest tonów w języku chińskim – mandaryńskim i w jaki sposób na siebie oddziałują?

 

Najpiękniejszy z językowych przełomów

blekinge

(owca z Blekinge – fot. własna)

Nauka języków obcych bez wątpienia jest procesem, ukierunkowanym na pewien cel, bądź cele. Jeśli zwizualizujemy sobie ten proces w najprostszy z możliwych sposobów, ujrzymy prostą oś posiadającą jakiś punkt startowy i końcowy, podzieloną na umowne segmenty będące reprezentacją poziomów naszego zaawansowania. Zgodnie z oczekiwaniami, będziemy (w różnym tempie i za pomocą niezliczonych metod) przesuwać się po tym linearnym obszarze, aż znajdziemy się w punkcie dla nas satysfakcjonującym.

Nie jest to oczywiście schemat bliski rzeczywistości wszystkich uczących się. Droga, którą starają się podążać niektórzy, przypomina raczej pewne koło, ślepo zapętlające się i zjadające własny ogon. Jest to oczywiście metafora szczególnego rodzaju procesu, w którym przyswajanie języka obcego idzie raczej opornie, bądź też w sposób przerywany i niesystematyczny – wówczas cały cykl rozpoczyna się na nowo, co przypomina raczej powtarzanie po wielokroć tego samego, niż faktyczny progres. Naturalnie nie twierdzę, że powtórki nie są rzeczą istotną w procesie zapamiętywania – studia wyposażyły mnie w wiedzę teoretyczną z tej dziedziny, którą, o dziwo, dość dobrze weryfikuje życie codzienne. Myślę jednak, że czytelnicy doskonale wiedzą, co mam na myśli.

Niezależnie od tego, które z powyższych wyobrażeń znalazłoby się w naszym własnym samoopisie, każdy z nas jest w stanie orientacyjnie stwierdzić, na jakim poziomie znajomości danego języka mniej więcej się znajduje, oraz jaki leży w obrębie jego możliwości czy też skrytych marzeń. Pewne instytucje wyposażyły nas nawet w symbole, pozwalające na definiowanie i porównywanie między sobą różnych poziomów, oraz wyznaczanie ich umownych granic. Mam tu oczywiście na myśli Europejski System Opisu Kształcenia Językowego, którym zwyczajowo posługujemy się w codziennych rozmowach na temat naszych lingwistycznych umiejętności. Sama marzę o posiadaniu certyfikatów na poziomie C2 z angielskiego i B2 ze szwedzkiego (w przeciągu najbliższego roku, mam nadzieję), co tak naprawdę tylko podbuduje moje językowe ego – wszyscy przecież lubimy operowanie literkami i cyferkami i czujemy się dobrze mając złudzenie, że wszystko na świecie jest precyzyjnie mierzalne.

Dosyć jednak refleksji nad formalizmem. Podsumowaniem tej części artykułu (a zarazem wstępem do dalszych rozważań) niech będzie ten przyjemny i wywołujący uśmiech komiks z popularnej serii itchyfeet. Kto jeszcze o niej nie słyszał, tego gorąco zachęcam do nadrobienia zaległości. Twórcy komiksu widzą takie oto główne kroki milowe na drodze każdego językowego „podróżnika”:

itchyfeet(http://www.itchyfeetcomic.com/)

Jakie to prawdziwe – jako przerywnik proponuję zbiorowe ech. Ale dziś nie mowa o dążeniu do płynności (na początek musielibyśmy podjąć ogromny wysiłek na rzecz jej zdefiniowania). O ile zgadzam się z koncepcją rysownika z itchyfeet, to w moim prywatnym systemie filozofii uczenia się języków wyróżniam jeszcze jeden, bardzo dla mnie znaczący przełom w tym całym procesie.

Granicą, z której przekroczenia zawsze jestem bardzo dumna, jest moment, w którym w sposób pełny i zintegrowany potrafię w obcym narzeczu wyrazić moje stany emocjonalne i uczucia, czyniąc to z łatwością, w sposób naturalny i otwierający mi drogę do nawiązania emocjonalnej więzi z drugim człowiekiem (użytkownikiem danego języka).

