język polski

Gdzie szukać językowej pomocy?

Czasem słownik nie wystarcza – jest zbyt mały, nie bierze pod uwagę niektórych kwestii, zajmuje się tylko pojedynczym słowem albo wyrażeniem, nie jest na tyle kompetentny, bo ostatecznie to tylko książka. Jak pisała Marlena, słownik to narzędzie do zadań specjalnych, ale, niestety, nie wszystkich. Co wtedy począć? Co jeśli potrzebna jest pomoc z językiem obcym, na przykład angielskim albo niemieckim? Odpowiedź znajdziesz poniżej. 

W Polsce istnieje wiele miejsc, z których pomocy można korzystać. Jednym z nich są prowadzone przez uniwersytety poradnie, które zazwyczaj znajdują się przy wydziałach filologii polskiej.

Poradnie językowe

Poradnie językowe to bardzo cenne źródło bezpośredniej pomocy – udzielają się w nich pracownicy naukowi z odpowiednim wykształceniem, co gwarantuje poprawność odpowiedzi. Zadaniem tego miejsca jest udzielanie wskazówek – oczywiście nie zajmuje się ono odrabianiem zadań domowych i tym podobnymi sprawami. Istnieją poradnie, które oferują pomoc telefoniczną i mejlową. Co jest bardzo ważne, poradnie archiwizują pytania i odpowiedzi, których na nie udzielają. Dlaczego? Później mogą one stanowić źródło wiedzy dla innych osób, pytających o podobne kwestie. Lista poradni działających w Polsce jest długa, co jest dla nas bardzo korzystne, a wiele z nich prowadzonych jest nawet na małych uniwersytetach w różnych województwach.

Przedstawię tutaj tylko kilka z nich:

Poradnia językowa Wydawnictwa Naukowego PWN

Zdecydowanie największa (zbiorami) i najpopularniejsza poradnia w naszym kraju. Strona poradni językowej PWN jest wyjątkowa, ponieważ pod jednym adresem można zyskać dostęp do słownika, poradni, korpusu językowego (o czym później), a nawet słowników dwujęzycznych.

Poradnia Językowa Instytutu Języka Polskiego Uniwersytetu Śląskiego

Jest to kolejna poradnia językowa z dużym zbiorem odpowiedzi, z których można skorzystać w bardzo efektywny sposób. Na stronie udostępniono również wiele linków zewnętrznych, a nawet publikacje innych członków poradni (m.in. prof. Jana Miodka).

Telefoniczna Poradnia Językowa Uniwersytetu Gdańskiego

Sam korzystałem z usług tej poradni i mogę ją szczerze polecić. Dzięki doraźności działania tego miejsca mogłem załatwić pewną sprawę, a co mnie dodatkowo ucieszyło, podano mi kilka źródeł, które potwierdzają podaną mi odpowiedź.

Poradnie odpowiadają na pytania dotyczące różnych zagadnień: począwszy od ortografii i interpunkcji, przez etymologię, skończywszy na pytaniach dot. słownictwa specjalistycznego, dlatego w wypadku jakichś zagwozdek warto się nie wstydzić (bo nie ma czego) i kierować pytania do specjalistów – to ich praca, czyż nie?

Co jeśli potrzebna jest pomoc z jakimś językiem obcym?

Zawsze warto zwrócić się do nauczyciela – często pozwala to rozwiać wiele wątpliwości.

Wyniki poszukiwań informacji na temat zagranicznych poradni językowych (w języku angielskim oraz niemieckim) są następujące: niestety Brytyjczycy i Amerykanie nie posiadają takowych instytucji (a przynajmniej mnie nie udało się ich odnaleźć). Niemcy natomiast posiadają podobną usługę (Duden) – niestety jest ona odpłatna.

Mimo to, strony takie jak Oxford Dictionary, Merriam-Webster oraz Duden zawierają bardzo bogate zbiory informacji nie tylko o leksyce tych języków, lecz także o ich gramatyce i poprawnym posługiwaniu się nimi.

Korpus

Korpus to zbiór tekstów, w którym czegoś się szuka. Jeden z polskich korpusów należy do PWN. Czego można się dowiedzieć, używając tego zbioru? Zawiera on wiele różnorakich informacji, np. częstotliwość użycia danego słowa lub konstrukcji, występowanie danego słowa, znaczenie konkretnych konstrukcji, połączenie słów z przypadkami. W przyszłości może on być dobrym źródłem historycznym (obecnie również, zależy to od zróżnicowania tekstów), zawiera on bowiem teksty różnego pochodzenia: literackie, publicystyczne, regulaminy, instrukcje, reklamy, a nawet teksty mówione. Pozwala to uzyskać przekrój społeczeństwa mówiącego po polsku. Cały trud w tworzeniu korpusu polega na doborze tekstów do niego: muszą to być teksty tematycznie odpowiednio zrównoważone, jednocześnie w pełni poprawne językowo. Dzięki bogactwu zbiorów może to być ogromne źródło wiedzy nie tylko językowej. Polskie korpusy powstały z inicjatywy wielu instytucji, które, naśladując inne państwa, również zapragnęły posiadania i udostępnienia tego niezwykle przydatnego narzędzia. Jest to jedno z najbogatszych i najbardziej podstawowych narzędzi pracy lingwistów, historyków oraz kulturoznawców.

Adresy, pod którymi znajdziecie korpusy:

J. polski:

Narodowy Korpus Języka Polskiego

Korpus Języka Polskiego PWN 

J. angielski:

British National Corpus (polecam wyszukiwarkę BYU-BNC)

J. niemiecki:

Das Deutsche Referenzkorpus – DeReKo

Sprawa oczywista – słowniki

Czy warto korzystać ze słowników skoro mamy tak wiele innych, bardzo bogatych źródeł? Oczywiście, że tak! Jak pisała wcześniej Marlena, słownik to narzędzie do zadań specjalnych. Osobiście, podczas pisania tekstów we własnym zaciszu domowym (tak, również teraz) korzystam z kilku słowników – dzięki Internetowi są one łatwo dostępne, a ich przeszukiwanie odbywa się komfortowo, co skraca znacznie drogę pozyskiwania informacji. Z jakich słowników internetowych języka polskiego warto korzystać? Zdecydowanie najczęściej polecanym słownikiem jest Słownik Języka Polskiego PWN, o którym już wcześniej wspominałem – pod jednym adresem można znaleźć kilka największych polskich słowników oraz encyklopedię.

Gdzie warto zaglądać:

Słownik Języka Polskiego PWN

Słownik wyrazów bliskoznacznych

Słownik gramatyczny języka polskiego

Inne źródła informacji

Poza źródłami wymienionymi wyżej warto również korzystać z informacji zawartych w innych miejscach, być może bardziej standardowych z perspektywy typowego użytkownika Internetu, czyli z blogów oraz kanałów na YouTubie. Jednym ze współczesnych źródeł informacji językowej, ostatnio coraz bardziej uznawanym, są blogi językowe. Ich niewątpliwą zaletą jest komfort i łatwość dostępu, często ciekawa forma. Blogi i serwisy internetowe oferują również dawkę różnych informacji w zróżnicowanych formach: bardziej zwięzłych, przystępnych albo dłuższych, z szerszym wytłumaczeniem. Również Woofla, będąc serwisem internetowym zajmującym się językami, może być źródłem informacji na ich temat. Czy są jakieś inne strony, które mogą być pomocne? Oto one:

Wittamina (blog słynnej YouTuberki, Arleny Witt – o angielskim, czasem również o polskim i paru innych rzeczach)

Ula Łupińska (korektorka, która swoją miłość do kotów i języków postanowiła przelewać na innych; jej artykuły są niezwykle przystępne i zwięzłe, a potrafią rozwiązać różnolite problemy)

Oraz według mnie jedno z ciekawszych źródeł dla typowej osoby mówiącej po polsku – kanał Mówiąc Inaczej – prowadzony w przyjemnej (ironiczno-sucharowej) atmosferze, w klarowny sposób przedstawia nawet nudne zagadnienia językowe.

Podsumowanie

Dzięki Internetowi otrzymaliśmy całe gros narzędzi, często niesamowicie rozbudowanych, które usprawniają naukę, rozwiewają wątpliwości i są źródłem wiedzy na różne tematy – czy to nie jest wspaniałe? 🙂

 

Zobacz również:

O co chodzi z tym Duolingo?

Mały węgierski świat na Zakarpaciu

Jak mówić po angielsku i się nie pogubić?

Nie, nie, nie. Tak nie mówimy

 

Nie, nie, nie. Tak nie mówimy

poprawnosc-memeW ramach kontynuacji ostatniego wpisu chciałbym zająć się kolejnymi rodzajami błędów – tym razem jeszcze nam bliższym, bo popełnianymi podczas mówienia (i pisania). Szczególną uwagę chciałbym poświęcić błędom fleksyjnym oraz ogólnej kulturze języka. Ale zanim o tym powiem (a raczej napiszę):

Po co, na co i dlaczego? 

Jak powszechnie wiadomo, język jest strukturą żywą, wykorzystywaną codziennie przez miliony ludzi we wszystkich możliwych postaciach. Istnieje, ponieważ to my go budujemy – my, użytkownicy. Popełniamy błędy, mylimy się, ale ogólnie niestrudzeni porażkami dalej używamy języka, ponieważ musimy się komunikować. Choć niektórzy nie zważają na to, jak mówią, to często kompletnie nieświadomie zaczynają zauważać problem, gdy pojawiają się niejasności lub nieporozumienia w komunikacji. Zresztą o tym pisałem już wcześniej tutaj. Poprawność językowa w żadnym wypadku nie polega na tym, by stać się grammar nazi, lecz na tym, by ułatwić sobie życie. Dlatego w tym miejscu należałoby zastanowić się nad tym, jaki ma to sens. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to sposób, w jaki prezentujemy siebie i swoją osobę. To, jak ktoś się wypowiada, wpływa znacząco na postrzeganie jego własnego ja przez innych. Oczywiście jest to niezwykle korzystne w sytuacjach oficjalnych, kiedy ktoś dąży do uzyskania jakiegoś konkretnego efektu: począwszy od rozmowy z nauczycielem, przez ubieganie się o stanowisko w pracy, aż po wygłaszanie przemówień na szczycie ONZ. Język towarzyszy człowiekowi w każdym momencie i najbardziej komfortową sytuacją jest nauczenie się wykorzystywania pełnego spektrum jego możliwości. Jak można łatwo zauważyć, język wzorcowy wykorzystywany jest w telewizji, czasopismach, radiu, przemówieniach i tym podobnych sytuacjach. Dlaczego? Ponieważ tam nie ma możliwości dopowiedzenia, poprawienia czy skorygowania informacji. Muszą one być podawane w taki sposób, by były zrozumiałe dla wszystkich: ludzi z północy Polski oraz z jej południa i jednocześnie dla obcokrajowców uczących się polskiego. To rzecz, która jest dla mnie najważniejsza: poprawny odbiór i zrozumienie treści przekazywanej w komunikacie. Stosowanie form wzorcowych, znanych wszystkim, praktycznie wyklucza możliwość nieporozumienia. Naturalnie, jeśli ktoś mówi nieskładnie, a jego wypowiedzi są nieklarowne, to choćby nie wiem jak oficjalnych form używał, to i tak nic mu z tego. Można na to spojrzeć też z innej perspektywy. Język polski jest pięknym zabytkiem, naszą ogólnonarodową spuścizną, o którą należy dbać. Nie mówię tutaj o przesadyzmie, nadmiernej dbałości, gdyż poprawianie wypowiedzi innych, według kultury języka traktowane jest jako faux pas, ale o zwykłej trosce o wypowiadane słowa.

