porady

Garść informacji na temat akcentu

wymowaGdy zaczynamy naukę, języka prędzej czy później musimy się zmierzyć ze smutną prawdą, że niestety nasz akcent odbiega dość znacznie od tego, który prezentują native speakerzy. Ale spokojnie – nie oznacza to wcale, że jesteśmy skazani na niepowodzenie i już nie mamy szans – wręcz przeciwnie – akcent nie jest czymś stałym. Artykuł oparłam na najbardziej rozpowszechnionym akcencie języka angielskiego –  brytyjskim, ponieważ najwięcej z Was ma z nim styczność. Z tego tekstu dowiecie się, jak pracować nad swoim akcentem, co zrobić, by go definitywnie zmienić oraz jakie angielskie słowa sprawiają trudności osobom, które uczą się angielskiego jako L2. Zaczynamy!

Co nazywamy akcentem? Jest to sposób, w jaki brzmimy, gdy produkujemy dźwięki. Akcent towarzyszy nam zawsze, po prostu nie da się mówić bez akcentu. Skoro jesteśmy na niego skazani, to jak sobie z nim poradzić, gdy przeszkadza nam w nauce L2? Bazujemy na angielskim, więc wyobraźcie sobie Hindusa mówiącego po angielsku – coś Wam się nasuwa na myśl? Azjaci z zasady zupełnie inaczej rozróżniają dźwięki, więc produkcja języka mówionego w ich wykonaniu czasem wydaje się dość dziwna. Absolutnie nie chcę nikogo obrażać ani wyśmiewać – chcę tylko powiedzieć, że każdy akcent jest specyficzny. Oczywiście dużo łatwiej by było, gdyby w każdym języku istniały te same reguły fonetyczne i podobne dźwięki, wtedy nie mówilibyśmy już o silnym akcencie, ale za to wszyscy brzmieliby tak samo. Akcent podczas nauki L2 wynika z faktu, że każdy język ma pewien zestaw dźwięków, które wykorzystuje do budowy słów. Dźwięki te w różnych językach nie pokrywają się ze sobą: bywa, że albo są podobne, albo nie istnieją w naszym języku ojczystym – opcji jest bardzo dużo. Niemniej jednak główny problem polega nie na samym występowaniu tych dźwięków, ale na naszej pracy, którą wkładamy w ich produkcję. To od realizacji dźwięków zależy, z jakim akcentem mówimy.

Tutaj warto lepiej  przyjrzeć się tym różnicom językowym. Powszechnie znany fakt – w japońskim nie ma rozróżnienia pomiędzy dźwiękami l i r – więc wyobraźmy sobie, ile nauki i pracy musi włożyć mieszkaniec Kraju Kwitnącej Wiśni, żeby usłyszeć różnicę pomiędzy słowami light i right. Z kolei w języku francuskim nie istnieje krótkie i, które występuje w angielskim słowie ship. Dlatego też rozróżnianie słów typu ship i sheep przychodzi Francuzom bardzo ciężko. Co więc słyszy Francuz w zdaniu I took a ship to the island? – "zabrałem owcę na wyspę" lub "popłynąłem (statkiem) na wyspę". Wystarczy inaczej wypowiedzieć jedno słowo, a zmieniamy sens całego zdania.

Kolejny ważna rzecz  – speakers are lazy. Myślę, że każdy z tym się zgadza – mówimy szybko, skracamy, maksymalnie upraszczamy po to, żeby było nam łatwiej. Dlatego też, nawet gdy uczymy się angielskiego, to z tym naszym akcentem bywa różnie. Czasem uważamy, że "słówka i parę czasów" wystarczą, by mówić; nie zastanawiamy się jednak nad tym, jak brzmimy – ważne, że w ogóle się odzywamy 😉 Oczywiście nie jest to regułą. Nie uważacie jednak, że zbyt mały nacisk kładzie się na pracę nad akcentem? Moim zdaniem w naszym kraju niestety wciąż to kuleje, przede wszystkim w szkolnictwie.

Wracając do akcentu – jeśli chodzi o angielski, przeważnie dążymy do standardu RP. Received Pronounciation (czy też BBC English) jest uważane za odmianę bardzo prestiżową i kojarzone jest z angielskim oksfordzkim. Chyba najlepszym przykładem osoby mówiącej RP English jest Sir David Attenborough, który ma rewelacyjny głos, możecie go posłuchać w tym miejscu. Polecam do tego jeszcze jeden link: jeżeli klikniecie tutaj, macie okazję porównać sobie akcent amerykański i brytyjski.
Jednak pozostaje pytanie – jak mówić tak jak Sir David? Tutaj można powiedzieć tylko, że practice makes perfect. Poniżej prezentuję Wam kilka sposobów na to, jak polepszyć swoją wymowę – są to uniwersalne rady, dla każdego języka.

  1. Pokochaj audio!
    Osłuchanie się z językiem jest kluczem do nabycia dobrego akcentu. Samo słuchanie nie wystarczy, trzeba się starać imitować dźwięki po to, by zbliżyć się jak najbardziej do akcentu native’a – filmy bez dubbingu i napisów, audiobooki, podcasty, radio – słowem wszystkie chwyty dozwolone.
  2. Naśladuj.
    Kiedy już usłyszysz dźwięk, staraj się go powtórzyć, zachowując oryginalny akcent i melodię zdania. Początki mogą być trudne, ale nie zniechęcaj się – to naprawdę bardzo pomaga.
  3. Nagraj się.
    To chyba najważniejsza rzecz – jeżeli mówimy zdanie w obcym języku prawie zawsze wydaje nam się, że dobrze akcentujemy. Wystarczy się nagrać i nagle okazuje się, że usłyszymy zupełnie inny (obcy ;)) głos, który brzmi dziwnie. O wiele lepiej jest przesłuchać swoje własne nagranie i porównać je na przykład z fragmentem audiobooka, żeby dostrzec swoje ewentualne błędy lub niedociągnięcia – naprawdę polecam!
  4. Mów!
    Nic tak nie przybliża nas do biegłości językowej jak właśnie rozmowa. Ćwicz konwersacje jak najczęściej, staraj się rozmawiać z osobami, dla których dany język jest również L2, skup się na ich akcencie i porównuj go z oryginałem. Zwróć uwagę, jak inne osoby realizują trudne dla Ciebie dźwięki i jaki to ma wpływ na odbiór ich wypowiedzi.
  5. Myśl w L2.
    Ogromnym błędem uczących się języka obcego jest to, że nie starają się myśleć w języku obcym. Jak to działa? Taka osoba układa sobie w głowie zdanie, które po polsku brzmi świetnie i stylistycznie powala na kolana – strofa w stylu „Pana Tadeusza” – i zaczyna się orka. Tłumaczy sobie słowo po słowie, d o s ł o w n i e, bez żadnego zastanowienia, czy taki wyraz ma zastosowanie w języku obcym w tym konkretnym kontekście. To nigdy nie wychodzi dobrze, stąd gorąca prośba – myślmy w L2 – mniejszy wysiłek, a zyskujemy o wiele więcej.
  6. Powtarzaj i zapamiętuj.
    Niestety słowa mają tendencję do ulatywania z pamięci, a szkoda by było wszystkiego zapomnieć. Staraj się, ucząc się nowych słówek, zwracać uwagę na ich poprawną wymowę i ćwiczyć ją, a potem powtarzać. To bardzo ważny element pracy z językiem, nie wolno go pomijać.
  7. Metoda indywidualności.
    Tutaj tak naprawdę chcę zwrócić uwagę na to, że za każdym razem należy sprawdzać wymowę słówka. Przykład z angielskiego – skoro znamy słowo table, to jak przeczytamy comfortable? Niestety kierując się analogią, popełnić możemy klasyczny błąd. Czyli każde słówko ma swoją unikatową wymowę i tego się trzymamy.

Angielska fonetyka to rzecz dość złożona, pełna zasad i wyjątków, ale naprawdę warto się chwilę zastanowić nad tym, jak mówimy i dlaczego akurat tak. Poniżej dołączam listę słów, które najczęściej wypowiadamy błędnie (lub inaczej niż powinniśmy).

  • Zaczynamy od wiewiórki – squirrel – głoska r średnio nam tutaj wychodzi.
  • Podobnie jest ze słowem rural – sekwencja spółgłoska-samogłoska-spółgłoska nas tu pokonują.
  • I ważne słowo – often – wymawia się bez głoski /t/ w środku.
  • Podobnie ze słowem climb – końcowe /b/ jest nieme.
  • Moje ulubione to słowo pojazd – vehicle – też mamy z tym trudności.

Bez względu na to, czy podczas nauki angielskiego wybieramy odmianę brytyjską czy amerykańską, ważne jest, by co chwilę tego nie zmieniać, tylko systematycznie doskonalić wybrany akcent. Mieszanie akcentów w wypowiedzi brzmi dość dziwacznie.

Niezależnie od tego, jakiego języka się aktualnie uczycie, zawsze starajcie się zwracać uwagę na wymowę i reguły fonetyczne. Bez tego ciężko będzie Wam osiągnąć biegłość na miarę C2.

Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje przedwyjazdowe

Ilustracja autorstwa Ilon Wikland

Ilustracja autorstwa Ilon Wikland

W nadchodzącym roku uda mi się spełnić jedno z moich największych marzeń – spotka mnie bowiem szansa zamieszkania w Szwecji na pięć długo-krótkich miesięcy. Jako samouk języka szwedzkiego nie zamierzam ukrywać, że przygoda tego typu przemawia do mnie głównie pod kątem językowym, choć narzędziem do osiągnięcia tego celu okazały się studia – wszak sam wyjazd to nic innego jak wymiana studencka, honorowana na kierunku, który z filologią nie ma wiele wspólnego. Biorąc pod uwagę fakt, iż językiem wykładowym będzie angielski, zaś uczelniani współtowarzysze będą najpewniej stanowić mieszankę kultur całego świata, mogę mieć niemały kłopot z realizacją zamierzonego planu, jakim jest maksymalne wykorzystanie języka szwedzkiego w praktyce.

Zacznijmy jednak od tego, co potencjalnie działa na moją korzyść.

swedenDialekt. Jadę do miasta zwanego Örebro, położonego około 200 kilometrów od Sztokholmu. Region Szwecji, do którego należy Örebro, nosi nazwę Närke i nie graniczy z obszarem przypisanym stolicy. Poszukując informacji na temat osobliwości fonetycznych właściwych mieszkańcom Närke, korzystałam z solidnie opracowanej, głosowej encyklopedii szwedzkich dialektów, którą serdecznie polecam wszystkim pasjonatom. Ten przypisany mieszkańcom Stora Mellösa, osadzie należącej administracyjnie do Örebro, nie wydaje się być słuchowym wyzwaniem, choć faktycznie nie jest to standard sztokholmski, do którego przyzwyczaiły mnie podręczniki. Należy także pamiętać, że większe ośrodki miejskie przyciągają zazwyczaj osoby z różnych części Szwecji, więc niewykluczone, że w samym miejscu tymczasowego zamieszkania będę musiała zmagać się z wymową w jakiś sposób ujednoliconą. Zawsze mogło być gorzej, sądząc chociażby po wysłuchaniu przykładów z północnej części kraju.

Moje nastawienie. Jestem dość kontaktową osobą, a nieśmiałość to prawdopodobnie ostatnia cecha, jaką mogłabym sobie przypisać. Myślę, że z moją asertywnością także nie jest najgorzej i będę umiała zakomunikować, że NIE chcę przechodzić na angielski, nawet jeśli dzięki temu zrozumiemy się sprawniej.

Dlaczego jednak w ogóle przewiduję jakiekolwiek problemy na drodze realizacji moich szwedzkojęzycznych ambicji?

BO SZWEDZI TO I TAMTO…

Bo nie lubią nieznajomych. Bo nie patrzą w oczy. Bo są mało otwarci, a fakt, że ktoś uczy się ich języka, wcale im nie imponuje. Bo świetnie znają angielski i nie widzą powodu, by słuchać łamanego szwedzkiego w rozmowie z obcokrajowcem.

orebroDo wszelkich stwierdzeń przemawiających za teorią „osobowości narodu” zawsze pochodziłam z dużą rezerwą. Nie przepadam za generalizowaniem, choć z drugiej strony mówi się, że wyjątki stanowią tylko potwierdzenie reguły. Nie lubię też obrastać w takie uogólnione stwierdzenia mając za sobą kosmicznie niewielki czas spędzony poza granicami Polski, ba, a może i nawet własnego pokoju.

Trudno jednak powstrzymać się od zwerbalizowania kilku wstępnych obserwacji, jakie poczyniłam na Szwedach napotkanych w Internecie, bądź też na krajoznawczych wyprawach. Wykorzystam także wypowiedzi samych Szwedów, jakie zdołałam z nich wydusić na pewnym forum.

1. Polak uczący się szwedzkiego nie jest niczym szokującym, w końcu Polska jest zamorskim sąsiadem północy, zaś mgliste pojęcie Szwedów o Polsce każe zakładać, iż kontakty dyplomatyczne i handlowe są z nami możliwe. Co ciekawe, jedyny cień zdziwienia naszym zapałem do nauki szwedzkiego wywołuje u nich sam kontrast "zasięgowy" naszych języków: kraj 38-milionowy vs (tu cytat) "mniejsza i węższa" (polemizowałabym), 9-milionowa Szwecja.

2. Nie widzą w nas chyba typowego imigranta. Jeden z rozmówców wyraził nawet pewnego rodzaju obawę, iż "gdybyś przyjechała do Szwecji, władze gminy najprawdopodobniej wepchnęłyby cię na kurs szwedzkiego dla przybyszów z trzeciego świata". Co zaś jeśli nie mam woli, lub/i możliwości osiedlić się w kraju wikingów?…

3. …nie cały naród jednym głosem mówi – oczywiste jest, że pozytywne lub nawet na wpół entuzjastyczne reakcje na swoją walkę ze szwedzkim uzyskacie wśród społeczności, która sama języki obce lubi i kibicuje każdemu, kto je zgłębia.

4. Lecz nawet to nie wystarczy, by usidlić swojego "darmowego native speakera". Trudnościom w poszukiwaniu partnerów językowych w Internecie poświęciliśmy na Woofli już dwa artykuły, z których jeden wyszedł spod mojego pióra. Mając je w pamięci, trudno stwierdzić, czy chodzi o zjawiska tam opisane, czy o mentalność konkretnego narodu. Szwedzka ortografia bywa zwodnicza, nie wspominając o wymowie, tak więc jestem w stanie wyobrazić sobie, jak męcząca musi być rozmowa z osobą początkującą. Nawet wtedy, gdy myślałam, że nagranie siebie samej czytającej po szwedzku i wysłanie jej koledze zza morza nie wywoła zgorszenia, jego odpowiedź i tak zdołała wprawić mnie w osłupienie. "Wow! Brzmisz jak ktoś z Norrland!" (wiecie, ten dziwny akcent pół-Szwedów, pół-reniferów). Norrland? Mój boże, nigdy nie miałam takiego zamiaru. Czy to znaczy, że mówię niewyraźnie?