Innymi słowy, zawsze lubię postawić sobie następujące pytania:

  1. Czy jestem w stanie realnie i głęboko zaprzyjaźnić się z kimś w języku X?
  2. Czy jestem zdolna do swobodnego wyrażania w języku X moich stanów psychicznych?

Sprostuję od razu: przyjaźń definiuję tu jako pewne połączenie na poziomie duchowym (każdy niech nazwie to jak chce) i raczej jest to połączenie nawiązane w sposób wyłącznie werbalny (Internet). Bo, rzecz jasna, możliwe jest poczuć z kimś więź nie potrafiąc zamienić z tym kimś ani jednego słowa i bazować wyłącznie na komunikacji pozawerbalnej, zwanej przez niektórych „tym nieokreślonym czymś”.

Wyrażanie stanów psychicznych tyczy się zaś w mojej koncepcji wyłącznie wypowiedzi silnie zinternalizowanych, „pełnych”, zgodnych w stu procentach z tym, jak dana jednostka chciałaby coś wyrazić. Przykładowo: potrafię powiedzieć po rosyjsku, że „jestem smutna”, ale to proste zdanie nie odda raczej wszystkich meandrów opisu mojej zaostrzonej depresji.

Z tym, co napisałam (mam nadzieję, że w miarę jasno) powyżej, wiąże się inna, równie ciekawa kwestia. Kiedy już uznamy, że wyrażanie bardziej złożonych stanów emocjonalnych w danym języku istotnie leży w zasięgu naszych możliwości, zaczynamy w tymże języku wyrażać siebie.

Bywa, że nachodzą nas następujące refleksje:

Jaką osobą jesteś w języku X? Weselszą niż po polsku? Bardziej rozmowną, z innym poczuciem humoru? Czy twój temperament jest inny w języku Y?

Nie są to wyłącznie moje przemyślenia, bowiem na zbliżony temat powstało wiele publikacji badawczych, z których jedną omówię krótko poniżej.

Ciekawe i dość zaskakujące wnioski przedstawia badanie "What Has Personality and Emotional Intelligence to Do with "Feeling Different" while Using a Foreign Language?", które przeprowadziła Polka, dr K. Ożańska-Ponikwia. Pełna wersja publikacji nie jest niestety dostępna on-line.

Wyżej wymienione badanie polegało na znalezieniu związku pomiędzy:

  • cechami osobowości (badanymi za pomocą narzędzia NEOAC, opartego na koncepcji Wielkiej Piątki autorstwa Costy i McCrae – (warto wiedzieć, że jest to najpopularniejszy obecnie sposób badania tego obszaru psychiki ludzkiej), a także wskaźnikami inteligencji emocjonalnej
  • a subiektywnym poczuciem bycia "inną osobą" w warunkach posługiwania się kilkoma różnymi językami.

Grupą poddaną analizie były zarówno osoby dwujęzyczne od urodzenia (polski-angielski), jak i Polacy na emigracji, funkcjonujący w anglojęzycznej kulturze.

Kwestionariusze i testy użyte w tym przedsięwzięciu służą do szacowania nasilenia bardzo konkretnych czynników osobowości/inteligencji emocjonalnej, tj.:

  • dla TEIQue (z uwagi na moją słabą znajomość tego kwestionariusza odwołam się tylko do nazw angielskich): emotion expression, empathy, social awareness, emotion perception, emotion management, emotionality, sociability;
  • oraz dla NEOAC: ekstrawersja (extraversion, E), neurotyczność (neuroticism, N), sumienność (conscientiousness, C), ugodowość (agreeableness, A) oraz otwartość na doświadczenie (openness, O).

Szczegółowe rozpatrywanie i definiowanie wyżej wymienionych elementów nie jest w tej chwili konieczne.

