język angielski

Jak mówić po angielsku i się nie pogubić?

angielski_1Wiele zostało już powiedziane na temat angielskiej gramatyki. Pojawiały się różne zdania: łatwa, trudna, dziwna, irytująca, całkiem spoko. Te opinie powtarzają się wkoło, ale w dalszym ciągu istnieją „problemy”, które pozostają niewytłumaczone lub ich wyjaśnienie jest nieprzejrzyste. Dlatego po dwóch artykułach o języku polskim zdecydowałem się napisać coś, co, mam nadzieję, rozjaśni obraz (pozornie, naprawdę) problematycznych zagadnień. 

O perorowaniu słów kilka…

Nauka języka jest ściśle powiązana z mówieniem. Przecież to właśnie po to uczy się mowy: by mówić, by się komunikować, by dzielić się informacjami. W tym celu wykorzystywane jest wspaniałe, niezwykle rozbudowane narzędzie – język. Jak w ferworze zasad gramatycznych i wkuwania mniej lub bardziej przydatnych słówek nie pogubić się i być w stanie wypowiadać się swobodnie? Jak już kiedyś pisałem tutaj, polskie szkolnictwo nie dba najlepiej o ten aspekt nauki. Co można zrobić w obliczu tej sytuacji? Przede wszystkim zmienić swoje nastawienie do obcej mowy. Kiedy wypowiadasz się w innym języku, pomyśl nad tym, co mówisz – spróbuj na chwilę zapomnieć, że używasz obcego języka. Zapamiętaj, że język to przede wszystkim narzędzie: pracy, nauki, przyjemności. Służy do wielu celów, ale w pierwszej kolejności ma służyć człowiekowi, a nie być jego zmorą. Jeśli martwisz się, że popełnisz błąd, to pomyśl sobie, że wszyscy robią błędy (w tym najlepsi językoznawcy; uwzględnij fakt, że również ten tekst przechodzi przez korektę osoby trzeciej). Przejdźmy jednak do meritum: co robić, żeby nie zginąć w językowej dżungli? Systematycznie podejmuj próby, korzystaj z wiedzy, którą masz w danej chwili. Targanie się na konstrukcje czy słowa, które wykraczają poza Twój poziom, jest nielogiczne. Zważ na to, że żaden Mickiewicz (albo inny Słowacki…) nie od razu był w stanie mówić jak poliglota – każdy musi popełnić serię błędów, by w końcu się nauczyć. Dlatego też napisałem ten artykuł – wyjaśniłem w nim kilka problematycznych kwestii (głównie dotyczących gramatyki). Mam nadzieję, że choć trochę pomogę uporządkować te informacje.

Nie jest prawdą, że nie umiem przeczyć…! 

Zacznę od prostej sprawy, często niezrozumiałej dla Polaków: negacji pojedynczej. W języku polskim występuje naturalna dla nas negacja wielokrotna. Czymże jest ta cała „negacja”, ukryta pod taką dziwaczną nazwą? Posłużę się przykładem: Nikt nikomu niczego nie dał. Pojawiają się tutaj aż cztery wyrazy z funkcją przeczącą. Użycie ich naraz, w jednym zdaniu, powoduje powstanie zdania przeczącego. A jak jest po angielsku? Jest inaczej. Budując zdanie przeczące po angielsku, trzeba użyć tylko jednego słówka przeczącego i to wystarczy. Jakie to ma skutki w praktyce? Podczas mówienia lub tłumaczenia trzeba pamiętać o tym, że „jedno słowo wystarczy”. Naprawdę nie jest to trudne. Jak poznać takie słowa, które są wystarczająco „mocne”, by zaprzeczyć całe zdanie? Wystarczy skorzystać z poniższej listy :).

Słowa, które mają „ładunek negatywny” i nie potrzebują dodatkowych zaprzeczeń można podzielić na grupy. Grupa pierwsza to przeczące formy operatorów, czasownika to be oraz modali. Przedstawiają się one następująco: am not, isn’t, aren’t, don’t, doesn’t, didn’t, haven’t, hasn’t, can’t, couldn’t, may not, might not, mustn’t, needn’t, shouldn’t, oughtn’t (tak, coś takiego istnieje!).

Drugą grupę można nazwać „no-words”. Są to kolejno: nobody, noway, no one, nowhere, nothing, none.

Ostatnia grupa to słowa, które występują w połączeniu z jakimiś innymi częściami mowy. Są to: neither, … nor… (są stałym połączeniem), never (najczęściej z czasami typu Perfect).

Po wszystkich słowach wymienionych powyżej zbędne jest korzystanie z dodatkowego przeczenia. Wystarczy użyć go raz w zdaniu, a dalej pisać wszystko w formie twierdzącej. Warto zauważyć, co łączy prawie wszystkie te słowa: większość z nich ma gdzieś w sobie cząstkę not- lub no-. Por.: aren’t = are not; no-body; couldn’t = could not itd. Z pewnością ułatwi to ich zapamiętanie.

Poza wyżej wymienionymi słowami, istnieją też wyrazy, które mają funkcję pytającą lub oznajmującą, ale tłumaczy się je na polski tak samo, jak wyrazy o funkcji negatywnej (to jest często właśnie źródło problemu). Te wyrazy to: any, anyone, anybody, anything, anywhere. Można nazwać je „fałszywymi przyjaciółmi”, ponieważ mogą lekko wprowadzać w błąd. Jak to wszystko działa w praktyce? Objaśnię to na przykładach.

Oto takie sobie zdanie: Nikogo tu nie ma. Przetłumaczę je na angielski. Zanim to, należy przyjrzeć się temu zdaniu w oryginalnej wersji. Występują tutaj dwa przeczenia: nikogo oraz nie ma. Jak już napisałem, po angielsku nie wolno stosować podwójnych przeczeń. Należy się teraz zdecydować, który wyraz ma być zaprzeczony. Jeśli zaprzeczy się wyraz nikogo, to w efekcie końcowym powstanie zdanie: Nobody is here (nie isn’t, bo jedno przeczenie już jest). Jeśli zaprzeczy się czasownik, to zdanie wygląda następująco: There isn’t anybody here. Dlaczego w drugim tłumaczeniu użyłem anybody? Ponieważ jest to wyraz „neutralny” tak, jak wszystkie wyrazy, które rozpoczynają się przedrostkiem any-.

Inne zdanie: Nigdzie nie byłem. Ponownie istnieją dwie możliwości. Tym razem spróbuj sam, a potem porównaj z moim tłumaczeniem.

Pierwsza: I have been to nowhere. Oraz druga: I haven’t been anywhere

 Angielskie der/die/das 

Kolejne zagadnienie gramatyczne, rodzajniki, jest całkowitą abstrakcją dla osób, które mówią jedynie po polsku. Czym są rodzajniki? Za definicją można rzec, iż są to wyrazy, które występu albo przed albo po rzeczowniku i określają jego rodzaj gramatyczny (jeśli takowy istnieje) oraz wskazują kwestię określoności konkretnego słowa. Mówiąc prościej? Angielskie rodzajniki to: a i an (nieokreślone) oraz the (określony). Wśród języków Europy i, o ile mi wiadomo, również innych języków świata rodzajniki stanowią powszechną regułę. Ich pierwsza, zazwyczaj najważniejsza funkcja – czyli określanie rodzaju gramatycznego – w angielskim wykorzystywanym na codzień, nie ma aż takiego dużego znaczenia. O rodzajnikach pisałem już przy innej okazji, tutaj. Czy są jakieś sposoby, aby ujarzmić angielskie a/an/the? Konkretnego przepisu oczywiście nie ma, jednak poniższa lista punktów, o których dobrze jest pamiętać.

  1. Rodzajniki traktuj jak przyjaciół-pomocników, nie jak wrogów. Mają Ci przede wszystkim pomagać.
  2. Jeśli zastanawiasz się nad tym jaki rodzajnik wstawić, spróbuj wszystkich form i porównaj ich „brzmienie”. W pewnym momencie należy zdać się na naturalne wyczucie językowe.
  3. Im więcej będziesz czytać, słuchać i korzystać z języka, tym lepiej. Nabierasz wtedy wiedzy o języku, którym się posługujesz i przyzwyczajasz się do pewnych konstrukcji, w tym również do używania rodzajników.
  4. Ucz się pełnych konstrukcji z wbudowanymi rodzajnikami, zwracając również na nie uwagę. Przykładowo: to have a nap, the same, to peel an apple. 
  5. Pamiętaj, że po angielsku wymowa jest równie ważna, co gramatyka. Dlatego jeśli przed słowem stoi przymiotnik, to musisz dostosować rodzajnik właśnie do niego. Jeśli przymiotnik rozpoczyna się samogłoską, to należy wstawić tam an – tak samo jakby to był rzeczownik zaczynający się od samogłoski. Dlatego też mówi się: a green apple ale an awesome car. 
  6. Pamiętaj, że istnieją całe zbiory zasad, które pomagają w korzystaniu z rodzajników. Warto znać je chociaż pobieżnie, ponieważ są niezwykle praktyczne. Przykładem takiej zasady jest to, że mówiąc o grze na jakimś instrumencie muzycznym, należy wstawić the przed jego nazwą (Np.  I can play the guitar. He’s keen on playing the piano.). Większość z nich znajdziesz w dobrych podręcznikach albo, na przykład, tutaj.

– Najlepszy prezent dla anglisty? – Present Perfect!

Od rzeczy przyjemnych przejdę do tych mniej sielankowych… Chodzi mi o zmorę i koszmar  senny Polaków uczących się angielskiego – czasy Present Perfect Simple oraz Present Perfect Continuous. Kolejna już, całkowita abstrakcja dla osób polskojęzycznych. Jednak, za starym polskim porzekadłem: nie taki diabeł straszny, jak go malują… Ważna rzecz, z której należy zdać sobie sprawę podczas przyswajania tego czasu to fakt, iż jego główny aspekt to teraźniejszość z uwzględnieniem wydarzeń przeszłych. Jest to najważniejsza i najbardziej charakterystyczna cecha tego czasu. Jest teraźniejszy, mówi o wydarzeniu, które odbyło się w przeszłości, ale jego skutki widoczne lub odczuwalne są w tej chwili. Drugie najbardziej podstawowe użycie: podawanie nowych informacji, które wcześniej nie zostały wspomniane. Poza tymi cechami istnieją również słowa charakterystyczne dla czasów perfektywnych (czyli wszystkich czasów z rodziny Perfect, tj. Present Perfect, Past Perfect itd.) Te wyrazy to: just (właśnie, dopiero co), already (już – jedynie w zdaniach twierdzących), yet (już – jedynie w zdaniach przeczących i pytających; słowo to występuje zawsze na końcu zdania), never (nigdy; w kontekście robienia czegoś po raz pierwszy) oraz ever (kiedykolwiek). Wyrazy te przyjmują zawsze stałe miejsce w szyku zdania angielskiego. Dosłownie należy je wcisnąć pomiędzy operator (have/has/had) a czasownik właściwy. Dodatkowo jeśli zdanie ma formę ciągłą (zwiera konstrukcję been + czasownik z -ing), to wyrazy te wstawia się pomiędzy operatorem a słowem been. 

Kilka przykładów dla zobrazowania:

I have already eaten spinach before. (Kiedyś wcześniej już to robiłem)

I have just been to Australia. (Niedawno wróciłem się z podróży tamże)

I have never had such a huge headache.  (Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło)

Have you ever been painting a house? (Miałeś okazję robić to już wcześniej?)

He has never been playing that well. (To pierwszy raz jak dotąd)

He has already been doing his homework. (Udało zrobić mu się to wcześniej)

Dzięki nim można „nakierować się”, jak to często nazywają – i słusznie – angliści, na użycie odpowiedniego czasu. Funkcję każdego czasu gramatycznego można przedstawić za pomocą wykresu na osi czasu. Myślę, że zobrazowanie graficzne tego „fenomenu” może być pomocne, toteż zamieszczam je poniżej.

wykres_present_perfect

W ten sposób przedstawia się wykres czasu Present Perfect Simple.

tabela_czasy_ciagle

 Oto porównanie dwu podstawowych czasów ciągłych. Czas Present Perfect Continuous (nie sugeruj się pisownią na obrazku, proszę) zasadniczo różni się budową oraz możliwościami, w których można go wykorzystać. Za udostępnienie obrazków wdzięcznie dziękuję temu źródłu. 

Istnieje szerokie spektrum sytuacji, w których można użyć tego czasu. Present Perfect używa się również, gdy mówi się o:

  • Niedawnych wydarzeniach o nieokreślonym czasie akcji; (Mom, I’ve seen a train!)
  • Nieokreślonych wydarzeniach, które wydarzyły się o nieznanym czasie w przeszłości; (Robert has broken his legs three times this year [nie w tym roku, a w ciągu tego roku]
  • Nieokreślonych wydarzeniach, których skutki są oczywiste i widoczne lub odczuwalne obecnie; (Where’s the bootle of mead I bought yesterday? Thomas has drunk it.) 
  • Z czasownikami stanu, by opisać czynność, która trwa aż do teraz. (I’ve lived in London since my birth.)

Cechy te wskazują na różnice pomiędzy czasem Past Simple i Present Perfect Simple. Najważniejsza i najbardziej podstawowa różnica to pierwszy punkt z listy powyżej – Present Perfect nie korzysta z słów, które określają dokładnie czas. To oznacza, że słowa takie jak: yesterday, today, five years ago, two days ago itd., nie mogą się z nimi łączyć.

Istnieją dwa teraźniejsze czasy perfektywne: Simple (prosty) oraz Continuous (ciągły BB). Co je różni, a co łączy? Najważniejsza cecha wspólna: są to czasy z rodziny perfektywnej – nigdy nie odnoszą się do określonego czasu. Różnią się zaś tym, w jaki sposób podchodzą do sposobu i trwania czynności wykonywanej przez podmiot.

Najważniejsze cechy określane przez Present Perfect Continuous:

  • Stan, który trwa aż do teraz (a nawet dłużej – po wypowiedzeniu zdania); (I’ve been standing here for hours!)
  • Niedokończona czynność; (She’s been painting the living room and it’s not ready yet.) 
  • Podkreślenie trwania czynności; (He has been travelling around the world whole year long.)
  • Czynność niedawno zakończona; (I’ve been on vacation and that’s why I look beautiful.)
  • Czynność powtarzana regularnie. (I’ve been taking maths lessons for a year.) 

Inne przykłady użycia obu tych czasów:

Tom lives in New York now. He has moved out of Boston. 

Jane was painting all night yesterday. She has been changing the image of her house. 

Roads are wet. It has been raining. 

Have you ever been to China? No, I haven’t. 

Tom isn’t keen on maths. He has gotten a F in algebra. 

I’m hungry. I haven’t eaten anything since morning. 

Dodatkowo podaję również link, pod którym zamieszczono wyjaśnienia oraz ćwiczenia odnośnie obu czasów. Link znajdziesz tutaj.

 

Kończąc już…

Nie zawsze nauka musi być taka straszna. Najważniejszym elementem jest podejście do samego procesu. Zmiana postawy mentalnej wpływa na punkt widzenia, co owocuje lepszymi efektami. Dlatego też warto podchodzić do gramatyki jak do przyjacielskiego narzędzia, które później wykorzystać można na wiele różnych sposobów.

Zobacz także:

Lingwistyka stosowana, czyli praktyczna nauka języka (w teorii)

Noworocznie i językowo o Polsce

Komunikatywność w języku: co to takiego?