Błędy fleksyjne

Błędy fleksyjne odnoszą się do sposobu, w jaki odmieniane są wyrazy (zarówno do deklinacji, jak i koniugacji). Polski jest językiem fleksyjnym, co oznacza, że występują w nim wspomniane zjawiska, które dokonują się poprzez dodawanie końcówek (morfemów) do rdzeni wyrazów.

Jednym z najczęściej popełnianych przez Polaków błędów jest niepoprawna odmiana zaimka „ta” w bierniku. Wynika ona z tego, że jako jedyna forma spośród wszystkich rodzajów jest nieregularna. Wszystkie formy w rodzaju męskim i nijakim oraz pozostałe w żeńskim odmieniają się regularnie we wszystkich przypadkach. Poprawna forma to „tę”. Należy ją po prostu zapamiętać, jest to najkrótsza droga. Słyszałem kiedyś też o innym sposobie zapamiętania tej końcówki: jeśli zapisujemy jakieś słowo i chcemy wstawić tam zaimek „ta”, a w wyniku odmiany coś w głowie podpowiada nam „tą albo tę”, to forma, której powinniśmy użyć, powinna pokrywać się z końcówką odmienionego rzeczownika. Zasada ta jednak nie sprawdza się zawsze. 

Na przykładach widać to znacznie lepiej:

księgarnię mianowano najstarszą w mieście. 

Proszę Cię mamo, kup mi zabawkę

Gdybym był tobą, wybrałbym  drogę

Kolejnym przykładem błędu, który chcę poruszyć, jest niepoprawna odmiana rzeczowników i czasowników w formach, w których kończą się one na -ą lub -om. Co prawda są to błędy ortograficzne, ponieważ odnoszą się do ich zapisu, ale wynikają one z niepoprawnej odmiany. Ciekawym zjawiskiem, które można zaobserwować w społeczeństwie, jest również wymowa takich wyrazów. Z czasem zaczynamy odchodzić od dokładnego wypowiadania samogłosek nosowych (czyli ą i ę) na rzecz o i e lub ich zniekształconych form. Zniekształcanie głosek nosowych może powodować to, że zamiast usłyszeć wyraźne „oni gotują”, ktoś słyszy „gotujom”. Nie raz i nie dwa zastanawiałem się już nad tym, dlaczego tak się dzieje: czy wynika to z braku wiedzy o ortografii lub poprawnej wymowie u niektórych? Otóż doszedłem do wniosku, iż to właśnie wina niepoprawnej odmiany, a raczej braku świadomości jej istnienia. Żeby było ciekawiej dodam, że rozwiązanie tego problemu jest bardzo proste. Najłatwiej jest zapamiętać, że czasowniki w żadnej możliwej formie nie przyjmują końcówki -om. Jest ona zarezerwowana jedynie dla rzeczowników. Czasowniki mogą przyjmować m.in. końcówkę i ę, ale nigdy -om. Ktoś jednak może zapytać, co z rzeczownikami? Przecież przy deklinacji wykorzystuje się zarówno końcówki -ą, -ę, jak i -om. Ja natomiast odpowiem, że to bardzo dobre pytanie. Otóż rozwiązanie jest równie proste, co uprzednio. Końcówka -om występuje jedynie w celowniku w liczbie mnogiej. Żaden inny przypadek nie przyjmuje takiej końcówki w żadnym rodzaju. Natomiast końcówki i ę pojawiają się wyłącznie w liczbie pojedynczej.

Na moment powrócimy jeszcze do zaimków. Często popełnianą pomyłką, nad którą ubolewają językoznawcy, jest niepoprawne stosowanie skróconych i pełnych form zaimków osobowych w przypadkach innych niż mianownik. Mówię teraz o: mnie – mi, ciebie – cię itd. Naturalnym odruchem jest skracanie i wykorzystywanie możliwie najkrótszych form; nie oznacza to jednak, że skracać można wszystko (tak samo, jak w matematyce, za skracanie na skos, pójdziesz na stos). Formy skrócone powstały, by nie wydłużać wypowiedzi tam, gdzie nie jest to konieczne, ponieważ to nie podmiot jest w nich najważniejszy. Stwarza to dodatkowe możliwości, by bezpośrednio wskazać najważniejszy element zdania.

Form pełnych używa się przede wszystkim na początku zdań: kiedy zaimek osobowy jest pierwszym wyrazem, to zwracam uwagę odbiorcy na wykonawcę czynności. Jeśli pierwszy jest czasownik, to można skorzystać z formy skróconej. Dlaczego „można”, a nie „należy”? Bo nie ma takiego obowiązku – krótsze formy są jakby „dodatkiem”. Jeśli w zdaniu ważna jest, na przykład, nie tylko czynność, lecz także jej wykonawca, to można użyć formy skróconej. Warto również pamiętać, że po przyimkach, powinno się stosować formy pełne.

Bardzo dobrze widać to na przykładach z czasownikiem kochać.

Ciebie i tylko Ciebie kocham. 

Kocham Cię. 

Albo na przykładzie czasownika podobać się. 

Mnie nie podobają się obrazy Matejki. 

Nie podobają mi się obrazy Matejki. 

Podaję jeszcze przykłady użycia zaimków po przyimkach:

Dla mnie najładniejszy jest kolor niebieski. 

Według mnie mijasz się z prawdą. 

Obecnie językoznawcy, m.in. prof. Jan Miodek czy prof. Jerzy Bralczyk, biją na alarm, iż tak bardzo się do tych form przyzwyczailiśmy, że wiele osób nie potrafi korzystać z form pełnych, co grozi ich wyginięciem z języka w drodze naturalnego rozwoju. Niektóre zdania mogą wręcz brzmieć dziwnie, tak bardzo zakorzeniły się w języku polskim krótkie formy.

Dalsza część rozmowy o czasie skupi się na… datach (a konkretniej na ich zapisie). Chodzi o wyrażenia piąty lipca, ósmy września itd. Nie jest on nazbyt skomplikowany, pomimo tego często stosowany jest niepoprawnie. Tak naprawdę jest skrótem myślowym, który zastosowany w pełnej postaci, znacznie ułatwia jego odmianę.

Wygląda to tak:

piąty (dzień) lipca

dziesiąty (dzień) lutego 

dwudziesty (dzień) października 

Nazwa miesiąca musi wystąpić w dopełniaczu, ponieważ dzień jest kogo? czego? jakiegoś miesiąca. Nawet gdy słowo dzień się nie pojawia , to należy mieć je w pamięci. Z jednego ważnego względu: pomaga to w odmianie. Jeśli ktoś pomiędzy wstawi (w myślach; w tekście nie musi się ono pojawić) to słowo, to nie ma możliwości, by użyć konstrukcji niepoprawnie.

Błędy składniowe

Zanim przejdę do błędów frazeologicznych, opowiem jeszcze o błędzie składniowym. Otóż istnieją pewne połączenia wyrazów, które występują ze sobą nierozłącznie, w odpowiedniej kolejności, połączone w odpowiedni i stały sposób. Jakie to wyrażenia? Choćby pierwsze z brzegu, klasyk gatunku: nie tylko…, lecz także… . Wykorzystujemy je na co dzień w mowie i piśmie. Najpopularniejsze to:

O ile…, to…

O ile…, o tyle…

Jeśli…, to… 

Tak…, jak…

Dlatego…, że… 

Im…, tym… 

Ktoś jednak może zapytać co to oznacza w praktyce? Chodzi o to, że są to wyrażenia, które nie ulegają zmianie i używanie ich w inny sposób jest niepoprawne. Jeden z najczęstszych błędów w tym zakresie, to mówienie dlatego…, bo… . Równie częstym błędem jest zmienianie słów lecz lub także w pierwszym z wyrażeń. W tym przypadku językoznawcy postanowili jednak ułatwić nam życie: w mowie dopuszcza się: nie tylko…, lecz również/ale także/ale również itd. Wszystkie te formy uznawane są za równorzędne, lecz w piśmie zobowiązani jesteśmy, by używać formy wzorcowej, podanej na początku.

Błędy frazeologiczne

Podobnie jak powyższe złożenia są stałymi elementami języka, tak i związki frazeologiczne są niezmienne. Żeby mówić o błędach frazeologicznych, należy zastanowić się nad tym, czym jest związek frazeologiczny. Otóż jest to stałe połączenie różnych słów w wyrażenie, którego właściwe znaczenie jest inne od dosłownego. Co to oznacza w praktyce? Oznacza tyle, że przy używaniu takich związków, należy zachować ostrożność. Związki frazeologiczne są utartymi wyrażeniami, zatwierdzonymi przez językoznawców. Zmienianie ich lub po prostu używanie ich w niewłaściwy sposób jest błędem, ponieważ zniekształca to ich znaczenie, które nie dość, że nie jest dosłowne, to często nie da się go odczytać bezpośrednio z samej ich treści. Wymienię tylko trzy podstawowe i szeroko stosowane związki. Jeden z nich to: rzucać się z motyką na słońce. Całkiem niepozorne, wszystkim znane połączenie. Jednak jeśli ktoś zamieni słońce na chociażby księżyc, to już jest to błąd. Nie wiem dlaczego, ale zauważyłem, że w regionie, z którego pochodzę, prawie nikt nie rzuca się na słońce, lecz na księżyc… W pewnym stopniu można to nawet potraktować jako regionalizm.

Innym przykładem jest: wziąć coś na tapet. Tak drodzy Czytelnicy, na tapet! Sam byłem niezwykle zdziwiony, gdy się o tym dowiedziałem (tyle lat w nieświadomości…). Wyrażenie to nie ma absolutnie nic wspólnego z tapetą, którą wykładamy ściany swoich mieszkań czy domów. Czym w takim razie jest tapet? To po prostu dawna nazwa na stół obrad, który najczęściej przykrywano zielonym suknem. Od teraz sam staram się nie brać spraw na tapetę, bo szkoda niszczyć ściany. Ostatnim, nagminnie zmienianym i namiętnie maltretowanym wyrażeniem jest: rzucać się w oczy. Konsekwentnie nie rzucamy się w oko/ucho/uszy/twarz i jakąkolwiek inną część ciała. Jeśli komuś już bardzo na tym zależy to może ewentualnie wpaść komuś w oko, ale to już kompletnie inne znaczenie niż przy rzucaniu się.