Badaczy interesowało przede wszystkim, dlaczego niektóre jednostki obserwują u siebie (w zależności od używanego języka) niewielkie zmiany osobowościowe i behawioralne, zaś inni nie dostrzegają tych zmian. Wynik obalił stwierdzenie, jakoby różnice te dotykały losowo wybranych ludzi. Badanie wykazało jedynie związek inteligencji emocjonalnej oraz cech osobowościowych E, A i O z samym faktem wyczulenia na samodzielnie obserwowane, subtelne zmiany we własnym zachowaniu i mowie ciała. Innymi słowy – bardziej prawdopodobne jest, że osoby o większych zdolnościach społecznych i inteligentniejsze emocjonalnie są bardziej zdolne do zauważenia u siebie tych zmian (które mogą przecież wynikać jedynie z faktu znalezienia się w innej rzeczywistości norm kulturowych, środowisku o specyficznych wymaganiach etc).

Zainteresowanych tematem odsyłam także do ciekawego (dwuczęściowego) artykułu z Psychology Today, w którym zacytowano powyższe badanie.

Zjawisko, które poddałam powyżej dość solidnej refleksji, bardzo wyraźnie obserwuję w momencie mojego własnego posługiwania się językiem angielskim – w którym, jak sądzę – potrafię już zintegrować język z samą sobą. Mimo to, cały czas towarzyszy mi wrażenie, że posługując się mową Brytyjczyków i Amerykanów jawię się jako osoba bardziej beztroska i (co oczywiste) nieco mniej elokwentna i być może także mniej wyniosła niż w języku polskim.

Dlaczego? Co za to odpowiada? Brzmienie, specyfika leksykalno-gramatyczna? Nie wiem. Spotkałam się niejednokrotnie z intuicyjnymi stwierdzeniami nt. różnych języków (pierwszy z brzegu przykład koleżanki bardzo dobrze znającej francuski – "ten język jest ohydnie oficjalny, zimny, zawiły – zupełnie jak niemiecki; a włoskiego nie cierpię, jest infantylny". Ludzie mają po prostu tendencję do przypisywania językom obcym pewnego rodzaju cech, duszy, co w pewien sposób może wpływać na odbiór ich osoby w zależności od tego, po jakiemu w danym momencie mówią.

Wróćmy do mojego angielskiego. Co dalej? Tego nie wie nikt. W miarę mojego dalszego postępu w dążeniu do płynności, cechy ujawniające się przy użyciu obu tych języków (ojczystego i obcego) mogą w ogóle nie ulec ujednoliceniu. Czy to oznacza, że do końca życia będę nosić w sobie lekko zmienioną, anglojęzyczną wersję siebie?

Gorąco zachęcam do dyskusji, ponieważ artykuł ten jest raczej wyrazem moich własnych refleksji, bardzo delikatnie doprawioną jakimikolwiek danymi empirycznymi.

Zatem – jakie językowe kamienie milowe macie już za sobą?

Jacy jesteście w językach, które dobrze opanowaliście?

Zobacz też…

Nie masz siły, zrób coś małego

Jak słuchać, żeby usłyszeć

Najlepsza rada dotycząca nauki języków obcych

Czy 1000 słów i 70% rozumienia to dużo?

 

Dlaczego nauka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek? (Część II)

ilustracja_wikland

(ilustracja autorstwa Ilon Wikland)

Zgodnie z przewidywaną kolejnością, w dzisiejszym artykule nastąpi kontynuacja mojej myśli z części pierwszej, dostępnej tutaj.  Po raz kolejny dołożę starań, aby pokazać wam, że nauka języka szwedzkiego jest w dużej mierze ułatwiona za sprawą wielu czynników, wśród których wyróżniłam dotychczas przede wszystkim najwybitniejsze narzędzie współczesnej komunikacji i edukacji, tj. Internet.
Niejednokrotnie spotykam się ze skrótem myślowym u wielu ludzi, którzy określają m.in. język szwedzki mianem „egzotycznego”, czy „niszowego”. O ile drugie z określeń jest póki co całkiem uzasadnione statystycznie, to pierwsze nosi wg mnie znamiona mitu, utrudniającego popularyzację nauki tego przepięknego języka. Cóż wszak egzotycznego może być w języku  (1) indoeuropejskim, (2) germańskim (dokładniej mówiąc: północnogermańskim) , a nade wszystko (3) natywnym dla naszych najbliższych, zamorskich sąsiadów? Przyjrzyjmy się wspólnie, co jeszcze może pomóc nam oswoić się z mową współczesnych wikingów, niezależnie od powodów, dla których się jej uczymy.