Jak przekonania rządzą Twoim życiem

 

Angielski w 3 miesiące i 5 języków jednocześnie, czyli pytania od czytelników

pytaniaPierwszą sprawą, jaką chciałem się zająć po powrocie na Wooflę z długo oczekiwanego urlopu miało być podsumowanie mojego małego projektu nauki afrikaans. W międzyczasie jednak otrzymałem na skrzynkę mailową wiadomości od dwóch czytelników z pytaniami dotyczącymi nauki języków obcych, na które, zgodnie z zasadą mówiącą, iż czytelnik jest najważniejszy, czuję się po dwóch tygodniach zwłoki zobowiązany odpowiedzieć. W związku z tym, że pytania są natury dość ogólnej postanowiłem utworzyć z nich bazę do pełnoprawnego wpisu, z którego będą mogły skorzystać bądź go uzupełnić osoby odwiedzające nasz skromny serwis. Czytelników oczekujących na podsumowanie „Eksperymentu językowego" chciałbym jednocześnie poinformować, iż szczegółowe omówienie tegoż pojawi się na Woofli już za trzy dni.

Chcę za 3 miesiące nie bać się popisać z kimś na forum po angielsku a w późniejszym czasie rozmawiać na „żywca".

Pierwsza zwróciła się do nas Magda:

(…) Postawiłam cel: za 3 msc mam nie bać się popisać z kimś na forum po angielsku a w późniejszym czasie rozmawiać na „żywca". U mnie ten język leży… Od czego zacząć naukę? Mam kilka książek z gramatyką. Co polecasz krok po kroku? Mam codziennie czas (ok. godziny) na naukę. Nie wiem czy to istotne ale posiadam słuch muzyczny (gram na skrzypcach). (…)

Przede wszystkim cieszy mnie, że cele są wyraźnie sprecyzowane – Magda chce w ciągu 3 miesięcy nie bać się popisać z kimś na forum, a w późniejszym czasu rozmawiać po angielsku. Szkoda natomiast, że oprócz skromnej wzmianki o tym, iż język leży nie wiadomo nic o poziomie jego znajomości. Sam uważam, że mój angielski leży mimo iż miesiąc temu bez specjalnego przygotowania zdałem egzamin potwierdzający jego znajomość zwalniający mnie z zajęć na studiach, na co dzień czytam angielskojęzyczną literaturę, słucham radia. Nie jest to jednak język, który kiedykolwiek mnie specjalnie pociągał, więc znacznie mi bliżej do czegoś co nazwałbym mianem „Standard-Central-European", co widać zwłaszcza w kontakcie z ludźmi, dla których język ten jest ojczystym. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Skupmy się więc przede wszystkim na tym co chcemy osiągnąć i przygotujmy się na parę stwierdzeń zahaczających czasem o truizm, ale ciężko mi inaczej udzielić szczerej odpowiedzi.
Chcesz znać angielski na tyle by pisać na anglojęzycznym forum? Możesz oczywiście przerobić podręcznik Wiedzy Powszechnej (poziom podstawowy zupełnie w tym wypadku wystarczy), robić tłumaczenia z polskiego na angielski w sposób podobny jak ja przy nauce afrikaans (uprzedzam jednak, iż bez pewnych skłonności do masochizmu ciężko wytrwać 3 miesiące), mieć włączone cały czas anglojęzyczne radio w tle, czytać brytyjskie gazety poświęcając na to prawie każdą wolną chwilę – tak zapewne zrobiłbym ja, gdybym chciał się nauczyć języka od podstaw. Ale wcale tego nie polecam.
Tak naprawdę najwięcej da Ci natychmiastowa rejestracja na wspomnianym forum i próby udzielania się na nim. Bo po co robić rzeczy poboczne, jeśli można się skupić się akurat na tym na czym nam najbardziej zależy? Nie chcę by zrozumiano mnie źle – uważam, że należy w pewnym stopniu znać każdy aspekt języka, ale przede wszystkim należy wiedzieć do czego danego języka chcemy używać i dostosować naszą znajomość do wymogów rzeczywistości tak by nie tracić niepotrzebnie czasu na coś co nam się w najbliższym czasie nie przyda. Przykładów takiego dostosowania jest mnóstwo. Duży odsetek Xhosa nie potrafi czytać i pisać w swoim ojczystym języku, ale zupełnie nie przeszkadza im to w rozmowie. Mój mówiony afrikaans jest słaby, ale absolutnie nie wpływa to ujemnie na moją umiejętność czytania w tym języku, która jest dla mnie znacznie ważniejsza. Do czego zmierzam? Choć byśmy nie wiadomo ile ćwiczeń wykonali, natura języka polega przede wszystkim na jego użyciu w praktyce, a poziom znajomości przeważnie jest zależny od jego obecności w naszym życiu (patrz wcześniejszy artykuł pt. Ilu języków tak naprawdę potrzebujesz?). Tak jak już wspomniałem, warto przerobić przynajmniej jeden podręcznik, żeby mieć podstawy leksykalno-gramatyczne, ale nie można zapominać, że język to przede wszystkim jego praktyczne użycie. Dlatego jestem zwolennikiem nie tyle nauki co włączenia języka w swój życiowy rytm. Uczymy się pisać na forum poprzez pisanie na forum. Uczymy się mówić poprzez mówienie. Tego nie nauczą nas nawet najlepsze podręczniki i najbardziej wymyślne metody. Nie ma czegoś takiego jak droga na skróty. Wyobrażam sobie, że strach przed pisaniem na forum po angielsku może być przytłaczający, ale często jest to kwestia jakiejś kolejnej życiowej bariery, którą należy przekroczyć. Po co bać się czegoś czego pragniemy? Dlaczego nie robić tego czego pragniemy? Nikt za nas nie będzie pisać na forum. Nikt za nas nie będzie też rozmawiać. A to kiedy zaczniemy to robić w znacznie większym stopniu zależy od nas samych, a nie od naszej znajomości języka.

Angielski, niemiecki, norweski, hiszpański oraz francuski – jednocześnie

Parę dni później otrzymałem maila od Jacka, który tak opisał swoją znajomość języków obcych:

Angielski – nauczony głównie z filmów z napisami. Polskimi oczywiście. Jeszcze wcześniej z zamiłowania do Linuxa. Cała dokumentacja po angielsku więc czytanie i próba zrozumienia treści . O dziwo na przemienne korzystanie z tych dwóch źródeł pomogło mi na w miarę sprawny kontakt w tym języku.

Niemiecki – 4 lata w szkole podstawowej i 5 lat średniej. Generalnie forma nauczania wszystkim znana. Wkuwanie słówek i zaliczanie gramatyki jakiś tam efekt przyniosło ale żebym był z tego jakoś zadowolony to nie bardzo. „Dogadać" się potrafię ale dużo mi jeszcze brakuje.

Norweski – po znakomitym kursie(…). Poziom A1-A2. W planie rozszerzenie tego zagadnienia. Obecnie podjąłem pracę w Norwegii więc będę miał gdzie się rozwijać 🙂

Następnie Jacek zadał pytania:

Rozbudowane pytanie numer 1.
W jednym z wpisów na blogu polecałeś kurs Assimil. Niestety nie mam do tego zbytniego dostępu więc chciałbym zasięgnąć opinii co zakupić. Czy dwa kursy z polskim lektorem czy może obcojęzyczną. Na domiar tego obcojęzyczna ma dwie opcje:
angielsko-niemiecka
http://fr.assimil.com/methodes/german
albo
niemiecko-angieska
http://fr.assimil.com/methodes/englisch-ohne-muehe
Wszystko po to aby mniej więcej wyrównać poziom tych dwóch języków.
Z której opcji byś skorzystał w takiej sytuacji? (…) Bo generalnie to angielski i niemiecki w miarę ogarniam a dostępne są podręczniki z Assimila do francuskiego i hiszpańskiego… Więc jakby wszystkie cztery języki za jednym podejściem przeanalizować? Angielsko-feancuski i niemiecko-hiszpański. Sam nie wiem czy to dobry pomysł.
Daj znać jak Ty to byś widział.

Po pierwsze – lektorzy w podręcznikach Assimil to zawsze rodowici użytkownicy języka, jakiego się uczymy, więc to jaką wersję językową wybierzemy nie gra tak naprawdę dużej roli. Po drugie – jako że po angielsku potrafisz się porozumiewać to odpuściłbym sobie przerabianie kolejnego podręcznika dla początkujących i większą uwagę skupił na źródłach pozainformatycznych (dokumentacje są pisane językiem specyficznym mającym niewiele wspólnego z tym, czego używamy w codziennej komunikacji) oraz ewentualnie przerobił jakieś repetytorium gramatyczne. Po trzecie – nie polecam się językowo rozdrabniać. Mimo niesłychanie interesującej intelektualnie przygody, jaką jest nauka kolejnych języków obcych muszę powiedzieć, że znacznie sensowniejsze wydaje się szlifowanie 240px-Flag_of_Norway.svgjednego do wysokiego poziomu niż nauka kolejnych do poziomu A2/B1, a następnie ich zapomnienie ze względu na brak czasu, w którym można ich użyć. Równoległa nauka kilku języków to przedsięwzięcie tyleż ambitne co nieefektywne. O ile można starać się utrzymać kilka języków na znośnym poziomie (choć też zajmuje to sporo czasu – nasuwa się pytanie czy warto?), o tyle poczynienie postępów wymaga już sporych nakładów czasu – godzina dziennie, wbrew temu co niektórzy optymiści twierdzą, to moim zdaniem minimum.
Osobiście skupiłbym się na norweskim (mieszkasz w Norwegii, ciężko o lepsze warunki), szlifując przy okazji angielski. Gdy starczy Ci czasu i gdy osiągniesz wysoki poziom w tych językach podszedłbym do niemieckiego. Z innymi językami poczekałbym jeszcze przez przynajmniej dwa lata.

Mniej rozbudowane pytanie numer 2:
W jednym z wpisów polecasz podręczniki wydawnictwa Wiedza Powszechna. Mam jeden do norweskiego. Dobry, z tym tyko że ja posiadam Język norweski dla początkujących a Ty polecasz serię Mówimy po… . I tu rodzi się pytanie… Który lepszy?

O ile mi wiadomo wydawnictwo nie ma w swojej ofercie książki „Mówimy po norwesku", a „Język norweski dla początkujących" jest jedynym dostępnym tytułem. Nigdy jednak nie zawiodłem się na publikacjach Wiedzy Powszechnej i książka powinna Ci dobrze służyć jako baza do dalszego kontaktu z językiem. Od tego czy posiadamy dobre materiały dydaktyczne dużo ważniejszy jest jednak sam proces nauki i używania języka. Bardzo często problem ludzi polega na tym, że zbyt długo szukają konkretnych materiałów, podczas gdy mogliby ten czas przeznaczyć znacznie produktywniej. Dlatego polecam już dziś spędzać nad swoim norweskim przynajmniej godzinę dziennie – w ciągu pół roku powinieneś zrobić naprawdę spore postępy.

Lektura dodatkowa

Powyższe odpowiedzi w dużej mierze są oparte na tym co zawarłem we wcześniejszych artykułach, jakie ukazały się na Woofli, które polecam przeczytać wszystkim osobom zainteresowanym moją opinią na temat nauki języków obcych.
Praca własna z tekstem oraz audio gdy brak podręcznika
Nauka języka bez podręcznika czyli część 2 – czytanie
Myśl samodzielnie i nie patrz na innych czyli krytyka poliglotów
Ilu języków tak naprawdę potrzebujesz
Ilu języków warto się uczyć jednocześnie
Najlepsza rada dotycząca nauki języków obcych

[MN31] Dobry podręcznik do nauki języka obcego – gatunek na wymarciu?

Jak rozpoznać ‚dobry’ podręcznik do nauki języka obcego?

Zastanawiam się czasem, co sprawia, że z jednych podręczników uczymy się chętnie, a już na samą myśl o innych szukamy najbliższej niszczarki do papieru. Jak zatem rozpoznać dobry podręcznik?

Nim jednak zakasam rękawy, by zabrać się do odpowiedzi na to pytanie, wpierw oddam głos satyrykowi – Jackowi Fedorowiczowi:

„Instruktarz dla bibliofilów:

(…)„W wypadku, gdy nie znamy autora, nic nam nie mówi tytuł, a na czytanie fragmentów nie mamy czasu, należy dokładnie obejrzeć książkę i ocenić z punktu widzenia staranności edytorskiej. Sztywna okładka, dobry papier i czytelny druk winny być dla nas ostrzeżeniem: uwaga, to nie musi być wcale dobre. Następnie rzucamy okiem na nakład. Jeżeli pozycję wydano w dwustu tysiącach egzemplarzy – książkę odkładamy.  Jeżeli nakład wyraża się cyfrą dziesięciu tysięcy – możemy kupić. Jeśli zaś książka wydana jest na fatalnym papierze, nie ma ozdobnej obwoluty i wydano ją w ilości trzech tysięcy egzemplarzy – kupujemy natychmiast mając pewność, że to będzie bardzo dobra książka.”

Jacek Fedorowicz; „W zasadzie ciąg dalszy” (1978)

Niestety jest to prawda nadal aktualna, dobry podręcznik, to niekoniecznie wolumin w świecącej oprawie, wypełniony zdjęciami aktorek i piosenkarzy oraz kolorowymi rubryczkami zdobiącymi kredowe arkusze papieru. Niestety, w związku z powyższym zwykle nie jest to również żaden (chciałbym się mylić) z popularnych podręczników używanych współcześnie na lekcjach języka obcego w szkole.

Moim zdaniem nie jest to również ‘publikacja’, w której ‘narracja’ (polecenia, wyjaśnienia gramatyczne itp.) prowadzona jest w języku, którego z tej książki mamy się nauczyć. Podręcznika nie czyni dobrym fakt, że jest on napisany przez rodzimego użytkownika nauczanego języka, ani konieczność zapłacenia za komplet z ćwiczeniami dwustu złotych.

Kluczowego znaczenia nie ma również to, czy autor(ka) jest kobietą, mężczyzną, Polakiem czy Australijczykiem ani to, czy autorów jest kilku, nie determinuje tego również ich uniwersyteckie przygotowanie. Sprawą drugorzędną jest obecność (lub brak) płyty CD, słowniczka, czy podsumowania gramatycznego.

Co zatem sprawia, że podręcznik jest dobry?

-‚Dusza’ – coś, czego nie mają słowniki, rozmówki oraz podręczniki rekomendowane przez MEN.

Dobry podręcznik, to taki, który miałoby się ochotę przeczytać, gdyby był w całości po Polsku. Albo inaczej, to książka, którą z chęcią czytamy nawet wtedy, gdy służy nauce języka, którego nie zamierzamy się uczyć.

Jak można uczyć się języka z obcojęzycznych tekstów, których nie mielibyśmy ochoty czytać nawet, gdyby nie kosztowało nas to żadnego wysiłku tzn. byłyby napisane językiem, którym posługujemy się na co dzień w naszym, często szarym, życiu? Martwi mnie również to, jak często autorzy ignorują inteligencję sponsorujących ich ‘twórczość’ odbiorców zapełniając stronice swoich ‘dzieł’ biografiami Britney Spears, artykułami o GMO, czy nudnymi jak flaki z olejem dialogami z restauracji. Kto przy zdrowych zmysłach, z własnej woli chciałby o tym czytać? Żeby to chociaż było zabawne, zwykle jest jednak komicznie poważne.

Pamiętajmy jednak, że to, czy jakieś zagadnienie jest interesujące zależy w głównej mierze od osobowości autora, a w mniejszym stopniu do samego zagadnienia.