Inne błędy

Jeśli ktoś uczy się niemieckiego, to wie, że czasowniki oznaczające ruch łączą się z innym przypadkiem, a te oznaczające brak ruchu z innym. To pociąga za sobą dwa osobne słówka pytające: jedno dla bezruchu i jedno dla ruchu, oba w odniesieniu do położenia. Po polsku sytuacja jest taka sama. Mamy gdzie (czyli niemieckie wo), i mamy dokąd (czyli niemieckie wohin). Różnica w użyciu tych słów jest znaczna, ponieważ oba wskazują na przeciwne stany. W konsekwencji słów tych nie można używać wymiennie, co i tak wiele osób czyni. Zatem zdanie Gdzie idziesz? jest błędne. Należy mówić: Dokąd idziesz/jedziesz/zmierzasz? 

Podobnie ma się sytuacja z dwoma innymi słowami: gdy oraz kiedy. Ponownie odniosę się do języka zachodnich sąsiadów: tam różnica jest niewielka, bo dzieli je tylko jedna litera, jednak szyk niemieckiego zdania może pomóc w zapamiętaniu różnicy pomiędzy tymi wyrazami. Kiedy po niemiecku to wann. Słowa tego najczęściej używa się w pytaniach, co oznacza, że występuje w zdaniu jako pierwsze. Tak samo jest po polsku. Słowo kiedy odnosi się do jakiegoś nieokreślonego punktu na osi czasu. Wenn oznacza po niemiecku gdy. Słowo gdy nie musi odnosić się do konkretnego czasu: ma zaznaczać następstwo czasów (akcentuje kolejność wykonywania jakichś czynności) lub określać czas odbywania się czynności, o której mowa w zdaniu. W mowie jednak uznaje się to za kosmetyczną różnicę, więc nie ma co zawracać sobie nią zbytnio głowy. Warto jednak o tym wiedzieć podczas czytania, bo może to znacząco ułatwić interpretację lub zrozumienie jakiegoś tekstu.

Tautologia

Błędem, który często wyłapują ludzie ze słuchu, ale nie potrafią go nazwać jest tzw. „masło maślane”. Taki błąd to tautologia (lub pleonazm) – niepotrzebne powtórzenie jakiegoś słowa w inny sposób. Na co dzień wykorzystujemy wiele utartych wyrażeń, które wydają się nam być poprawne. Czasami okazuje się jednak, że te wyrażenia są błędne, ponieważ, można rzec, że „jest w nich za dużo treści”. Jedno z najpopularniejszych to np. fakty autentyczne. Skoro fakt, to w definicji ma stwierdzoną prawdziwość, czy też autentyczność. Nie należy tego powielać, gdyż słowo fakt swoim zakresem znaczeniowym już to obejmuje. Należy się zdecydować: albo fakt, albo autentyczne wydarzenie. Czy tautologii w ogóle nie wolno używać? Nie. Jedyny warunek jest taki: niech jej użycie będzie uzasadnione. Jeśli zamysł autora jest taki, by podkreślić coś szczególnie, to można sobie na nią pozwolić. Należy jej jednak unikać w miejscach, w których takie rzeczy są oczywiste. Inne często spotykane tautologie to: w każdym bądź razie, w dniu dzisiejszym, w dniu/dnia 5. lipca, najprawdziwsza prawda, tylko i wyłącznie.

Zbędne "nowe" słowa

Język nieustannie rozwija się, niektóre formy tworzy samodzielnie, a niektóre przyswaja w formie pożyczek. W podobny sposób my próbujemy posługiwać się językiem: tworzymy kalki, przerabiamy obce konstrukcje  i sztucznie wcielamy je do języka. Wprowadzają one chaos do ojczystego systemu językowego i są formami konkurencyjnymi dla rodzimych wyrażeń. Jest ich całkiem sporo, często nie zdajemy sobie sprawy z ich pochodzenia. Najczęściej rusycyzmy wydają się normalnymi polskimi strukturami, niestety nimi nie są. Najpopularniejsza kalka? Z wielkiej/małej litery. Jest to bezpośrednie zapożyczenie z języka rosyjskiego: с бoльшой/малой буквы. Po polsku, czyli poprawnie według naszego systemu, należy mówić dużą/małą literą. Inne popularne rusycyzmy to: póki co w znaczeniu na razie; wiodący w znaczeniu główny, rozpracować w znaczeniu przeanalizować. Istnieją całe grupy wyrazów, które pochodzą z innych języków i są używane pomimo konkurencyjnych form rodzimych. Współcześnie popularne są anglicyzmy, co wynika z ekspansji języka angielskiego. O ile zapożyczanie słów i wcielanie ich do słownika innego języka to normalne zjawisko, to używanie wyrazów, których odpowiedniki w naszym języku istnieją, jest niebezpieczne. Najczęściej anglicyzmy spotyka się w gwarze uczniowskiej lub tzw. korpogadce, ale jest to żargon, co zmienia sytuację. Natomiast coraz częściej spotykam się z anglicyzmami w sytuacjach oficjalnych lub w codziennych rozmowach – nie tylko ja zauważyłem to zjawisko, również moje otoczenie, a w szczególności część społeczeństwa, która angielskim się nie posługuje. Jak już napisałem, nie chodzi o bycie purystą, ale o świadomość i możliwe zapobieganie temu.  

Zakończenie

 

Słowa, jakich używamy, są czymś takim, jak ubranie, które nosimy, albo rodzaj fryzury. Można się ubrać krzykliwie na naradę w biurze albo włożyć ciemny garnitur na plażę, ale większość ludzi powie, że jest to niestosowne.

–  prof. Mirosław Bańko, fragment wypowiedzi z Poradni Językowej PWN

Mając w pamięci słowa profesora, zachęcam nie do hiperpoprawności, lecz do (mam nadzieję) udanych spotkań z polszczyzną wzorcową. W razie wątpliwości polecam korzystanie ze strony Słownika Języka Polskiego oraz Poradni Językowej PWN, która jest prawdziwą (i przede wszystkim pewną) kopalnią wiedzy na temat języka polskiego w Internecie.


Zobacz także…

Jak wiele można wynieść z polskiej szkoły, czyli mankamenty i problemy polskiej sceny edukacji językowej
Noworocznie i językowo o Polsce
Komunikatywność w języku: co to takiego?
Polski – najtrudniejszy język świata?

Ortograficzne rozterki Polaków

Na pewno czy napewno? Na codzień, na co dzień, a może jeszcze lepiej: Nacodzień? Z takimi problemami boryka się spora część osób mówiących po polsku. Chyba wszyscy wiedzą, jak nieprzyjemnych problemów potrafi nastręczyć nasz rodzimy język. Niektóre błędy powtarzają się częściej, inne są dużo rzadsze. Myślę jednak, że warto chociażby spróbować wystrzegać się błędów o największej częstotliwości, by uniknąć nieprzyjemnych sytuacji i zgryźliwych uwag.

Błędy i ich rodzaje

W języku wyróżniamy różne rodzaje pomyłek w zależności od kategorii, do którego należy dane słowo lub błąd. Idąc tym tokiem myślenia, wyróżniamy błędy: ortograficzne (związane z zapisem języka), słowotwórcze (związane z tym, jak powstają wyrazy), frazeologiczne (związane z kompletnymi połączeniami wyrazów o różnych znaczeniach), słownikowe (związane ze znaczeniem wyrazów), fleksyjne (związane z odmianą wyrazów – zarówno deklinacją, jak i koniugacją) oraz interpunkcyjne (związane ze stosowaniem znaków interpunkcyjnych). Oczywiście te dzielą się również na podgrupy.

      polski-meme

Co w trawie piszczy

Słowa, o których pisałem we wstępie, dość często pojawiają się zapisane niepoprawnie. Formy poprawne to oczywiście "na pewno" oraz "na co dzień". Słów, które powodują wątpliwości, jest naprawdę wiele, lecz nie znaczy to, że nie można z tym w żaden sposób walczyć. Niektóre zasady są bardziej skomplikowane, inne mniej. Jednym z częstych problemów jest pisownia cząstki "nie" z różnymi częściami mowy. Sprawa z czasownikami jest całkiem prosta, bowiem we wszystkich formach, czasach i trybach czasowniki z "nie" piszemy oddzielnie.

Przykłady:

Nie byłem jeszcze w szkole. 

Nie poszedłbym do tego liceum, gdyby nie moja nauczycielka. 

Jeśli chodzi o przymiotniki, zasada ma się podobnie. Cząstkę "nie" z przymiotnikami piszemy łącznie. Zasada ta zawiera w sobie zaledwie jeden mały haczyk: wszystkie przymiotniki zapisujemy łącznie, jeśli są w stopniu podstawowym lub wyższym. Jeśli przymiotnik występuje w stopniu najwyższym, cząstkę przeczącą zapisujemy osobno.

Przykłady:

Twoje oceny są nieadekwatne do twoich umiejętności. 

Twoje oceny są nie najwyższe. 

Co ważne przymiotników nie zapisujemy wielką literą.

Przykłady:

Stieg Larsson był szwedzkim pisarzem. 

Język francuski jest popularny w Afryce. 

Od tej zasady istnieją jednak dwa wyjątki. Jeśli opisujemy wydarzenie lub przedmiot szczególnie dla nas ważny, to przymiotnik można zapisać wielką literą. Oznacza to, że zarówno zapis wielką, jak i małą literą w tym przypadku jest poprawny. Dzięki temu wiadomo, jaki stosunek nadawca ma do danego wydarzenia lub przedmiotu. Również przymiotniki w nazwach geograficznych zapisuje się wielką literą.

Przykłady:

Powstanie Warszawskie trwało 63 dni. 

Na półwyspie Apenińskim leżą Włochy. 

Z doświadczenia (choć niewielkiego) wiem, że imiesłowy sprawiają problemy, ponieważ przy nich sprawa znacznie się komplikuje. Imiesłowy dzieli się na przymiotnikowe oraz przysłówkowe.
Imiesłowy przymiotnikowe rozpoznać można po końcówkach: -ący, -ny, -ony oraz -ty. Wtedy imiesłowy z "nie" piszemy łącznie.

Przykład:

<<Ruski rok>> to potoczne określenie na okres niemający końca. 

Imiesłowy przysłówkowe łatwo rozpoznać po końcówkach: -ąc, -wszy oraz -łszy. Wtedy sprawa ma się przeciwnie do imiesłowów przymiotnikowych, tj. imiesłowy przysłówkowe piszemy z cząstką "nie" rozdzielnie.

Przykład:

Nie wyszedłszy wcześniej z domu, skierował się ku północy. 

Równie częstym błędem jest nieprawidłowe zapisywanie cząstki -by z czasownikami w trybie przypuszczającym. Zasada ta nie jest nazbyt skomplikowana. Należy jedynie zapamiętać, że jeśli odmieniamy czasownik przez osoby w trybie przypuszczającym, to cząstka -by jest zapisywana z czasownikiem. Natomiast jeśli czasownik jest w formie bezosobowej w bezokoliczniku, to cząstka zapisywana jest oddzielnie.