2. Wysoka jakość wielu wytwórów kultury, które zbiorczo pragnę nazwać adresowanymi do dzieci i młodzieży

Począwszy od dzieł najbardziej znanej szwedzkiej autorki książek dla dzieci, poprzez retro kreskówki i programy dla najmłodszych, skończywszy na przyjemnym programie młodzieżowym (co prawda nieco moralizatorskim, ale relatywnie łatwym do zrozumienia na pewnym etapie nauki). Pozwolę sobie pogrupować wyżej wymienione źródła w trzy segmenty, zgodnie z kryterium zaawansowania naszej znajomości szwedzkiego.

2.1 Fonetyka i słownictwo podstawowe – audycje dla najmłodszych

Chyba każdy kraj pochwalić się może swoimi „firmowymi”, specyficznymi jeśli chodzi o przekaz, klimat i kreskę filmami animowanymi, zazwyczaj o niezbyt skomplikowanych dialogach czy fabule, za to urastających w świadomości dumnych obywateli do legend, znaków rozpoznawczych oraz reliktów ich własnego dzieciństwa. Nikt nie kwestionuje sławy radzieckich Wilka i Zająca,  czechosłowackiego Krecika, czy polskiego Reksia. Ale czy równie łatwo wymienicie jakikolwiek tytuł produkcji szwedzkiej?

Sama zachwycona byłam specyficznym stylem, klimatem i humorem dwóch tamtejszych, krótkich form animowanych.

Kalles klätterträd to kreskówka z roku 1975, której piosenkę openingową skomponował nieco podstarzały już Jojje Wadenius. Przygody przekomicznie wykreowanych postaci – Kallego, który całymi dniami fantazjuje na drzewie (tak, na drzewie – nie gałęzi, lecz całej koronie) o nieistniejącej Emmie oraz jego dziadka, który, zgodnie ze słowami piosenki ”siedzi pod drzewem i czyta gazetę” potrafią wciągnąć lepiej, niż niejeden szwedzki kryminał. Narrator odzywa się rzadko, a nawet jeśli, to przekazuje treść bajki prostymi, krótkimi zdaniami, które nie powinny stanowić dla początkujących większego wyzwania. Autorstwa tych samych producentów jest także inne dzieło identycznego niemal typu – Farbrorn som inte vill va’ stor (1979). Tytuł ten tłumaczymy dosłownie jako ”Stryjek, który nie chce być duży”, co z perspektywy osoby dorosłej wygląda ni mniej, ni więcej jak opowieść o trzydziestoletnim facecie, który mimo ustabilizowanej pozycji społecznej pracownika biurowego, nieustannie snuje dość niepokojące fantazje o tym, co by było, gdyby nadal był beztroskim dziesięciolatkiem. Pojedyncze odcinki obydwu filmów dostępne ą na YouTube, pełne odcinki Kallego widziałam w ubiegłym roku także w wolnym dostępie na stronie szwedzkiej telewizji (www.svtplay.se). Uwaga, zarówno jedna, jak i druga piosenka tytułowa niesamowicie ”osiadają” na umyśle i trudno jest powstrzymać się od ich nucenia w ciągu dnia.