„Jeśli autor nie lubi ludzi, ludzie nie będą lubić jego opowiadań"

Dale Carnegie „How to win friends and influence people”


Podręczniki (prawie) jak ze snów

Dobry podręcznik to jednak coś więcej, niż zbiór opowiadań. Poniżej zamieściłem wypisy z kilku z moich ulubionych książek ‚drugiego’ kontaktu do nauki kolejno: angielskiego, kantońskiego oraz szanghajskiego. O ile do przerobienia pierwszej pozycji wystarczy nam znajomość języka polskiego, o tyle kolejne podręczniki przeznaczone są już dla czytelnika anglojęzycznego, i najlepiej przy tym mającego w swym życiorysie odhaczoną przygodę z językiem mandaryńskim.

Powyższa uwaga dobrze koresponduje do artykułu Karola, którego tytuł mówi sam za siebie Najpierw naucz się popularnego języka, żeby dotrzeć do tych mniejszych.

Broniarek uczy językówZygmunt Broniarek; „Broniarek uczy języków” – 365 dni z angielskim”Autor, którego metody często przywołuję w moich artykułach, nie tylko zwraca się do Czytelnika w sposób bezpośredni (dzięki czemu można poczuć się jak na pogawędce z dobrym znajomym) motywuje go do wysiłku, ale podaje też liczne wskazówki metodyczne i odnosi się do własnego, cennego doświadczenia. Książka, (choć zdecydowanie za krótka) jest genialnie wręcz opracowana pod względem ‚stopnia przetrawienia treści’: zawiera tłumaczenia cząstkowe zdań, autorską – prostą transkrypcję fonetyczna wykorzystująca litery polskiego alfabetu oraz łopatologicznie wyłożoną gramatykę. Pozycję mogę śmiało polecić również osobom, które dotychczas miały bardzo niewielką styczność z językiem angielskim – również seniorom.

Poniżej jeden z moich ulubionych tekstów – „dowcip. który można opowiedzieć w każdym towarzystwie" (str. 120-124):

Broniarek Z. Broniarek uczy języków – 365 dni z angielskim. Toruń : Wydawnictwo Adam Marszałek, 2011.

‚I'm sure you've heard jokes from all over the world. But have you ever heard a Swedish joke? The Swedes seem to have no sense of humor, but is it really true? I, for one, have heard at least one good Swedish joke. Here it is.

There once was a Swedish couple who owned a house in Stockholm. The lady of the house went for vacation somewhere in the Swedish countryside. She was calling her husband every evening to find out what was happening in the house. One day, when she asked him, what the situation was, her husband answered:

‚Your cat climbed on the roof, fell down and killed itself’.

The wife became very agitated and shouted:

‚How dare you tell me such tragic story in such a matter-of-fact manner? You should tell me the first day that my cat climbed on the roof, the second day that it fell down and the third day that it killed itself. In that case I would be psychologically prepared. By the way, how is my mother?’

‚She is sitting on the roof’.


Hugh Baker, Ho Pui Kei; “Teach Yourself Cantonese”

Teach Yourself Cantonese

Autorzy doskonale zbilansowali swoje niebanalne teksty i dialogi pod względem humoru, zawartości merytorycznej, doboru słownictwa, którego opanowanie daje poczucie satysfakcji oraz nietypowej tematyki (np.: relacja z egzaminu na prawo jazdy czy rozprawa sądowa). Doskonale wyczuli cienką granicę pomiędzy użytecznością a komizmem i absurdem, którym przesycone są również komentarze gramatyczne i liczne satyryczne rysunki sprawiające, że podręcznik przerabia się wręcz z przyjemnością i uśmiechem na twarzy.

Dużym plusem jest również… brak tłumaczeń  do większości kantońskich tekstów. To sprawia, że czytelnik musi włożyć sporo pożytecznego wysiłku, by rzeczywiście zrozumieć o co chodzi w dialogach i rozgryźć zastosowane konstrukcje gramatyczne.

Poniżej zamieściłem jeden z tekstów sprawdzających zrozumienie przerobionej porcji materiału. Co prawda w oryginale znajdziemy akurat jedynie jego wersję w transkrypcji fonetycznej (Yale romanization), ale Czytelnik wykazujący zainteresowanie oryginalnym zapisem języka kantońskiego za pomocą chińskich ideogramów (a to przecież jest najciekawsze) na podstawie wcześniejszych dialogów powinien bez problemu sporządzić jego transkrypcję ortograficzną, co też i ja poniżej uczyniłem. W prawej kolumnie tabeli wpisałem sporządzone przez autorów tłumaczenie historii na angielski, aby również Czytelnicy Woofli mogli się przekonać, czy jest to poczucie humoru, które i im odpowiada.

Baker H., Ho P.K. Teach Yourself Cantonese. London : Hodder Education, 2006.

str.242 (kolokwialny język kantoński; znaki tradycyjne)  str. 281-2

四五十年之前,嗰陣時上海算係一個好先進嘅大城市,但係中國其他好多城市同埋鄉下地方都重係好落後嘅。

Forty or 50 years ago Shanghai was considered a very advanced city, but many other cities and rural areas of China were still very backward.

一日,有一個鄉下人,李先生,有時要去上海探佢嘅朋友王大國。王先生住喺一間又大又靚,設備又齊全嘅酒店裡便。

One day a certain Mr Lee came up from the country with matters about which he needed to see his friend Wong Tai Kwok in Shanghai. Mr Wong lived in a large and beautiful hotel with all possible facilities.

李生嚟到酒店,喺大堂等王先生嘅時候,見到一個老太太慢慢噉行入一間房仔裡便。李先生未見過車立,所以佢唔知嗰架係車立嚟嘅。兩分鐘之後,房仔嘅門開咗嘞,一個又靚又後生嘅小姐行出嚟。

When Mr Lee got to the hotel and was waiting in the lobby for Mr Wong, he saw an elderly lady slowly walk into a tiny room. He had never seen a lift, so he didn't know that that was what it was. A couple of minutes later the doors of the little room opened and out walked a beautiful young lady.

李生開始嘅時候覺得好奇怪,然後佢就好開心噉話:「城市人真係先進嘞:下次我一定帶埋太太嚟。」

Mr Lee at first thought it very strange, but afterwards he said greefully; ‚The city folks really are advanced: next time I'll be sure to bring my wife with me.’


Lance Eccles;“Shanghai Texts” .

Bohaterowie tekstów w podręcznikach do języka chińskiego Shanghai Textsobecnych na polskim rynku zwykle przez pół woluminu przerzucają się zwrotami grzecznościowymi. Autor tego zbioru dwudziestu ciekawych (a często jednocześnie absurdalno – komicznych) z socjologicznego punktu widzenia tekstów do nauki języka szanghajskiego, których trudność rośnie w skali logarytmicznej, od pierwszego opowiadania szturmuje (z pożytkiem dla czytelnika) znacznie bardziej zaawansowanymi konstrukcjami. Liczne komentarze gramatyczne, porównawcze odwołania do  gramatyki i semantyki języka mandaryńskiego, to niewątpliwie siła tego skryptu. Za zaletę uważam również brak ćwiczeń i różnego rodzaju odwracających uwagę uzupełnianek, które dają zgubny komfort polegający na tym, iż uczącemu się może się wydawać, że nie musi drobiazgowo analizować tekstu będącego rdzeniem lekcji, bo i tak później jeszcze ‚zdąży’ opanować materiał. Największą wadą jest brak nagrań, których obecność w nauki przypadku nauki ‚dialektów języka chińskiego’ jest nie do przecenienia.

Nie raz komentujący nasze artykuły Czytelnicy utyskiwali na sztuczność podręcznikowych tekstów. Myślę, że omawiana praca jest ciekawym przypadkiem:

(…) The texts, recorded as spontaneous speech, were originally collected for grammatical analysis, a native speaker, Mei Jiayin, recording them impromptu. The unrehearsed nature of the recording meant that there were often structural breaks in the sentences, and so for the purpose of this publication the texts have been revised into a more ideal form. (…)

Lance Eccles

(…) The subject matter covered in the book is lively and informative. This is a welcome departure from most of the Chinese textbooks currently available, which are often dull and lacking in realistic portrayals of life in China". (…)

Profesor Kam Louie; Department of Asian Languages and Studies; University of Queensland

Poniżej zamieściłem jedną z moich ulubionych historii (tekst nr 7/20), którą znajdziemy w publikacji.

Eccles L. Shanghai Texts. MLS Macarthur Linguistic Studies No. 1, Western Sydney Univ., Macarthur (Australia). Language Acquisition Research Centre, 1997.

str. 117

(kolokwialny język szanghajski; znaki uproszczone)

str. 28 – 33

阿凡提请假

The Efendi asks for leave

阿凡提是新疆维吾儿族 传说当中 一个老聪明个人。伊专门呢,为穷人做好事体,帮穷人出气。

The Efendi is a very intelligent man in the legends of the Uygurs of Xinjiang. His specialty is doing good deeds for the poor, and avenging wrongs for the poor.

搿个故事呢,是讲阿凡提辣嗨文化大革命个辰光。伊呢受到批判,所以讲就拨人家弄到牛棚里去劳动。

The story is about the Efendi in the time of the Cultural Revolution. He was criticised and so was sent to the countryside [„into the cowsheds"] to do labour.

劳动呢,伊实在是做勒吃力煞勒。一年又一年搿能介做过去。呒没一天好休息。所以呢,伊觉着吃勿消勒。

The labour, to tell the truth, he did till he dropped from exhaustion. He did it like this year after year. There wasn't one single day he could rest. So he felt he couldn't stand it any more.

伊就帮队长请假。队长勿同意。队长讲:「侬必须天天要劳动。」

He asked the brigade leader for leave. The brigade leader didn't agree. The brigade leader said: ‚You must work every day.’

结果后头来有一天子呢,伊实在吃勿消勒。伊就呒没爬起来。

As a result, later there was a day when he really couldn't stand it any more. He didn't get out of bed.

到勒中浪向队长就来问伊勒。伊讲:「阿凡提,依今朝做啥呒没去劳动啊?」

At noon the brigade leader came to ask him about it. He said: ‚Efendi, why haven't you gone to work today?

伊讲:「我请过假勒。」

He said: ‚I've asked for leave.’

队长讲:「侬帮啥人请假个?」

The brigade leader said: ‚Who did you ask leave from?

伊讲:「我帮毛主席请假个。」

He said: ‚I asked Chairman Mao for leave.’

队长讲 :「侬那能帮毛主席请假法子啊?」

The brigade leader said: ‚How did you ask leave of Chairman Mao?’

伊讲:「喏,㑚勿是天天叫我对牢毛主席象早请示晏汇报末?葛末我就搿能介帮毛主席请假个呀 。」

He said: ‚Well, don't you tell me every day to ask for instructions and deliver reports morning and evening facing Chairman Mao's portrait? So I asked for leave from Chairman Mao in this way.’

队长一想也呒没啥闲话好讲。

The brigade leader thought for a moment but had no words at all to say.

葛末队长讲 :「侬帮毛主席请假末,毛主席讲啥物事啊?」

Well, the brigade leader said: ‚If you asked for leave from Chairman Mao, whad did Chairman Mao say?

伊讲:「毛主席讲让我休息五天。」

He said: ‚Chairman Mao said I should take five days off.’

队长讲 :「侬那能晓得毛主席讲让我休息五天啊 ?」

The brigade leader said: ‚How do you know Chairman Mao told you to take five days off?

伊讲:「喏,依看搿幅象:毛主席挥手我前进。毛主席一只手伸辣前头正好五只手指末头。搿个就是讲让我休息五天。」

He said: ‚Well, you look at this portrait: „Chairman Mao beckons me forward." [title of a commonly seen portrait of Mao] Chairman Mao is stretching forth one hand, exactly five fingers. This is saying that I should take five days off.
毛主席挥手我前进

毛主席挥手我前进

Chairman Mao beckons me forward

队长也呒没闲话好讲。只好跑脱勒  。

The brigade leader could say nothing at all. All he could do was walk off.


Wyznacznik dobrego podręcznika

Powyższe publikacje łączy nie tylko różny sposób ujęcia tematu wsi, marna, pod względem edytorskim, forma graficzna i niekiedy ledwie czytelny druk 😉 , ale przede wszystkim niewątpliwa pasja Autorów i autentyczna chęć przekazania Czytelnikowi wiedzy w sposób nietuzinkowy, a przeto skuteczny.

Mój wybór dowcipnych, żartobliwych historii może razić niektórych Czytelników, ale to właśnie trening oparty na perfekcyjnym (> pamięciowym) opanowywaniu tego typu krótkich opowiadań przybliża do biegłej znajomości języka.

Warto zaznaczyć, że cokolwiek innego niż rzeczywiście biegła znajomość (rozmowa na tematy fachowe; opowiadanie żartów; zabawa słowem) ma śladową przydatność w pracy dyplomaty. Ktoś ledwie dukający po chińsku, fińsku czy birmańsku może wzbudzić u rozmówców życzliwe zainteresowanie, na zasadzie “ciekawostki przyrodniczej”, ale głębszy kontakt trzeba budować inaczej, przez język, który się naprawdę dobrze zna.

Piotr Kozłowski – Peterlin 10. Języki obce w pracy dyplomaty


Kilka pozycji na koniec

Oto podręczniki, które z przyjemnością przeczytałem, pomimo, że nigdy ‚na poważnie’ nie uczyłem się ani łaciny, ani francuskiego:

Francuska gramatyka na wesoła

Łacina bez pomocy Orbiliusza

Lidia Winniczuk; „Lingua Latina – Łacina bez pomocy Orbiliusza”

Ogromna dawka gramatyki, analiza uproszczonych, klasycznych tekstów, satyryczne ‚wstawki’ i rysunki. Jednak w moim odczuciu trochę za mało ‚pełnometrażowych’ groteskowych opowiadań.

Anne Varen; „Francuska gramatyka na wesoło”

Autorka tej, napisanej prostym, lecz barwnym językiem, gramatyki wręcz ‚jedzie po krawędzi’. Już z pierwszym rozdziale zapoznamy się ze zwrotami ;): Elle a les fesses molles. (‚Ona ma miękkie pośladki’); czy Tu est très belle, mais tu as un mari jaloux. (‚Jesteś bardzo piękna, ale masz zazdrosnego męża’.) Niestety brak dłuższych tekstów (z wyjątkiem ‚średnich’ kawałów – nie umywających się do tych podanych wcześniej) oraz cząstkowych tłumaczeń – w trudniejszych zdaniach osobie początkującej trudno jest się zorientować, co które słowo oznacza.


Czasopisma

Warto również zwrócić uwagę na serię czasopism – zbiorów artykułów, w których pooznaczano mniej popularne słowa czy zwroty, a na dole podano ich polskie wyjaśnienia. Do każdego tekstu są dostępne pliki mp3 do pobrania. Mam kilka egzemplarzy z tej serii wydawniczej, co prawda żaden z artykułów mnie nie rozgrzał (za bardzo przypominają mi teksty ze współczesnych szkolno – akademickich podręczników), ale znam osoby, które korzystają z tego typu pozycji właśnie m.in. ze względu na fakt, że nie muszą tracić czasu na poszukiwanie nieznanych słów w słowniku, wystarczy, że zerkną na dół strony.

Dotychczas ukazały się serie wydawnicze pomocne przy nauce następujących języków:

Jak chłopaki z PWRD " nie polecam, nie popieram, nie zachęcam [ale i nie zniechęcam] po prostu stwierdzam", że coś takiego jest. Ale czy reklamowanie czasopisma artykułem poświęconym sylwetce przedstawiciela tzw. „dobrej zmiany" to rzeczywiście zachęta do nauki języka obcego, czy raczej do rychłej emigracji tam, gdzie się go używa na codzień? No, chyba że byłby to artykuł w stylu tego opowiadania z Mao Ze Dong'iem 😉 w tle .
Pozostaje mi jedynie zachęcić do „dobrej rozmowy" (w komentarzach) na temat Waszych ulubionych podręczników.
W kolejnych artykułach pokażę co zrobić, gdy już przerzucimy ostatnią stronę podręcznika tzn. jak samodzielnie radzić sobie z pełnometrażowymi tekstami w języku obcym.