Wygląda na to, że generalizowanie tylko oddala nas od celu. Smagając się metaforycznym batem, wychodzić będę z prostego założenia: im lepiej będę mówić, tym bardziej zachęcę obcokrajowca i do pochwał i do wspólnych ćwiczeń konwersacyjnych.

Internet to jednak miejsce wyjątkowe, a rozpoczęcie z kimś znajomości jawi się bezsprzecznie jako mniej stresujące, niż w świecie realnym. Fizyczne przebywanie w Królestwie Szwecji (zwłaszcza na międzynarodowej wymianie) nie sprawi, że każdy Sven i Elsa będą lecieć do nas jak pszczoły do miodu.

Jakkolwiek stalkersko i przerażająco to brzmi, jedyne rozwiązanie upatruję w znalezieniu sobie szwedzkiej koleżanki lub kolegi na długo przed wyjazdem, oczywiście w celu budowania znajomości i podsycania wzajemnego zainteresowania sobą aż do dnia spotkania na uczelni. Jak? Chyba niestety w formie anonsu zamieszczonego wszędzie tam, gdzie w Internecie zrzeszają się studenci rzeczonego uniwersytetu. Opcję tę poleciłabym zarówno tym, którzy z pewnością siebie nie mają problemów, jak i ludziom w sytuacji odwrotnej.

Warto także zorientować się w działaniach podejmowanych przez lokalną Erasmus Student Network – jest to organizacja, która w Polsce (niestety nie wiem, jakie jeszcze państwa trudnią się czymś podobnym) realizuje chociażby program Mentor, polegający na swoistym "zaadoptowaniu" zagranicznego studenta przez osobę miejscową. "Opiekun" ten ma za zadanie ułatwić nowo przybyłemu zaaklimatyzowanie się w obcej dla niego kulturowo i językowo rzeczywistości. 

Na koniec (zgodna z tematem artykułu) anegdota z mojej wycieczki promem, obsługiwanym wyłącznie przez szwedzkojęzycznych pracowników. Była to w zasadzie pierwsza szansa przyszpanowania przed "nejtiwem", co prawda w obrębie słownictwa rybno-ziemniaczanego, ale zawsze. Stojąc w kolejce do wydawania posiłku, razem z moją mamą (nieznającą angielskiego ani szwedzkiego), starałam się dostrzec imię stojącego za ladą dżentelmena, aby upewnić się, czy jest on Szwedem z krwi i kości. Widząc na jego plakietce "Lukas" oraz słysząc szwedzki z jego ust wiedziałam już, że to mój wielki moment. Poprosiłam zatem o łososia, gryząc się w język za każdym razem, gdy nasuwały mi się zwroty brytyjskie. Wybór ziemniaczków okazał się nieco bardziej skomplikowany, bowiem restauracja oferowała opcję gotowaną i przypiekaną. "Które chcesz, mamo?" – spytałam pospiesznie. "Powiedz mu, że gotowane!" – usłyszałam. Zaraz ci powiem, Lukasie – pomyślałam z dumą, kiedy to rzeczony młodzieniec zabrał głos, używając całkiem niezłej polszczyzny: "Dla pani gotowane, tak?".

Tak właśnie kończą się dobre chęci.

Zobacz też:
Szwedzkie plateau boli najbardziej
SWEDEX: luźne przemyślenia
Po jakiemu uczyć się szwedzkiego?
Czy język szwedzki jest trudny

Jak ujarzmić szwedzkie samogłoski?

dlugie_aDzisiaj krótkie omówienie kwestii fonetycznej, której istotność  umieściłabym zdecydowanie bliżej początku "osi czasu" nauki języka szwedzkiego. Jej zaniedbanie upośledzi naszą umiejętność głośnego czytania już na samym starcie, zaś uważne jej traktowanie nie kosztuje wiele i może okazać się całkiem fajną zabawą. Mowa oczywiście o samogłoskach szwedzkich i ich podziale na krótkie i długie. Dlaczego jest to temat istotny? Po pierwsze, długość samogłoski determinuje wybór wariantu jej wymowy; po drugie, tak samo zapisane słowo może mieć dwa KOMPLETNIE różne znaczenia w zależności od tego, czy użyto w niej samogłoski krótkiej lub długiej. Zwrócę także uwagę na to, jak trenować wymowę poszczególnych samogłosek, gdyż dla niewprawionego ucha zlewają się one nierzadko w jedno.

Różne "bardzo śmieszne żarty" głoszą, że mowa Szwedów brzmi trochę jak ziewanie. Iloczas to inna nazwa tego zjawiska, które, mówiąc najprościej, determinuje długość dźwięku odpowiadającego wymawianej głosce lub sylabie. Dla niektórych nacji jest to rzecz intuicyjna – iloczas nie jest bowiem charakterystyczny wyłącznie dla szwedzkiego. Polacy niestety pozbawieni są takiego punktu odniesienia, ponieważ iloczas jest w polszczyźnie nieobecny od wieku XVI.

vokaler

[źródło: http://svenskab1b2.majby.se/doc/fonetik1.pdf] Kliknij, aby pobrać pdf z tablicą wszystkich znaków.

W szwedzkim, choć mówimy przeważnie o długości samogłosek (w tym przypadku aż dziewięciu: a, e, y, u, i, o, å, ö, ä), to zwraca się także uwagę na "długie", a więc podwojone spółgłoski, np. "tt", "bb". Znaleźć je można zazwyczaj na końcu wyrazu lub w jego środku. Zapisuje się je podobnie jak wydłużone samogłoski, używając czegoś w rodzaju trójkątnego dwukropka. Dla przykładu, w słowie sitter / (ktoś) siedzi / ['sɪt:ɛr] jesteśmy "w obowiązku" poświęcić ułamek sekundy dłużej na oddanie "długiego t" = "t:". Rzeczą oczywistą jest, że w polskim takie geminaty, a więc podwojone spółgłoski, są zjawiskiem nierzadkim, chociażby w popularnych imionach (Adriana / Adrianna robi różnicę!).

Zwracam uwagę na choćby pobieżną znajomość międzynarodowego alfabetu fonetycznego, ponieważ uważam, że nawet osoba początkująca zrobi z niego ogromny użytek. W kontekście omawianego tematu, a więc (samo)głosek długich w języku szwedzkim, ustalenie ich obecności lub nieobecności w przyswajanym słowie będzie kwestią zaledwie kilku kliknięć w jakimś dobrym, internetowym słowniku. Ja lubię lexin, właśnie z powodu uwzględnienia zapisu fonetycznego.

Przydatne reguły? Owszem, istnieją! Jeżeli ktoś nie może się bez nich obejść, to powinien pamiętać o tym, że…

  • Po samogłosce długiej zawsze następuje krótka spółgłoska, zaś po samogłosce krótkiej – spółgłoska długa;
  • Samogłoska jest krótka, jeśli jest akcentowana i ma po sobie spółgłoskę długą;
  • W sylabach nieakcentowanych wszystkie głoski są krótkie;
  • Przed samogłoską akcentowaną również;
  • Sylaba akcentowana zawsze jest długa (cechowana przez długą głoskę).

Powoływanie się na prawidłowości tego typu wymaga od uczącego się znacznego rozszerzenia wiedzy o akcentach i fonetyce szwedzkiej i nie ma nic wspólnego z nauką intuicyjną i naśladowczą, która, w mojej opinii, powinna być co najwyżej weryfikowana przy pomocy literatury.

Samogłoskowe faux-pas? Jak najbardziej możliwe. Chcąc wypowiedzieć się o zmarłym, łysym (kal) mężczyźnie, możemy nieopatrznie nazwać go zimnym (kall). Dyskusja nt. wyborów (val) może wprawić w konfuzję niespodziewanym przywołaniem nieokreślonej tamy (vall). Pan nadużywający wódki na weselu może zostać wyzwany od brzydkich (ful) zamiast pijanych (full). A to tylko niektóre z licznych przykładów.

OK, wiemy już gdzie głoskę skrócić, a gdzie wydłużyć, a prawdopodobieństwo gafy zostało zredukowane do minimum. Przejdę teraz do części praktycznej. Jak sprawić, by szwedzkie samogłoski brzmiały naprawdę szwedzko?

http://www.digitalasparet.se/

http://www.digitalasparet.se/

Raz, że słuchać native'ów – jasne. Jednak świadome wychwycenie subtelnych różnic między dźwiękami to sprawa dydaktyczna i przy użyciu narzędzi dydaktycznych wydaje się najbardziej efektywna. Nie każdy ma nauczyciela, ale (prawie) każdy ma internet. Stąd na pewno natrafiliście kiedyś na lub witrynę. Sama z nich korzystałam (sądzę, że z dobrym skutkiem!) i złego słowa nie dam o nich powiedzieć. Można zaangażowaniem pójść o krok dalej i spojrzeć na plansze artykulacyjne jak chociażby ta, którą wkleiłam po prawej stronie. Najlepiej byłoby oczywiście zmniejszyć się jak w Kingsajzie wejść jakiemuś Szwedowi do buzi (na szczęście większość z nich ma ładne zęby).

Moim absolutnym ulubieńcem jest pan Jacek Kubitsky i jego opracowanie gramatyczne języka szwedzkiego wydane przez Natur och Kultur. Kilka rozdziałów jest poświęconych także fonetyce, zaś podrozdziały w sposób opisowy i miejscami humorystyczny dadzą pewne WYOBRAŻENIE tego, jak za pomocą posiadanych przez nas – Polaków – umiejętności artykulacyjnych będziemy mogli wyczarować dźwięki dalekiej północy. Osobny fragment publikacji w całości poświęcono wymowie litery "o". Moim zdaniem jest to najlepsze źródło "beznagraniowe" służące do zgłębiania omawianego tematu. Poniżej mała próbka treści:

 

Samogłoska***

Długa

Krótka

E

 "Długie e jest bardziej ścieśnione (tzn. ma wymowę zbliżoną do i) niż (…) polskie e w słowie Ewa. Przypomina wymowę e w słowie klej (ale brzmi nieco dłużej)".  "Litery e oraz ä odpowiadają głosce jak w polskim wyrazie ser".

A

 "Długie a wymawiamy z domieszką polskiego o. Przypomina dialektalną wymowę a w wyrażeniu: skończony dziad".  "Wymawia się jak w polskim słowie matka"

*** [Tabela opracowana na podstawie książki, której współautorem jest p. Jacek Kubitsky (dokładny opis bibliograficzny pod artykułem), konkretnie rozdziałów 8.5 i 8.6]

Nie ukrywam (a wręcz przyznałam się do tego w tym artykule), że do treningu fonetycznego cudownie nadają się audycje dla dzieci. Dzieje się tak z bardzo prostego powodu (powodów): primo, mają one za zadanie nauczyć jak najmłodszego widza nie tylko samych literek, ale i odpowiadających im dźwięków; secondo: w piosenkach i dialogach uczestniczą zawodowi aktorzy o lepszej niż przeciętna dykcji.

Przyjrzyjcie się temu fragmentowi programu Fem myror är fler än fyra elefanter. Uszy nie spuchną, gdyż muzycznie audycja stoi na dość wysokim poziomie.

Śpiewana głoska (nuta) trwa odpowiednio długo i jest powtarzana z teatralną dokładnością, tak więc dźwięk ma doskonałe warunki do zaistnienia w naszej pamięci słuchowej.

Mankamentem łączenia treningu fonetycznego ze słuchaniem piosenek (takich, lub "dorosłych") wiąże się poniekąd właśnie z iloczasem – język "śpiewany" nie odda wszystkich niuansów akcentowych ani tempa języka mówionego.


Polak uczący się języka szwedzkiego napotka oczywiście więcej trudności fonetycznych niż tylko rozróżnianie samogłosek. Wszelkie zbitki spółgłoskowe to temat na osobny artykuł, który być może kiedyś się pojawi.


Polecam / korzystałam z:

  1. Szulc, A. (1992) Gramatyka dydaktyczna języka szwedzkiego. Kraków: Wydawnictwo UJ.
  2. Viber Å., Ballardini K., Stjärnlöf S., Kubitsky J. (1992) Mål. Gramatyka szwedzka po polsku. Svensk grammatik på polska. Sztokholm: Natur och Kultur.

Zobacz także…
SWEDEX: luźne przemyślenia

Po jakiemu uczyć się szwedzkiego?
Pitch accent w języku szwedzkim, cz. 1

Czy język szwedzki jest trudny?

 

Teksty piosenek jako materiał pomocniczy do nauki języka. Francuskie brzmienia – część 2: Naufragés du Silence

W jednej z dyskusji na Woofli ktoś stwierdził, że na ogół nie słucha tekstów, bo z zażenowania musiałby przestać, a nad sensem tekstu z reguły przeważają względy rytmiczne i „wuchowpadalność”. Osobiście nie zgadzam się z tą opinią. Przy odpowiednim doborze słuchanej muzyki można znaleźć wiele tekstów, które mają niebanalny sens i potrafią być ciekawym i istotnym źródłem wiedzy oraz nowych słów.

Z pewnością da się to powiedzieć o tekstach szwedzkiego zespołu Therion, tworzącego w języku angielskim. Teksty te zawierają wiele odniesień do rozmaitych mitologii i religii, np. Melek Taus opowiada o Pawim Aniele, jednej z najważniejszej postaci w wierzeniach Jazydów, a Kali Yuga – o ciemnym wieku, wieku demona Kali w mitologii hinduskiej.

Teksty sabaton___uprising_by_olzon_1piosenek bywają też nieocenionym źródłem ciekawostek historycznych i mogą inspirować do dalszych poszukiwań w tym zakresie. Warto tu z pewnością wymienić szwedzki zespół Sabaton. Tytułowy utwór z płyty Carolus Rex, śpiewany w dwóch wersjach – po szwedzku oraz po angielsku – opowiada o Karolu XII, ostatnim szwedzkim władcy absolutnym. Sabaton w swoich tekstach nawiązuje także do historii Polski. "40:1" opowiada o bitwie pod Wizną, zwanej "polskimi Termopilami", podczas której 7-10 września 1939 roku 720 polskich żołnierzy stawiło czoła około czterdziestokrotnie większej liczbie Niemców. Istnieje nawet polska wersja tej piosenki. Z kolei Uprising opowiada o powstaniu warszawskim.