Podobnie jak z kreskówkami, pokolenia wielu nacji wychowują się na (zazwyczaj porannych) audycjach telewizyjnych, w których nacisk kładziony jest na naukę poprawnego rozpoznawania liter (a także wymawiania głosek!), cyferek, zwierzątek, podstawowych pojęć i przedmiotów dnia codziennego, pór roku, etc. Kto z nas nie wzrusza się na wspomnienie Domowego Przedszkola, czy zachodniej Ulicy Sezamkowej? Poznajcie wariant szwedzki – Fem myror är fler än fyra elefanter („Pięć mrówek to więcej niż cztery słonie” – niezbity fakt, prawda?), nadawany pierwotnie w latach 1973-1974.

Fem-myror-fyra-elefanter-ab-480

Trzej aktorzy – dwóch mężczyzn i kobieta – w sposób cudownie bezpretensjonalny grają krótkie scenki pełne nienachalnego humoru, przeplatane bardzo dobrymi od strony muzycznej (!) piosenkami, na których praktycznie zbudowałam swoją umiejętność rozróżniania szwedzkich samogłosek – a wierzcie mi, że nie jest to rzecz najłatwiejsza. Porównajcie chociażby piosenki o głoskach U, Y oraz I. Fragmenty FMÄFAFE znaleźć możecie na YouTube, gdzie z rozkoszą odsyłam wszystkich zainteresowanych.

2.2 Cudowna Astrid

…którą jako maniak sztuki dla dzieci doceniam na nowo, czytając ją w szwedzkim oryginale. Choć tłumaczenia polskie uważam za doskonałe i w sposób zawodowy oddające prostotę języków skandynawskich (którą myślowo przeciwstawiam tutaj kwiecistości polskiego czy rosyjskiego), to niezwykle cieszy mnie ponowna (acz zupełnie nowa) możliwość przeżycia literackich uniesień z dzieciństwa.

Czytanie jej opowiadań i powieści możliwe jest już na przełomie poziomu początkującego i średniozaawansowanego, choć dużą przeszkodą może okazać się sama dostępność książek. Zakupy w sklepie internetowym (chociażby księgarni bokus.com, wysyłającej do Polski) odroczyłam na rzecz nabycia Mio, min Mio w samej Szwecji (co i tak kosztowało mnie około 70 PLN).

2.3 Problemy szwedzkiej młodzieży jako preludium do rozumienia ze słuchu nieco dłuższych wypowiedzi

Wiadomo, jak to bywa z tymi wszystkimi audycjami o trudnościach życiowych nastolatków. Drewniana gra aktorska, krzywdzące spłycenia, niekoniecznie autentyczny obraz rzeczywistości, a to wszystko zwieńczone nader oczywistym komentarzem psychologa.

Z tym ostatnim wiąże się bardzo ważny obszar słownictwa, związany z opisywaniem emocji. I chociażby dlatego warto obrać taką metodę zapoznawania się z nim, teoretycznie łączącą przyjemne z pożytecznym.
Za telewizyjną produkcję tego typu, spełniającą moje pewne minimum estetyczne i intelektualne (co nie zdarza się często) jest seria, krótkich, zazwyczaj maksymalnie dziesięciominutowych scenek pod zbiorczą nazwą 15 – Det är mitt liv.  ("15 – To moje życie"). Piętnastka – gdyż w takim mniej więcej wieku (plus minus odchylenie standardowe, rzecz jasna) są bohaterowie serii. Odprężające i w miarę różnorodne treści, podsumowane nie-aż-tak-głupim komentarzem eksperta. Przemoc, miłość (także homoseksualna), narkotyki, czyli wszystko, co media lubią nagłaśniać najbardziej w kontekście ludzi niepełnoletnich. „15” obejrzeć można  używając platformy szwedzkiej telewizji, o której wspominałam już wcześniej.
Polecane na poziomie średnio zaawansowanym i zaawansowanym.