Zobacz również:

Jakie materiały warto czytać?

Podręcznik jak ze snu

Chcesz opanować podstawy języka obcego? Wypróbuj metody Assimil

Jak ja to robię, czyli podręcznik po podręczniku

Najpierw naucz się popularnego języka, żeby dotrzeć do tych mniejszych

Co jest potrzebne do nauki?

Demony głupoty – część 1 


Temat użyteczności podręczników ze względu na ergonomię poruszyłem w artykule:

[MN7] Jak, z głową, wybierać materiały do nauki tak, aby nie męczyć się … bez potrzeby?

Wszechobecne wulgaryzmy

Shakespeare-portrait-510px-2W akcie drugim, w scenie drugiej wielkiego dzieła Szekspira pt. „Hamlet” Poloniusz pyta tytułowego bohatera „What do you read, my lord?”. W odpowiedzi słyszy „Words, words, words”. To właśnie słowa są kwintesencją języka, a także potężnym narzędziem w komunikacji międzykulturowej.

Z doświadczenia wiem, że dla początkujących osób uczących się angielskiego, najciekawszym aspektem języka są wyrazy obraźliwe, czyli tzw. wulgaryzmy. Jednakże wbrew powszechnemu przekonaniu, przykłady antyjęzyka nie występują jedynie w filmach czy w mowie potocznej. Znaleźć je można również w sztuce Szekspira pt. „Romeo i Julia”, w przekładzie Macieja Słomczyńskiego z 1983 r. Czy jest to tłumaczenie poprawne, czy może wyolbrzymienie oryginalnych słów wielkiego poety z czasów elżbietańskich? Odpowiedź można znaleźć w dalszej część artykułu.

Na wierność przekładu ma wpływ wiele czynników. Jednym z nich jest kultura, która jest nierozerwalnie związana z tłumaczeniem. Tłumacz postrzega rzeczywistość z perspektywy swojej kultury. Jest to szczególnie zauważalne w wyborach leksykalnych, które zasadniczo wpływają na przekład tekstu źródłowego na język docelowy oraz w sposobie rozumienia i przekazania oryginalnej wiadomości.

Biorąc pod uwagę, że tragedia Romeo i Julia została napisana przez Szekspira ponad 400 lat temu, nie dziwi fakt, że sztuka jest jedną z najchętniej tłumaczonych tragedii Szekspira. Jednakże aby poprawnie przeanalizować i zrozumieć treść przekładu należy najpierw zrozumieć pojęcie ekwiwalencji.

Nida był pierwszym lingwistą, który miał znaczący wpływ na rozwój teorii przekładu. Jego dzieło pt. A Synopsis of English Syntax było dogłębną analizą języka. Jako pierwszy wprowadził pojęcie ekwiwalencji, które do dziś jest respektowane. W szerokim znaczeniu ekwiwalencja jest to równoważność znaczenia. W kontekście teorii przekładu ekwiwalencja jest to „zachowanie względnego podobieństwa kognitywnego, semantycznego, stylistycznego i komunikacyjnego zawartej w oryginalnym tekście informacji” (1).
W akcie drugim, scenie czwartej, Mercutio mówi do Benvolia: „a very good whore!” (2). Słowo „whore” ma bogatą historię. Jest kojarzone ze staroangielskim hōre, ma powiązania z holenderskim hoeri niemieckim Hure (3). ‘Whore’ jest prawdopodobnie niemieckim eufemizmem słowa, które nie przetrwało do dnia dzisiejszego. Niektóre ekwiwalentne słowa w innych językach mają również swoje źródła w słowach, które oryginalnie nie miały negatywnego zabarwienia. Walijskie ‘whore’ przeszło od starofrancuskiego prawdopodobnie przez średnioangielski i czeski nevestka, jako zdrobnienie od nevesta ‘panna młoda’. Niemieckie dirne oryginalnie znaczyło „dziewczyna, dziewka, dziewoja”. Greckie porne ‘prostytutka’ jest powiązane z pernemi ‘sprzedawać’, ponieważ oryginalnie oznaczało niewolnicę sprzedawaną w celach seksualnych; łacińskie meretrix oryginalnie oznacza ‘osobę otrzymującą zarobki’. Słomczyński tłumaczy mniej subtelnie język Szekspira, „jaka przedobra kurwa!”. Niewytłumaczalny błąd dotyczy „whore” i jego polskiego odpowiednika „kurwa”. Słomczyński tłumaczy słowo zbyt dosłownie. Zdaje się nie być świadomym subtelności języka Szekspira, który daleki był od stosowania wulgaryzmów i wyuzdanych, seksualnych implikacji. Tłumaczenie pokazuje brak ekwiwalencji do oryginału. Jeśli tekst nie jest ekwiwalentny, nie przeniesie polskiego czytelnika bliżej kultury i języka Szekspira.

Oczywiście w tekście dramatu możemy znaleźć wiele przykładów wulgaryzmów, które nie powinny się tam znaleźć. Dlatego też, osoba, która analizuje język Szekspira nigdy nie wybrałaby przekładu Słomczyńskiego ze względu na liczne przykłady braku ekwiwalencji. Bo czy niedoświadczony czytelnik zastanawia się nad wyborem tłumaczenia? Czy jest świadomy tego, że nawet znane tłumaczenie nie musi być modelowe, a wręcz zawiera liczne błędy? Należy zawsze zweryfikować uznane przekłady pod kątem naszej wiedzy z dziedziny językoznawstwa, a zwłaszcza sztuki przekładu.


Bibliografia

  1. Hatim, B., Munday, J. Translation: An Advanced Resource Book, Routledge, New York 2004. s. 117
  2. Shakespeare, W., Romeo and Juliet, Wordsworth Classics,Great Britain 2000, s. 67  
  3. Wehmeier, S. (chief ed.), Oxford Advanced Learner’s Dictionary of Current English, seventh edition, Oxford University Press, Oxford 2005 s. 2005
  4. Harper, D., Online Etymology Dictionary2001-2010.
  5. Shakespeare, W., tłumaczenie M. Słomczyński, Romeo i Julia, Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 2008, s. 54

Autorką tekstu jest dr Anna Bielska – wykładowca w Lingwistycznej Szkole Wyższej w Warszawie

Czy język niemiecki jest trudny?

klawisz_niemieckiNad trudnością języków rozwodziło się już wielu autorów Woofli, dlatego tym razem ja również nie pozostanę dłużny. Karol i Karolina świetnie wytłumaczyli w swoich artykułach, dlaczego kwestia zawiłości poszczególnych języków jest bardzo subiektywna i zależy od wielu czynników zewnętrznych. Z tego powodu, nie poświęcę dużo miejsca samemu pojęciu trudności, ale postaram się porównać niemiecki do innych języków, skonfrontować go z tym, co (zakładam, że większości, a nawet wszystkim Czytelnikom) jest już znane, czyli angielskim oraz naszą piękną  mową ojczystą. Tym samym rozpoczynam nowy cykl, który zatytułowałem „Łatwy, trudny, trudniejszy. Ale który wybrać?”

Język a społeczeństwo

Należy na początku wspomnieć, że po niemiecku nie mówi się jedynie w Niemczech, ale również w Austrii, Szwajcarii, Liechtensteinie oraz Belgii (w gminie Eupen). Co ciekawe, odmiany tego języka w każdym ze wspomnianych krajów różnią się od siebie w znacznym stopniu. Ponieważ jednak Niemcy są największe, pozwolę sobie skupić się na standardzie używanym właśnie tam. Jak podają źródła słowo „Niemcy” pochodzi od wyrazu „niemy”, „niemówiący”. Najprawdopodobniej nazwano ich tak, ponieważ język, którym posługiwali się nasi sąsiedzi, był diametralnie inny i niezrozumiały dla Słowian. W opinii większości Polaków język niemiecki jawi się do dziś jako trudny, a nasze myśli nierzadko zdążają przy okazji, nierzadko przymusowej, nauki w kierunku historycznych zaszłości, które komplikują wzajemne stosunki po obu brzegach Odry. Niniejszym artykułem spróbuję więc poprawić opinię na temat języka naszych sąsiadów i pokazać, że język ten wcale nie jest tak straszny jak to się na pierwszy rzut oka wydaje. Jak napisałem powyżej, przyrównam, albo raczej spróbuję przyrównać, go do języka angielskiego. W tym miejscu chciałbym przypomnieć (często zdarza się, że ludzie o tym zapominają), iż zarówno angielski, jak i niemiecki należą do tej samej grupy języków germańskich. Pomimo że są od siebie obecnie dość odmienne, to posiadają mnóstwo cech wspólnych, których nie zatarła historia. Pozostałości tradycyjnych germańskich konstrukcji są nadal widoczne we współczesnej angielszczyźnie, czego najlepszym dowodem są odmiany czasownika „to be” oraz zaimka „who"-„whose"-„whom". Można łatwo zauważyć, że podwaliny jej gramatyki oraz słownictwo tworzące trzon języka są bardzo podobne do tego co spotykamy w niemieckim. 

 

Z rodzajnikami rozprawa

Według mnie cała sprawa z rodzajnikami jest… banalnie prosta. Samo nasze nastawienie do używania i nauki rodzajników ma spore znaczenie – powinniśmy traktować je jako przyjaciół-pomocników, którzy ułatwiają nam życie, nie przeciwnie. Myślę, że pocieszającym dla innych będzie fakt, iż w języku angielskim również występują rodzajniki. Nieraz słyszałem i czytałem opinie o tym, jakie to te rodzajniki są trudne, i jak ich jest dużo, i jak strasznie ciężko się ich używa i rzekomo jedynie native speakerzy potrafią ich poprawnie używać (chodzi zarówno o angielski, jak i o niemiecki). Dosłownie spędzają sen z powiek Polakom uczącym się obu języków. Wszystko zaczyna się jednak tak naprawdę w naszej głowie. Kwestią niezaprzeczalną jest, iż dla Polaków rodzajniki stanowią rzecz najczęściej nową, której muszą się nauczyć, a później pamiętać, by się do niej stosować, ale absolutnie nie jest to coś niemożliwego do opanowania. Jak to mawiają: Gdyby nie to ‹‹der, die, das››, to… by nie było nas. Ucząc się niemieckiego dość często można zauważyć związek pomiędzy rodzajnikiem a określanym przezeń rzeczownikiem. Szczerze powiedziawszy, pomimo że naukę tego języka rozpocząłem w szkole, to nikt mnie na to nie „naprowadził”. Pamiętam, gdy dostałem olśnienia, podczas pisania jakiegoś listu i zacząłem łapczywie sprawdzać niektóre odmienne części mowy – miałem rację. Teraz rozumiem, dlaczego wielu matematyków tak bardzo lubi niemiecki. Jest to bowiem bardzo logiczny język i aż prosi się, aby wszystkie rządzące nim reguły przedstawić w formie tabeli.

Poniżej w tabeli porównam odmianę kilku zaimków dzierżawczych i osobowych z odmianą rodzajników określonych.

rodzajniki_niemieckieTab. 1.: Rodzajniki określone odmienione we wszystkich przypadkach.Tymi samymi kolorami w tabeli zaznaczyłem rodzajniki, które pokrywają się ze sobą.

zaimki_osobowe_niemieckie

Tab. 2.: Zaimki osobowe odmienione w bierniku i celowniku. Zaznaczenia są takie same jak w poprzedniej tabeli. Na brązowo zaznaczyłem zaimki, które się nie pokrywają.

zaimki_dzierzawcze_niemiecki

Tab. 3.: Oznaczenia pozostały bez zmian.
Dodatkowo chciałbym przypomnieć, że przecież w naszej mowie ojczystej też występują rodzaje. Każde słowo ma swój rodzaj, ale jest on „wbudowany” w rdzeń słowa, a my uczymy się jak takie rodzaje rozpoznawać, co, w mojej opinii, jest dużo trudniejsze niż nauczenie się rodzajników, które wskazują nam na rodzaj używanego słowa.

 

Future Perfect Simple in the Past, Plusquamperfekt, Imperfekt, Past Continuous… Co tu wybrać?

Skończyłem część z rodzajnikami, więc nadszedł czas…na czasy! Podobnie jak z rodzajnikami, mnóstwo osób narzeka na mnogość czasów w języku angielskim. Dlatego przychodzi nam z odsieczą, ponownie, język niemiecki! Rzekłbym, iż na czasach niemiecki „odbija sobie” trud nauki rodzajnika przy każdym słowie. Język niemiecki ma tylko sześć czasów, z czego dwa najczęściej spotyka się jedynie w oficjalnych pismach lub dziełach literackich. Z relacji moich znajomych wynika, że na co dzień używa się tak naprawdę dwóch lub trzech. Dodatkowo cały system następstwa czasów jest dokładnie uporządkowany, dlatego nie ma potrzeby wkuwania dziesiątek reguł na pamięć. Czasów jest zaledwie sześć. Czy ta liczba nie brzmi przyjemnie w porównaniu z kilkunastoma, jakie można napotkać w mowie angielskiej? Na wielką szóstkę składają się: czas zaprzeszły (Plusquamperfekt), przeszły złożony (Perfekt), przeszły prosty (Imperfekt), teraźniejszy (Präsens), przyszły (Futur I) oraz przyszły dokonany (Futur II). Początkowo większość uczących się jest przerażona budową tych czasów oraz tym jak one funkcjonują, ale odpowiednio szybko można się do tego przyzwyczaić. Dzięki szykowi składni niemieckiej zawsze wiemy, gdzie znajdzie się czasownik, a dzięki tak sztywnemu schematowi dużo szybciej dochodzi do automatyzacji procesu myślowego. Wiele osób trwoży się też na widok czasowników rozdzielnie złożonych. Te ostatnie są dla Polaków czymś zupełnie nowym, dla Niemców natomiast chlebem powszednim. Jak już wspominałem, angielski wywodzi się z tej samej grupy językowej co niemiecki, dlatego tam obserwujemy podobne zjawisko. Konkretnie chodzi mi o przyimki, które stawia się na końcu zdań. Dotyczy to chociażby czasowników, w których formę bezokolicznika współtworzy przyimek użytych w zapytaniach. Pozwolę sobie podać przykład:

What did you step on? – Na co nadepnąłeś?

Ta sama sytuacja następuje, gdy używamy frazeologizmów w języku angielskim w trybie oznajmującym. Znów przykłady:

He turned the TV on. – On włączył telewizor.

You should leave it off. – Powinieneś dać sobie z tym spokój.

I wish he would cheer up. – Życzyłbym sobie, by on się rozweselił.

W celach porównawczych podam kilka przykładów w języku niemieckim:

Ich höre dir zu. – Słucham Cię.

Ich steige aus der Straßenbahn aus. – Wysiadam z tramwaju.

Die Schule fängt am 1. September an. – Szkoła rozpoczyna się 1 września.

Abends geht Peter mit seinen Freunden aus. – Wieczorami Piotr wychodzi ze swoimi przyjaciółmi.

 

Iś hajse Pejter. Und du? 