Icradlennym zespołem, który w swoich tekstach odwołuje się do historii, jest brytyjska formacja Cradle of Filth. Mroczni muzycy z Suffolk w szczególności lubują się w postaciach znanych z okrucieństwa i morderczych żądz. Album Cruelty and the beast opowiada o owianej legendą hrabinie Elżbiecie Batory, ciotce polskiego króla Stefana Batorego. Niektórzy autorzy przypisują jej zamiłowanie do tak wyrafinowanych rozrywek, jak kąpiele we krwi dziewic, bądź przywiązywanie do drzew nagich dziewcząt wysmarowanych miodem i zostawianie ich na pastwę pszczół. Ciężko jest jednak oddzielić historię od legendy. Polecam fabularyzowaną biografię Elżbiety Pani na Czachticach, autorstwa słowackiego dziennikarza Jozo Niznanskiego. Inny album Cradle of Filth, Godspeed on the Devil's Thunderpoświęcony został nie mniej kontrowersyjnej postaci francuskiego arystokraty Gillesa de Rais, skazanego za masowe mordowanie i gwałcenie dzieci. Liczba jego ofiar waha się od trzydziestu do dwustu, jednak i tutaj należy zachować ostrożność i mieć na uwadze różnicę między historią a legendą. W Polsce jest dostępna biografia Gillesa de Rais autorstwa francuskiego historyka, pisarza i malarza Michela Herubel, wzbogacona o akta sprawy sądowej krwawego wielmoży.

Wszystkim, którzy są zainteresowani doskonaleniem języków obcych za pomocą tekstów piosenek, gorąco polecam stronę Lyrics Training. Autorzy strony wpadli na pomysł genialny w swej prostocie – zamieścili teledyski z wyświetlającymi się tekstami piosenek, zawierającymi luki do uzupełniania. Można wybrać poziom początkujący, średnio zaawansowany, zaawansowany oraz ekspercki. Wybór jest naprawdę bogaty – strona zawiera piosenki w języku angielskim, hiszpańskim, portugalskim, francuskim, włoskim, niemieckim, holenderskim, japońskim, tureckim oraz katalońskim. O możliwościach, jakie daje Lyrics Training, więcej napisał Kamil Kondziołka na blogu Języki Podróże. Osobom, które są zainteresowane nauką języka angielskiego za pomocą tekstów piosenek, polecam także stronę Songlish oraz blog AntyTeksty.

hqdefaultTeksty piosenek w języku francuskim także potrafią być interesujące. Warto tu, poza klasykami, takimi, jak George Brassens czy Jacques Brel, przywołać choćby projekt Geoffroya D Dernière Volonté, a także belgijski zespół Naufragés du Silence (dosłownie: rozbitkowie ciszy, ocaleli z ciszy). O istnieniu Naufragés du Silence dowiedziałam się niedawno, w warszawskim Empiku Junior, na spotkaniu z protagonistami polskiego rocka gotyckiego – zespołem Closterkeller . Okazało się, że Paweł Pieczyński, gitarzysta Closterkellera w latach 1992-2000, przed rozpoczęciem kariery w Closterkellerze przebywał kilka lat w Brukseli, gdzie grał właśnie w Naufragés du Silence. Owocem tej polsko-belgijskiej współpracy jest Chat,  wykonany przez Closterkellera cover piosenki Naufragés du Silence Elle en voulait plus, wydany na płycie Scarlet w 1995 roku. Tematem piosenki jest toksyczna miłość. Główny bohater zmaga się z uczuciem do kobiety, która nie docenia jego starań i poświęceń i wciąż żąda więcej i więcej. Jest sprytna i przebiegła niczym tytułowy kot.

O Naufragés du Silence jest zaskakująco mało informacji w internecie. Nie ma żadnych wywiadów z zespołem ani artykułów na jego temat. Z wpisu na forum Bide et Musique wynika, że zespół powstał w 1984 roku w Brukseli, koncertował w Belgii i w Japonii, a w 1987 roku wydał swój pierwszy singiel, zatytułowany L'astronaute maudit (dosłownie: Astronauta przeklęty). Dowiadujemy się też, że zespół na krótko powrócił na scenę w 2008 roku. Wystąpił wtedy w Rixensart w południowej Belgii. Strona belgijskiej mediateki informuje nas, że w 1994 roku zespół wydał płytę zatytułowaną po prostu Naufragés du Silence. Na płycie znajduje się 14 piosenek. Na stronie MySpace można usłyszeć sześć z nich, w tym wspomnianą już Elle en voulait plus. Zachęcam do zapoznania się z tekstem piosenki. Myślę, że będzie on zrozumiały dla każdego, kto w nauce francuskiego dotarł do najważniejszych czasów przeszłych – passé composé oraz imparfait. Tekst, który zamieszczam tutaj, pochodzi z oficjalnej strony Closterkellera. Pozwoliłam sobie jedynie na dopisanie akcentów i znaków diakrytycznych. Tę właśnie wersję wykonuje Anja Orthodox. Istnieją nieznaczne różnice między tą wersją a oryginałem, do czego za chwilę przejdę.

J'avais beau ouvrir mes mains
Elle en voulait plus
J'avais beau ouvrir mon corps
Elle en voulait plus

Czasownik avoir tutaj oznacza "musieć". Beau oznacza tutaj "na próżno, daremnie". W oryginalnej wersji zamiast corps pojawia się słowo coeur– serce.
J'avais beau lui pardonner
Toutes ses erreurs
Un matin elle m'a piégé
Elle a pris mon corps

Podobnie jak wcześniej, w oryginalnej wersji zamiast corps pojawia się słowo coeur.

Elle m'a fait chat, chat, chat
Chaque fois que tu la verras
Elle fera chat, chat, chat
Chaque fois que tu I'entendras

Faire chat, choć dosłownie oznacza "zrobić kota", w belgijskiej odmianie francuskiego oznacza "faire l'école buissonnière" – wagarować. Tutaj zapewne oznacza to po prostu ucieczkę.

J'avais beau la supplier
De m'abandonner
J'avais beau la supplier

de me laisser seul
Et aujourd'hui dans le ciel
Au milles couleurs
Lorsque j'entends parler d'elle
Elle me brise le coeur

W oryginalnej wersji zamiast Elle me brise le coeur występuje zwrot Ça me brise le coeur. Briser le coeur oznacza "łamać serce"Entendre parler oznacza tyle, co "słyszeć o czymś z drugiej ręki, np od osoby trzeciej". Polecam przykłady z Wikisłownika.
Elle m'a fait chat, chat, chat
Chaque fois que tu la verras
Elle fera chat, chat, chat
Chaque fois que tu I'entendras

Hey, est-ce que tu m'attends?
Derrière tes yeux de metal
Est-ce que tu comprends?
Essaye de comprendre!
Que cet amour n'a pas de sens!
Que cet amour n'a pas de vie!
Que cet amour n'existe pas!
Hey, essaye de comprendre
Essaye de me voir
Je suis calé ici-bas!

Calé oznacza tutaj "unieruchomiony, uwięziony".

A Wy co sądzicie – czy teksty piosenek mogą być przydatne w szlifowaniu języków? Zapraszam do dyskusji.

Zobacz też:
Francuskie brzmienia: Dernière Volonté
Muzyczne po Europie podróże
Urugwajskie głosy

 

Japoński: z czym to się je?

japanJęzyk japoński: jawi się nam jako egzotyczny, bywa mylony z chińskim, a jaki jest naprawdę? Na to pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć, gdyż sama, mimo trzech lat uczenia się, czuję, że dopiero liznęłam ten język. Pozwolę sobie jednak przedstawić kilka podstawowych informacji na jego temat oraz napisać czym mnie zachwycił, a osobom rozważającym rozpoczęcie nauki przekazać kilka wskazówek.

Językiem japońskim (日本語, czyli „nihongo” lub „nippongo” – do tematyki znaków wrócę w dalszej części wpisu) posługuje się ok. 125 milionów osób. Niemal wszyscy mieszkańcy Japonii mówią po japońsku, i język ten jest właściwie nieużywany poza Japonią (znajomość japońskiego u emigrantów mieszkających w np. w USA czy Brazylii jest zróżnicowana).

Pochodzenie języka japońskiego jest niejasne. Domniemywa się, że jest pokrewny m.in. z koreańskim, językami ałtajskimi (m.in. turecki, mongolski, kirgiski) lub austronezyjskimi – używanymi przez mieszkańców wysp Oceanii i Azji Południowo-Wschodniej. Japoński uważa się często za izolowany (nie wykazujący podobieństwa z żadnym innym językiem), ale mówi się również o rodzinie językowej tworzonej przez język japoński i języki riukiańskie, którymi posługują się mieszkańcy archipelagu Riukiu:

Mapa wysp Riukiu

Wyspy Riukiu

Japoński jest bardzo zróżnicowany zarówno pod względem regionalnym, jak i społecznym. Jego cechą jest samogłoskowość: znaczny odsetek samogłosek w wypowiedzi, niewiele zbitek spółgłoskowych. To język aglutynacyjny, czyli taki, w którym do rdzeniu wyrazu dokleja się afiksy, określające najczęściej tylko jedną kategorię gramatyczną. Na przykład:

たべさせられません tabe-sase-rare-mas-en („sprawił, że nie zostało zjedzone”)

gdzie tabe tworzy rdzeń („jeść”), a kolejne sufiksy odnoszą się odpowiednio do: sprawczości (poproszono nas o wykonanie jakiejś czynności lub zmuszono do tego), strony biernej (coś zostało zrobione), grzeczność oraz przeczenie.

Podobnie dzieje się w przypadku いさせられませんでした i-sase-rare-mas-en-deshita („nam strzelać nie kazano”), gdzie dodatkowo „deshita” informuje o czasie przeszłym.

Kolejne cechy to: akcent toniczny (wyrażany wysokością głosu), ogromny wpływ języka chińskiego oraz rozbudowane środki grzecznościowe, nie tylko w zakresie słownictwa, ale również gramatyki. Należy zaznaczyć, że wpływy chińskiego na japoński są zewnętrzne, języki te nie są spokrewnione. Stąd możemy płynnie przejść do kwestii systemu pisma. Od Chińczyków zaadaptowano znaki kanji (漢字) – logogramy, zawierające w sobie zarówno znaczenie, jak i wartość fonetyczną. Znajdziemy wśród nich piktogramy, np.:

木   drzewo

山   góra

日  Słońce

oraz liczniejsze ideogramy, wyrażające pojęcia abstrakcyjne, na przykład:

愛  miłość

友  przyjaciel

Większość kanji czyta się na dwa sposoby: kun'yomi (czytanie rdzennie japońskie) oraz on'yomi (czytanie sinojapońskie). Nie każdy znak posiada jednak tylko dwa odczytania, np. 上 ma ich kilkanaście. Ile jest kanji? Na liście Jōyō Kanji, czyli „kanji codziennego użytku”, znajduje się ich 2136, które Japończyk musi znać po zakończeniu obowiązkowej edukacji. Z kolei na pierwszym poziomie egzaminu Kanji Kentei wymaga się znajomości ok. 6000 znaków.

Poza kanji japoński posługuje się również dwoma sylabariuszami: hiraganą i katakaną.

2000px-Table_hiragana.svg

2000px-Table_katakana.svg

Jak możecie zaobserwować, znaki te mają tylko wartość fonetyczną, a poza kilkoma wyjątkami (a, i, u, e, o i jedyną samodzielną spółgłoską – n) jeden znak odpowiada jednej sylabie. Hiragana służy do zapisywania końcówek gramatycznych oraz słów, które nie posiadają własnych kanji, bądź kanji te są niewskazane w danym miejscu ze względu na ich trudność, np. w tekstach dla dzieci czy obcokrajowców. Mniejszymi znakami hiragany nad kanji (tzw. furiganą) podpisuje się odczytania nietypowych znaków spoza listy kanji codziennego użytku lub, jak powyżej, odczytania których uczący się/dziecko może nie znać.

Katakana z kolei służy do zapisu zapożyczeń i nazw obcojęzycznych. Często przy tym zapisie pojawiają się dwuznaczności i/lub ciężko zrozumieć, o jaki obcojęzyczny wyraz mogło chodzić. Na przykład:

ライト ra-i-to, jako że japoński nie rozróżnia między r a l, może się odnosić do jednego z trzech angielskich słów: light, right, write

アイスクリーム aisukuriimu to… przeczytajcie sobie raz na głos… Tak, to „ice cream” 🙂

Jak widać zbitka spółgłosek „cr” została tu rozbita przez samogłoskę.

Dodajmy do tego jeszcze okazjonalnie używany alfabet łaciński (romaji) i cyfry arabskie.

 

Pierwszą wskazówką dla chcących rozpocząć naukę z mojej strony będzie zawsze: od początku uczcie się pisma! System ten, jak mogliście przeczytać powyżej, jest dość skomplikowany, ale uczeń prędzej czy później i tak będzie musiał się z nim zmierzyć, więc lepiej, by to nastąpiło wcześniej. Kurczowe trzymanie się alfabetu łacińskiego spowalnia naukę oraz uniemożliwia dostęp do większości materiałów. Hiragany można nauczyć się bardzo szybko, o czym pisze Michał w swoim popularnym artykule, katakany podobnie. Nie chciałabym ani pisać, że nauka kanji jest bardzo łatwa (sama niestety utknęłam na poziomie którejś klasy japońskiej podstawówki) ani nadmiernie jej demonizować. Z podręczników na początek poleciłabym "Basic Kanji Book", który zawiera ok. 500 znaków oraz sporo ćwiczeń. Niestety, jest on trudno dostępny w Polsce. Internauci chętnie dzielą się swoimi sposobami na naukę znaków, dużą popularnością cieszy się program Anki czy samodzielnie tworzone papierowe fiszki.

Radziłabym też zachować ostrożność co do materiałów, zwłaszcza dostępnych w sieci, ale niestety tych książkowych również. Te pierwsze tworzą czasami osoby które owszem, są entuzjastami języka i mają jak najlepsze intencje, ale same dopiero zaczynają się uczyć. Niestety większość popularnych książek do japońskiego wydaje mi się schematyczna i nienowoczesna, co tylko zachęca do odejścia od metody podręcznikowej. Sama korzystałam z Shokyuu Nihongo, którego zaletą jest istnienie skorelowanej strony JP Lang, zawierającej nagrane dialogi i dodatkowe ćwiczenia. Chcąc osłuchać się z japońskim należy wziąć poprawkę na to, że sposób wyrażania się w kreskówkach (anime) bywa karykaturalny i ma na celu pokazać charakter postaci, więc np. ktoś nieobdarzony zbyt dużą ogładą będzie się wyrażał w niegrzeczny sposób, którego na pewno nie należy naśladować.