3. "Anglicyzacja i germanizacja" polskiej szkoły

Tytuł nadany pół żartem, pół serio, przy czym część "na serio" okaże się błogosławieństwem w naszej skandynawskiej podróży. Mój jedyny (jak dotąd) opiekun językowy w zakresie tego języka (pozdrawiam!) dość poważnie przeciwstawia się wymuszonej często na uczniach preferencji nauczania języka niemieckiego jako drugiego języka obcego. Zgodzę się, że bardzo często ma to miejsce kosztem popularyzacji języków chociażby romańskich (nie wspominając o rosyjskim, czy też językach azjatyckich, które traktowane są jako osobna fanaberia). Trudno jednak jest mi zanegować wpływ znajomości angielskiego i niemieckiego na łatwość w uczeniu się szwedzkiego. Zapewniam, że ten ostatni bije melodyjnością na głowę dwa pozostałe!

4. Na koniec – kontrowersyjne stwierdzenie o rosnącym zapotrzebowaniu (modzie?) na naukę języków skandynawskich

Powyższą tezę z wielką chęcią udowodniłabym danymi empirycznymi, gdybym tylko miała do takowych dostęp. Intuicyjnie jednak rzecz biorąc, rosnąca popularność (1) studiów skandynawistycznych (2) szkół językowych mających języki skandynawskie w ofercie, a także (3) rzeczy bardziej powszechnych, takich jak coroczne oblężenie promów Stena Line dają niewielkie podstawy do tego, by prognozować dalszy rozkwit zainteresowania Polaków w tym względzie.

Pułapkami mogą okazać się niewystarczająca liczba wykwalifikowanych skandynawistów w niektórych regionach Polski, a także nierównomierność rozłożenia ośrodków dających możliwość uzyskania certyfikatu z tego języka na poziomie wyższym, niż A2/B1. Wydanie takiego dokumentu osobie znającej szwedzki na poziomie angielskiego FCE (B2) możliwe jest obecnie (o ile mnie pamięć nie myli) tylko w Gdańsku i Poznaniu.

Na tym pragnę zakończyć moją dwuczęściową refleksję na temat mnogości szans, jakie leżą w naszym zasięgu, jeśli tylko zapragniemy przyswoić svenskę. Bądźmy jedynie przygotowani na niezliczoną ilość uwag, spośród których najczęstszą jest przyrównanie brzmienia szwedzkiego do choroby gardła. Ja słyszę przepiękną melodię, co może znaczyć, że czas na wizytę u wiadomego specjalisty.

 

Zobacz także…
Dlaczego nauka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek? (Część I)
Jak znaleźć czas do nauki?
Rewelacyjny program do nauki słówek – Anki
Nie samymi podręcznikami… – czyli internetowe pomoce naukowe
Jak efektywnie uczyć się słówek?

Dlaczego nauka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek? (Część I)

nauka_szwedzkiegoW celu sformułowania wyczerpującej odpowiedzi na pytanie zawarte w tytule dzisiejszego wpisu, przedstawię w nim kilka pomysłów na samodzielne zebranie materiałów do nauki języka szwedzkiego, bądź też dowodów na to, że jest to przysłowiowa bułka z masłem. Co więcej, jedynym źródłem wyżej wymienionych będą darmowe zasoby sieci, których bogactwa nie zawsze jesteśmy świadomi. Choć moje doświadczenie nie wykracza poza styczność z ojczystą mową członków ABBY, jestem pewna, że analogiczne rozwiązania przydadzą się także wytrwałym odkrywcom innych języków, zwłaszcza skandynawskich.

1. Szwedzka polityka imigracyjna

A więc szeroko ostatnimi czasy komentowana kwestia stosunku państw skandynawskich do imigrantów, najczęściej reprezentantów odmiennych kultur, ras i religii. Teoretyczna asymilacja przybyszów osiągana ma być głównie poprzez zapoznanie ich ze szwedzką kulturą i językiem, co pociąga za sobą zaangażowanie różnorakich instytucji. Niezależnie od wyznawanego poglądu na ten stan rzeczy, warto korzystać z dostępności materiałów edukacyjnych, chociażby tych dostarczanych niepostrzeżenie przez szwedzkie media, nawet jeśli robimy to z poziomu zafascynowanego Skandynawią obywatela Polski.