Co przychodzi Ci na myśl, gdy słyszysz Niemca mówiącego w swoim języku ojczystym? Drapanie paznokci po tablicy? Krzyczącego ze złością faceta? A może piękny, melodyczny i gładki język? Nie warto się rozwodzić nad osobistymi preferencjami, bo jest to kwestia gustu.. Należy jednak parę słów poświęcić niemieckiej fonetyce. Myślę, że w stosunku do brytyjskiej, czy też amerykańskiej, jest dużo prostsza, gdyż w o wiele większym stopniu uporządkowana. Niemcy nie boją się wymawiać twardo i wyraźnie każdej głoski w wyrazie, nawet zbitek twardych dźwięków, wręcz przeciwnie – oni są z tego dumni. Również głoski długie są wymawiane bardzo dokładnie, lecz Polacy mają tendencję do skracania głosek długich i wydłużania głosek krótkich. Jest to spowodowane występowaniem iloczasu, który w mowie germańskiej prężnie działa, a w języku polskim zanikł około czterystu lat temu. W języku angielskim występuję dość sporo dźwięków, których w naszej ojczystej fonetyce człowiek nie uświadczy. Natomiast w fonetyce niemieckiej większość dźwięków pokrywa się z polskimi, jest oczywiście niewielka grupa dźwięków nowych dla Polaków. Zdecydowanie najbardziej popularne to, zapisywane za pomocą znaków diakrytycznych: ä (ae), ö (oe), ü (ue) oraz ß (ss); przez swoje występowanie zmieniają również brzmienie innych fonemów stojących przed lub za nimi, ale większość uczniów radzi sobie z tym bardzo szybko. Warto w tym miejscu przypomnieć też, że część przyrostków w wyrazach jest zawsze akcentowana, a część nie. Do przyrostków akcentowanych należą: ab-, an-, auf-, aus-, ein-, mit-, statt-, teil-, vor-, weg-, zu-, zusammen-, zurück-; tymczasem do nieakcentowanych: be-, ge-, emp-, ent-, er-, miss-, ver-, zer-. Jest to bardzo przydatne, gdyż jeśli znamy przynajmniej pierwszą grupę przyrostków (czyli akcentowanych), to możemy bardzo ułatwić sobie zapamiętywanie czasowników rozdzielnie i nierozdzielnie złożonych. Wszystkie czasowniki rozdzielnie złożone poznajemy po tym, że zawsze akcentowane są na pierwszą sylabę, czyli na ich przedrostek – stąd wniosek, że jeśli nauczymy się prefiksów akcentowanych, to będziemy w stanie rozpoznawać czasowniki rozdzielnie złożone bez zaglądania do słownika. Wiąże się to również z kolejnymi korzyściami – jeśli znamy prefiksy nieakcentowane, to nie ma potrzeby ponownego zapamiętywania, którym czasownikom nie dodajemy przedrostka ge- podczas tworzenia imiesłowu czasu przeszłego Perfekt (Perfekt Partizip II).

 

1. Obserwacje; 2. Wniosek

Mowa naszych zachodnich sąsiadów, wbrew powszechnej opinii, nie powinna być dla nas tak straszna. O ile nie przeraża nas już tak bardzo język angielski, o tyle niemiecki nadal pozostaje w strefie języków powszechnie uważanych za trudne – mam nadzieję, że choć trochę zmieniłem ten wizerunek. Cały język porównałbym bowiem do praw matematyki razem wziętych: wszystko jest w nim logiczne, jedno działanie jest następstwem drugiego, brak jest niejasności. Jak to mówią: Ordnung muss sein, Punkt! (tego chyba nie muszę już tłumaczyć). Jeśli są jakiekolwiek pytania do mojego artykułu, to proszę o wpisanie ich w komentarzach – postaram odpowiedzieć się na wszystkie; wyraźcie też, proszę, swoją opinię na temat zastosowanych przeze mnie form porównawczych. Wszystkim uczącym się bądź zaczynającym naukę niemieckiego życzę sukcesów w zgłębianiu jego wszystkich tajników.

 

Podobne artykuły: 

Idioma valencià, czyli język walencki

Japoński: z czym to się je?

Najtrudniejszy język świata

Najłatwiejszy język świata

O „łatwości" języka hiszpańskiego

 

Noworocznie i językowo o Polsce

Ledwo zdążył się człowiek obejrzeć, a tu już mamy Nowy Rok… Z tego powodu postanowiłem zakończyć cykl „O Comeniusach i polskiej szkole” miłym akcentem – tak, teraz będziemy się chwalić – tak, My wszyscy.

Mini rys historyczny

doyouJak pisałem już wcześniej w moim artykule o polskim szkolnictwie, wiele względów historycznych wpłynęło na realność nauki języków w polskiej codzienności. Począwszy od czasów PRL-u, gdy możliwość nauki języka angielskiego miała niewielka grupa społeczeństwa, aż do dzisiaj, gdy język ten jest wręcz niezbędny do pełnego funkcjonowania w globalnej wiosce. Jako społeczeństwo jesteśmy coraz bardziej świadomi korzyści, które niesie ze sobą znajomość języka Szekspira. Jednocześnie rośnie świadomość społeczna, z konieczności, czy też potrzeby znajomości więcej niż jednego języka obcego. Podobnie jak w modzie i gospodarce, trendy w nauce języków się zmieniają. Od starożytności po średniowiecze królowała greka i łacina. W okolicach XIII wieku rozpowszechniły się języki romańskie, zwłaszcza francuski, który na wyżyny został wyniesiony na przełomie XVI i XVII wieku. Ciekawostką jest fakt, iż w XVII i XVIII wieku wzrósł „popyt” na naukę języka polskiego, stał się on jednym z głównych, poza francuskim, języków obcych używanych do komunikacji w Europie, co spowodowane było bardzo dobrą sytuacją gospodarczą w naszym kraju w tym okresie. W wieku XIX po języku Moneta pałeczkę przejęła Wielka Brytania, co było efektem słynnych wynalazków i odkryć geograficznych tego okresu, które zrewolucjonizowały współczesny świat. Od tego czasu, aż po dziś dzień język Watta i Edisona króluje na całym świecie.

Angielski i wyniki badań społecznych na świecie

Oczywiście tradycyjna angielszczyzna, o której wspominam powyżej, różni się zasadniczo od tej używanej przez nas w dzisiejszych czasach. Jest to wynik ewolucji języka, gdyż każdy język jest tworem żywym i plastycznym, zmienia się nieustannie, podobnie jak gospodarka. Wraz ze zmianami, które zachodziły w naszym kraju, możemy zauważyć, iż znajomość języków obcych w Polsce się poprawia , ba – jeśli chodzi o język Królowej Elżbiety, to zdecydowanie wyprzedzamy pozostałe kraje w światowych rankingach. Według EF English Proficiency Index [Indeks Biegłości Języka Angielskiego EF Education First – tłum. aut.] przeprowadzonego w ponad 70 krajach całego świata za pomocą specjalnych testów, w których udział wzięło ponad dziewięćset tysięcy osób z całego globu, wykazano, iż Polska znajduje się na 9. miejscu w rankingu. Wyprzedzają nas tylko kraje nordyckie i Luksemburg; natomiast poza ścisłą dziesiątką pozostają sławetne Niemcy i Francja. Myślę, że znajomość języków obcych ma pewne odbicie w sytuacji ekonomiczno-gospodarczej danego kraju. Po czasach PRL-u Polska była i jest krajem, który rozwija się najszybciej w porównaniu z innymi krajami będącymi pod dominacją ZSRR. Tak samo w ciągu ostatnich 30 lat znajomość języka angielskiego zdecydowanie wzrosła, a również poziom rośnie. Jedynym państwem, które dorównuje naszym osiągnięciom w tym zakresie, są Węgry. Jednocześnie należy nadmienić, iż, analogicznie do zjawisk ekonomicznych, o te wartości należy dbać, ponieważ zaniedbywane mogą zanikać.
Ranking ten miał również wykazać średni poziom znajomości angielszczyzny w krajach. W Polsce utrzymuje się on w okolicach przełomu B2 oraz C1, z tendencją wzrostową – jest to wynik bardzo pozytywny. Dzięki temu większość osób w naszym kraju jest w stanie przeprowadzić rozmowę na całkiem wysokim poziomie na bardzo dużą ilość tematów; jest to tzw. samodzielność językowa. Choć w naszym społeczeństwie przez cały czas pozostaje gros osób, których poziom znajomości angielskiego może pozostawiać wiele do życzenia, to grupa ta się zmniejsza. Jak wiadomo, najważniejsza w nauce języka jest komunikatywność i wzajemne zrozumienie przekazywanych informacji.
Szczerze muszę przyznać (to tak w ramach językowo-życiowej ciekawostki), iż wraz z moimi znajomymi niejednokrotnie testowaliśmy w ten sposób kasjerów w różnych sieciówkach. Głównie w sieciach fast foodów, typu KFC lub McDonald's; zawsze bardzo ciekawiła nas ich reakcja na „obcokrajowca”, którym był jeden z nas zamawiający jedzenie w mowie nieojczystej. Zazwyczaj traktowaliśmy to jako rodzaj zabawy, a nie eksperyment, ale gdy teraz pochylam się nad tym językowym spojrzeniem, to stwierdzam, że nigdy nie zdarzyło się tak, aby nie udało nam się zamówić jedzenia, choć niejednokrotnie słyszeliśmy też język bardzo pokaleczony, ale wciąż komunikatywny.

Znajomość języka sąsiadów w Polsce

Język niemiecki, pomimo nie najlepszej historii, która łączy nas z Niemcami, jest bardzo żywy w naszym kraju. Według danych Instytutu Goethego Polska jest krajem, w którym najwięcej osób na świecie uczy się języka Beethovena, liczba ta przekracza 2 miliony osób. Jednocześnie jest to najchętniej wybierany drugi język w gimnazjach i liceach. Chociaż, nie wiadomo dlaczego, dla Polaków język naszych sąsiadów zdaje się trudny, to wyjątkowo dużo osób postrzega go pozytywnie, jako bardzo dobre narzędzie oraz szansę na zaistnienie w świecie wielkich firm i spółek. Pomimo że poziom niemieckiego jest znacznie niższy niż angielskiego, to nie da się ukryć, że w dalszym ciągu jest on dobry. Całą sprawę dodatkowo ułatwia fakt, iż język Edisona należy do grupy języków germańskich, dzięki czemu te dwa języki nawzajem się dopełniają. W tej chwili, myślę, że mogę stwierdzić, iż angielski wraz z niemieckim w naszej szerokości geograficznej są najważniejszymi dla nas językami. O dziwo jedynie Rosjanie doganiają nas pod względem liczby osób uczących się niemieckiego. Faktem, który mną samym wręcz wstrząsnął, jest natomiast liczba osób, które uczyły się języka niemieckiego w szkole – wynosi ona około 92%. Od lat 90. można zauważyć ogromny wzrost uczących się. W ciągu 25 lat, liczba mówiących w tym języku wzrosła ponad dwukrotnie. W tym wypadku uzasadniony zdaje się tytuł Polen ist Weltmeister im Deutschlernen [Polska jest mistrzem świata w nauce niemieckiego – tłum. aut.].

Résumé

Główne założenia Indeksu to:
1. Porównanie zarobków w danym kraju per capita z poziomem znajomości języków obcych. Badania wykazują, że im lepsza jest znajomość języków, tym wyższe są zarobki w danym kraju.
2. Społeczeństwo europejskie zdecydowanie najlepiej zna angielski w porównaniu z innymi częściami świata. W naszej części globu poziom angielskiego jest najwyższy. Jednocześnie badania wykazują, iż kobiety znają go lepiej niż mężczyźni.
3. Ilość inwestowanego czasu i wysiłku w naukę języka obcego niekoniecznie jest wprost proporcjonalna do efektów nauki. Na całym świecie zauważa się zróżnicowane poziomy, które nieustannie się zmieniają.
Jak już wspomniałem powyżej, najważniejszą funkcją języka jest komunikacja. Jeśli mowa, której używamy, jest nam znana nawet na niskim poziomie, i tak najważniejszą wartością pozostanie komunikatywność. Artykuł ten ma na celu uświadomienie nas wszystkich o tym, iż Polska nie jest tak bardzo zacofanym krajem, wręcz odnosimy sukcesy na arenie światowej; myślę, że informacja ta jest również bardzo dobrą motywacją do dalszej nauki. Można wziąć udział w teście firmy EF, który jest elementem wykorzystywanym w Indeksie jako jeden z respondentów.
Wchodząc w Nowy Rok tym artykułem, chciałbym życzyć w imieniu redakcji wszystkim Czytelnikom WOOFLi wielu sukcesów w nauce języków obcych, niekończącej się motywacji i szczęścia na nadchodzący czas roku 2016.


Podobne artykuły…

Angielski jako język globalny
Jak wiele można wynieść z polskiej szkoły, czyli mankamenty i problemy polskiej sceny edukacji językowej
O sławą objętych projektach (nie tylko) europejskich – Comenius, Erasmus i inne podróże językowe

Recenzja „Wielkiego zbioru ćwiczeń z języka angielskiego"

angielskiDzisiejszy artykuł poświęcę subiektywnej recenzji książki wydawnictwa Edgard pt. „Wielki zbiór ćwiczeń z języka angielskiego”. Czy jest to książka godna polecenia? Czy warto zainwestować w coś innego? Na te i poniższe pytania odpowiedzi znajdziecie poniżej.

Pierwsze wrażenie

Muszę się przyznać, ze gdy pierwszy raz miałam tę pozycję w ręku i ją przeglądałam, uznałam, ze coś jest nie tak. Być może to błąd druku – ale pomyślcie sami – poziomy językowe od A1 aż do C2 na 278 stronach? I gdyby to były tylko zagadnienia gramatyczne, oczywiście byłoby to zrozumiałe. Jednak okładka wyraźnie wskazuje, że znajdziemy tutaj testy i z leksyki, i z gramatyki. To była pierwsza rzecz, która wywołała moje zdziwienie, jestem raczej przyzwyczajona do książek, które odnoszą się tylko do jednego poziomu językowego bądź mniejszego przedziału typu A1-A2, co wydaje mi się bardziej użyteczne. Uznałam, że być może ta książka ma być inna i bogata treściowo, dlatego postanowiłam na to przymknąć oko. Drugą rzeczą, na którą od początku zwróciłam uwagę, jest bardzo ładne wydanie. Już tak mam, że lubię otaczać się ładnymi przedmiotami, a książki powinny wyglądać jak małe dzieła sztuki. Ta, którą proponuje wydawnictwo Edgard prezentuje bardzo ładną szatę graficzną. I o ile w przewodnikach górskich pożądane są zdjęcia pejzaży i to stanowi o szacie danej pozycji, o tyle w książkach językowych, które mają służyć nam do samodzielnej nauki, podstawą jest przejrzystość i forma prezentowanych treści. Pod tym względem jest to bardzo dobrze przygotowana pozycja, występuje jednolita czcionka, bez żadnych udziwnień ani diagramów, które mogłyby odwracać uwagę. Jeśli chodzi więc o ogólne pierwsze wrażenie, to oceniłabym tę pozycję na trójkę z plusem.

Co znajdujemy w środku?

wielki-zbior-cwiczen-z-jezyka-angielskiego-b-iext28827495Forma książki została bardzo dobrze przemyślana i zaprojektowana. W środku czeka na nas 287 stron, które podzielone są na dwa główne działy: ćwiczenia gramatyczne i ćwiczenia leksykalne. Na ćwiczenia gramatyczne składa się dwanaście rozdziałów, które są głównymi zagadnieniami, na przykład verb forms, prepositions, articles and determiners. Z kolei każdy taki mini dział zawiera ćwiczenia dostosowane do poziomu A1-A2, B1-B2 i C1-C2. Każdy poziom tworzy zbiór od pięciu do ośmiu ćwiczeń.  Ich liczba nie zależy od poziomu trudności, ale od złożoności danego zadania. Drugą część książki stanowią ćwiczenia leksykalne, gdzie znajdziemy dziewięć rozdziałów, na przykład everyday life, being healthy, travelling. Identycznie jak w dziale gramatycznym tutaj też występuje podział na poziomy językowe, każdy poziom składa się z od czterech do ośmiu ćwiczeń. I mały detal, który skradł moje serce, mianowicie w każdej części na poziomie A1-A2 polecenia są przetłumaczone na język polski, tak by ułatwić uczącym naukę. Jest to bardzo dobre rozwiązanie, a niestety wiele wydawnictw o tym zapomina.  Na końcu znajduje się klucz odpowiedzi, dzięki któremu jesteśmy sami w stanie sprawdzić nasze wyniki.