Na koniec dodam jeszcze, że nie należy popełniać mojego błędu i jak najszybciej zacząć mówić! Radę te można oczywiście rozciągnąć na wszystkie języki. Oficjalny egzamin na certyfikat z japońskiego (JLPT) nie przewiduje części ustnej, i z własnego doświadczenia wiem, że często np. na kursach za duży nacisk jest kładziony na naukę pod certyfikat, a za mały na komunikację. W japońskim oczarowało mnie jego brzmienie (jeśli bylibyście zainteresowani, chętnie napiszę coś więcej o japońskojęzycznej muzyce) oraz odmienność od języków europejskich. Japoński to dla mnie wyzwanie i klucz do niezwykle intrygującej kultury. Być może któreś z Was też kiedyś on oczaruje?

Surfowanie między kanapami

couchsurfingO poszukiwaniu znajomych, z którymi można porozumieć się w interesujących nas językach obcych, pisała już Karolina w tym artykule. Do tego celu może być użyteczny także portal CouchSurfing. Rejestracja jest bezpłatna i prosta.

CouchSurfing różni się zasadniczo od Interpals i Lang-8 pod jednym względem: kontakt za pośrednictwem portalu jest tylko środkiem do celu. Właściwym jego celem jest nawiązanie kontaktów w świecie rzeczywistym. Niesie to wiele możliwości, ale nie jest też wolne od zagrożeń.

 

Słowo „couchsurfing” oznacza surfowanie między kanapami. W istocie głównym (choć nie jedynym, do czego zaraz przejdę) przeznaczeniem portalu jest poszukiwanie noclegów w obcych krajach u ich mieszkańców. Obecnie strona liczy kilka milionów użytkowników z całego świata. Trzeba dbać o swój wizerunek, gdyż kluczem do sukcesu są referencje. CouchSurfing jest ciekawym sposobem na tanie podróżowanie i poznanie ludzi z całego świata. Internet jest pełen entuzjastycznych opinii osób, które, zarówno podróżując, jak i goszcząc turystów, zyskały wiele nowych znajomości i doświadczeń.

Oczywiście trzeba też uważać. Pewna dziewczyna korzystająca z noclegu w Portugalii powiedziała mi, że gospodarz w nocy dobijał się do jej pokoju i był bardzo zdziwiony, że nie jest zainteresowana seksem, bo dla niego to oczywiste, że sypia z dziewczynami, które gości. Zagrożenia jednak da się ominąć – na stronie jest osobny dział z zasadami bezpieczeństwa. Osoby korzystające z CouchSurfing twierdzą, że nawet, jeśli seks się zdarza, to za obopólną zgodą.

Aby korzystać z CouchSurfing, nie trzeba koniecznie oferować noclegu. Można zamiast noclegu wybrać oprowadzenie kogoś po mieście. Osobiście nigdy nie nocowałam u osoby poznanej za pośrednictwem tego portalu ani nikogo takiego nie gościłam. Z doświadczenia w postaci Erasmusa w Paryżu wiem jednak, że CouchSurfing pomaga w nawiązaniu nowych znajomości po przyjeździe do obcego kraju. Wystarczy wpisać nazwę miasta do wyszukiwarki- grup i wydarzeń jest naprawdę sporo. CouchSurfing daje też okazję do ćwiczenia języków obcych w rodzinnym kraju.

W Warszawie np. w każdy czwartek o godzinie 20 w kawiarni Kwadrans Po Nieparzystej odbywają się spotkania Languages Exchange. W praktyce dominującym na nich językiem jest angielski, ale można też poćwiczyć takie języki, jak rosyjski czy szwedzki. Istnieją też spotkania tematyczne, np. dyskusyjny klub książkowy lub sesje gier planszowych. Możliwości jest naprawdę sporo – zachęcam do zapoznania się.

Zobacz też…

Za co kocham lang-8 oraz gdzie szukać przyjaciół
Jak tanio zorganizować językowe wakacje?
Czeski w jeden miesiąc?
Język czeski – pierwsze wrażenia
Język czeski – odsłona druga
Macedoński – wstęp i z czego uczyłem się przez ostatni miesiąc
Język macedoński w praktyce

Portugalski i hiszpański naraz, czyli o transferze językowym słów kilka

„Portugalski jest bardzo podobny do hiszpańskiego, prawda?” – to pytanie, które słyszę dość często. Odpowiedź brzmi: i tak, i nie. Hiszpański i portugalski należą do tej samej grupy językowej (języki romańskie), wywodzącej się z łaciny ludowej (latin vulgar), istnieje więc między nimi wiele niezaprzeczalnych podobieństw np. w słownictwie czy gramatyce. Nie należy jednak zapominać, że to osobne języki, które w swojej ewolucji podążyły nieco inną drogą i czerpały z różnych źródeł, a jako że język jest tworem żywym, nadal się rozwijają. Zanim jednak przejdę do konkretnych przykładów, należałoby wyjaśnić zasadniczą kwestię:

Czym jest transfer językowy?
Według definicji zawartej w „Encyklopedii językoznawstwa ogólnego”, transfer językowy to „przenoszenie wzorów z języka ojczystego na język obcy w procesie jego opanowywania. Zjawisko to występuje zarówno fonetyce, jak i gramatyce i słownictwie (…). Niektórzy rozróżniają t. pozytywny i t. negatywny. Pierwszy ma miejsce wtedy, kiedy w wyniku przeniesienia wzoru z jęz. ojczystego na obcy powstaje w tym jęz. struktura poprawna. Zachodzi to wtedy, gdy obydwa jęz. wykazują w danym zakresie podobieństwo strukturalne. (…) T. negatywny bywa też nazywany interferencją językową.”1 Jak widać w powyższej definicji, o transferze językowym najczęściej mówi się w kontekście wpływu języka ojczystego (L1) na język drugi (L2). Nie jest to jednak jedyna możliwość: coraz częściej zainteresowanie budzą związki między językiem ojczystym (L1) oraz językami obcymi. Na rzecz tego wpisu pozwoliłam sobie więc użyć tego terminu w kontekście uczenia się dwóch języków obcych, z których jeden (hiszpański) jest moim językiem wiodącym. Podczas zajęć z języka portugalskiego na uniwersytecie bazujemy na podręczniku „Entre Nós – Método de Português para Hispanofalantes” który, jak wskazuje tytuł, skierowany jest do osób hiszpańskojęzycznych. Książka ta kładzie nacisk właśnie na różnice między tymi dwoma językami, by uczulić na nie uczącego się i pomóc mu uniknąć błędów. Niestety, czasami nie jest prosto „przełączyć się” z jednego języka na drugi. Jednym z najczęściej występujących (i tępionych przez nasze nauczycielki) przejawów mieszania hiszpańskiego i portugalskiego było używanie jako „ale” hiszpańskiego „pero” zamiast portugalskiego „mas”. Co w tym problematycznego? Otóż, „pero”, wymawiane z „u” na końcu, staje się… indykiem (peru), co może znacznie zaburzyć przekaz 😉

Strzeż się fałszywych przyjaciół!
Hiszpan zaczynający się uczyć portugalskiego dostaje na starcie ogromną bazę słownictwa, które np. jedynie nieznacznie różni się zapisem. Należy jednak zwrócić uwagę na litery przestawione (np. dzielnica: hiszp. barrio, port. bairro, pytać: hiszp. preguntar, port. perguntar) bądź „nadprogramowe” (np. ustanawiać: hiszp. establecer, port. estabelecer). Kolejną kwestią są tzw. fałszywi przyjaciele (ang. false friends, franc. faux amis), czyli pary słów lub wyrażeń brzmiących w dwóch językach tak samo lub podobnie, ale mających inne znaczenia. Warto być świadomym tych różnic, gdyż mogą one prowadzić do niezrozumień. Na przykład:

hiszp. polvo – kurz, port. polvo – ośmiornica, podczas gdy

port. pó – kurz

A co z gramatyką?
Gdy uczymy się portugalskiego, znając już dość dobrze hiszpański, możemy odetchnąć z ulgą, gdyż jesteśmy przyzwyczajeni do mnogości czasów i trybu Subjuntivo. Język portugalski kryje jednak w sobie więcej niespodzianek. Jedną z nich jest Infinitvo Pessoal, czyli bezokolicznik osobowy. Tak, dobrze przeczytaliście. W portugalskim poza „zwyczajnym” bezokolicznikiem używany jest także inny, który ma przypisaną kategorię osoby. Jak to wygląda?

Os alunos estudam para obterem boas notas. – Uczniowie uczą się, by uzyskać (oni) dobre oceny. Dzięki użyciu bezokolicznika osobowego („obterem” zamiast „obter”), wiemy, kto otrzyma dobre oceny.

Kolejnym odkryciem jest Futuro do Conjuntivo (Subjuntivo), czas, który w hiszpańskim niemalże wyszedł z użycia: można się z nim zetknąć głównie w tekstach prawniczych, literaturze czy powiedzeniach. W portugalskim czas przyszły trybu łączącego jest używany na co dzień. Różnic jest oczywiście więcej, między innymi łączenie przyimka z rodzajnikiem w portugalskim, co w hiszpańskim nie ma miejsca (np. „w miastach” = hiszp. „en las ciudades”, port. „nas cidades”, gdzie „nas” powstaje z połączenia przedimka „em” i rodzajnika „as”).

O wymowie słów kilka
Zanim przejdę do kwestii teoretycznych, chciałabym powiedzieć jedno: portugalski brzmi zupełnie inaczej, niż hiszpański. Posłuchajcie sami! Sam hiszpański, niezwykle bogaty w dialekty, czasem niełatwo jest zrozumieć (zwłaszcza podczas pierwszych dni w Andaluzji – sprawdzone empirycznie ;)). Trudno jednoznacznie określić liczbę fonemów w hiszpańskim właśnie ze względu na jego ogromne zróżnicowanie. W portugalskim sytuacja jest podobna, poszczególne dialekty i warianty różnią się pod względem wymowy. W hiszpańskim pewno możemy wyróżnić 5 samogłosek i minimum 18 spółgłosek, których możemy posłuchać sobie tutaj. Portugalski z kolei może się poszczycić jedną z najbogatszych fonologii samogłoskowych wśród języków romańskich: posiada samogłoski ustne i nosowe, dyftongi i tryftongi. Tutaj dobra wiadomość dla Polaków uczących się portugalskiego (i vice versa): nasz język ojczysty może nam pomóc (pozytywny transfer językowy). Tym sposobem niestraszne nam będzie dźwięk charakterystyczny dla europejskiego wariantu portugalskiego, odpowiadający naszemu swojskiemu „sz”. Oczywiście, poza samym zasobem spółgłosek i samogłosek, pozostają istotne kwestie takie jak akcent czy intonacja.

Podsumowanie, czyli: uczyć się naraz, czy nie?
Oczywiście, że się uczyć! Znajomość jednego języka z danej grupy językowej może być bardzo pomocna podczas nauki kolejnego. Nie wystarczy jednak zmienić trochę akcentu na bardziej wschodni, żeby polski stał się rosyjskim, i dodać kilku „sz” by z hiszpańskiego zrobić portugalski. Myślę jednak, że tego wszyscy jesteśmy świadomi, i mając to na uwadze możemy odkrywać unikalne piękno różnych języków, które są tak jak hiszpański i portugalski „próximos, mas diferentes” („zbliżone, ale odmienne”).

Przytoczone przykłady oczywiście nie wyczerpują szerokiego tematu, jakim jest porównanie hiszpańskiego i portugalskiego. Również wewnętrzne zróżnicowanie tych języków to temat-rzeka, który jeszcze kiedyś chciałabym poruszyć.

PS. Ważna kwestia, która została poruszona w komentarzach, a którą przeoczyłam: najlepiej nie zaczynać jednocześnie nauki tych dwóch języków od podstaw jednocześnie.

Może cię zainteresować również:

Mój zestaw samouka

O "łatwości" języka hiszpańskiego

Wyznania ANKIholika

Logo AnkiPrzed paroma dniami otrzymaliśmy na naszą skrzynkę redakcyjną wiadomość od czytelnika, który zapytał o to w jaki sposób efektywniej korzystać z elektronicznych fiszek, jakie oferuje nam wielokrotnie na Woofli wspominany program Anki. Pytanie brzmiało: Mam wątpliwość, czy korzystniejsze będą flashcardy 'angielskie słówko – definicja po angielsku' czy 'angielskie słówko – polskie słówko'? (…). Osobiście ciężko mi jednoznacznie odpowiedzieć, ponieważ z pierwszej opcji nie korzystałem nigdy, drugą natomiast wykorzystuję w pewnym stopniu do dziś, ale z użyciem osobnego zeszytu, w którym każdej fiszce przypisane jest przynajmniej jedno zdanie zawierające dane słowo (wycięte przeważnie podczas lektury ciekawej książki, artykułu). Zeszyty, a raczej zapisane w nich zdania pozwalające automatycznie przypomnieć dane słowa w odpowiednim kontekście czynią wielką różnicę – sama nauka bez kontekstu na zasadzie "słowo po angielsku – słowo po polsku/definicja po angielsku" zdaje się być natomiast, przynajmniej w moim odczuciu, stratą czasu. W najlepszym wypadku będziemy potrafili podać poprawną odpowiedź dla aktualnie wyświetlanej fiszki. Niestety żywy język to nie wyświetlane w regularnych odstępach karty z pojedynczymi wyrazami, więc bycie mistrzem w rozwiązywaniu swojej talii w Anki niekoniecznie musi być kluczem do władania językiem obcym. I o tym właśnie będzie dzisiejszy artykuł.

Mimo faktu, iż użytkowników Anki jest całe mnóstwo i ciężko mi o przypomnienie sobie jakiejkolwiek darmowej aplikacji, która w tak krótkim czasie zdobyła uznanie w językowej blogosferze to jeszcze nigdy nie spotkałem się z wpisem krytykującym zastosowanie tego programu, którego jednocześnie autorem byłaby osoba korzystająca z niego codziennie. Przeważają bardzo skrajne opinie – od ludzi czyniących z Anki swoje główne narzędzie nauki i traktujących opuszczenie wyznaczonej przez program powtórki jako grzech śmiertelny po osoby, które totalnie negują jego użycie, mimo iż tak naprawdę nigdy w życiu z niego nie korzystały. Prawda, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku i mimo iż używam Anki niemal codziennie to zdaję sobie sprawę z wad, których aplikacja ta w żaden sposób nie przeskoczy. I to bez względu w jaki sposób będziemy tworzyć fiszki.