Przykłady:

Gdybym miał wizę, poleciałbym do USA. 

W kinie zobaczyć by można niejeden ciekawy film. 

Istnieje też możliwość, by rozdzielić formant -by oraz czasownik i zapisać je osobno. Wtedy formant występuje najpierw, a dopiero po nim stoi czasownik.

Przykład:

Gdzie byś teraz był, gdyby nie moja pomoc? 

Okazuje się też, że równie trudne są formy skrócone różnych wyrazów. Zaczniemy jednak od mojej Pani nauczycielki od matematyki, która często z nostalgią wspominała: AGH to taki piękny skrót… Na co ja zawsze w myślach odparowywałem: To nie jest żaden skrót, tylko skrótowiec! Tak więc doszliśmy do punktu, w którym zastanawiamy się nad tym, czy istnieje jakiś podział skrótów… Ależ oczywiście, że istnieje! Zaczniemy od skrótowców, które są zazwyczaj mniej znane. Skrótowiec to słowo utworzone z połączenia pierwszy liter, głosek, sylab lub cząstek wyrazów wchodzących w skład zestawienia. Używa się ich niezwykle często, spotykamy je wszędzie. W ten sposób skraca się nazwy firm, organizacji i instytucji. Zapisuje się je wielkimi literami, najczęściej pochodzącymi od pierwszych liter poszczególnych wyrazów.

Przykłady:

UJ = Uniwersytet Jagielloński 

NBP – Narodowy Bank Polski 

POLFA = Polska Farmacja 

UE = Unia Europejska 

Kłopoty pojawiają się również wtedy, gdy zaczniemy odmieniać powyższe wyrazy. Konkretnie chodzi o sposób zapisu końcówki fleksyjnej dołączanej do wyrazu podczas deklinacji. Jest to jednak banalnie proste: bezpośrednio po skrótowcu stawia się dywiz (jeśli chcesz wiedzieć, czym jest dywiz, czytaj dalej), a zaraz po nim końcówkę fleksyjną. Dla rozjaśnienia i ilustracji podaję poniżej wzór odmiany słowa PWN (Państwowe Wydawnictwo Naukowe).

M. PWN 

D. PWN-u 

C. PWN-owi

B. PWN 

N. PWN-em 

Ms. PWN-ie 

W. PWN!

Dodatkowo, jeśli w nazwie znajduje się jakiś spójnik (np. i, oraz), to należy go zapisać małą literą (wewnątrz samego skrótowca). Czyli poprawny zapis skróconej nazwy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, to MSWiA. Ważną informacją jest, że nawet przy wykorzystywaniu skrótowców konieczna jest znajomość jego pełnej nazwy, gdyż jest ona niezbędna do koniugacji czasownika. Orzeczenie, którego podmiotem jest skrótowiec, odmieniamy według rodzaju pełnej nazwy skrótowca. Bardzo dobrze widać to w przypadku słowa PAP (Państwowa Agencja Prasowa).

Należy pisać:

PAP ogłosiła, że doszło do złamania praw człowieka. 

Piszemy tak, ponieważ pełna wersja tego zdania brzmiałaby:

Państwowa Agencja Prasowa ogłosiła, że doszło do złamania praw człowieka. 

Inny tego typu wyraz: KZN (Kolejowe Zakłady Nawierzchniowe). 

KZN ogłosiły strajk pracowników. 

Pełnie zdanie brzmiałoby:

Kolejowe Zakłady Nawierzchniowe ogłosiły strajk pracowników. 

Po dość długim wywodzie na temat skrótowców, nadeszła chwila na… kolejny wywód, tym razem o skrótach. Skróty zasadniczo różnią się tym od skrótowców, że: po pierwsze, zapisywane są małymi literami; po drugie są formami skróconymi jedno- lub kilkuliterowej cząstki wyrazu. Sama pisownia skrótów nie nastręcza problemów, lecz rozterki pojawiają się w momencie, gdy nie wiadomo, czy należy postawić po nim kropkę, czy też nie. Spieszę z wytłumaczeniem.

Otóż kropkę stawiamy w następujących sytuacjach:

  • po skrótach będących początkowymi literami, bezpośrednio po sobie występującymi wewnątrz danego wyrazu. Oznacza to, że skrócone słowo spółka zapiszemy jako sp. (czyli z kropką), a już na przykład wyraz numer zapiszemy jako nr (czyli bez kropki, ponieważ zawarto w nim pierwszą i ostatnią literę całego wyrazu);

  • po zwrotach lub wyrażeniach, których kolejne wyrazy rozpoczynają się od spółgłosek: itd. (i tak dalej), jw. (jak wyżej).

Po wyrażeniach, których kolejne słowa zaczynają się od samogłoski, kropkę zapisuje się po skrócie każdego wyrazu. Przykładowo: przed naszą erą zapiszemy jako p.n.e., tak samo jak centralne ogrzewanie zapiszemy jako c.o.

Inną szczególną sytuacją zapisywania kropki po skrótach są skróty tytułów. Otóż, jeśli dany tytuł zapisujemy w mianowniku (ale nie jest on skrótem, który wykorzystuje jedynie pierwsze litery wyrazu), pozostawiamy go bez kropki. Przykładowo: dr Anna Nowacka, ale prof. Jan Miodek (z kropką). Jeśli tytuł odnosi się do mężczyzny i został zapisany w przypadku zależnym (tj. został odmieniony), a np. kończy się na ostatnią literę wyrazu, to należy po nim postawić kropkę.

Przykłady:

Widziałem wczoraj dr. Adama Przykładowego. 

Ten order należy do mjr. Jana Iksińskiego. 

Zasada ta nie odnosi się do tytułów kobiet, ponieważ wyrazy te mają taką samą formę we wszystkich przypadkach (Widziałem dr [=doktor] Annę.).

Nie wszystkie kreski są jednakie

Jak zaznaczyłem już wcześniej, teraz będziemy mówić o kreskach w języku. Tak, tak, właśnie tak – o kreskach! Skupimy się dokładniej na dwóch rodzajach kresek, których praktycznie wszyscy używamy na co dzień. Te dwa rodzaje kresek to: myślnik (nazywany również pauzą) oraz dywiz (nazywany również łącznikiem). Różnią je dwie zasadnicze rzeczy: primo, ich wygląd (a konkretnie długość) oraz secondo, funkcja. Myślnik jest tą dłuższą kreseczką (myślnik = –). Jego funkcja to między innymi: wydzielanie pewnych części zdania, zastępowania przecinka oraz oznaczania przerwy (np. na zastanowienie się nad czymś). Jeśli w naszej wypowiedzi chcemy wstawić myślnik, to zarówno przed, jak i po nim należy zrobić odstęp. Aby uzyskać na komputerze myślnik, należy wykorzystać kombinację dwóch klawiszy: alt+klawisz, który (o, ironio) ma na sobie zazwyczaj nadrukowany… dywiz. Tak, ta nieco krótsza kreseczka, to właśnie dywiz (o, taki: – ). Funkcje dywizu to łączenie dwóch wyrazów w jeden, przenoszenie wyrazów, wyznaczanie zakresu i wiele, wiele innych.

Przykłady użycia myślnika:

Nigdy nie jadłem lazanii w twoim wykonaniu – jest wyborna! 

Do ciasta na pizzę – grubego, bądź cienkiego – potrzebne są drożdże. 

Przykłady użycia dywizu:

Ta kobieta nosi biało-niebieską sukienkę. 

Kupiłem sobie nowy słownik polsko-niemiecki i niemiecko-polski. 

Na zakończenie

Zasady ortografii i interpunkcji polskiej, choć nie należą do najłatwiejszych, mogą być przydatne w różnych sytuacjach nie tylko w szkole czy w pracy, ale na co dzień. Poza powodami, o których pisałem we wstępie, warto jeszcze zwrócić uwagę na to, iż błędy prowadzą często do nieporozumień i błędnej komunikacji, o czym pisałem tutaj. Błędy sprawiają, że zniekształcamy swoje komunikaty, swoją osobowość oraz dajemy mylne (?) wrażenie odnośnie do niskiego poziomu wykształcenia. Można temu jednak zapobiegać, albo chociaż próbować zapobiegać. Ważnym elementem pracy nad własną poprawnością jest "nie zrażanie się własnymi pomyłkami" oraz napiętnowaniem ze strony społeczeństwa. Wiedzę tę warto również nieustannie odświeżać przez wykorzystywanie tych informacji w praktyce. Myślę, że w ten sposób można nieco przełamać mit o niezwykłej zawiłości naszego języka ojczystego. Wszystkim życzę powodzenia w językowych zmaganiach z poprawną polszczyzną!

Zobacz również:

Rola uwagi w nauce języka

Czasowniki mocne, czasowniki nieregularne – co to za różnica?

Czy język niemiecki jest trudny?

Opowiadanie po wielkopolsku na rocznicę Woofla.pl

poznan_ratusz

Ratusz w Poznaniu

Zanim przejdę do podsumowania roku i podziękowań, chciałbym w związku z naszym świętem zaproponować Wam dziś coś znacznie lżejszego – coś z pogranicza zabawy językiem i podstaw polskiej dialektologii, będącego rozwinięciem artykułu o gwarach wielkopolskich. Podjąłem mianowicie próbę napisania bardzo krótkiego opowiadania w wielkopolskim dialekcie, używając charakterystycznych słów, jakie pamiętam z młodych lat i zwracając szczególną uwagę na fonetykę, która w paru przypadkach różniła się od rozpowszechnionego w telewizji standardu. Proszę przede wszystkim wybaczyć ortografię, jakiej w poniższym opowiadaniu użyję, bo będzie całkiem nienormatywna, odbiegająca niekiedy nawet od "Słownika gwary poznańskiej" Waldemara Wierzby oraz serwisu gwarowego dawniejtutej.pl.  Nie rozdrabniając się jednak zbytnio nad szczegółami powstawania poniższego tekstu, chciałbym zachęcić wszystkich czytelników, bez względu na to czy z Wielkopolski, czy z daleka, do spróbowania swoich sił w zrozumieniu tej krótkiej historii:

Rychu dał se wczoraj w tytę, śruba fest, bo Kolejorz majstra zdobył i łaził z modrakowo-biołą faną – dzie był to nie wie, purtelam też chyba zaliczył, ale ućkło mu. Pamięta ino, że gorunc był i jak wracoł na szage przez chynchy, pogonił go kejter jakiś. Aż do chaty go gonił, tak, że porty, fifne takie, prawie zgubił jak ten go szczapił. Łe jery, to by była poruta – Rychu bez portek – dość że szplejty mioł bose. Nie, że był fleja… Normalny szczun, sznupa taka fajna, bystry taki, ino klapioki mioł fest, takie same jak brachol, co sie z nich budzie chichrali. Stetrany Rychu wpadł do sklepu, zapalił światło, zgasił, zapalił, czorno. I cug jaki taki łed łekna. "Tu wyra se nie zrobię" – pomyśloł Rychu, że sie w sklepie nie skitra i taki rozmemłany poszedł do góry, gdzie brachol ćmika polił. "Ole mosz jape tej! Gdzie żeś se je tak obrzympolił?" – i nie czekając na Rycha – "Pa to tej!". I śwignął Rycha po glacy. "Nyga!". Rychu wiedzioł, że muły ma jak bocian pjynty i że z takim patanem jak Przemo mu łatwo nie pójdzie. Wziął wjync drabke, ćpnoł porty na ryczke, gdzie już leżały klunkry, cuś tutej mu nie gra – wykukuje z wyra, a Przemo se łoblek korbol na glace. "Tyn to ma z gorem." Rychu rozumiał – stara Fydlera go łociotała, czarciego żebra nie było. Mogło być gorzy, wiadomo. Wtedy mieszkali w Poznaniu – bilety w bimbie odbijali, bejmy mieli, szneki kupowali za winklem, na wildeckim fyrtlu ze szczunami było szukano, było gonito, bioło była zawsze na stole. Tera bioły ni mo. Tu, na wygnajewie, zostały ino haferfloki, korbol, pyry i modro. Erzac. I hyćka za łeknem. I chójka, ale ta ino na gwiazdora.

czarnkow

Czarnków

Na gwiazdora to zawsze bana przyjeżdża zez Wronek i wuja Lechu – kakalud taki z kluką jak u gapy, stara Fydlera by powiedziała, że nojszpłat. Rojber był za młodu, na blałki łaził, kamlotami świgał najdali, na kaście w trampkarzach Kolejorza – a tera sie brynkot zrobił. Frechowny taki na dodatek. I makiełki żre, ino do chaty wejdzie. I plyndze. I gzik (z pyr i gziku glajde robi, nie to co my). I nasze szare kluchy. Pener po prostu. Szkieły też go nie lubieją, ale to dlatego, że rojbrował, a potem kielczył się jak go złapali. W tych laczkach swoich, z jabzem w ręku, ino co zerwanym, tak że z jabłoni ino ogigle zostawały. Taki Lechu, no. Nahajcowali jak gość przyjechoł, dziecioki rychło wstały, ojciec ćpnoł do skrytki haczke i szype, zakluczył takim dynksem, co go na jarmarku świętojańskim za golitko wymienił. Przemo oczywiście już jest precz, dzieś na dworze, goni kociambry. A Rychu? Ten to ma rułe. Nim wstanie, nadusi guzik radia, obejrzy pamperki stojące pod łeknem, zaś pójdzie do łazienki ze swoją szwamką. Słyszy jak mama kroi skibki, podjadając kromke, cuś kwirlejką robi (plyndze pewno), nabierką wlewa ślepe ryby. "Łe jery!" – krzyczy – "Jakieś fafoły pływają". Pomojtała troche – fafołów ni mo. Wuchta wiary ma dziś przyjść, każdy z tytką czegoś, a Rychu ołówkiem na oszczytku naoszczonym pisze co kto ma – buhalterem chce być. Bejmy liczyć. Cała wiara przyszła – nawet ta miągwa spod łebory Altmanów z kanką mleka. Jak Rychu był fertyś, skoczył na stopy, powiedział "Ide los" i pobiegł do Jadzi. Fajna dziewucha taka. Na szukano i gonito już są za starzy, ale w tytę zawsze dać se można.

Podejrzewam, że dla osób z Wielkopolski wiele zwrotów było znajomych i nawet jeśli nie używają ich na co dzień, to w dużej mierze je rozumieją. Ciekawią mnie natomiast wrażenia osób z innych części kraju, bądź osób, które polskiego uczyły się jako języka obcego. Jakie były wasze wrażenia? Czy tekst był zrozumiały?

obrzycko

Obrzycko

Woofla.pl ma już rok

Niewiele ponad rok temu, 13 października, pojawił się na Woofli pierwszy artykuł. Pamiętam emocje związane z rozpoczęciem tego projektu, posiadającego z jednej strony wiele wspólnych cech ze "Światem Języków Obcych", z drugiej natomiast mającego ambicje stania się czymś więcej niż kolejnym blogiem językowym pisanym przez jednego autora. Zawsze przyświecał mi raczej cel stworzenia platformy, na której osoby zainteresowane językami mogłyby wymieniać się poglądami i Woofla takim miejscem miała się stać. Sporo było jednak w tym wszystkim niepewności. Zastanawiałem się, czy uda nam się utrzymać liczbę czytelników (ta początkowo była bardzo niewielka), czy zaciekawimy ich nowatorską formułą strony, czy jest możliwa na dłuższą metę kolaboracja kilku niezależnie od siebie działających autorów, z których każdy interesuje się zupełnie innym skrawkiem językowej rzeczywistości. Okazało się, że warto było podjąć ryzyko – dziś Woofla jest chyba jedynym miejscem w polskiej blogosferze współtworzonym przez zespół, obecnie już 10, pasjonatów, gdzie nowy artykuł pojawia się co trzy dni. Dziennie odwiedza nas około 500 osób, posiadamy konto na Facebooku mające ponad 3000 fanów, zajęliśmy też 2 miejsce w zestawieniu najlepszych blogów językowych zorganizowanym przez firmę EF Education First (mimo to planujemy odejść od blogowego formatu, który w pewien sposób nas "uwiera"). Jak na pierwszy rok całkiem nieźle.

poznan1

Rynek w Poznaniu

Chciałbym w tym miejscu podziękować wszystkim naszym współautorom, bo bez nich to przedsięwzięcie zwyczajnie by się nie powiodło – w pojedynkę niełatwo pogodzić troskę o wszystkie kwestie administracyjne, zarządzanie stroną i kontem na FB, korektę tekstów oraz komunikację mailową z naszymi czytelnikami. Dziękuję też wszystkim osobom, które naszą stronę regularnie odwiedzają oraz komentują nasze wpisy tworząc przy tym niepowtarzalną atmosferę – mam nadzieję, że choć w części udaje nam się im zrewanżować tworzeniem wolnej przestrzeni do dyskusji. Dziękuję również za każdy głos konstruktywnej krytyki względem publikowanej na naszej stronie treści. Zdajemy sobie sprawę z tego, że nikt z nas nie jest idealny, a wiele trzeba poprawić, żeby dojść do naprawdę wysokiego poziomu. Szczere wskazanie błędu zawsze daje więcej niż niekończący się strumień pochwał – to pierwsze skłania bowiem do refleksji, która następnie jest matką wszelkiego rodzaju ulepszeń. Te natomiast są niezbędne, żeby nieustannie brnąć do przodu i tworzyć coś rzeczywiście przydatnego.

Żeby nie być przesadnie patetycznym, powiem tylko, że mam nadzieje, że następny rok trwania Woofli będzie jeszcze bardziej owocny. Zarówno dla nas autorów, jak i dla Was, Drodzy Czytelnicy.

I do … czyli o wyborach językowych na całe życie

Przy okazji matur i innych ważnych życiowych wyborów skupmy się na wyborze języka, którego zaczynamy się uczyć. Co tak naprawdę determinuje nasz wybór? Dlaczego nagle zakochujemy się we francuskim/duńskim/katalońskim, etc? Czy istnieje jakieś wytłumaczenie, na czym polega atrakcyjność języka? To dobre pytanie, więc sprawdźmy.
Opinie i gusta są różne – pamiętajmy, że o nich się nie dyskutuje, każdy wybiera sobie taki język, jaki mu odpowiada. Ale jak to wygląda? Rzućmy okiem na różnorodność językową – w dobie internetu1 mamy możliwość poznania języka nawet z najdalszego zakątka świata. Możemy segregować języki pod względem ich trudności albo przynależności do danej rodziny. Przeglądamy, czytamy fora i opinie i w końcu wybieramy. Co o tym zadecydowało? Zanim przejdziemy do rozważań, mały cytat z poligloty, cesarza Karola V, który oznajmił :

„Mówię po hiszpańsku do Boga, po włosku do kobiet, po francusku do mężczyzn, a po niemiecku do mojego konia”.

Ciekawy podział, nieprawdaż? 🙂
I teraz nadchodzi czas na postawienie głównego pytania: dlaczego? Opierając się na badaniach dr Vinetty Chand z uniwersytetu w Essex, można wysnuć wniosek, że atrakcyjność języka jest ściśle związana z ludźmi, którzy się nim posługują. Socjologowie uważają, że jeżeli dana grupa społeczna lub narodowość postrzegana jest pozytywnie, to tak samo pozytywnie jest odbierany ich język. Innym aspektem, który odgrywa istotną rolę w wyborze języka, jest oczywiście sytuacja gospodarcza i ekonomiczna kraju. Tym właśnie uzasadnia się ciągle rosnącą popularność języka chińskiego. Panuje również przekonanie, iż nauka języka obcego mówionego w państwie mniej rozwiniętym finansowo czy nie będącym gospodarczą potęgą nie jest aż tak opłacalna. Innym aspektem, na który również zwraca uwagę dr Chand, jest ilość osób mówiąca danym językiem. Angielski wiedzie prym w szkołach, na kursach i obozach językowych, bo posługując się nim, możemy porozumieć się w prawie każdym miejscu na ziemi. To dlatego języki o małym zasięgu, takie jak hawajski, nie wydają się atrakcyjne. Dr Chand podkreśla także, że nie ma niczego, jeśli chodzi o brzmienie języka, co sprawia, że jest on mniej lub bardziej atrakcyjny dla słuchacza. Co więcej, to że postrzega się francuski i włoski jako języki melodyjne i romantyczne, jest bardziej skorelowane z regionami, w którymi się nimi posługuje, niż z ich faktycznym brzmieniem czy systemem fonetycznym. Jednak istnieje pewna zależność związana z dźwiękami realizowanym w danym języku – otóż dla osoby, której językiem ojczystym jest angielski, bardziej atrakcyjne wydadzą się języki, które zawierają podobne dźwięki. Jak wyjaśnia dr Patii Adank (UCL), Anglikom podoba się francuski i włoski, podczas gdy języki, które realizują inne dźwięki, brzmią dla nich bardziej ‚szorstko’, a języki takie jak mandaryński wydają się nieatrakcyjne. Dla Anglika rozróżnienia tonów brzmią po prostu nienaturalnie. W książce „Through the Language Glass: Why the World Looks Different in Other Languages” napisanej przez lingwistę z Izraela – Guya Deutschera, jest poruszony jeszcze inny aspekt dotyczący atrakcyjności języka. Otóż autor zwraca uwagę na występowanie zbitek spółgłoskowych w poszczególnych językach. Uważa, iż dla kogoś, kto w swoim ojczystym języku nie używa takiego zestawienia głosek, wydaje się ono zbyt trudne w odbiorze i mało zachęcające do nauki. Jako przykład podaje niemieckie słowo „selbstverständlich” – w tłumaczeniu na polski „oczywiście”. W słowie występuje spory zbitek spółgłosek lbstv nie przedzielony żadną samogłoską. Dla porównania, włoski prawie wcale nie zawiera clusterów spółg552_europe_encourages_more_young_people_to_study_foreign_languagesłoskowych i jest uważany za piękny język. Deutscher uważa, że może tu istnieć jakaś zależność. Lingwiści, którzy zajmują się tym zagadnieniem, mają nie lada orzech do zgryzienia. Trudno tak naprawdę ocenić, na czym polega atrakcyjność języka – czy zależy to od jego melodii, czy też może od naszego własnego nastawienia do danej społeczności językowej? Problem polega na oddzieleniu subiektywnych opinii od faktów i wyników badań. Z całą pewnością socjolingwistów czeka jeszcze wiele pracy w tym temacie.
A jak to wygląda w Polsce? Jak tutaj prezentują się języki pod względem atrakcyjności? Oczywiście numero uno pozostaje niezmiennie angielski. Z pewnością wiele osób wybiera angielski, bo jest międzynarodowy, wiele osób nim włada, ma ogromny zasięg, jest potrzebny do pracy itd. Możemy sobie zweryfikować na wykresie ESKK, jak wyglądała nauka języków w Polsce w latach 2002-2012. (Pełny wykres możecie zobaczyć tutaj : tutaj ). Można zaobserwować bardzo ciekawy trend. Angielski przoduje, za nim niezmiennie niemiecki. Natomiast pozostałe miejsca znacznie się pozmieniały. Oczywiście francuski, włoski i hiszpański są popularne na przestrzeni lat w różnych kombinacjach i na różnych miejscach. Ale najciekawszą rzecz obserwujemy w trzecim wykresie – bardzo popularne stają się języki skandynawskie. Coraz więcej osób odchodzi od „oklepanego” hiszpańskiego czy niemieckiego i inwestuje w język, który nie jest znany przez tak dużą liczbę osób. Co w tym momencie wpływa na wybór np. norweskiego? Oryginalność języka – dobra znajomość języka mniej popularnego poprawia znacznie szansę znalezienia pracy, zwiększa elastyczność na rynku pracy.
Jak widać, wybory językowe Polaków uległy zmianie na przestrzeni 10 lat i niektóre z języków straciły na atrakcyjności, a inne zyskały. Co powiecie na cytat z polskiej literatury? Janusz L. Wiśniewski w „Losie powtórzonym” tak odnosi się do atrakcyjności języków:

„ Angielski przy francuskim przypomina pokrzykiwanie pijanego woźnicy, a niemiecki jest jak kłótnia dwóch żołnierzy Wehrmachtu” 😉

A jak WY postrzegacie atrakcyjność języków? Czym się kierujecie przy ich wyborze? Czy język atrakcyjny to taki, który jest łatwy? Czy to, że Wasz ulubiony aktor mówi językiem, którego się uczycie, wpływa na atrakcyjność tego języka? Jestem ciekawa Waszych opinii i spostrzeżeń!

Polski – najtrudniejszy język świata?

trudnypolskiPolski? Rzekłabym język jak każdy inny, choć nie raz ani nie dwa Polacy i Polki oraz cudzoziemcy i cudzoziemki, twierdzą, że polski jest najtrudniejszym językiem świata.

Trudny czy łatwy? Odpowiedź na to pytanie jest niejednoznaczna, a zależna od tego, kto i w jaki sposób zaczyna poznawać jakikolwiek język. Ważne są różne czynniki – czy odbywa się to w ramach kursu czy od tak „mimochodem”, w kraju języka docelowego czy zagranicą etc. Nie bez znaczenia jest to, który język jest językiem ojczystym a także znajomość innych języków i kultur.

Użytkownicy i użytkowniczki języków słowiańskich inaczej będą uczyć się polskiego niż np. Niemiec znający doskonale język rosyjski czy Chinka, która dotąd nie uczyła się żadnego języka obcego. Jeszcze czegoś innego będzie doświadczała osoba zakochana w tym jedynym Polaku lub wyjątkowej Polce. Inne zaś priorytety ma osoba wspinająca się po szczeblach kariery w międzynarodowej korporacji z przedstawicielstwem w Polsce czy szukający azylu analfabeta, nieważne gdzie byle z dala od prześladowań…

Nierzadko powtarzamy, że polski jest pełen wyjątków. Czasem nawet jako specjaliści i specjalistki posuwamy się do stwierdzenia nie wiem/nie pamiętam dlaczego, ale tak jest. Motywacje różnych form bywają na tyle niejasne, że nie kochając nade wszystko gramatyki historycznej, nie jesteśmy w stanie od razu wytłumaczyć jakiegoś frapującego zagadnienia dociekliwej osobie.

Poniżej odwołuję do kilku informacji o języku polskim, które miałyby świadczyć o jego wyjątkowej trudności. Przedtem jednak przywołam niejakiego pana Jourdain, który przez czterdzieści lat nie wiedział, że posługuje się prozą. Powołując się na jego autorytet, pragnę zasugerować, że nieumiejętność wytłumaczenia i uzasadnienia jakiejś formy gramatycznej czy popełnianie błędów nie oznacza braku wysokiej kompetencji językowej i komunikacyjnej.

Mimo że – ktoś mógłby powiedzieć „dlatego że” – profesjonalnie zajmuję się tzw. językiem polskim jako obcym i jestem jego rodzimą użytkowniczką (native'em/ native speakerem/native speakerką) co i rusz sięgam do różnych pomocy – do słowników m. in. poprawnej polszczyzny, poradników i internetowych poradni językowych. Dzięki spotkaniom z osobami, dla których polski nie jest językiem ojczystym, dostrzegam nowe perspektywy i jednocześnie zauważam więcej interesujących a nieoczywistych zjawisk. Jedno wiem na pewno: demonizowaniu polszczyzny mówię stanowczo „nie”!

Zatem w polskim jest 7 przypadków. Język polski nie jest rekordzistą pod tym względem – baskijski na przykład ma ich 16. Dobra wiadomość jest taka, że przypadek rozumiany sensu largo obserwowalny jest w wielu językach. Co istotne przypadki mogą mieć tak jak w języku polskim wykładniki morfologiczne, ale nie muszą. I co ważniejsze nie jest to wymysł czy marzenie sfrustrowanych wielbicieli i wielbicielek języka polskiego, ale wynik międzynarodowych badań lingwistycznych.

Warto wiedzieć, że już małe dzieci są w stanie posługiwać się wszystkimi przypadkami gramatycznymi, oczywiście funkcjonalnie, w ograniczonym i zróżnicowanym frekwencyjnie zakresie – nierzadko z żelazną logiką „jest pies” i „nie ma piesa”. Oczywiście czym innym jest tzw. nabywanie języka przez dzieci czy nauka przez zabawę, a czymś innym uczenie się/nauczanie nastolatków i nastolatek, dorosłych czy seniorów i seniorek. Są to jakościowo różne zjawiska.

Ponadto w polszczyźnie królują rodzaje gramatyczne. Gramatyki podają różne opisy: wersja minimum obejmuje 3, w wersji dla ambitnych możemy doliczyć się siedmiu – męskoosobowy (chłopak), męskonieżywotny (młotek), męskonieosobowy (pies), żeński (architektka), nijaki (dziecko), męskoosobowy (chłopcy), niemęskoosbowy – (dzieci, kobiety, psy i książki).

Posługujemy się alfabetem łacińskim a reguły ortograficzne, opierające się przede wszystkim na zasadach morfologicznych i fonologicznych, są dość konsekwentne. Cechy polskiego, które mogą odstręczać i na początku stanowić trudność – na szczęście do pokonania, to spółgłoski jak np. ś, ć, ź czy zapisywane dwuznakami cz, sz, dż, dź (przypomnijmy sobie Grzegorza Brzęczyszczykiewicza).

Z drugiej strony w polskim jest stały akcent, prosty system samogłoskowy (z wyjątkiem „y” niewystępującego w wielu językach), dość regularny system czasów i – moim zdaniem – całkiem przyjazna składnia. Z czasem dostrzegamy istnienie aspektu (uczyłam się, ale czy się nauczyłam?) oraz wołające o pomstę do nieba i nastręczające wielu trudności samym Polakom i Polkom formy liczebników. Na pocieszenie można stwierdzić, że nie samymi liczebnikami polski żyje.

Cały obraz „bycia w języku” i uczenia się języków komplikuje się jeszcze bardziej, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że języki a może raczej ich użytkownicy i użytkowniczki na własne sposoby motywowane – i kulturowo, i indywidualnie – używają języka/języków. Istotnym wydaje się również fakt, że niejednokrotnie napotykamy słowa, których odpowiedników nie można odnaleźć w innym/naszym języku. Jednak nie oznacza to, że nie zachodzi rozumienie i nie następuje komunikacja.

Język się zmienia a my konfrontujemy się z normą wzorcową i użytkową. Posługujemy się idiolektami i na nie się natykamy, do tego zachodzą interferencje. Poza tym – dość przyziemnie – ważna są motywacja i osoby, które wspierają nas w nauce języków: nudna pani od francuskiego czy nieżyczliwy pan od niemieckiego, nie raz stanęli na drodze ku językowemu sukcesowi…

Jestem przekonana, że każdy język można opanować (proszę zwrócić uwagę na znaczenie słówka opanować i przypomnieć sobie swoje językowe doświadczenia). Każdy z nich ma swoje tajemnice, których z początku może nie zauważamy. Zaczynamy je dostrzegać, gdy zaznajamiamy się z językiem, odczuwając potrzebę coraz precyzyjniejszego wyrażenia siebie.

Każdy z uczących się ma swoje własne tempo uczenia się oraz potrzeby, które powinny być respektowane, by osiągnąć cel, jakim może być jak najlepsza i jak najbardziej odpowiadająca potrzebom znajomość języka obcego. Moim zdaniem nie ma łatwiejszych czy trudniejszych języków. Moim zdaniem możemy uczyć się ich mniej lub bardziej skutecznie, posługiwać się nimi lepiej lub gorzej oraz bardziej lub mniej świadomie.

Zaryzykuję stwierdzenie, że język, kultura oraz myślenie są nierozerwalnie połączone ze sobą a wręcz determinują całe doświadczenie – postrzeganie świata, sny nawet.

Doskonale opisał ten fenomen Michał Głowiński. Otóż przyśniło mu się spotkanie z farmaceutką, podczas którego zapytał „czy jest Cortazar?”. W odpowiedzi padło: „Cortazaru nie ma”. I w całej przywołanej historii nie chodzi o błąd i wątpliwość – Cortazara (pisarza) czy Cortazaru (leku na przykład), ale o pytanie, czy taki sen mógłby śnić ktoś, kto posługuje się językiem, w którym nie funkcjonuje kategoria żywotności? Ja pozwolę sobie zapytać, czy ten sen jest przetłumaczalny na język, w którym nie ma deklinacji?

Reasumując, podtrzymuję, że polski jest logiczny i co więcej można się go nauczyć. Na sam koniec dodam, że mam niewątpliwą przyjemność znać osoby, które uczyły się go jako dorośli i swoją znajomością polszczyzny mogłyby zawstydzić niejednego z native speakerów i niejedną z native speakerek. Sorry, rodzimych użytkowników i użytkowniczek języka polskiego.