 

Przegląd ćwiczeń

Na temat ćwiczeń zawartych w książce mogę wyrazić się tylko pozytywnie. Pierwszy plus to różnorodność. Z jednej strony przeróżne formy ćwiczeń zawarte w książce zawdzięczamy kreatywności autorów, jednak z drugiej strony sam podział na poziomy wymaga, żeby testy wyboru znalazły się w dziale A1 – A2, natomiast na poziomie C1 – C2 mamy popis wszelkich ćwiczeń ze słowotwórstwa.  Znajdziemy tutaj między innymi  krzyżówki, testy wyboru, uzupełnianie luk, łączenie części zdania w pary i ćwiczenia z przekształcania słów podanych w nawiasie. Drugim atutem jest poziom ćwiczeń. Oczywiście książka zawiera jasny podział  na stopień zaawansowania języka, ale chodzi mi tutaj bardziej o dobranie odpowiednich słów do budowy zdań użytych w każdym poziomie. Gdy zerkamy na A1, widzimy słownictwo, które każdy spotyka, rozpoczynając naukę, więc nie ma możliwości, żeby dla kogoś okazało się to barierą. Tym samym eliminujemy ryzyko porażki na samym początku, kiedy to uzupełniając ćwiczenia gramatyczne, uczeń się zablokuje, ponieważ nie zrozumie zdania, które ma uzupełnić. I trzecia sprawa, o której nie mogę nie wspomnieć to fakt, iż książka zawiera ćwiczenia z transformacji i parafraz, które są niezbędne przy wszelkich egzaminach jak chociażby FCE.

 

Czas na leksykę

Część ze słownictwem wita czytelnika opracowanymi działami. W tej części najbardziej widać właśnie, że jest to zbiór testów,  tzn.  wybiórczych elementów, a nie ogółu.  Mam nadzieję, że może lepiej zobrazuję to na przykładzie działu culture and social life, gdzie na poziomie A1-A2 znajdują się ćwiczenia dotyczące social life, cinema, culture, literary genres i newspapers. Oczywiście te zagadnienia są jak najbardziej na miejscu. Jednak spójrzmy na ten sam dział na poziomie zaawansowanym, gdzie znajdują się music, literature i entertainment. I moja uwaga dotyczy właśnie tych zagadnień, które na poszczególnych poziomach się ze sobą nie pokrywają. To nawet nie jest zarzut z mojej strony, tylko rzuciło mi się to w oczy. Z drugiej strony trudno byłoby znaleźć książkę, która testuje naszą wiedzę z każdego zagadnienia leksykalnego na każdym poziomie – wtedy musiałoby to być opasłe tomisko 😉 Poza tym drobnym przytykiem, część leksykalna jest dla mnie bez zarzutu. Po raz kolejny zaznaczam, że osoby przystępujące do egzaminów językowych będą tym działem zachwycone, bo pozwala świetnie przygotować się do zadań typu word formation czy key transformation.

 

Podsumowanie

Moim zdaniem opisana wyżej pozycja będzie idealna przede wszystkim dla osób, które chciałyby przystąpić do egzaminów językowych, nauczycieli, lektorów, maturzystów i ambitnych samouków. Bogate słownictwo, szeroka gama ćwiczeń i przejrzystość formy sprawiają, że praca z książką to sama przyjemność. Jest to skarb dla nauczycieli języka, osób, które prowadzą swoje własne zajęcia. Idealnie przygotowane testy, które można wykorzystać na lekcjach bądź zainspirować się nimi do ułożenia własnego scenariusza. Tak naprawdę każdy, kto solidnie przyłoży się do rozwiązywania tych testów, ugruntuje swoją wiedzą i przyswoi nowe zagadnienia. Czy polecam? Tak, oczywiście. Mimo moich drobnych uwag i negatywnego nastawienia do książki na samym początku, finalnie oceniłabym ją na czwórkę plus 😉

 

Tytuł: „Wielki zbiór ćwiczeń z języka angielskiego. Testy gramatyczne i leksykalne."

Autorki: Katarzyna Wiśniewska, Samanta Wypych, Aneta Nowak

Wydawnictwo: Edgard

Poziom: A1 – C2

Ilość stron: 278

ISBN: 978-83-7788-528-4

Rok wydania: 2015

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Edgard.

Dlaczego WCIĄŻ nie znasz angielskiego?

cryingDługo zastanawiałam się nad kształtem wstępu, jaki powinien mieć ten wpis. Jestem bowiem niemal pewna, że wzbudzi on silne emocje u niektórych. Moja ugodowa natura kazałaby je raczej studzić, a co za tym idzie, tłumaczyć się na zapas z brutalności i cierpkości moich słów. A może powinnam podkreślić (jak zwykle), że tekst jest odzwierciedleniem mojego, bardzo osobistego punktu widzenia? I dodać, że z tego właśnie powodu przypominać będzie raczej dyskusję z samą sobą, niemalże strumieniem świadomości – gdyż gadać do siebie, w zaciszu własnego umysłu, bardzo lubię? Chyba właśnie tak ten wstęp będzie wyglądał.

Tytuł daje już pewien ogląd na to, co będzie się w tym wpisie działo. Zauważyłam bowiem, że wiele osób (w naprawdę różnym wieku) jest niebotycznie sfrustrowanych swoją totalną bądź „tylko” częściową nieznajomością języka angielskiego.

Trudno wskazać mi jednoznacznie, kto winien czuć się adresatem mojego przesłania; dla bezpieczeństwa więc skupię się na przedstawicielach mojego własnego pokolenia, zawężając je wręcz do osób urodzonych w latach 90. XX wieku.

Hrabia Anglik

Zanim przejdę do meritum, chciałabym wspomnieć jedną z moich ulubionych postaci „Lalki” Bolesława Prusa. I nie chodzi tu o nikogo z tzw. pierwszego planu, a o personie wręcz epizodycznej, spełniającej rolę semi-humorystyczną. Czy pamiętacie jeszcze hrabiego Licińskiego, zwanego też hrabią-Anglikiem? Dziś nazywano by go raczej „pozerem”.

Na parę dni przed wyścigami złożył mu w mieszkaniu wizytę hrabia–Anglik, z którym zaznajomił się podczas sesji u księcia. Po zwykłym powitaniu hrabia usiadł sztywnie na krześle i rzekł:

Z wizytą i z interesem — tek!… Czy wolno?…

Służę hrabiemu. […]

Bardzo pragnąłbym widzieć ten kraj kwitnącym i dlatego, panie Wokulski, posiada pan całą moją sympatię i szacunek, tek, bez względu na zmartwienie, jakie pan robi baronowi. Tek, był pewnym, że mu pan ustąpi konia…

Nie mogę.

Pojmuję pana — zakończył hrabia. —Szlachcic, Koń Szlachcic, choćby się odział w skórę przemysłowca, musi wyleźć z niej przy lada okazji. Pan zaś, proszę mi wybaczyć śmiałość, jesteś przede wszystkim szlachcicem, i to w angielskiej edycji, jakim każdy z nas być powinien.

B. Prus – „Lalka”

Liciński całym swym jestestwem usiłował zbliżyć się do stereotypu brytyjskiego szlachcica, czym wzbudzał raczej uśmiech i politowanie, niźli faktyczny podziw. Abstrahując od tego, jaki wpływ miała kultura angielska na ówczesne nadwiślańskie społeczeństwo, duch hrabiego Licińskiego zdaje się być obecny w duszach każdego, kto współcześnie uważa świat zachodni/anglojęzyczny za lepszy i warty tego, by się z nim utożsamiać (choć lepszym określeniem byłoby „asymptotyczne dążenie”)…

 

Co to właściwie znaczy mówić/rozumieć/znać język?

Czuję się zobligowana do, co najmniej pobieżnej, próby postawienia granic definicyjnych w tym całym wywodzie. Połowa czytających siedzi pewnie teraz jak na szpilkach, dumając intensywnie „Jezu, czy to o mnie? Czy zaliczam się już do tych, którzy znają angielski?".

Trudno mi tutaj narzucać jednoznacznie, czy tytuł wpisu tyczy się tych, którzy słabo radzą sobie z angielskim biernie, czynnie, czy też i tak i tak.

Uznajmy więc, że człowiek nieznający angielskiego to ten, który nie zna go na tyle, by móc wykorzystać go do swoich osobistych celów – celów, które są nieco ambitniejsze niż turystyczne rozmówki.

Dlaczego kwestia nieznajomości angielskiego wzbudza aż takie emocje?

Angielski to bodaj jedyny język, w którym publiczne zrobienie błędu prawie zawsze zakończy się linczem. Nie ma chyba takiego drugiego takiego narzecza, o jakim wygłasza się frywolne osądy, że jest trudne bądź łatwe, nie mając o nim głębszego pojęcia. Ja sama nie jestem w żaden sposób związana z angielskim, zaś jego warstwa językoznawczo-kulturowa nie obchodzi mnie prawie w ogóle. Lubię języki germańskie, ale gdyby ktoś kazał mi studiować filologię angielską, zapewne byłabym bardzo nieszczęśliwa. Mimo to angielski wszyscy znać muszą. Najlepiej w brytyjskim standardzie wymowy. I koniec.

Spokojnie, nie będę powtarzała tutaj (mniej lub bardziej prawdziwych) frazesów o tym, jak bardzo język angielski zdominował współczesny świat biznesu, handlu, rozrywki, nauki etc. Jest to na tyle intuicyjne i oczywiste, że dalsze analizowanie tego wywołałoby tylko lawinę dyskusji niekoniecznie „na temat".

Pewne jednak „pomniejsze" truizmy nie dają mi spokoju…

Przecież angielski zewsząd nas otacza!

Tak, podobnie jak kilka-kilkanaście gatunków drzew i krzewów, których mimo to nie potrafimy od siebie odróżnić. Owszem, jeśli ktoś chce i umie patrzeć, to angielski spotka niemal pod każdym stawianym przez siebie krokiem. Bądźmy jednak szczerzy – czy owo „osaczenie" językowe w skali codziennej i nieświadomej wykracza jakkolwiek poza napis „Burger King", z którego zakodujemy co najwyżej, że burger to burger, a king to król? Czy osoba niezmotywowana do własnego rozwoju wyniesie cokolwiek z tabliczek z napisem „Exit", witryny sklepu „Pretty Girl" bądź paczki papierosów „Camel"?.

A bo szkoła jest be i panie anglistki też są be

Coś w tym jest! Pisał o tym Wojtek, pisało wielu komentujących na Woofli. Gdybym miała opierać swoje anglojęzyczne być albo nie być tylko i wyłącznie na fakcie typowo szkolnej nauki tego języka od 5. roku życia do matury, to niestety nie zaryzykowałabym chyba aplikowania na zagraniczne wymiany. Samodzielność komunikacyjną osiągnęłam mniej więcej w okresie gimnazjalnym, i to raczej w obrębie korespondencji internetowych. Nie miało to za dużo wspólnego z faktem, że kazano mi śpiewać angielskie piosenki w przedszkolu.

Z drugiej jednak strony, uważam, że niewykorzystanie szkolnego przymusu nauki angielskiego jest grzechem! Prawda jest taka, że polski system oświatowy ani w tej kwestii specjalnie nie pomaga, ani nie przeszkadza. To trochę jak w tym dowcipie: „dyplom uniwersytecki to pisemne poświadczenie faktu, że miałeś okazję się czegoś nauczyć". Jeżeli urodziłeś się mniej więcej wtedy, co ja, to na 90% także miałeś taką okazję, prawdopodobnie przez większą część swojego życia, a być może dopiero od liceum. Znam osoby, które w 3 lata opanowały materiał od zera do matury rozszerzonej. Można?

Nie znasz angielskiego, bo może go wcale nie potrzebujesz?

No co? Bywa i tak. Może polskie napisy do filmów i seriali w zupełności cię satysfakcjonują, podobnie jak polskie przekłady książek, tłumaczenia instrukcji, wyłącznie polski skrawek internetu, polskie publikacje naukowe… Nieco trudno mi w to uwierzyć, jeżeli nie masz 50 lat i nie siedzisz zamknięty w domu, ale okej, przyjmijmy, że tak jest. W takim wypadku możesz zaniechać czytania w tym miejscu.

Jeżeli jednak urodziłeś się w latach 90., pracujesz, studiujesz, masz hobby i minimum ambicji, a mimo to twój angielski nie wystarcza do realizacji jakiegokolwiek z twoich celów, pasji czy obowiązków zawodowych, to… wybacz, ale nie ma dla ciebie usprawiedliwienia i nie zasługujesz na rozgrzeszenie.

Odpowiadając na nieco zakurzony już artykuł Karola – „Czy to wstyd nie znać języka obcego" – odpowiem w kontekście angielszczyzny:

Wstyd związany z nieznajomością tego języka powinien rosnąć wprost proporcjonalnie do liczby rzeczy/celów, które mógłbyś osiągnąć, gdybyś go znał. 

Cokolwiek jest tym celem.
I cokolwiek oznacza „znał".

 


 

Zobacz także…

Dlaczego nauka języka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek?
Dlaczego nauka języka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek – część 2
Angielski jako język globalny
Czy to wstyd nie znać języka obcego?
Jak (nie)uczyć się języków obcych – angielski
Jak wiele można wynieść z polskiej szkoły, czyli mankamenty i problemy polskiej sceny edukacji językowej

Angielski z kryminałem + wyznania językowej monogamistki

edgardDzisiejszy tekst będzie w mojej wooflowej „karierze" drugim niezwiązanym ani z językiem, ani z szeroko pojętą kulturą krajów hiszpańskojęzycznych. Odstawiwszy na chwilę na bok temat przewodni mojego cyklu, opowiem Wam o tym, jak postanowiłam przeprosić się z językiem angielskim i co z tego wynikło. A wynikły dwie rzeczy: dzięki uprzejmości wydawnictwa Edgard trafiła w moje ręce książka „Cold Little Hand", którą za chwilę zrecenzuję, a poza tym na własnej skórze przekonałam się, co w praktyce oznacza zjawisko hamowania retroaktywnego, czyli, mówiąc po ludzku, sytuacji, która ma miejsce, kiedy świeżo przyswojona nowa wiedza przysłania nam wiedzę starą na pokrewny bądź powiązany temat i „włazi" na nią i ją zniekształca, nie pozwalając jej się wydobyć w czystym kształcie.

1. Angielski z kryminałem – recenzja książki „Cold Little Hand" wydawnictwa Edgard.

Już od pewnego czasu nosiłam się z zamiarem odświeżenia sobie języka angielskiego, który ostatnio całkowicie zaniedbałam, toteż kiedy pojawiła się możliwość zrecenzowania jednej z pozycji wydawnictwa Edgard, zastanawiałam się tylko krótką chwilę, po czym wybrałam kryminał „Cold Little Hand". Skąd taki akurat wybór? W zeszłym roku pisałam o stronie internetowej Lecturas paso a paso, gdzie można znaleźć teksty dostosowane do różnych poziomów zaawansowania językowego, zawierające tłumaczenia trudniejszych słów. Na pewnym etapie nauki hiszpańskiego bardzo sobie ceniłam tego typu pomoce, więc pomyślałam, że warto by spróbować czegoś podobnego w ramach własnej reedukacji z angielskiego, bo zamysłem serii „Angielski z kryminałem" jest połączenie lektury minipowieści kryminalnych z aktywną nauką języka. Każdy z tekstów opracowano tak, aby – przynajmniej w założeniu – odpowiadał określonemu poziomowi biegłości językowej: A2, A2/B1, B1/B2, B2, B2/C1.