20150417_230904To co na fiszkach to niekoniecznie w głowie
Pierwsze wrażenie po instalacji aplikacji jest z reguły bardzo pozytywne – zapisywane na fiszkach zwroty rzeczywiście wchodzą do głowy niesłychanie szybko i po tygodniu wydaje się, że z Anki rzeczywiście można przez rok bez problemu utrzymać tempo 50 słówek dziennie osiągając w danym języku płynność. Znajomość słowa w Anki jest utożsamiana z jego znajomością w rzeczywistym świecie i naprawdę twierdzimy, że jeszcze tylko 10000 fiszek i będziemy asami konwersacji. Nic bardziej mylnego. Jak już napisałem we wstępie: żywy język to nie wyświetlane w regularnych odstępnych karty z pojedynczymi wyrazami. Okazuje się, że często spotkanie ze słowem w sztucznych warunkach (a mimo wszystkich ulepszeń tylko takie jest nam w stanie Anki zaproponować) ma się nijak do warunków naturalnych kiedy trzeba go użyć w niespotykanym dotychczas kontekście. Po roku używania Anki zauważyłem, iż nierzadko zdarza mi się dane słowo poprawnie przetłumaczyć z polskiego na język obcy na fiszkach, ale absolutnie nie ma to nic wspólnego z rzeczywistą umiejętnością jego użycia podczas konwersacji. Ta bowiem wymaga czegoś znacznie więcej niż udzielana od czasu do czasu bezkontekstowa odpowiedź na ekranie twojego komputera bądź smartfona. Przeważnie słowa nauczamy się dzięki temu, iż spotykamy się z nim odpowiednio często w różnych sytuacjach, a nie dzięki temu, iż zapamiętamy jego definicję bądź tłumaczenie – to też jest powodem, dla którego popularne w szkołach i na uczelniach kartkówki ze słówek są czymś szalenie nieefektywnym. Wrócmy jednak do tematu, bo nie o tendencjach panujących w polskim systemie edukacji ma być ten artykuł.

Anki - statystykiCzy nie żal Ci czasu?
Jedna sesja z Anki trwa u mnie przeważnie około 30 minut. Nie nazwałbym moich talii małymi , ale też do szczególnie rozrośniętych nie należą – na dzień dzisiejszy wszystkie mają łącznie 11581 wyrazów i na każdą z nich nie przeznaczam więcej czasu niż 10 minut, co przeważnie w zupełności mi starcza by wyrobić dzienny harmonogram. Jeśli przyjąć, iż robiłbym powtórki codziennie to z prostego rachunku wynika, iż użycie Anki pożera 183 godziny w ciągu roku. Liczba dość spora, zwłaszcza jeśli unaocznimy sobie fakt, iż taka liczba godzin spędzonych z językiem obcym w inny sposób mogłaby przynieść znacznie trwalsze efekty. Anki to mimo wszystko jedynie kontakt z białymi kartami, który nie nauczy nas nic więcej niż poprawnie rozpoznawać znaczenie zapisanej na tych kartach treści. Dużo więcej by nam oraz naszej znajomości języka dało gdybyśmy w tym czasie przeczytali jakąś ciekawą książkę, bądź odbyli interesującą rozmowę. Za jedną z lepszych decyzji, jakie kiedykolwiek podjąłem użytkując Anki było ustawienie maksymalnej długości dziennej sesji (w moim wypadku jest to pół godziny z tendencją malejącą) – nawet jeśli nie uda mi się przerobić wszystkiego to uważam, iż dużo więcej zyskam biorąc się za coś innego, nawet chwytając jakiś artykuł bądź książkę, najlepiej w formie drukowanej, bo wtedy istnieje znacznie mniejsze ryzyko, że zaczniemy przeglądać nowe wiadomości na Facebooku czy zmieniać co 5 minut muzykę przez YouTube. Tego typu "złodzieje czasu" również potrafią odciągnąć naszą uwagę, kiedy korzystamy z jakiejkolwiek aplikacji komputerowej docelowo ułatwiającej naszą naukę – im bardziej powtórka jest monotonna (czytaj: suche listy na zasadzie "słowo w języku A" – "słowo w języku B") tym ryzyko utraty skupienia jest większe.

Anki to nie uniwersalna metoda nauki językaAnkiStat
Bardzo łatwo wpaść też w pułapkę wiary w to, że kontakt z Anki to kontakt z prawdziwym językiem i wykonawszy powtórkę stwierdzić, iż nic więcej dziś już robić nie trzeba. Podobnie jednak jak rozmaite suplementy diety nie powinny być stosowane jako jedyne źródło pożywienia tak programy SRS (ang. Spaced Repetition System) jak Anki, Mnemosyne czy Supermemo nie mogą być jedyną formą kontaktu z językiem, bo same w sobie mogą okazać się szkodliwe. Na dodatek uczą w pewien sposób lenistwa i zabijają kreatywność, w ogromnej mierze odpowiadającą za nasze sukcesy w nauce. Ma to miejsce zwłaszcza w przypadku gdy korzystamy z gotowych list, których importowanie nie wymaga od nas najmniejszego wysiłku. Zawsze byłem zwolennikiem nauki poprzez własne doświadczenie, które znacznie lepiej niż jakiekolwiek utworzone przez trzecie osoby listy jest w stanie wyodrębnić zestaw terminów rzeczywiście zbieżnych z naszymi własnymi potrzebami komunikacyjnymi. Ktoś mógłby powiedzieć: "A co z listami 1000 najpopularniejszych słów?". Nie uważam, że tego typu zestawy są jednoznacznie złe – sądzę jednak, iż mając wystarczająco dużo kontaktu z językiem obcym, nawet w postaci podręczników czy prostych artykułów, pierwszy tysiąc słów jesteśmy w stanie bez problemu opanować również bez pomocy Anki (będziemy się na nie natykać tak naprawdę co chwilę, bez względu na to jakiej maści materiałów użyjemy) i wyjdzie nam to tylko na dobre. Mimo to o ile jestem wrogiem wszelkiego rodzaju suplementów diety, o tyle SRSów jeszcze nie porzuciłem – dlaczego? Nie można im bowiem odmówić pewnych zalet.

Gdzie SRSy się naprawdę sprawdzają?
Po czterech latach doświadczeń z tym programem muszę powiedzieć, że sprawdza się on wyśmienicie przynajmniej w trzech aspektach:
1) Talie do pasywnego słownictwa tworzone na podstawie czytanych tekstów – to właśnie w nich wykorzystuję wspomniane już na samym początku artykułu zeszyty i obecnie do tego aspektu ograniczam tak naprawdę użycie programu. Służą one jednak raczej nie tyle do nauki, lecz do bardziej efektywnego utrzymywania rzadkiego inwentarza leksykalnego na przyzwoitym poziomie.
2) Aktywne talie "dynamiczne" – te wymagają znacznie więcej zachodu, ale też służą do czegoś zupełnie innego. Na pomysł ich tworzenia wpadłem już parę lat temu przy okazji studiowania serbskiego – podstawą są tłumaczenia całych zdań z języka polskiego na obcy. Najważniejszą cechą jest rozrastanie się talii na podstawie błędów jakie popełniamy. Przykładowo – jeśli popełnię błąd w tłumaczeniu danego zdania to tworzę dodatkowo nową kartę z bliźniaczym zdaniem dokładnie w taki sposób, aby nacisk przy jej sprawdzaniu był położony na aspekt, w którym dany błąd popełniłem. Tworzenie takiej talii było co prawda dość czasochłonne, ale rezultaty dawało całkiem niezłe i zmuszało mnie do czegoś więcej niż tłumaczeń "słowo w języku A = słowo w języku B", które w moim odczuciu, zwłaszcza jeśli chodzi o aktywne użycie języka mają się często nijak do rzeczywistości.
3) Dla osób lubujących się we wszelkiego rodzaju statystykach użytkowanie Anki może być silnym czynnikiem motywującym – sama aplikacja daje nam bowiem dostęp do sporej liczby danych obrazujących nasz postęp, co dla niektórych osób może być czynnikiem decydującym o utrzymaniu motywacji.

Na tym lista zastosowań naturalnie się nie kończy – ich liczba może być tak duża jak liczba użytkowników samej aplikacji i każdy z nich będzie mieć zapewne różne zdanie na temat preferowanych przez siebie technik . Osobiście zachęcam wszystkich, również osoby silnie uprzedzone oraz nigdy nie korzystające z tego rodzaju narzędzi do eksperymentów i odnalezienia jakiejś własnej wizji ich użytkowania. Przy odrobinie zdrowego rozsądku mogą się one okazać bardzo przydatne. Wystarczy jedynie pamiętać, że uczymy się języka, a nie naszej talii z Anki.

 

Oficjalne strony najpopularniejszych programów SRS:
Anki – http://ankisrs.net/
Mnemosyne – http://mnemosyne-proj.org/

Podobne artykuły:
Przewodnik po Anki
Rewelacyjny program do nauki słówek – Anki
Peterlin 3 – jak się uczyć
Ile klasyki w postępie?
Nauka języka bez podręcznika – część 2. Czytanie.

Ile klasyki w postępie?

Nie tyrolska i nie turystyczna. Nudna i zacofana konserwa językowa – to ja.

Nie tyrolska i nie turystyczna. Nudna i zacofana konserwa językowa – to ja.

***Uwaga: wpis mocno subiektywny i oparty na moich własnych perypetiach związanych z nauką języków obcych. Przyda się osobom, które zauważają u siebie predyspozycje i preferencje zbliżone do moich.


Zauważyliście, że spora część postów na WOOFLi (no dobrze, powiedzmy, że połowa) zawiera w sobie dużo stwierdzeń opartych na przeczeniach, a więc lubimy mówić o tym jak NIE uczyć się języków, zamiast po prostu dzielić się z czytelnikami tym, jak MY „to” robimy? Oczywiście byłoby niesprawiedliwością generalizować tę myśl na całokształt naszych artykułów. Ale myślę, że osoba zainteresowana nauką języków większą radość, motywację i nadzieję wyniesie z tekstów będących drogowskazem i źródłem porad.

Problem w tym, że czytelnik oczekuje zwykle porad:
a)    uniwersalnych
b)    możliwie rewolucyjnych

Myślę, że nie muszę udowadniać, że bardzo o takie trudno.

Zwróćmy jednak uwagę na pewnego rodzaju trend we współczesnym myśleniu o metodologii nauczania i uczenia się języków. Mieliście kiedyś w ręku jakiś (nawet współczesny) podręcznik do wykładania łaciny i kultury antycznej w szkołach średnich? Chociażby Porta Latina, z której sama korzystałam w liceum. Praca z taką książką stawia sobie za cel przede wszystkim wpajanie struktury języka łacińskiego (nieużywanego przecież w codziennych sytuacjach komunikacyjnych) poprzez schemat: przedstawienie teorii gramatycznej – komentarz gramatyczno-leksykalny – rozdanie słowników – trening translatorski. Tylko i wyłącznie, powtarzam: tylko i wyłącznie tłumaczenie pełnych zdań, które wymaga takiego natężenia uwagi i łączenia wielu obszarów ledwo co nabytej wiedzy w jedno, że ma się ochotę jedynie splunąć i trzasnąć drzwiami.

Zdaje się, że szeroko pojęta praca z tekstem należy już do bardzo niepożądanych, wręcz archaicznych i znienawidzonych metod, szczególnie uznawanych za nieprzystające do realiów nauczania i uczenia się języków nowożytnych. Praca ze źródłem pisanym, skupiona na pewnego rodzaju analizie i zagłębianiu się w niuanse językoznawcze, jawi się wielu osobom jako żmudna, totalnie niepraktyczna, nierozwijająca, krzywdząca i zniechęcająca. Wszak każdy chciałby przede wszystkim „nauczyć się mówić”.

źródło: http://www.michelthomas.com/assets/downloads/INTRODUCTORY%20POLISH.pdf

źródło: http://www.michelthomas.com/assets/downloads/INTRODUCTORY%20POLISH.pdf

 

Powyższy zrzut ekranu, będący fragmentem opisu metody niejakiego Michela Thomasa (co ciekawe, natrafiłam nań  przeglądając oparty na niej kurs języka polskiego dla obcokrajowców), ma jednoznaczny wydźwięk: ludzie mają trudności z nauką języków, ponieważ nie pozwala im się wyjść ze szkolnych schematów. Ten pan utrzymuje chyba, że już sam kontakt z ołówkiem i kartką papieru, albo (Boże uchowaj) słownikiem, grozi histeryczną katatonią, afazją, otępieniem i zespołem stresu pourazowego.

A ja, psiakrew, lubię pracę z tekstem i cenię ją sobie jak nic innego, podobnie chyba jak Karol i Michał. Prawda jest taka, że lubię obcować z wieloma tekstami, najlepiej o dużym przekroju różnorodności i stopnia trudności. Lubię „wymiętosić” jedną frazę na wszystkie strony, rozumieć budowę zdania w każdym jego szczególe, tworzyć w głowie poznawczą reprezentację gramatycznego „szkieletu”, na który potem samodzielnie jestem w stanie układać „tkanki mięśniowe, kostne, narządy i układy narządów” złożone ze słów i interpunkcji.

To trochę jak z małymi chłopcami, którzy widząc zegarek od razu chcieliby go rozkręcić i poznać wszystkie jego mechanizmy, części, śrubki i zębatki. Inni zaś wolą po prostu mieć cały, gotowy, dobrze działający gadżet, z którego będą w stanie zwyczajnie odczytać godzinę, jeśli będzie im potrzebna. I nic w tym złego.
Kiedy zaczynałam samodzielną naukę języka obcego, zależało mi nieco na obcięciu kosztów źródeł potrzebnych mi do nauki. Uważałam wtedy, że najlepiej będzie zacząć od opracowywania prostych tekstów porównując je w miarę symultanicznie z ich głosowymi nagraniami. Chciałam ominąć konieczność nabywania książek z dołączoną płytą CD.

Zdecydowałam się więc napisać do szwedzkiego radia (moje pierwsze, samodzielne i nieco łamane szwedzkojęzyczne maile, przy których dzielnie się upierałam, choć przecież mogłabym napisać do nich po angielsku) z prośbą o udostępnienie mi transkrypcji krótkich opowiadań dla dzieci, czytanych w ramach cyklicznej audycji dla najmłodszych. Były to dzieła fińskich autorów, chyba dość niszowe, ponieważ nie potrafiłam znaleźć w Internecie nawet oryginałów, nie mówiąc już o przekładach na szwedzki. Ogromnie miło wspominam korespondencję z redaktorkami i realizatorkami tamtej audycji. „Na cito” otrzymałam plik .doc z kilkunastoma tekstami bajek, które mogłam jednocześnie śledzić zarówno wzrokowo, jak i słuchowo.

Na kanwie tych możliwości opracowałam bardzo lubiany przeze mnie do dziś trening fonetyczno-ortograficzno-polisensoryczny, który pewnie części czytelników przypominać będzie zwykłe dyktando, jednak nie do końca polega na tym samym.
Znając ogólne brzmienie głosek, prawidłowość ich zmienności w zależności od ułożenia, położenia akcentu etc. (ktoś pomyśli – co to w ogóle za kolejność uczenia się? Studiowanie alfabetu fonetycznego i podręczników dla filologów, podczas gdy mogłabyś przyswoić te zasady nieświadomie i naturalnie?), postanawiam wyłowić z nagrania dźwiękowego NIEZNANE MI wcześniej słowo, po czym (wsłuchując się uważnie, bez sprawdzania) usiłuję napisać je tak, jak je sobie „wyobraziłam” w formie tekstowej. Przy odrobinie wiedzy i szczęścia, uda mi się osiągnąć 100% ortograficznej poprawności, a ponadto ustalić długość poszczególnych samogłosek, rodzaj akcentu, postać i wzajemną relację dyftongów itd. itp.