Źródła:

Michał Głowiński, Przywidzenia i figury, Kraków 1998.

Edward Łuczyński, Kategoria przypadka w ontogenezie języka polskiego czyli o wchodzeniu dziecka w rzeczywistość gramatyczną, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2004.

Jolanta Machowska, Nabywanie kategorii przypadka. Wiek wczesnoszkolny, Kraków 2006.

Przemysław Turek, Czy polski należy do najtrudniejszych języków świata? Polszczyzna w statystykach trudności przyswajania języków i w perspektywie porównawczej, w: Polonistyka bez granic, t. 2. Glottodydaktyka polonistyczna – współczesny język polski -językowy obraz świata, red. R. Nycz, W. Miodunka, T. Kunz, Kraków 2011.

O autorce:
Monika Nawracka

Antropolożka kultury. Absolwentka m.in. polonistyki i iranistyki.

Uczyła się angielskiego, niemieckiego, rosyjskiego, arabskiego, tureckiego i łaciny.

Uczy języka polskiego oraz perskiego.

Poniższy artykuł jest zmienioną wersją tekstu, który ukazał się na http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,9553 24.stycznia 2014.

Kontakt: m.nawracka@gmail.com

O dwóch legendarnych słowiańskich literach

jeryPrzed czterema laty zdarzyło mi się opublikować, jeszcze na łamach “Świata Języków Obcych”, krótką listę znaków używanych w cyrylicy poszczególnych języków słowiańskich, której celem było ukazanie różnorodności używanych alfabetów. Traf chciał, że artykuł ten został niedawno odgrzany przez jednego z naszych czytelników, który opierając się na swojej znajomości rosyjskiego (zdecydowanie najbardziej popularnego języka słowiańskiego) zarzucił mi m.in. błędne nazewnictwo liter ъ oraz ь, do których bardziej według niego pasowałyby nazwy "znak twardy/miękki" niż "jer twardy/miękki". Wywiązała się z tego ciekawa dyskusja, która natchnęła mnie do opisania wyżej wspomnianych liter trochę szerzej, zwłaszcza iż wywarły one (w zasadzie nie tyle ich obecność, co stopniowy zanik) niemały wpływ na to, jak wyglądają obecnie wszystkie języki słowiańskie, z polskim włącznie. Artykuł może się okazać pomocny szczególnie dla osób, które przygodę z językami słowiańskimi dopiero rozpoczynają – opowiada bowiem o jednej z podstawowych zasad słowotwórczych pozwalających na znacznie swobodniejsze poruszanie się w języku, którego dopiero zaczynamy się uczyć.

180px-Cyril-methodius-smallPoczątki słowiańskiego piśmiennictwa wiążą się z działalnością braci Cyryla i Metodego, których przekłady ksiąg biblijnych na dialekt sołuński w drugiej połowie IX wieku stały się podstawą tworu znanego dziś pod nazwą języka staro-cerkiewno-słowiańskiego (nazywany w dalszej części artykułu SCS). Wbrew powszechnej opinii SCS wcale nie był monolitem, z którego wywodzą się nowożytne języki słowiańskie i nie sposób porównywać go z łaciną – jego średniowieczne redakcje potwierdzają tezę o tym, iż już w dobie chrztu Polski zarysowywały się istotne różnice pomiędzy mowami mieszkańców tak odległych od siebie regionów jak Ruś oraz dzisiejsza Macedonia. Niemniej jednak służy on nam jako punkt wyjścia przy jakichkolwiek dywagacjach na temat hipotetycznego języka prasłowiańskiego oraz ewolucji jego regionalnych odmian.

Jery w języku staro-cerkiewno-słowiańskim

Jedną z rzucających się w oczy cech SCS-u jest wszechobecność w nim samogłosek zredukowanych zwanych jerami (każda litera w alfabecie głagolickim oraz cyrylickim posiadała niegdyś nazwę własną). Jery były dwa:
a) jer twardy lub tylny (scs. jerъ) zwany niekiedy również jorem, oznaczany jako ъ, który symbolizował krótką samogłoską tylną bliską w wymowie do samogłoski /u/
b) jer miękki lub przedni (scs. jerь), oznaczany jako ь, symbolizujący krótką samogłoskę przednią bliską w wymowie do samogłoski /i/.
Ich częste występowanie było uwarunkowane przede wszystkim zasadą otwartej sylaby, która miała zastosowanie w prasłowiańszczyźnie. Oznaczała ona, że każda sylaba musiała się kończyć na samogłoskę bądź spółgłoskę zgłoskotwórczą (tj. taką, która tworzy sylabę – przykłady można znaleźć chociażby w języku czeskim – vlk, vlna, osm, strč prst krz krk- oraz serbsko-chorwackim – na vr-hu br-da vr-ba mr-da). Dlatego możemy spotkać w SCS takie słowa jak pьsъ (pies), dьnь (dzień), sъnъ (sen), które w odróżnieniu od ich nowoczesnych odpowiedników kończą się jerami. Jak widać z powyższych przykładów, jery uległy wokalizacji (tj. zmieniły się w samogłoskę) lub zanikły całkowicie. Następstwa ewolucyjnych zmian jerów można zaobserwować w każdym ze współczesnych języków słowiańskich i w znacznej większości przypadków charakteryzują się one regularnością pozwalającą niekiedy prawidłowo odgadnąć brzmienie danego słowa w innym języku.

Zanik oraz wokalizacja jerów we współczesnych językach słowiańskich
Przede wszystkim musimy sobie zdać sprawę z tego, iż jer mógł stać w pozycji mocnej lub słabej. Jery słabe znajdowały się zawsze w wygłosie (tj. na końcu wyrazu) oraz w sylabach poprzedzających jer mocny bądź inną samogłoskę. Z biegiem lat jery słabe uległy zanikowi, jery mocne natomiast się zwokalizowały. Żeby lepiej zilustrować powyższe zjawisko, posłużę się przykładem ewolucji czeskiego słowa švec (pl. szewc) – jery w pozycji mocnej są pogrubione, jery słabe są zapisane kursywą.
SCS: šьvьcь → CZ: švec
SCS: šьvьcьmь → CZ: ševcem
Zanik jerów słabych był zjawiskiem powszechnym, które dokonało się pomiędzy X a XIII wiekiem – jedyną pozostałością po nich jest przeważnie zmiękczenie ostatniej spółgłoski w przypadku gdy na końcu wyrazu znajdował się jer miękki (przykład konь koń). Wokalizacja jerów mocnych, w zależności od języka, wyglądała bardzo różnie.

Dla języków wschodniosłowiańskich (rosyjski, ukraiński, białoruski) było to przejście “ъ → о”, “ь → е/je”:
SCS: dьnь, sъnъ → RUS: день, сон (djeń, son) / UKR: день, сон (deń, son) / BEL: дзень, сон (dzjeń, son).
Dla języków zachodniosłowiańskich w zdecydowanej większości przypadków (w polskim i czeskim zawsze, słowacki oraz języki łużyckie dopuszczają wyjątki w przypadku jeru twardego) nastąpiło ujednolicenie jerów i przemiana “ь, ъ → е”:
SCS: dьnь, sъnъ → POL: dzień, sen / CZE/SVK: deň, sen
W serbsko-chorwackim nastąpiła przemiana “ь, ъ → a”:
SCS: dьnь, sъnъ → SER/CRO: dan, san.
W bułgarskim sytuacja z wokalizacją się nieco skomplikowała. O ile jer miękki przechodzi w "e" (“ь → е”), o tyle jer twardy przechodzi w półprzymkniętą głoskę tylną oznaczaną w IPA jako /ɤ/, która po dziś dzień jest zapisywana po bułgarsku jako “ъ”.
SCS: dьnь, sъnъ → BUL: ден, сън (den, sъn).

Graficzne przedstawienie jerów we współczesnych językach słowiańskich
Co się stało natomiast z samymi literami? Jery, mając mocną pozycję w języku cerkiewno-słowiańskim używanym w prawosławnej liturgii, zostały automatycznie przeniesione do opartych na cyrylicy alfabetów słowiańskich i na przestrzeni wieków spotykał je bardzo różny los. W XIX wieku zostały one, zgodnie z żelazną zasadą Piši kao što govoriš i čitaj kako je napisano, usunięte z języka serbskiego, co zaowocowało brakiem tychże również w języku macedońskim, którego zasady ortograficzne zostały oparte właśnie na przykładzie serbskiego.

Jak już wcześniej wspomniałem litera "ъ" zachowała się w bułgarskim, gdzie jest znana jako ер голям (pl. jer wielki). Jeszcze do 1945 roku jer twardy w języku bułgarskim był zapisywany zgodnie z prasłowiańską tradycją na końcu wyrazów, jednak wraz z reformą ortograficzną zaniechano tego procederu jako formalnie niemającego zastosowania w praktyce (na podobnych zasadach odrzucono wtedy zupełnie dwa inne historyczne znaki jak ят – Ѣ oraz голям юс – Ѫ). Jer miękki (znany jako ер малък) zachował się natomiast jedynie w kombinacji z literą "o" ("ьо") i oznacza "jo".

Języki wschodniosłowiańskie wraz z cyrylicą przejęły również symbole jerów, które, mimo iż ich dźwiękowe odpowiedniki uległy zanikowi bądź zwokalizowaniu, nie zostały usunięte z alfabetów. Od reformy roku 1918 nazywają się one odpowiednio twardym i miękkim znakiem (твёрдый / мягкий знак). O ile miękki znak występuje w każdym ze wschodniosłowiańskich języków, odgrywając identyczną rolę zmiękczania poprzedzającej go spółgłoski, o tyle sytuacja ze znakiem twardym jest dość skomplikowana. Aż do wyżej wspomnianej reformy znak twardy był zapisywany, podobnie jak w języku bułgarskim na końcu wyrazów – obecnie pełni on w języku rosyjskim funkcję rozdzielającą i oznacza twardość poprzedzającej go spółgłoski. W białoruskim oraz ukraińskim zamiast znaku twardego używany jest apostrof (‚).

Ewolucja, jaką przeszły jery, zarówno w formie dźwiękowej jak i pisanej, jest tylko jedną z wielu mających miejsce na przestrzeni wieków w językach indoeuropejskich – uważam jednak, że jest świetnym punktem wyjścia dla początkującego slawisty, który chciałby się bardziej zainteresować językoznawstwem historyczno-porównawczym. Jest to niezwykle interesujący dział językoznawstwa, badający rozwój spokrewnionych ze sobą języków i snujący teorie na temat tego, jak mógł wyglądać np. hipotetyczny język praindoeuropejski. Natomiast nawet jeśli dział ten nas nigdy nie zachwyci, to warto zawsze niektóre jego elementy znać, żeby było nam zwyczajnie łatwiej, kiedy zetkniemy się z nieznanym nam dotychczas językiem spokrewnionym z naszym ojczystym. Bo mimo wszystko dobrze jest wiedzieć, że pies to po rosyjsku пёс, a po serbsku pas. A jak jeszcze potrafimy to wytłumaczyć, tym lepiej.