Zanim przejdę do sedna, dodam jeszcze (bo część z Was może czuć się nieco zdezorientowana), że poniższe słowa są od początku do końca moją szczerą opinią. Nie mam żadnego interesu ani w wychwalaniu, ani w krytykowaniu książki.

Jak zatem wygląda ten nasz kryminał? Składa się on z 37 krótkich rozdziałów. Trudniejsze słowa i wyrażenia w tekście zostały wytłuszczone, a ich tłumaczenia możemy zobaczyć tuż obok, na marginesach. Po każdym rozdziale pojawiają się ćwiczenia różnego typu (pytania dotyczące tekstu, krzyżówki, znajdowanie synonimów, uzupełnianie luk itp.), mające na celu utrwalenie słownictwa i struktur, jakie występują w danym rozdziale. Łącznie jest ich 80. Na końcu znajdziemy klucz odpowiedzi do ćwiczeń oraz słowniczek.

edgard2

Tak to wygląda. Ilustracja na podstawie fragmentu dostępnego na stronie wydawnictwa.

 

Sam pomysł uważam za świetny: tłumaczenia tu, na miejscu, wystarczy rzut oka na margines i już wszystko wiemy, nie tracimy czasu i cierpliwości na wertowanie słownika. Zastanawiam się jednak, według jakiej reguły dobrano słowa wytłuszczone, przeznaczone do tłumaczenia i te, które tłumaczenia nie wymagają przy zakładanym poziomie tekstu B1/B2. Co robiły na marginesach słowa takie jak evil, previous, spirit, located, trace i wiele innych? Przyznam, że chwilami czułam się nieco zdezorientowana, zwłaszcza, kiedy brakowało mi tłumaczenia jakiegoś phrasal verb, a zamiast niego „dowiadywałam się", co oznacza behave. Nie przeczę jednak, że odnalazłam też całkiem sporo słów i wyrażeń, których nie znałam i/lub których umieszczenie na marginesie wydało się uzasadnione.

Przyjrzyjmy się teraz szacie graficznej. Może powyższy obrazek tego do końca nie oddaje, ale zarówno kolorystyka (ten uspokajający błękit marginesów), jak i czcionka są naprawdę miłe dla oka i sprawiają, że strony przewraca się z przyjemnością. Dodatkowy smaczek stanowią małe pistoleciki kończące każdy z rozdziałów. Bardzo podoba mi się też projekt okładki. Szata graficzna to mocny plus książki.

A sama historia? Nie chcę za dużo zdradzać, więc ograniczę się do zaledwie kilku słów. Czytelnik śledzi przygody tajnego agenta, który ma za zadanie wcielić się w rolę pisarza przygotowującego kolejną powieść – a to wszystko po to, żeby rozpracować bałkańską grupę przestępczą zajmującą się… przemytem książek. Oprócz kryminalnej intrygi opartej na zabawnym pomyśle mamy tu też ciekawe nawiązania literackie i kulturowe, tropienie których zostawiam przyszłym Czytelnikom. Wbrew moim początkowym obawom związanym z – co by nie mówić – sztucznym tekstem służącym do nauki języka, zdania brzmią całkiem naturalnie, a i sama historia jest nie najgorsza, choć przyznam, że nie wciągnęła mnie aż tak, żebym niecierpliwie przewracała kolejne kartki. Przyczyn tego ostatniego nie upatruję jednak w samej konstrukcji książki – po prostu, jako czytelniczka niemal nałogowa różnych rodzajów literatury, w tym kryminałów, jestem w zasadzie skazana na  poczucie, że wszystko już było…

Czy polecam „Cold Little Hand"? TAK. Komu przede wszystkim ją polecam? Osobom, które uczą się angielskiego na poziomie średnio zaawansowanym i lubią kryminały. Tego typu teksty na pewno nie zastąpią kontaktu z żywym językiem, ale mogą być naprawdę świetną pomocą i katalizatorem procesu nauki oraz, najzwyczajniej w świecie, sposobem na miłe spędzenie czasu połączone z nauką angielskiego.

Tytuł: Cold Little Hand
Autor: Kevin Hadley
Seria: Angielski z kryminałem
Liczba stron: 168
Wydawnictwo Edgard


 

2. Wyznania monogamistki językowej, czyli hamowanie retroaktywne w praktyce

Z lekką zazdrością, ale też z niemałą dozą ciekawości badacza, patrzę na osoby, które interesują się nauką języków obcych. Języków, w liczbie mnogiej, nawet bardzo mnogiej, z uwzględnieniem tych najbardziej egzotycznych. Natomiast w moim życiu zawsze był obecny TEN JEDYNY język obcy, do którego inne się nie umywały. Przez lata całe, począwszy od dzieciństwa z Ulicą Sezamkową, poprzez dorastanie z Listą Przebojów Trójki i muzyką z wytwórni Motown i Warner, aż po okres studencki w otoczeniu anglojęzycznych artykułów naukowych, towarzyszył mi język angielski. Nie była to relacja najbardziej zażyła z możliwych – po dobiciu do przyzwoitego biernego B2 już tylko ją podtrzymywałam – ale była stabilna i wieloletnia, dopóki nie pojawił się w moim życiu język hiszpański, który mnie totalnie oczarował i bez reszty zaabsorbował. Wszystko się zmieniło, angielski poszedł w odstawkę na długo.

Dopiero niedawno uznałam, że szkoda tych lat włożonej pracy i zdobytej wiedzy, że trzeba coś zrobić, by ocalić angielski od zapomnienia. Zaczęłam czytać różne teksty i muszę przyznać, że pierwsze z nimi zderzenie zniosłam bardzo źle, odczuwałam niemal fizyczny ból przedzierając się przez tak obcą mi, choć kiedyś znajomą, materię. Teraz jest już trochę lepiej, powoli odgruzowuję te co trzeba elementy. Prawdziwy problem pojawia się, kiedy próbuję sklecić jakąś wypowiedź. Niemal zawsze kończy się to niezwykle kreatywnym radosnym spanglish. Yesterday I saw a Ana. She… lookaba? lookía? looked! uff… muy hermosa. I tak dalej.

I przypomniał mi się pewien mężczyzna ze Stanów Zjednoczonych, który postanowił zrobić na sobie eksperyment i nauczyć się jeździć na odwrotnym rowerze (czyli takim, który po zwróceniu kierownicy w lewo skręca w prawo i vice versa). Żaden człowiek nie jest w stanie pojechać na czymś takim bez wcześniejszego treningu. Naszemu bohaterowi zajęło 8 miesięcy codziennych, kilkuminutowych ćwiczeń nauczenie się sztuki prowadzenia odwrotnego roweru. Po prostu, w pewnym momencie nastąpiło „klik" i jego mózg się przestawił. Początkowo wprawdzie byle dystraktor powodował upadek, ale z czasem pełna koncentracja na czynności przestała być niezbędna. Pewnego dnia ów człowiek pojechał do Amsterdamu i wypożyczył zwykły rower. I… nie był w stanie na nim pojechać! Dopiero po 20 minutach intensywnych prób nastąpiło drugie „klik" i wszystko wróciło do normy. Zastanówmy się jednak, co by było, gdyby nasz bohater nie był zapalonym rowerzystą od szóstego roku życia, a jego treningi jazdy na odwrotnym rowerze trwały nie pięć minut, a pięć godzin dziennie.

Morał z obu historii jest jeden: jeśli uczycie się dwóch lub więcej języków i chcecie każdym z nich władać w miarę przyzwoicie, nie zaniedbujcie jednych kosztem innych. Strzeżcie się efektu hamowania retroaktywnego! A relację z rowerowego eksperymentu możecie obejrzeć TU.

 

Angielski jako język globalny

Na świecie ludzie mówią około sześcioma tysiącami języków. Jednak od zawsze istniała potrzeba stworzenia jednego wspólnego języka dla wszystkich mieszkańców naszego globu. Jego znajomość pozwoliłaby na komunikację z osobami spoza naszego kręgu kulturowego, niezależnie od czasu i miejsca. Kiedyś rolę języka globalnego pełniła łacina, a dzisiaj zdecydowana większość lingwistów wskazuje na angielski. Pytanie za sto punktów: dlaczego? Spróbujemy w dzisiejszym artykule znaleźć odpowiedzi na te i inne nurtujące pytania.

Język angielski już dawno przestał być językiem obcym. Jego znajomość to absolutne minimum, jeśli myślimy o wyjeździe za granicę bądź rozmowie o pracę. Oczywiście pojęcie „znajomości języka" nie określa dokładnie, jakiego poziomu oczekujemy, załóżmy jednak, że chodzi o poziom komunikatywny. Czy się to komuś podoba, czy nie, język angielski jest wszechobecny, w każdej dziedzinie życia mamy do czynienia z anglicyzmami. Ale dlaczego to właśnie angielski naturalnie zastąpił łacinę? Przecież istnieją inne języki, które też świetnie sprawdziłyby się w tej roli.

Zaczynając rozważania, warto przypomnieć sobie termin ‘lingua franca’ – język wspólny na obszarze, gdzie mówiono wieloma językami. Zasadniczo odnosi się do łaciny, która nawet wtedy, gdy była językiem martwym, wciąż dominowała w piśmiennictwie. Angielski jest ‘lingua franca’ naszych czasów, jednak inaczej mówi się w Anglii, a inny angielski usłyszymy w Zimbabwe. Profesor Ida Kurcz w swojej książce „Język jako przedmiot badań psychologicznych” proponuje następujące rozwiązanie:

„Wydaje mi się, iż w dalszej przyszłości wyjściem byłoby opracowanie jakiejś standardowej wersji języka angielskiego jako lingua franca ( ELF = English Lingua Franca), która byłaby względnie niezmienna (…) mogłaby wtedy efektywnie służyć międzynarodowej komunikacji w różnych dziedzinach.”

Łacina była językiem dominującym przede wszystkim ze względów religijnych. Była oficjalnym językiem chrześcijaństwa i utrzymała się aż do II Soboru Watykańskiego (1965).  Natomiast potęga angielskiego rozpoczęła się już w trakcie kolonizacji. Po ponad tysiącu lat spędzonych na Wyspach Anglicy zaczęli wysyłać w świat swoich żeglarzy, żołnierzy, misjonarzy i pielgrzymów. W roku 1922 Wielka Brytania miała w swoim posiadaniu prawie ¼ ziem na naszym globie, z populacją sięgającą prawie 450 mln. Z czasem kraje, które powoli zaczęły walczyć o swoją niepodległość, i tak zachowały język angielski jako dominujący lub nauczany w szkołach. Dodatkowo warto wspomnieć o czasach po II wojnie światowej, kiedy Europa się odbudowywała, a w Stanach Zjednoczonych nastąpił wielki boom ekonomiczny i gospodarczy. Krótko po II wojnie światowej to francuski był dominującym językiem dyplomacji i elit intelektualnych, ale został wyparty przez angielski.
Potrzeba jednego wspólnego języka sprawiła, iż nasz rodak Ludwik Zamenhof  starał się utworzyć język uniwersalny – dlatego też stworzył esperanto. Charakterystyką esperanto również zajmuje się Pani Ida Kurcz w wyżej wymienionej książce :

„Jest to sztuczny język o bardzo prostym systemie gramatycznym pozbawionym wszelkich wyjątków, a jego słownictwo wywodzi się z języków indoeuropejskich według zasady, że dane słowo powinno mieć korzenie w kliku językach z tej rodziny językowej”.

Co prawda zainteresowanie esperanto było bardzo duże, przetłumaczono między innymi Biblię i parę innych arcydzieł, jednak język esperanto nie zdobył statusu języka globalnego.

Wróćmy tymczasem do angielskiego, który jest, zaraz po mandaryńskim i hiszpańskim, trzecim językiem używanym na świecie, jednak bardziej od pierwszych dwóch rozproszonym, bo poza Europą, Ameryką Północną i Australią często występuje jako drugi język w Azji i Afryce. Szacuje się, ze posługuje się nim około 1,4 miliarda ludzi. Ale co sprawia, że to akurat angielski jest wiodącym językiem XXI wieku? Pierwsza rzecz, którą podkreśla profesor Kurcz, to logiczność języka  – czyli brak podwójnego przeczenia, inaczej niż w języku polskim. Zdanie Nikt nikomu nic nie powiedział po polsku jest poprawne, natomiast po angielsku można zaprzeczyć tylko jeden raz. Innym argumentem za dominacją angielskiego może być też fakt, że język ten nie ma rodzajów – inaczej niż w przypadku języków na przykład romańskich. Poza tym odmiana czasowników jest bardzo łatwa i niezróżnicowana. Ponadto używamy identycznych form, niezależnie czy zwracamy się do szefa (you), czy opowiadamy coś koleżance (you), co znacznie ułatwia komunikację. Być może właśnie te czynniki spowodowały, że angielski prawie naturalnie opanował świat. Jednak znany lingwista David Crystal, autor książki „English as a global language” uważa, że angielski jest językiem globalnym nie dzięki specyficznym cechom, a dzięki temu, że znalazł się na właściwym miejscu we właściwym czasie.

Skupmy się teraz na innych aspektach – poza tymi językowymi. Otóż angielski jest z całą pewnością językiem Internetu. W zasadzie cały przemysł elektroniczny opiera się na nim. Trzy czwarte korespondencji elektronicznej odbywa się po angielsku. Ponad połowa wszelkich materiałów zamieszczonych on-line jest w języku angielskim. Czyli wygląda na to, że Internet mówi po angielsku.
Inna kwestia to oczywiście biznes, finanse i gospodarka. Każda organizacja globalna (UE, NATO) uznaje angielski za język oficjalny. Giełdy, korporacje i stowarzyszenia także się nim posługują. Potęga gospodarcza USA i zasięg Imperium Brytyjskiego mają ogromny wpływ na pozycję języka w świecie. Kolejny bardzo ważny aspekt to szeroko pojęta  kultura. Angielski jest absolutnie wszędzie – kino, telewizja, mass media. Kto z nas nie słyszał piosenek Michaela Jacksona? Przeboje, przy których dorastały pokolenia, były wykonywane po angielsku. Podobnie z literaturą – największe arcydzieła i bestsellery są pisane po angielsku. I oczywiście film – fabryka snów zalewa nas masą filmów w języku angielskim i to od nas zależy, czy oglądamy je z napisami, czy z lektorem. Także komunikacja w branży naukowej jest oparta na angielskim. Zdecydowana większość czasopism naukowych ukazuje się po angielsku. Angielski jest również językiem turystyki – w tej dziedzinie to absolutny wymóg. Znając angielski, możemy podróżować wszędzie bez obawy, bo prędzej czy później trafimy na osobę także znającą ten język.

Oczywiście trudno wskazać jednoznacznie konkretną cechę, która pomogła angielskiemu osiągnąć aż tak wysoką pozycję. Z całą pewnością nie wystarczy jeden aspekt, musi to być zbieg w jednym czasie wielu czynników, czyli zespół zdarzeń, które powodują, ze język staje się globalny. Gdyby było inaczej, z pewnością japoński byłby pretendentem  do tego tytułu – szczególnie po gigantycznym sukcesie ekonomicznym w latach 1960 – 1990.

Czy angielski pozostanie już językiem globalnym?Tutaj możecie obejrzeć wywiad z Davidem Crystalem na ten temat – klik. Cóż, być może za 100 lat to właśnie mandaryński przejmie pałeczkę i będzie wiódł prym na całym świecie. Chyba nie pozostaje nam nic innego, jak tylko czekać i obserwować pilnie ten proces.