Uwierzcie mi, że szwedzki potrafi płatać czasem różne figle na linii zapis – wymowa. Dlatego samodzielnie oceniam, że właśnie taka umiejętność jest bardzo dla mnie cenna i warta ćwiczeń. Ach, dodam jeszcze, że niesamowicie przydaje się to jeżeli chcemy (np. podczas oglądania obcojęzycznej telewizji) sprawdzić szybko w Internecie jakieś nurtujące nas słowo. Jednym słowem – uczymy radzić sobie bez transkrypcji słownej. Chyba też właśnie dlatego bardzo cenię sobie moją powierzchowną znajomość alfabetu fonetycznego. Podręcznik, który przy wprowadzaniu suchej leksyki uwzględnia ten uniwersalny zapis fonetyczny, jest w mojej opinii naprawdę cenny.

Nie oznacza to jednak, że pracuję wyłącznie na suchych tekstach, nagraniach, gotowych źródłach wspomagających rozumienie bierne (deprecjonując umiejętności czynnego posługiwania się językiem w mowie i w piśmie), albo siadam ze słownikiem polsko-szwedzkim i uczę się każdego słowa po kolei.

Tak naprawdę metoda, którą obierzesz, ma najmniejsze znaczenie. To nie metody zrewolucjonizują twoje postępy, mentalność, sposób patrzenia na to, co do tej pory robiłeś źle. Pozwólcie, że podzielę się na koniec moją myślą, którą dość dobrze zilustruje poniższy cytat:

„Languages cannot be taught, they can only be learnt. The best way is to tell students right away that they are responsible for their own learning process, and the teacher is just a guide who has to motivate them.”

Nie chodzi więc o konflikty między nauczaniem indywidualnym a grupowym; metodami wyniesionymi z przedwojennego szkolnictwa a tymi „nowoczesnymi”; sporem między „naciskiem na komunikatywność” a „puryzmem językowym”. Chodzi o przejęcie inicjatywy i odpowiedzialności za swoją własną naukę. Pełnej, kompletnej i globalnej – stąd też nie zgadzam się z ostatnią częścią cytatu – to nie „teacher” ma być źródłem motywacji, tylko nasze własne dążenia i potrzeby intelektualne.

Nikt ich za nas ani dla nas nie stworzy.

 

Zobacz też…

Kiedy i jak korzystać z Wikipedii przy nauce języka obcego?

Nie samymi podręcznikami… – czyli internetowe pomoce naukowe

7 grzechów głównych nauki języków obcych

Pytanie od czytelnika – ćwiczenia z uzupełnianiem luk w zdaniu

envelope-silhouette-2Nieraz już pisałem, że serwis internetowy powinien być pisany z myślą o czytelnikach, a najwspanialsza w procesiem twórczym jest właśnie interakcja z nimi, odpowiadanie na komentarze oraz dyskusje, jakie w ten sposób powstają. Tym bardziej cieszy fakt, iż otrzymaliśmy niedawno od jednej z naszych Czytelniczek wiadomość, która pobudziła nas do stworzenia czegoś co na Woofli jeszcze nigdy nie miało miejsca, czyli do zredagowania wspólnego artykułu na zadany temat. "K" napisała:

"(…)studiuję lingwistykę stosowaną, co oznacza, że stykam się z językami na co dzień nie tylko z własnej woli, ale i z przymusu. Jednak nie o tym miała być ta wiadomość. Chodzi o fakt, że na wielu kolokwiach stykamy się z zadaniami w formie uzupełnienia luk słowami, na które sami mamy wpaść. Nikomu to nie wychodzi. Zastanawiamy się już, czy jesteśmy idiotami, czy za mało czytamy, czy może jesteśmy za mało kreatywni. Istnieje jakaś możliwość, nie wiem, zbadania (?) wpływu tego typu zadań na rozwój umiejętności językowych, dowiedzenia się, co ma wpływ na powodzenie w tego typu zadaniach? A może macie jakieś informacje o tego typu zadaniach, ich efektywności, itp.? Bo naprawdę, frustrujące jest, że człowiek zna język, bez problemu skleci wypowiedzi, porozmawia nawet na temat strajku, a nie umie uzupełnić głupiej luki. I tak się zaczełam zastanawiać (akurat po egzaminie :D) czy to ćwiczenie naprawdę pokazuje faktyczny stan wiedzy człowieka? Liczę na jakiś odzew, artykuł, może coś podpowiecie, doradzicie, po prostu wyrazicie swoje zdanie na ten temat może warto byłoby zrobić w tej kwestii ankietę na woofla?"

Co więc ma wpływ na powodzenie w tego typu zadaniach? Czy pokazują one faktyczny stan wiedzy osoby uczącej się? Czy są pomocne w nauce? W tym miejscu chciałbym oddać głos naszym autorom, którzy postarają się odpowiedzieć na to pytanie.


Michał

Bez skrępowania przyznaję, że nie jestem fanem "wypełnianek" i deprecjonuję tę formę nauki, albowiem w takie luki można zwykle wstawić więcej słów, a nie tylko jedno, które autor zadania sobie akurat wymyślił. Dam przykład dwóch takich zadań / powiedzeń w języku polskim:

  1. a) nie ma _ bez ognia
  2. b) nie ma róży bez _

Poprawna odpowiedź to:

  1. a) dymu
  2. b) kolców

…. ale czy na pewno? Może akurat chodziło mi o tytuł kultowego, a więc zakorzenionego w języku, filmu: "Nie ma róży bez ognia": Stanisława Barei i Jacka Fedorowicza?

Zadania tego typu można sprowadzić do absurdu, albowiem jeśli wiem co wstawić w lukę, to oznacza to ni mniej, ni więcej, że pominięta, wyrażona tym słowem, informacja jest …zupełnie zbędna z punktu widzenia komunikatywności. Natomiast jeśli nie mam zielonego pojęcia, co autor miał na myśli lub potencjalnie poprawnych rozwiązań jest nieskończenie wiele, to zadanie jest źle skonstruowane – brak słowa nie pozwala w pełni zrozumieć wypowiedzi. (Porównaj: "Jutro pójdę _ kina" v "_ pójdę do kina." lub "Jutro pójdę do _")

Bardzo często również sama „luka” może być środkiem stylistycznym. Gdyby np.: stał się cud i organa ścigania, w końcu, skutecznie zatrzymałyby pirata drogowego sprytnie omijającego luki w jezdni i w prawie – Huberta G., a po wieloletnich obradach komisji śledczej złożonej z ekspertów i biegłych, którzy w dzieciństwie bawili się resorakami, stwierdzonoby, że "O, dziwo! Mamy do czynienia z przestępstwem!" mógłbym posłużyć się powiedzeniem: „nosił wilk razy kilka” i tu nieznacznie zawiesić głos. Mój rozmówca posługujący się tym samem kodem powinien sobie sam w myślach dopowiedzieć „ponieśli i wilka”.

賣魚佬洗身Wypowiadanie „zapisanego atramentem sympatycznym” fragmentu zdania jest sztuczką stosowaną również w języku kantońskim. Widząc / słysząc fragment wypowiedzi 賣sprzedający 魚ryby 佬facet 洗myje 身(swoje) ciało ≈ się; odbiorca komunikatu powinien wpierw dopowiedzieć sobie w myślach to, co jest skutkiem tej higienicznej czynności, czyli integralną część idiomu: 冇2nie ma 晒1(już) wcale 腥4rybiego odoru氣3(w) powietrzu. Dalszy etap ‘zabawy’ polega na gierce słownej – Kantończyk kojarzy, że znak „rybi odór” 腥 wymawia się tak samo jak ideogram 聲sęk1 – „głos”, który z postpozycyjnym  氣 ‘powietrzem’ tworzy wyrażenie:” dobre wieści, nadzieja, perspektywy”.

Reasumując, jeśli Kantończyk ni z gruszki ni z pietruszki zaczyna gadać coś  o biorącym prysznic sprzedawcy ryb, to nie możemy się spodziewać niczego dobrego  😉 .

Alegoryczne – dwuczęściowe konstrukcje tego typu tzw. 歇後語 nie należą do rzadkości, a podany wyżej przykład nie jest wcale najbardziej skomplikowanym z wariantów tej klasy idiomów.

Niestety nie dysponuję żadnymi badaniami amerykańskich naukowców ani radzieckich uczonych, ale moim zdaniem "popularność" tego typu zadań śmierdzi, może nie zdechłą rybą, ale lenistwem i  wynika z łatwości ich tworzenia i sprawdzania. Wystarczy, że w zdaniu jest 10 słów, a już, wcielając się w rolę wykładowcy, mogę je wykorzystać na kolejnych 10-ciu egzaminach, za każdym razem usuwając inne słówko. Dla układającego pytania, odpowiedź jest oczywista, w końcu zna to zdanie w pełnej formie.

Moim zdaniem większą wartość miałoby podkreślenie w zdaniu słowa i poproszenie "studenta" o sparafrazowanie go ("respondent" miałby użyć do tego konstrukcji opisowej złożonej z prostszych słów). Miałoby to na celu przećwiczenie strategii pozwalających zwycięsko wyjść z sytuacji, w której słówka nie znamy lub mamy je na końcu języka.


Karolina

Oddajmy jednak głos najważniejszemu (zwłaszcza w kontekście omawianego tematu) organowi naszego ustroju – mózgowi. Być może większa świadomość nauczycieli nt. zbadanego empirycznie działania ludzkiej pamięci pozwoliłaby na zoptymalizowanie metod, a co za tym idzie, także poprawę efektów nauczania.

Proces pamięciowy w najprostszym ujęciu sprowadzić można do trzech podstawowych etapów – zapamiętywania, przechowywania i późniejszego odtwarzania. Analogicznie do sytuacji przedstawionej w liście naszej czytelniczki, zapamiętywanie zachodzić będzie w momencie przygotowywania się do ważnego egzaminu, po czym ślad pamięciowy magazynowany będzie aż do dnia jego nadejścia. Naturalnie najlepiej byłoby, gdyby ważna w kontekście egzaminacyjnym informacja przedostała się z pamięci krótkotrwałej (short-term memory) do długotrwałej (long-term memory). Przedstawiając rzecz bardziej obrazowo, pamięć krótkotrwała przechowuje przez krótki czas (jak sama nazwa wskazuje) daną informację w postaci impulsu nerwowego, który krąży po neuronach naszego mózgu. Dzieje się tak np. wtedy, gdy „na szybko” wykonujemy w pamięci jakieś proste, matematyczne działanie. Gdy ślad pamięciowy jego wyniku nie jest nam już potrzebny, impuls nerwowy zanika, a informacja zostaje utracona. Do powstania trwałego śladu pamięciowego potrzebne są zmiany w neuroprzekaźnictwie, lub powstanie nowych połączeń synaptycznych (swoistych „pomostów” między jednym neuronem a drugim) w naszym mózgu.

Zdawałoby się, że dobrze przygotowany do egzaminu student powinien być zdolny do natychmiastowego przywołania dowolnej informacji ze swojej pamięci długotrwałej. Każda bowiem zachowana w niej informacja, to trwale istniejąca NOWA synapsa, fizycznie istniejąca w strukturze mózgowia. Często zdarza się, że po ujawnieniu wyników prac egzaminacyjnych oraz poprawnych (oczekiwanych przez wykładowcę) odpowiedzi nachodzi nas olśnienie „przecież znałem to słowo/wiedziałem o co chodzi!”. Mam na myśli oczywiście zadania typu otwartego, które wymagają sformułowania własnej odpowiedzi w przeznaczonym do tego, zupełnie pustym miejscu. Co psychologia poznawcza ma do powiedzenia na temat tego fenomenu?

Dwa podstawowe mechanizmy odtwarzania informacji z pamięci długotrwałej to przypominanie i rozpoznawanie.

Przypominanie wymaga od nas samodzielnego i niewspomaganego niczym sformułowania odpowiedzi na konkretne pytanie skierowane do naszej pamięci. Dotyczy to oczywiście pytań egzaminacyjnych o charakterze otwartym, np. „wypisz i omów kasty społeczeństwa Indii”. Rozpoznawanie polega na wybraniu poprawnej odpowiedzi, po przedstawieniu kilku możliwych opcji. Oprócz sytuacji pytań wielokrotnego wyboru (tzw. testy ABCD) skojarzyć to także można z rozpoznawaniem sprawcy przez lustro weneckie w procesie śledczym.

Oczywiście to rozpoznawanie okazuje się być bardziej pożądanym przez ludzi sposobem przywoływania ważnych informacji. Dzieje się tak dlatego, że wymaga ono o wiele mniej informacji „wyjściowych”. Potwierdzają to chociażby dwa eksperymenty, z czego jeden przeprowadzony został przez Habera i Standinga w roku 1969. Badanym przedstawiono aż 2500 zdjęć przedstawiających różne sceny i sytuacje. Warto uświadomić sobie, jak ogromna jest to liczba bodźców i informacji do przechowania. Mimo to, następnego dnia przeprowadzono test rozpoznawania, w którym ci sami ludzie udzielali odpowiedzi poprawnych aż w 85-95% przypadków! Drugim przykładem podobnego eksperymentu jest o dwa lata młodsze badanie autorstwa Shepadra (1967). Uczony ten przebadał trzy równoważne grupy osób. Pierwszej grupie zaprezentował 540 niepowiązanych ze sobą słów, drugiej – 612 kolorowych obrazków, zaś trzeciej – 612 zdań.

Wybrano kilka wariantów upływu czasu od ekspozycji do wykonywanych testów rozpoznawania: bezpośrednio po ekspozycji, po upływie 2 godzin, po 3 dniach, po 7 dniach i po 120 dniach. Testy obejmowały tylko część prezentowanego wcześniej materiału. Bezpośrednio po ekspozycji badani rozpoznawali poprawnie około 90% materiału, a po upływie 2 godzin uzyskiwali wyniki niemal stuprocentowe. Efekty rozpoznawania utrzymywały się nawet do 120 zamierzonych dni.

Oczywiście wielu uczonych zakwestionowało domniemaną „miażdżącą” przewagę rozpoznawania nad przypominaniem. Wyróżniono także takie warunki skutecznego odtwarzania, które wydają się być niezależne od tego, czy zastosowano rozpoznawanie, czy przypominanie. Tulving i Thomson sformułowali np. zasadę, która głosi, iż odtwarzanie jest tym łatwiejsze, w im większym stopniu sytuacja odtwarzania przypomina sytuację kodowania, czyli zapamiętywania. Powszechnie znana porada egzaminacyjna, tj. dla przykładu żucie gumy zarówno w domu, podczas czytania notatek, jak i na samym egzaminie, wydaje się być dość uzasadniona w świetle tej koncepcji.