Ułatwią nam to chociażby:

1.1 Zjawisko lättläst svenska

Lättläst svenska, co dosłownie przetłumaczyć można jako ”szwedzki lekki do czytania”, to nic innego jak uproszczona wersja językowa artykułów i/lub audycji radiowych oraz telewizyjnych, adresowanych do osób posługujących się svenską w stopniu bardzo podstawowym. Przywodzi na myśl ”Simple English” z Wikipedii, z tym że na nieco szerszą skalę i pod kątem nieco innych zastosowań, bowiem ma za zadanie pomóc ”świeżo przechrzczonym” Szwedom odnaleźć się w realiach obcego kraju i zapewnić im dostęp do informacji, nowinek politycznych, kulturalnych i sportowych.

Lättläst svenska dla osób uczących się szwedzkiego hobbystycznie jest wspaniałym, pierwszym krokiem ku samodzielnemu czytaniu, bez odczuwania presji natychmiastowej znajomości słownictwa fachowego, hermetycznego, slangowego etc. Ze swojej strony mogę polecić dwie śledzone przeze mnie witryny informacyjne :

8 SIDOR (dosł. ”Osiem stron”) Nyheter, wydawana także w wersji papierowej, ale z rozbudowanym, bezpłatnym serwisem internetowym (www.8sidor.se). Na stronie wbudowano także wtyczkę syntezatora mowy, dzięki czemu możemy usłyszeć czytany tekst.

Klartext Nyheter – cykliczna audycja o charakterze informacyjnym, nadawana w paśmie programu 4. szwedzkiego radia. Jest to uproszczona wersja serwisu informacyjnego, którego możemy posłuchać za pomocą internetowego odtwarzacza (http://sverigesradio.se/sida/default.aspx?programid=493). Czeka na nas także szeroki wybór najświeższych wieści z całego świata w formie tekstowej. Klartext prowadzi także swój fanpage na facebooku, gdzie najłatwiej o regularne notyfikacje.

Zjawisko uproszczonych językowo serwisów internetowych istnieje także poza Szwecją. Serwis 8sidor.se w jednej z zakładek wskazuje na podobnego typu wydawnictwa norweskie, duńskie, francuskie czy włoskie. Pozwolę sobie przekopiować je poniżej:

http://www.klartale.no/ (Norwegia)

http://www.dr.dk/Nyheder/Ligetil/ (Dania)

http://papunet.net/ (Finlandia)

http://www.dueparole.it/default_.asp (Włochy)

http://www.jde.fr/ (Francja)

[źródło: http://8sidor.se/start/om-8-sidor]

1.2 Internetowe wersje kursów SFI (Svenska För Invandrare)

Mianem SFI (Svenska För Invandrare – Język szwedzki dla imigrantów) określa się zbiór wielu kursów adresowanych do cudzoziemców zasiedlających państwo szwedzkie. Każdemu z przyjezdnych przysługuje odpowiednie przygotowanie językowe, opłacane przez lokalne władze regionu, w jakim przyszło osiąść danej osobie czy rodzinie.

SAFIR – ”Svenska och arbetsliv för invandrare” to przykład kursu dostępnego nieodpłatnie z poziomu przeglądarki. Zawiera bogaty wybór obszarów tematycznych, zarówno z zakresu języka codziennego, jak i specjalistycznego, potrzebnego w konkretnych branżach. Zawiera ćwiczenia interaktywne i fonetyczne, które zadowolą nawet najbardziej wymagającego ucznia. Dostępny pod linkiem: http://sfi.halmstad.se/

1.3 Sprzyjająca telewizja

Zarówno publiczne jak i prywatne stacje telewizyjne w Polsce zaczęły udostępniać internautom za darmo w całości treść swoich audycji. Choć stało się to stosunkowo niedawno, raczej nikogo już nie powinien fascynować fakt, iż media zachodnie i skandynawskie czynią podobnie. Różnica polega na tym, że w państwach północy standardem jest także umieszczanie pod znakomitą większością programów, seriali i serwisów informacyjnych (w tym głównego wydania ichniego „dziennika wieczornego”) napisów po… szwedzku. Takie rozwiązanie bardzo przyda się tym pasjonatom nauki szwedzkiego, którzy nie czują się zbyt pewnie jeśli chodzi o umiejętność rozumienia ze słuchu.