I do … czyli o wyborach językowych na całe życie

Przy okazji matur i innych ważnych życiowych wyborów skupmy się na wyborze języka, którego zaczynamy się uczyć. Co tak naprawdę determinuje nasz wybór? Dlaczego nagle zakochujemy się we francuskim/duńskim/katalońskim, etc? Czy istnieje jakieś wytłumaczenie, na czym polega atrakcyjność języka? To dobre pytanie, więc sprawdźmy.
Opinie i gusta są różne – pamiętajmy, że o nich się nie dyskutuje, każdy wybiera sobie taki język, jaki mu odpowiada. Ale jak to wygląda? Rzućmy okiem na różnorodność językową – w dobie internetu1 mamy możliwość poznania języka nawet z najdalszego zakątka świata. Możemy segregować języki pod względem ich trudności albo przynależności do danej rodziny. Przeglądamy, czytamy fora i opinie i w końcu wybieramy. Co o tym zadecydowało? Zanim przejdziemy do rozważań, mały cytat z poligloty, cesarza Karola V, który oznajmił :

„Mówię po hiszpańsku do Boga, po włosku do kobiet, po francusku do mężczyzn, a po niemiecku do mojego konia”.

Ciekawy podział, nieprawdaż? 🙂
I teraz nadchodzi czas na postawienie głównego pytania: dlaczego? Opierając się na badaniach dr Vinetty Chand z uniwersytetu w Essex, można wysnuć wniosek, że atrakcyjność języka jest ściśle związana z ludźmi, którzy się nim posługują. Socjologowie uważają, że jeżeli dana grupa społeczna lub narodowość postrzegana jest pozytywnie, to tak samo pozytywnie jest odbierany ich język. Innym aspektem, który odgrywa istotną rolę w wyborze języka, jest oczywiście sytuacja gospodarcza i ekonomiczna kraju. Tym właśnie uzasadnia się ciągle rosnącą popularność języka chińskiego. Panuje również przekonanie, iż nauka języka obcego mówionego w państwie mniej rozwiniętym finansowo czy nie będącym gospodarczą potęgą nie jest aż tak opłacalna. Innym aspektem, na który również zwraca uwagę dr Chand, jest ilość osób mówiąca danym językiem. Angielski wiedzie prym w szkołach, na kursach i obozach językowych, bo posługując się nim, możemy porozumieć się w prawie każdym miejscu na ziemi. To dlatego języki o małym zasięgu, takie jak hawajski, nie wydają się atrakcyjne. Dr Chand podkreśla także, że nie ma niczego, jeśli chodzi o brzmienie języka, co sprawia, że jest on mniej lub bardziej atrakcyjny dla słuchacza. Co więcej, to że postrzega się francuski i włoski jako języki melodyjne i romantyczne, jest bardziej skorelowane z regionami, w którymi się nimi posługuje, niż z ich faktycznym brzmieniem czy systemem fonetycznym. Jednak istnieje pewna zależność związana z dźwiękami realizowanym w danym języku – otóż dla osoby, której językiem ojczystym jest angielski, bardziej atrakcyjne wydadzą się języki, które zawierają podobne dźwięki. Jak wyjaśnia dr Patii Adank (UCL), Anglikom podoba się francuski i włoski, podczas gdy języki, które realizują inne dźwięki, brzmią dla nich bardziej ‚szorstko’, a języki takie jak mandaryński wydają się nieatrakcyjne. Dla Anglika rozróżnienia tonów brzmią po prostu nienaturalnie. W książce „Through the Language Glass: Why the World Looks Different in Other Languages” napisanej przez lingwistę z Izraela – Guya Deutschera, jest poruszony jeszcze inny aspekt dotyczący atrakcyjności języka. Otóż autor zwraca uwagę na występowanie zbitek spółgłoskowych w poszczególnych językach. Uważa, iż dla kogoś, kto w swoim ojczystym języku nie używa takiego zestawienia głosek, wydaje się ono zbyt trudne w odbiorze i mało zachęcające do nauki. Jako przykład podaje niemieckie słowo „selbstverständlich” – w tłumaczeniu na polski „oczywiście”. W słowie występuje spory zbitek spółgłosek lbstv nie przedzielony żadną samogłoską. Dla porównania, włoski prawie wcale nie zawiera clusterów spółg552_europe_encourages_more_young_people_to_study_foreign_languagesłoskowych i jest uważany za piękny język. Deutscher uważa, że może tu istnieć jakaś zależność. Lingwiści, którzy zajmują się tym zagadnieniem, mają nie lada orzech do zgryzienia. Trudno tak naprawdę ocenić, na czym polega atrakcyjność języka – czy zależy to od jego melodii, czy też może od naszego własnego nastawienia do danej społeczności językowej? Problem polega na oddzieleniu subiektywnych opinii od faktów i wyników badań. Z całą pewnością socjolingwistów czeka jeszcze wiele pracy w tym temacie.
A jak to wygląda w Polsce? Jak tutaj prezentują się języki pod względem atrakcyjności? Oczywiście numero uno pozostaje niezmiennie angielski. Z pewnością wiele osób wybiera angielski, bo jest międzynarodowy, wiele osób nim włada, ma ogromny zasięg, jest potrzebny do pracy itd. Możemy sobie zweryfikować na wykresie ESKK, jak wyglądała nauka języków w Polsce w latach 2002-2012. (Pełny wykres możecie zobaczyć tutaj : tutaj ). Można zaobserwować bardzo ciekawy trend. Angielski przoduje, za nim niezmiennie niemiecki. Natomiast pozostałe miejsca znacznie się pozmieniały. Oczywiście francuski, włoski i hiszpański są popularne na przestrzeni lat w różnych kombinacjach i na różnych miejscach. Ale najciekawszą rzecz obserwujemy w trzecim wykresie – bardzo popularne stają się języki skandynawskie. Coraz więcej osób odchodzi od „oklepanego” hiszpańskiego czy niemieckiego i inwestuje w język, który nie jest znany przez tak dużą liczbę osób. Co w tym momencie wpływa na wybór np. norweskiego? Oryginalność języka – dobra znajomość języka mniej popularnego poprawia znacznie szansę znalezienia pracy, zwiększa elastyczność na rynku pracy.
Jak widać, wybory językowe Polaków uległy zmianie na przestrzeni 10 lat i niektóre z języków straciły na atrakcyjności, a inne zyskały. Co powiecie na cytat z polskiej literatury? Janusz L. Wiśniewski w „Losie powtórzonym” tak odnosi się do atrakcyjności języków:

„ Angielski przy francuskim przypomina pokrzykiwanie pijanego woźnicy, a niemiecki jest jak kłótnia dwóch żołnierzy Wehrmachtu” 😉

A jak WY postrzegacie atrakcyjność języków? Czym się kierujecie przy ich wyborze? Czy język atrakcyjny to taki, który jest łatwy? Czy to, że Wasz ulubiony aktor mówi językiem, którego się uczycie, wpływa na atrakcyjność tego języka? Jestem ciekawa Waszych opinii i spostrzeżeń!

Kiedy i jak korzystać z Wikipedii przy nauce języka obcego?

WikipediaNasz facebookowy profil za sprawą zarządzającej nim Karoliny ostatnimi czasy pęka w szwach i niezmiernie ucieszyłem się, gdy jeden z naszych czytelników zamieścił na nim link do artykułu odradzającego ludziom korzystanie z Wikipedii przy nauce języka obcego z prośbą o zapoznanie się oraz krótki komentarz. Temat poruszany był w ostatnim czasie już parokrotnie, dlatego też czuję się zobowiązany postawić przysłowiową kropkę nad „i" oraz zająć zdecydowane stanowisko w tej sprawie, w jednym zwięzłym artykule przedstawiając wszystkie zalety korzystania z tego źródła, a jednocześnie przekazując trochę uniwersalnych prawd na temat tego, z jakich źródeł należy korzystać przy nauce języka obcego.

Autor bloga „Language Surfer" napisał, moim zdaniem bardzo przeciętny, ale pobudzający do pewnych refleksji tekst krytykujący przydatność artykułów z Wikipedii w nauce języka obcego argumentując to ich poziomem sprawiającym rzekomo trudność nawet rodzimym użytkownikom danego języka. Teza ta całkowicie zaprzecza poglądom, jakimi miałem okazję się dzielić w moim ostatnim artykule, w którym nazwałem Wikipedię doskonałym punktem wyjścia w nauce czytania, aczkolwiek porusza aspekt, o którym w nauce języka często zapominamy. Myślę teraz o celowości nauki i nastawieniu na jej praktyczny aspekt.

mlotek

Język nie jest celem samym w sobie. Język to narzędzie do osiągania pewnych celów.

Język to nie przedmiot szkolny, to przede wszystkim narzędzie
Nie chciałbym tutaj poruszać kwestii tego czy w szkole można nauczyć się języka obcego – uważam, że kto chce ten się go w końcu nauczy. Mankamentem naszego systemu edukacyjnego jest przede wszystkim to, iż język obcy został w nim całkowicie oddzielony od tego co jest jego naturą. Znajomość angielskiego została sprowadzona do ocen i certyfikatów, które nierzadko mają się nijak do rzeczywistej umiejętności użycia języka w sytuacji kiedy go rzeczywiście potrzebujemy. Język to przecież narzędzie, które bez konkretnego celu, w jakim ma zostać użyte jest niemal bezużyteczne. Cóż mi przyjdzie z umiejętności obsługi komputera kiedy nie będę wiedział do czego go następnie użyć?

Java_dokumentacja

Czytanie dokumentacji języka programowania nigdy nie nauczy Cię mówić o tym co jadłeś wczoraj na obiad.

Dobór metody nauki do swojego prywatnego celu
Cele w jakich chcemy się nauczyć języka obcego mogą być różne rzeczy, np. komunikacja z osobami, które tym językiem władają, wykorzystanie języka w pracy, żywe zainteresowanie obcą kulturą, czytanie książek w oryginale, słuchanie obcej muzyki, dostęp do źródeł, do jakich bez języka obcego w żaden sposób nie dojdziemy. Mam oczywiście tutaj swoje osobiste typy, ale uczciwie muszę przyznać, że każdy z wyżej wymienionych powodów jest równie dobry i zawsze powinien być kwestią personalną. Rzecz jednak w tym, żeby go rozpoznać, a następnie metody nauki dostosować właśnie do niego. Niby nic trudnego, ale sam miałem okazję się przekonać, iż fakt swobodnej rosyjskiej konwersacji wcale nie musi przekładać się na czytanie z równą swobodą dzieł Dostojewskiego, a pochłonięcie trzech tomów „A History of the Crusades" S. Runcimana (moja ulubiona książka z czasów licealnych) wcale nie wpływa na drastyczny wzrost moich zdolności konwersacyjnych po angielsku. Zawsze to lepsze niż nic, ale rozmawiając o tematach codziennych ćwiczyłem przede wszystkim (i tu niespodzianka!) rozmowy na tematy codzienne, czytając natomiast o wyprawach krzyżowych przygotowywałem się do pracy na angielskiej literaturze historycznej. Absolutnie nie mam dziś do tych źródeł zastrzeżeń – swoje zadanie spełniły znakomicie. Pretensje do materiałów można zaś mieć gdy te nie spełniają naszych oczekiwań. Przeważnie dlatego, że ich spełniać zwyczajnie nie mogą. I tu wracamy do przytoczonej na samym wstępie krytyki Wikipedii.

Co czytać na Wikipedii oraz w jakim celu?
We wpisie krytykującym wolną encyklopedię został przytoczony fragment angielskojęzycznego artykułu o skrzypcach, który rzekomo jest niezrozumiały nawet dla rodzimego Anglika/Amerykanina. Przez fragment przebrnąłem – o ile dla laika może on być faktycznie dość ciężki (choć nie sądzę by osoba wykształcona go nie zrozumiała), o tyle dla kogoś zajmującego się fachowo lutnictwem użyte w nim słownictwo jest dość codzienne. Zastanowiło mnie natomiast w jakim celu ktoś kto zajmuje się zupełnie inną dziedziną nauki miałby czytać artykuł o skrzypcach. Żeby wzbogacić lutnickie słownictwo, którego nigdy w życiu nie użyje? Przecież to niedorzeczne. Zamiast tego proponuję czytać przede wszystkim artykuły z dziedziny, która nas interesują i o której mamy już dość szerokie pojęcie, bo terminy jakie w nich się pojawią niemal na pewno przydadzą się nam w przyszłości.

Kolejna ciekawa obserwacja: tematyka może się czasem różnić w zależności od języka. Jako początkujący programista zdążyłem przebrnąć przez pewną ilość artykułów (nie tylko z Wikipedii) o tematyce informatyczno-matematycznej po rosyjsku i niemiecku, nie wyobrażam sobie programowania bez znajomości angielskiego (choćby dlatego, że cała dokumentacja Javy czy Pythona jest w tym języku – szczerze mówiąc w tym przypadku łatwiej jest mi nawet korzystać z opracowań angielskich niż polskich), ale na dzień dzisiejszy nie widzę potrzeby rozwijania swojego słownictwa w tej dziedzinie po serbsku czy ukraińsku. Nie dość, że znacznie więcej przyjemności sprawia mi czytanie w tych językach literatury czy gazet to prawdopodobieństwo użycia kiedykolwiek informatycznego słownictwa w serbskiej bądź ukraińskiej wersji jest bliskie zeru.

Co zrobić gdy tak naprawdę żadna konkretna dziedzina wiedzy mnie nie interesuje i chce się po prostu nauczyć mówić?
Wtedy zamiast narzekać na Wikipedię i jej rzekomą trudność trzeba zacząć zajmować się czymś zupełnie innym, co przyniesie wymierne rezultaty na polach, na których nam rzeczywiście zależy.

Parę słów o wersji Simple English
Wiem, że wielu czytelników uważa, iż książki lub artykuły napisane uproszczoną wersją języka angielskiego są świetnym materiałem do nauki języka. Do Wikipedii napisanej w tzw. Simple English nawiązał też Piotr w swoim ostatnim wpisie. Do mnie to nie trafia przynajmniej z kilku powodów:
1)łatwość z jaką każdy może czytać strony w Simple English tylko oddala nas od kontaktu z tekstem napisanym w Real English, który zawsze będzie dla nas za trudny, żeby w ogóle po niego sięgnąć.
2)spotkałem się już ze stwierdzeniem, iż dzięki Simple English można szybko opanować podstawowe słownictwo. Rzecz w tym, że słownictwo to znajdziemy też w bardziej skomplikowanych tekstach, osadzone w znacznie bogatszym kontekście.
3)jeśli coś jest łatwe oznacza przeważnie, że nie jest w stanie wiele nauczyć. Wiem, że na początku jest zawsze ciężko, ale im prędzej weźmiemy się za ciężkie rzeczy tym wcześniej staną się one dla nas łatwe.

Powyższy artykuł nie jest prawdą objawioną. Wiem też, że wiele osób może mieć różne zdanie na temat Wikipedii, uproszczonych wersji językowych i nie chciałbym tu absolutnie nikogo przekonywać na siłę. Ucząc się języka powinniśmy robić to co my uważamy za dobre, bo uczymy się go przede wszystkim dla siebie, a nie dla innych. I uczymy się nie dla języka samego, ale po to by go użyć do jakiegoś mniej lub bardziej konkretnego celu.

Podobne artykuły:
Praca własna z tekstem oraz audio gdy brak podręcznika
Nauka języka bez podręcznika – część 2 – czytanie
Ile języków tak naprawdę potrzebujesz?
Ilu języków warto się uczyć jednocześnie?
7 grzechów głównych nauki języków obcych

Obraz młotka został wykorzystany na licencji Creative Commons. Źródło: https://www.flickr.com/photos/justinbaeder/183930977/