Zdroworozsądkowe myślenie oraz powszechne doświadczenie braci studenckiej każe jednak przypuszczać, że to właśnie zastosowany przez egzaminatora sposób sprawdzania naszej wiedzy (pytania zamknięte vs otwarte, „luki” vs wybieranie odpowiedniego słowa z listy, nawet jeśli byłaby to lista synonimów) w najbardziej namacalny sposób wpływa na uzyskiwane rezultaty.

(opracowano na podstawie Maruszewski T. (2011) Psychologia poznania. Umysł i świat)


Adriana

Na drodze swojej edukacji spotkałam kilkoro dobrych nauczycieli języków obcych. Jedną z rzeczy, która ich łączyła, było przekonanie, że najlepszym sposobem sprawdzenia jak dobrze uczeń poznał język, jest swobodna wypowiedź pisemna na zadany temat.  Wszelkie formy uproszczonych sprawdzianów czy testów w najlepszym wypadku odzwierciedlą stopień przygotowania się pod kątem wymagań egzaminatora (dziś test ze słówek z zakresu wnętrza domu, jutro odmiana czasowników w czasie teraźniejszym, za tydzień test wyboru właściwego przyimka). Nietrudno przewidzieć, jak bardzo ulotna może się okazać taka wybiórcza wiedza w dłuższej perspektywie. Jeszcze gorzej sprawa ma się w przypadku testów polegających na uzupełnianiu luk, co powyżej wykazali Michał i Karolina. Co w takim razie sprawia, że tego typu testy są tak chętnie stosowane przez nauczycieli i tak często stanowią podstawę oceny zaliczeniowej w szkole bądź na studiach? Odpowiedzi, tyle oczywistej co trafnej, udzielili już moi przedpiścy: tak jest po prostu najwygodniej dla nauczyciela.

Każdy, kto miał okazję sprawdzać w większych ilościach prace pisemne (wypracowania uczniów, eseje studentów) wie, że to zajęcie potrafi być czaso- i energochłonne, bo przysparza wiele problemów, od czysto technicznych, po wręcz filozoficzne.  (Dla ciekawych i chcących namiastki, jak owe problemy mogą wyglądać w praktyce, polecam rejestrację na portalu lang-8 i dokonanie kilku korekt. Uwierzycie, że nieraz o wiele łatwiej jest napisać od nowa jakiś tekst niż go poprawić). Jeśli chodzi o mnie, przez kilka lat miałam trochę do czynienia z dydaktyką i choć moja dziedzina nie miała wiele wspólnego z językami obcymi, zaobserwowałam, że pewne sytuacje i zachowania są uniwersalne dla większości nauczycieli.

Przede wszystkim, typowy nauczyciel akademicki nie ma czasu. Będąc doktorantem, jest się zmuszonym łączyć pracę zarobkową (często w kilku miejscach) z prowadzeniem zajęć. Doktorzy i profesorowie z kolei przeważnie wykładają na więcej niż jednej uczelni, a przy tym muszą się wywiązać z pracy naukowej (badania, konferencje, publikacje) i administracyjnej (udział w różnych radach, komisjach itd.). Gdzie tu znaleźć miejsce na myślenie o studentach i o właściwych metodach ich egzaminowania? Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze… cechy osobowości niektórych nauczycieli. Nie da się ukryć, że istnieją tacy, którzy potrafią włożyć naprawdę dużo energii w przygotowanie egzaminu, który jednak niewiele ma wspólnego z rzetelnym sprawdzeniem realnej wiedzy – sprawdza za to refleks studenta, pamięć do bezsensownych szczegółów oraz odporność na stres, upokorzenie i nieprzyjemne dystraktory.

Powyższy obraz sytuacji nakreśliłam, aby spróbować znaleźć odpowiedź, dlaczego dzieje się tak, że wykładowcy tak często stosują nieadekwatne metody sprawdzania stanu wiedzy studentów. Kolejnym pytaniem będzie: Czy da się coś z tym zrobić? Mimo wszystko, myślę że czasami się da. Warto porozmawiać z wykładowcą na temat formy zaliczenia, próbować go przekonać, aby te nieszczęsne "uzpełnianki" zastąpił czymś innym (byle tylko na początku semestru – w końcu przygotowanie kolokwium czy egzaminu wymaga trochę czasu). Wykładowca to też człowiek. Jeden wyjdzie Wam naprzeciw, inny za nic nie da się przekonać. A Wy nie dajcie się zwariować: prawdziwego sprawdzianu umiejętności językowych dostarczy Wam życie, a nie uczelnia.


Pytanie do Czytelników

A co Wy sądzicie o tak popularnych, w dzisiejszych czasach, ćwiczeniach polegających na uzupełnianiu luk w tekście? Czy Waszym zdaniem są one skuteczną metodą nauki i sprawdzania wiedzy?

Zapraszamy do dyskusji!



Kiedy i jak korzystać z Wikipedii przy nauce języka obcego?

WikipediaNasz facebookowy profil za sprawą zarządzającej nim Karoliny ostatnimi czasy pęka w szwach i niezmiernie ucieszyłem się, gdy jeden z naszych czytelników zamieścił na nim link do artykułu odradzającego ludziom korzystanie z Wikipedii przy nauce języka obcego z prośbą o zapoznanie się oraz krótki komentarz. Temat poruszany był w ostatnim czasie już parokrotnie, dlatego też czuję się zobowiązany postawić przysłowiową kropkę nad "i" oraz zająć zdecydowane stanowisko w tej sprawie, w jednym zwięzłym artykule przedstawiając wszystkie zalety korzystania z tego źródła, a jednocześnie przekazując trochę uniwersalnych prawd na temat tego, z jakich źródeł należy korzystać przy nauce języka obcego.

Autor bloga "Language Surfer" napisał, moim zdaniem bardzo przeciętny, ale pobudzający do pewnych refleksji tekst krytykujący przydatność artykułów z Wikipedii w nauce języka obcego argumentując to ich poziomem sprawiającym rzekomo trudność nawet rodzimym użytkownikom danego języka. Teza ta całkowicie zaprzecza poglądom, jakimi miałem okazję się dzielić w moim ostatnim artykule, w którym nazwałem Wikipedię doskonałym punktem wyjścia w nauce czytania, aczkolwiek porusza aspekt, o którym w nauce języka często zapominamy. Myślę teraz o celowości nauki i nastawieniu na jej praktyczny aspekt.

mlotek

Język nie jest celem samym w sobie. Język to narzędzie do osiągania pewnych celów.

Język to nie przedmiot szkolny, to przede wszystkim narzędzie
Nie chciałbym tutaj poruszać kwestii tego czy w szkole można nauczyć się języka obcego – uważam, że kto chce ten się go w końcu nauczy. Mankamentem naszego systemu edukacyjnego jest przede wszystkim to, iż język obcy został w nim całkowicie oddzielony od tego co jest jego naturą. Znajomość angielskiego została sprowadzona do ocen i certyfikatów, które nierzadko mają się nijak do rzeczywistej umiejętności użycia języka w sytuacji kiedy go rzeczywiście potrzebujemy. Język to przecież narzędzie, które bez konkretnego celu, w jakim ma zostać użyte jest niemal bezużyteczne. Cóż mi przyjdzie z umiejętności obsługi komputera kiedy nie będę wiedział do czego go następnie użyć?

Java_dokumentacja

Czytanie dokumentacji języka programowania nigdy nie nauczy Cię mówić o tym co jadłeś wczoraj na obiad.

Dobór metody nauki do swojego prywatnego celu
Cele w jakich chcemy się nauczyć języka obcego mogą być różne rzeczy, np. komunikacja z osobami, które tym językiem władają, wykorzystanie języka w pracy, żywe zainteresowanie obcą kulturą, czytanie książek w oryginale, słuchanie obcej muzyki, dostęp do źródeł, do jakich bez języka obcego w żaden sposób nie dojdziemy. Mam oczywiście tutaj swoje osobiste typy, ale uczciwie muszę przyznać, że każdy z wyżej wymienionych powodów jest równie dobry i zawsze powinien być kwestią personalną. Rzecz jednak w tym, żeby go rozpoznać, a następnie metody nauki dostosować właśnie do niego. Niby nic trudnego, ale sam miałem okazję się przekonać, iż fakt swobodnej rosyjskiej konwersacji wcale nie musi przekładać się na czytanie z równą swobodą dzieł Dostojewskiego, a pochłonięcie trzech tomów "A History of the Crusades" S. Runcimana (moja ulubiona książka z czasów licealnych) wcale nie wpływa na drastyczny wzrost moich zdolności konwersacyjnych po angielsku. Zawsze to lepsze niż nic, ale rozmawiając o tematach codziennych ćwiczyłem przede wszystkim (i tu niespodzianka!) rozmowy na tematy codzienne, czytając natomiast o wyprawach krzyżowych przygotowywałem się do pracy na angielskiej literaturze historycznej. Absolutnie nie mam dziś do tych źródeł zastrzeżeń – swoje zadanie spełniły znakomicie. Pretensje do materiałów można zaś mieć gdy te nie spełniają naszych oczekiwań. Przeważnie dlatego, że ich spełniać zwyczajnie nie mogą. I tu wracamy do przytoczonej na samym wstępie krytyki Wikipedii.

Co czytać na Wikipedii oraz w jakim celu?
We wpisie krytykującym wolną encyklopedię został przytoczony fragment angielskojęzycznego artykułu o skrzypcach, który rzekomo jest niezrozumiały nawet dla rodzimego Anglika/Amerykanina. Przez fragment przebrnąłem – o ile dla laika może on być faktycznie dość ciężki (choć nie sądzę by osoba wykształcona go nie zrozumiała), o tyle dla kogoś zajmującego się fachowo lutnictwem użyte w nim słownictwo jest dość codzienne. Zastanowiło mnie natomiast w jakim celu ktoś kto zajmuje się zupełnie inną dziedziną nauki miałby czytać artykuł o skrzypcach. Żeby wzbogacić lutnickie słownictwo, którego nigdy w życiu nie użyje? Przecież to niedorzeczne. Zamiast tego proponuję czytać przede wszystkim artykuły z dziedziny, która nas interesują i o której mamy już dość szerokie pojęcie, bo terminy jakie w nich się pojawią niemal na pewno przydadzą się nam w przyszłości.

Kolejna ciekawa obserwacja: tematyka może się czasem różnić w zależności od języka. Jako początkujący programista zdążyłem przebrnąć przez pewną ilość artykułów (nie tylko z Wikipedii) o tematyce informatyczno-matematycznej po rosyjsku i niemiecku, nie wyobrażam sobie programowania bez znajomości angielskiego (choćby dlatego, że cała dokumentacja Javy czy Pythona jest w tym języku – szczerze mówiąc w tym przypadku łatwiej jest mi nawet korzystać z opracowań angielskich niż polskich), ale na dzień dzisiejszy nie widzę potrzeby rozwijania swojego słownictwa w tej dziedzinie po serbsku czy ukraińsku. Nie dość, że znacznie więcej przyjemności sprawia mi czytanie w tych językach literatury czy gazet to prawdopodobieństwo użycia kiedykolwiek informatycznego słownictwa w serbskiej bądź ukraińskiej wersji jest bliskie zeru.

Co zrobić gdy tak naprawdę żadna konkretna dziedzina wiedzy mnie nie interesuje i chce się po prostu nauczyć mówić?
Wtedy zamiast narzekać na Wikipedię i jej rzekomą trudność trzeba zacząć zajmować się czymś zupełnie innym, co przyniesie wymierne rezultaty na polach, na których nam rzeczywiście zależy.

Parę słów o wersji Simple English
Wiem, że wielu czytelników uważa, iż książki lub artykuły napisane uproszczoną wersją języka angielskiego są świetnym materiałem do nauki języka. Do Wikipedii napisanej w tzw. Simple English nawiązał też Piotr w swoim ostatnim wpisie. Do mnie to nie trafia przynajmniej z kilku powodów:
1)łatwość z jaką każdy może czytać strony w Simple English tylko oddala nas od kontaktu z tekstem napisanym w Real English, który zawsze będzie dla nas za trudny, żeby w ogóle po niego sięgnąć.
2)spotkałem się już ze stwierdzeniem, iż dzięki Simple English można szybko opanować podstawowe słownictwo. Rzecz w tym, że słownictwo to znajdziemy też w bardziej skomplikowanych tekstach, osadzone w znacznie bogatszym kontekście.
3)jeśli coś jest łatwe oznacza przeważnie, że nie jest w stanie wiele nauczyć. Wiem, że na początku jest zawsze ciężko, ale im prędzej weźmiemy się za ciężkie rzeczy tym wcześniej staną się one dla nas łatwe.

Powyższy artykuł nie jest prawdą objawioną. Wiem też, że wiele osób może mieć różne zdanie na temat Wikipedii, uproszczonych wersji językowych i nie chciałbym tu absolutnie nikogo przekonywać na siłę. Ucząc się języka powinniśmy robić to co my uważamy za dobre, bo uczymy się go przede wszystkim dla siebie, a nie dla innych. I uczymy się nie dla języka samego, ale po to by go użyć do jakiegoś mniej lub bardziej konkretnego celu.

Podobne artykuły:
Praca własna z tekstem oraz audio gdy brak podręcznika
Nauka języka bez podręcznika – część 2 – czytanie
Ile języków tak naprawdę potrzebujesz?
Ilu języków warto się uczyć jednocześnie?
7 grzechów głównych nauki języków obcych

Obraz młotka został wykorzystany na licencji Creative Commons. Źródło: https://www.flickr.com/photos/justinbaeder/183930977/

[MN11] Jak uczyć się w oparciu o tłumaczenie robocze?

W poprzednich artykułach (1 i 2) pokrótce omówiłem metodę, według której przygotowuję każdy tekst do nauki; w tym natomiast chciałbym wyjaśnić, po co to właściwie robię i w jaki dokładnie sposób, krążąc niczym sęp wokół szkieletu – tłumaczenia roboczego – staram się czegoś nauczyć.

France_in_XXI_Century._School

Na przełomie XIX i XX w Jean-Marc Côté et al. stworzył serię rysunków – futurystyczną wizję tego, jak będzie wyglądał świat (a dokładnej Francja) za 100 lat. Zainteresowani tym Czytelnicy z pewnością dostrzegą, że im bardziej absurdalna, na owe czasy, wizja tym większa szansa, że w naszej obecnej rzeczywistości zetknęliśmy się już z taką ideą w postaci zmaterializowanej. XXI wiek jednak nie we wszystkich dziedzinach nadążył za pomysłowością francuskich rysowników. Pomimo różnych prób bezwysiłkowej nauki w stanie relaksu oraz audio-wizualnych programów nie udało się sprawić, by wiedza z jakiejkolwiek dziedziny sama wchodziła do głowy, dlatego z papieru i ołówka jeszcze długo (?) nie zrezygnujemy.