CDN.

II część

Dziecko z Bullerbyn

Kiedy otrzymałam w mailu od Karola prośbę o napisanie artykułu "wstępnego, na zapoznanie się z czytelnikami" (cytat niedokładny), byłam absolutnie przerażona. Powitania i autoprezentacje są dla większości ludzi niezwykle krępujące i niekomfortowe, a tym bardziej mnie – językowego perfekcjonisty, który nieustannie kwestionuje swoje umiejętności redagowania tekstów.

Część tego ciężaru zdjęła ze mnie krótka notka "biograficzna", z którą możecie zapoznać się w zakładce "autorzy". Wyczytać z niej można chociażby to, że moje doświadczenia z hobbystyczną nauką języków obcych w większości wiążą się z poznawaniem absolutnie najbardziej melodyjnego z języków germańskich – języka szwedzkiego. Należę do osób, którym ciężko jest się wypowiadać z innej perspektywy niż moja własna. Tych, dla których nie brzmi to jak tzw. oczywista oczywistość, bardzo proszę o wyrozumiałość i wyważoną dyskusję. Filozofia, którą wyznaję, zapewne przyda się głównie osobom o podobnym do mojego podejściu do wykorzystywania własnego potencjału poznawczego. Z notki można bowiem także dowiedzieć się, jak ogromnie cenię sobie pracę samodzielną z językiem. Trudno mi sprowadzić pojęcie języka – wszak rozłącznego z pojęciem samej mowy – wyłącznie do funkcji komunikacyjnej, a więc takiej, której w zasadzie przeczy moja idea samotnej, językowej podróży. Nie oznacza to, że alergicznie reaguję na wszelkiego rodzaju kursy, zajęcia grupowe czy pracę z nauczycielem. Po prostu w moim odczuciu formy te w mniejszym stopniu przyczyniły się do rozwoju moich umiejętności niż "autonomiczne" realia nauki. Mogę tylko przypuszczać, że największą słabością nauczania "masowego" są różnice między uczniami w zakresie zarówno wiedzy, jak i tempa jej przyswajania, preferowanych stylów nauki, temperamentów, zdolności interpersonalnych i funkcjonowania w grupie, aż w końcu nieudolność niektórych nauczycieli. Rzadko kwestionuje się to, ile wiedzy i doświadczenia może przekazać nam lektor oraz kontakt i wymiana myśli między mniej i bardziej uzdolnionymi współuczestnikami kursu. Mało kto ufa jednak temu, jak wiele możemy dać sobie my sami. Być swoim własnym mistrzem to coś, do czego nieustannie dążę i od czego wychodzę wierząc, że nauka wypływa ze mnie – i tam też wraca – dając mi poczucie realnego spełnienia.

Konkludując moje "powitanie" podkreślam raz jeszcze, że poza opisem moich własnych doświadczeń nie jestem w stanie dać uniwersalnych rad i nie uzurpuję sobie prawa do dyktowania komuś metody, jaką powinien przyjąć. Prawdę mówiąc, o wiele łatwiej jest mi pisać o tym, jak według mnie NIE POWINNO wyglądać nauczanie języków obcych (kolejny "diss" na nauczanie grupowe). Przede wszystkim jestem tutaj po to, by nareszcie móc nazwać się internetowym pismakiem oraz nade wszystko dzielić się pasją ze wszystkimi, którym bliski jest świat języków obcych. Niniejszym następuje koniec artykułu wstępnego.

Aha, zapomniałam wspomnieć o rzeczach najważniejszych. W Szwecji byłam raz, przez dokładnie jeden dzień. Jestem dumną psychofanką Queens of the Stone Age, zaś moją ulubioną zupą jest rosół drobiowy.