Minister Zdrowia ostrzega

Poniższy opis będzie wydawał się przeraźliwie długi, choć sama metoda w praktyce jest dosyć prosta i względnie szybka. Ten dysonans porównałbym do próby sformalizowania sposobu w jaki należy wiązać buty. Choć czynność zajmuje 2-3 sekundy, to opisanie tego, którymi palcami, której dłoni należy złapać, którą sznurówkę, w którym miejscu zajęłoby pewnie nie jedną stronę. Tu jest podobnie.


Jak uczę się wykorzystując tłumaczenie techniczne?

Powrócę do zdania modelowego:

他把新學的法國歌唱了。

tā bǎ xìnxué de fǎguó gē chàng le

on OM nowy nauczyć POSS/NOM francuski piosenka śpiewać PART

On zaśpiewał nową francuską piosenkę, której się nauczył.

Na razie świadomie przemilczałem etapy polegające na przepisaniu chińskich ideogramów i podpisaniu ich transkrypcją fonetyczną, ale do tych niezwykle istotnych zagadnień wrócę w odpowiednim czasie ‘usuwając’ powstałe w tym momencie „białe plamy”.

Symulacja:

Każde zdanie (z przerabianego tekstu) wpisuję do zeszytu zgodnie z poniższym wzorcem (w przypadku języka angielskiego czy niemieckiego transkrypcję fonetyczną stosuję bardzo rzadko i wybiórczo):

Tłumaczenie techniczne n

Zaryzykuję stwierdzenie, że w tym momencie opanowałem je w sposób bierny (tzn. akceptuję powierzchniową funkcję każdego z jego elementów i rozumiem całościowy sens wypowiedzi).

Jednak pomiędzy aktywną a pasywną znajomością tych słów (fonii, tonów i grafii) oraz umiejętnością zastosowania ich nie tylko w "rozebranej" wcześniej konstrukcji jest przepaść. Teraz, stojąc nad nią, zrobię duży krok do przodu – nauczę się tego zdania prawie na pamięć (skutkiem ubocznym może być to, że wykuję je rzeczywiście w całości na blachę, ale w przypadku tak mało fascynujących zdań nie to jest nadrzędnym celem).

Teraz czytam raz na głos (w tym wypadku po mandaryńsku: ta1 ba3 sin4 siłe2 de5 fa3 gło2 gy1 czank4 le5 ) w naturalnym tempie, z pełnym zrozumieniem, cały przewidziany do nauki materiał (niekoniecznie tego samego dnia, w którym sporządziłem tłumaczenie techniczne).

Tłumaczenie techniczne n

Następnie zasłaniam tekturą (na której kładę kartkę „pomocniczą”) pierwszą „pięciolinię” w taki sposób, aby widzieć tylko dwa / trzy górne wiersze:

Po zasłonięciu tekturą

(H)URRA błąd!!!

Teraz przystępuję do sprawdzenia swojego stanu wiedzy. Począwszy od lewej strony zadaję sobie („w myślach”) pytanie czy wiem:

-jakim ideogramem zapisuje się słowo „on”?

-w jaki sposób się je wymawia ?

-w jakim tonie?

Jeśli nie znam odpowiedzi na któreś pytanie lub mam choćby cień wątpliwości, ponad słowem „on” stawiam ołówkiem kropkę ‘ * ’. Jeśli jestem przekonany, że na wszystkie 3 pytania znam prawidłową odpowiedź przechodzę do kolejnego "słowa". Przyjmijmy, że mam wątpliwości dotyczące:

a) chińskiej wymowy słowa: "niedawno"; sien?

b) tonu w pierwszym morfemie słowa: "francus-ką"; fa1?

c) elementu graficznego stojącego w prawej części znaku odpowiadającego polskiemu słowu: "piosenkę" tj. (哥+?).

d) ideogramu odpowiadającemu słowu: śpiewać;  唱 ?

Jeśli zupełnie czegoś nie pamiętam, to nad polskim morfemem tłumaczenia technicznego od razu stawiam kropkę. Jeśli jest to tylko "lekka niepewność", to:

1) zapisuję ją na kartce pomocniczej

lub

2) (mając pewną wprawę) ‘utrzymuję’ te wątpliwości w pamięci krótkotrwałej, bez zapisywania na papierze.

Ważne jest, tylko to, żeby się samemu nie oszukiwać.

Po zasłonięciu tekturą

TEKTURA (A5)
KARTKA (A6)
sien4  fa1 哥?  唱

Odsłaniam chiński tekst i zderzam rzeczywistość ze swoimi wyobrażeniami.

Tłumaczenie techniczne n

Okazuje się, że zapis słowa ‘co’, na które wcześniej nie zwróciłem szczególnej uwagi, różni się jednak od mojego pierwotnego przekonania (np.: 吧), więc stawiam nad nim kropkę i raz zapisuję w poprawnej formie na kartce 把. Słowo ‘niedawno’ wymawia się jednak "sin", a nie "sien" – stawiam kropkę*. Wymowa morfemu "fa" zgadza się, ale pomyliłem się w tonie – stawiam kropkę* (ale tylko nad pierwszą sylabą (‘francus-)). Znak, którego do końca nie pamiętałem, odpowiadający słowu – ‘piosenkę’, zakropkowuję* i przepisuję raz na dodatkowej kartce. Prawidłowo zapisałem ideogram odpowiadający słowu „śpiewać”, więc w tym wypadku kropki nie stawiam.

Pierwsza tura

TEKTURA (A5)
KARTKA (A6)
sien4  fa1 哥?  唱  把 歌

Przechodzę do kolejnej pięciolinii i powtarzam procedurę. W rzeczywistości sprawdzenie każdej linijki zajmuje kilka – kilkanaście sekund (jak nie mam żadnych wątpliwości to 2-3 s).

W końcu wracam do pierwszego zdania; kartkę pomocniczą odwracam czystą stroną. Tym razem sprawdzenie obejmuje już tylko zakropkowane słowa.

Druga tura

Jeśli tym razem znałem poprawny zapis słowa ‘co’ i pamiętałem, że słowo ‘niedawno’ wymawia się „sin” kropki zmazuję gumką. Jeśli znów, pomyliłem ton w sylabie "fa" (np: czwarty zamiast trzeciego), nie pamiętałem jakim znakiem zapisać słowo ‘piosenkę’, to słowa zostawiam w postaci ‘zakropkowanej’, aż do kolejnej tury itd. itd. Za 3-cim, 5-tym, 10-tym razem pozbędę się wszystkich wątpliwości. Jeśli jednak po zdefiniowaniu, tego, czego nie wiem zastosuję metody mnemotechniczne, to liczba koniecznych tur do „wymazania kropek” radykalnie maleje. "Sztuczne metody mnemotechniczne" stosuję w przypadku języków azjatyckich, języki europejskie, z którymi miałem do czynienia (angielski, niemiecki) na ogół nie wymagają takiego zachodu, ale są pewne sztuczki ułatwiające zapamiętywanie słów. Tematy te poruszę w odpowiednim czasie.

Jeśli stwierdziłem, że wszystko już umiem, czytam na głos (po chińsku)  3-krotnie cały opracowany tekst – raz patrząc na tekst chiński i jego transkrypcję fonetyczną i następnie dwukrotnie jedynie na podstawie tłumaczenia technicznego (po uprzednim zasłonięciu tekstu chińskiego). W przypadku ‘zacięcia się’, na ułamek sekundy, odsłaniam oryginalny tekst i po natychmiastowym zasłonięciu kontynuuję czytanie. Innymi słowy chodzi o to, by widząc jedynie:

Po zasłonięciu tekturą

przeczytać płynnie, w miarę szybkim tempie: ta1 ba3 sin4 siłe2 de5 fa3 gło2 gy1 czank4 le5. Czynność ta, ze ściśle językoznawczego punktu nie nazywa się tłumaczeniem, lecz nosi angielską nazwę "diglossic paraphrasing"; po chińsku 訓讀。

Powtarzanie zapobiega zaczynaniu ‘od nowa’

 „Ucz się tak, jakbyś niczego jeszcze nie osiągnął, i lękaj się, byś nie stracił tego, co już masz.”

Konfucjusz

Jednakże wszelkie podjęte wysiłki mogą okazać się jałowe, jeśli zlekceważy się powtarzanie przyswajanej wiedzy. Ma ono na celu nie tylko wypełnienie luk powstających z biegiem czasu w pamięci, ale też zmniejszenie szybkości zapominania "nowych" informacji.

Piła pamięci

Po opisanej wcześniej "sesji" generuję kolejne daty powtórek i wpisuję je do tabeli: (na potrzeby symulacji przyjąłem, że jest 29.01.2014)

oznaczenie /
strona w zeszycie
 „0”
1D
7D
1M
3M
6M
1R
2L
 G208
np: 27
 29
1
 30
1
 6*
2
 29*
2
 29
4
 29
7
 29
1
 29
1

*By nie komplikować obliczeń zakładam, że każdy miesiąc ma 30 dni; po 30 dniu 'licznik' przeskakuje na kolejny miesiąc.

Gdy nadejdzie kolej na powtórkę powtarzam całą procedurę na opracowanym już raz "tłumaczeniu technicznym" zdań / tekstu. Po każdej z nich zamalowuję 'przerobioną kratkę' .

Tabela powtórek - symulacja dla dwóch języków

„Jeśli usypując pagórek, przerwiesz robotę, gdy zaledwie jednego kosza ziemi do jego ukończenia brakuje, to jakbyś pagórka nie usypał. Jeśli chcąc ziemię wyrównać, jeden kosz gruzu w rozpadlinę wsypałeś, toś już pracę rozpoczął.”

Konfucjusz

Jeśli dysponuję nagraniami mp3, to słucham ich, od czasu do czasu, w 'nieproduktywnych' chwilach np. w trakcie jazdy autobusem, spaceru z psem, zakupów itd.


Rozbudowane fiszki

Jak widać metoda przypomina rozbudowane fiszki / papierowe Anki ma jednak pewne zalety:

– nie jestem ograniczony rozmiarem fiszki (zawsze mogę ‘dopiąć’ kolejny zeszyt)

– ręczne sporządzanie takich opracowanych zdań jest 100 razy szybsze, niż na komputerze; poza tym pisanie ideogramów ręką, to nie to samo, co wstukiwanie ich na klawiaturze

– słowa są osadzone w kontekście, a zdania w tekstach (akapitach) ukazujących rejestr języka

– dłuższych tekstów uczę się ze 100 razy większą przyjemnością, niż izolowanych zdań i 1000 razy chętniej niż 'gołych' słówek

– zeszyt, długopis, ołówek i gumka są tanie, nie zawieszają się, nie potrzebują prądu, na ich "włączenie" nie potrzeba 10 min, nie zachęcają do sprawdzania poczty i FB.


Uwagi optymalizacyjne

Metoda, którą tu przedstawiłem jest "produktem" ewolucji wynikającej z poszukiwania złotego środka między skutecznością a prostotą formy. Z moich ostatnich osobistych doświadczeń wynika, że warto jednak wzmocnić jej stronę fonetyczną, mającą w jakimś stopniu przekładać się na sprawne mówienie tym językiem. Można to zrobić na dwa sposoby:

a) zwiększyć liczbę wokalnych powtórzeń (czytań / parafrazowań) tekstu. Można ustalić sobie, że np: dążymy do takiego stanu, w którym potrafimy płynnie wypowiedzieć każde zdanie, akapit czy, w przypadku ekstremalnego samozaparcia, cały tekst na podstawie pierwszego słowa z (polskiego) tłumaczenia technicznego. W przypadku "najprostszej" wersji wyglądałoby to tak, że spojrzawszy na słowo "on" recytowałbym bez wspomagania się dodatkowymi "ściągawkami": ta1 ba3 sin4 siłe2 de5 fa3 gło2 gy1 czank4 le5.

b) mniej przejmować się "szczegółami". Lepiej mówić w miarę płynnie nie przejmując się tonami, akcentami, długością – krótkością samogłosek. Nie zachęcam do "bylejakości", zwracam jednak uwagę (również sobie), że lepiej posługiwać się językiem niedoskonałym, niż milczeć w tonach, iloczasach i akcentach.

Profesor Robert Bauer, choć jest ekspertem od graficznej formy zapisu języka kantońskiego, nie osiągnął jednak podobnej biegłości w mowie, co może, mniej więcej, ocenić każdy z Czytelników. Wspomniany językoznawca nie wypowiada się w tempie karabinu maszynowego, sylaby wymawia w dość przypadkowych tonach, a mimo to, co potwierdził kolega z Hong Kongu, z którym oglądałem fragment tego dokumentu, w 100% da się zrozumieć wszystko, o czym mówi. Zresztą prawdę tę, w kolejnych minutach materiału filmowego, poświadczają "zszokowani" tym faktem studenci dający wyraz swojego uznania i podziwu dla obcokrajowca, który kantońskojęzyczne audytorium uczy… ich własnego języka i kultury.

(Uwaga: napisy nie są bezpośrednią transkrypcją tego, co mówią zarówno bohaterowie filmu jak i lektorka, lecz parafrazą w standardowym chińskim pisemnym ≈ mandaryńskim; w pokazanym fragmencie wykładu Robert Bauer mówi / czyta również w języku mandaryńskim).

Przesadne skupianie się na wymowie wzorcowej jest zgubne; czasem nie warto dążyć do tego, by wpasowywać się dokładnie w szyny fonii rodzimego użytkownika, wystarczy, że jedzie się tym samym (właściwym) pasem – mieści w akceptowalnym konturze.


Posłowie 😉

(Euro)poseł Z.Z.

Zachęcam do własnych eksperymentów, może komuś powyższa metoda się spodoba, innego zanudzi, a trzeci weźmie z niej połowę i dorzuci drugą – swoją. Każdy sposób jest dobry, warto mieć jednak jakikolwiek skłaniający do systematycznej pracy i pozwalający kontrolować swoje postępy.



„Czyż można słusznej nie wysłuchać rady? Ważniejsze jest jednak to, by jej wysłuchawszy zmienić to, co złe.”

Konfucjusz


Zobacz również:

Zaczynając naukę języka, wpierw określ sobie cel i ‚obszar’ działania*

Jak, z głową, wybierać materiały do nauki tak, aby nie męczyć się … bez potrzeby?

Patrz z własnej perspektywy; szyj metodę na miarę własnych potrzeb i możliwości

Jak sporządzić tłumaczenie robocze będące namiastką myślenia w języku obcym?

Dlaczego warto sporządzać tłumaczenia robocze obcojęzycznych tekstów?