Podobne artykuły:

5 języków słowiańskich, o których zapewne nie słyszeliście – połabski

Lwowiaki nie mówią ino bałakają – czyli o języku polskim na Ukrainie

Język rosyjski na Ukrainie

Po naszemu… czyli kilka słów o gwarach wielkopolskich

Język kaszubski – nowe źródła

Lwowiaki nie mówią ino bałakają – czyli o języku polskim na Ukrainie

Szkoła w Dołbyszu / Школа у Довбиші

Gazetka z okazji 11 listopada w dołbyskiej szkole (obwód żytomierski)

W związku z komentarzem zawartym pod artykułem o sytuacji języka rosyjskiego na Ukrainie postanowiłem chwilowo pozostać myślami za wschodnią granicą naszego państwa i sięgnąć po nowy temat osadzony we wspomnianym wyżej obszarze. W pewnym sensie będzie to nawet połączenie wątku ukraińskiego z rozpoczętym równie niedawno polskim wątkiem dialektalnym. Mowa oczywiście o naszej mowie na Kresach, a zwłaszcza ich południowej części. Z różnych względów nie jest to temat prosty – pozorna bliskość zagadnienia i zabarwienie emocjonalne (jeden z moich dziadków urodził się we Lwowie i przez pewien czas mieszkał w miasteczku Skole w pobliżu Stryja) wcale nie ułatwia zadania rzetelnego podejścia do tematu. Tym niemniej myślę, że wielkim niedociągnięciem byłoby, gdyby Kresy nie znalazły na Woofli swojego miejca. Jak to więc z tymi Polakami w Ukrainie jest? I jak jest przede wszystkim z ich językiem?

Stosunkowo często możemy usłyszeć w mediach informacje na temat mniejszości polskiej na Litwie czy też na Białorusi, gdzie istnieją pojedyncze gminy, w których nasi rodacy stanowią nawet większość. O Ukrainie w tym kontekście mówi się niewiele – częściej wspomina się tak naprawdę trudną przeszłość polsko-ukraińską związaną z następstwami rzezi wołyńskiej oraz akcji "Wisła" poświęcając bardzo niewiele miejsca osobom, które pozostały za naszą wschodnią granicą i próbują utrzymać polską kulturę oraz język. Nie ma w tym nic dziwnego, biorąc pod uwagę tak naprawdę niewielki odsetek naszych rodaków zamieszkujących południowe Kresy.

Polaków na Ukrainie można, co ciekawe, w zasadzie podzielić na dwie odrębne grupy, które zamieszkują zupełnie oddzielne tereny i różnią się od siebie znacznie, przede wszystkim w kwestii, która nas najbardziej interesuje, czyli rzeczywistej znajomości języka polskiego. Podział pomiędzy nimi przebiega na rzece Zbrucz będącej w latach 1921-1939 granicą polsko-radziecką. Przeważnie myśląc o naszych rodakach na Ukrainie myślimy o resztkach populacji zamieszkującej niegdyś Galicję i Wołyń. Czas żeby głębiej się nad tym zastanowić.

Dziś przeważnie zapominamy o fakcie, że za wschodnią granicą II RP, głównie w okolicach Żytomierza pozostało ok. 1,5 miliona Polaków, którym nie było dane po wojnie polsko-radzieckiej świętować niepodległości i zmuszeni byli pogodzić się z faktem życia w granicach, jeszcze nawet nie "bratniego", Związku Radzieckiego, co zaważyło na ich losach. Polacy w granicach międzywojennego ZSRR byli z jednej strony narodem podejrzanym, z drugiej natomiast ówczesna polityka władz była oficjalnie bardzo przychylna wszelkiego rodzaju mniejszościom narodowym. W szeregach WKP(b) znajdowało się zresztą wielu Polaków (ze słynnym Feliksem Dzierżyńskim na czele), którzy nie porzucili myśli o eksporcie rewolucji na zachód. Z ich inicjatywy właśnie na terenach leżących dziś w obrębie obwodu żytomierskiego powstał w 1925 tak zwany Polski Rejon Narodowy, potocznie nazywany Marchlewszczyzną, w którym nasi rodacy stanowili 70-80% mieszkańców. Historia tego tworu jest wielce kontrowersyjna, również dlatego, iż władze radzieckie robiły wiele, żeby zatrzeć jakiekolwiek wspomnienia po nim. Wraz z nasileniem represji stalinowskich Marchlewszczyznę zlikwidowano, a wielu jej mieszkańców przesiedlono do Kazachstanu. Nie przeszkodziło to jednak renesansowi polskiej świadomości narodowej po odzyskaniu niepodległości przez Ukrainę. W samym miasteczku Dołbysz (ukr. Довбиш), które pełniło w latach 1925-35 funkcję administracyjnego centrum rejonu szacuje się, iż ponad połowę mieszkańców stanowią osoby pochodzenia polskiego, z których wiele deklaruje polską narodowość. Podobne grupy można znaleźć w okolicach Żytomierza oraz w Chmielnickim (stanowią odpowiednio 3,5% oraz 1,6% liczby mieszkańców wspomnianych obwodów) – i to właśnie one, a nie Lwów, Tarnopol czy Iwano-Frankiwsk (dawniej Stanisławów) są obwodowymi miastami z największym odsetkiem Polaków na Ukrainie. Wieki rozłąki (wspomniane ziemie odpadły od Rzeczpospolitej w 1793 roku) z państwem polskim robią jednak swoje – mieszkańcy byłej Marchlewszczyzny uważają za swój język ojczysty głównie ukraiński bądź rosyjski, których zdecydowanie łatwiej jest im używać w codziennej komunikacji (każdemu kto chciałby obejrzeć reportaż lokalnej żytomierskiej telewizji o tamtejszych Polakach i przekonać się jakim językiem mówią polecam zerknąć choćby na chwilę tutaj – https://www.youtube.com/watch?v=W_Lczdhcqoo). Rola polskiego jest ograniczona do sfery sakralnej – to właśnie wiara rzymskokatolicka jest dla wielu miejscowych Polaków wyznacznikiem ich świadomości narodowej. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że od czasu wywalczenia przez Ukrainę niepodległości jest też on nauczany w niektórych szkołach i jego znajomość jako języka obcego jest coraz wyższa. Osobiście całkiem spodobał mi się film prezentujący szkołę w Dołbyszu, który znalazłem przypadkiem na YouTube – pozwala przybliżyć nieco tamtejsze realia i daje nadzieję zarówno dla rozwoju polskiej kultury w regionie jak i przyjaźni polsko-ukraińskiej.

Dwie największe skupiska Polaków na Ukrainie dzieli przeszło 400 kilometrów.

Dwie największe skupiska Polaków na Ukrainie dzieli przeszło 400 kilometrów.

Przenieśmy się teraz 400 kilometrów na zachód, do Galicji stanowiącej niegdyś jeden z najbardziej spolonizowanych regionów na Kresach (drugim była Wileńszczyzna, na Wołyniu Polacy nigdzie natomiast większości nie stanowili). Dziś obwód lwowski zamieszkuje oficjalnie zaledwie około 20 tysięcy osób deklarujących polską narodowość (według spisu powszechnego 2001), które stanowią poniżej 1% ogólnej populacji. Teoretycznie więc Polaka ciężej znaleźć tam niż na dalekiej Żytomierszczyźnie. Teoretycznie, bo w praktyce szansa na spotkanie we Lwowie starszej pani wracającej z lub właśnie udającej się do kościoła zadowolonej z samej możliwości zamienienia paru zdań po polsku jest dość spora – tyle jeśli chodzi o własne doświadczenia. Tak czy inaczej nie usłyszymy już lwowskiej gwary, z której kiedyś miasto słynęło. Próbki możemy obecnie usłyszeć jedynie w rozmaitych archiwach – w jednej z nich możemy usłyszeć, że "Lwowiaki nie mówią ino bałakają". Osoby, które znają ukraiński wiedzą, że czasownik балакати (trans. bałakaty) znaczy ni mniej ni więcej, a "gadać, mówić". Wspomniana przeze mnie próba gwary lwowskiej jest bardzo ciekawa – obfituje w rozmaite smaczki ukraińsko-niemieckie (te drugie ze względu na obecność w składzie monarchii habsburskiej, której atmosfery nie udało się przyćmić nawet ponuremu reżimowi komunistycznemu) i trochę szkoda, że zanikła.

Nie ma co się oszukiwać – Polaków w okolicy wcale nie ma tak dużo. Zdecydowana większość z tych, którzy przetrwali okupację radziecką, niemiecką oraz akcje pacyfikacyjne UPA została deportowana po wojnie do Polski w ramiach przymusowej wymiany ludnościowej pomiędzy PRL a Ukraińską SRR. Pozostały wyłącznie resztki skupione głównie w okolicach przejścia granicznego w Medyce – w rejonie mościskim (ukr. мостиський район), przez który przejeżdżają wszyscy podróżujący z Przemyśla do Lwowa, Polacy stanowią niemal 8% ludności (warto zaznaczyć, że nadal jest to jednak mniej niż 10%, przy których dany rejon może wprowadzić status języka regionalnego). Mniejsze skupiska ludności można znaleźć również w okolicach Sambora (ukr. Самбір) oraz Żółkwi (ukr. Жовква). Największą różnicą pomiędzy mniejszością w Galicji, a tą na Żytomierszczyźnie jest przede wszystkim stosunek do języka polskiego. O ile, jak już wspomniałem wcześniej, na wschodzie nasza mowa ojczysta stała się czymś na kształt rzadko używanego reliktu, o tyle w przypadku rejonu przygranicznego mamy faktycznie do czynienia z wsiami, w których większość mieszkańców rzeczywiście mówi po polsku. Rekordowy odsetek osób deklarujących język polski jako ojczysty odnotowano w 2001 roku we wsi Strzelczyska (ukr. Стрілецьке) – 97,7%. W związku z bliskością polskiej granicy (wieś od Medyki dzieli ok. 20 kilometrów) znacznie łatwiej jest pielęgnować język, który dla wielu osób z okolicy jest też szansą na lepsze życie. Bardzo prężnie działa też rzymskokatolicka parafia, która skupia osoby narodowości polskiej w trójkącie Strzelczyska-Czyżowice-Radenice (ukr. Стрілецьке-Чижевичі-Раденичі).

polski_trojkat

Trójkąt polskojęzycznych wsi w rejonie mościskim (Strzelczyska-Czyżowice-Radenice)

Możemy podsumować, iż sytuacja mniejszości polskiej na Ukrainie jest dość nietypowa. Dwa największe skupiska Polaków oddalone są od siebie o ponad 400 kilometrów, w każdym z nich jest też zupełnie inny stosunek do języka polskiego, obydwie społeczności działają od siebie zupełnie oddzielnie (jeszcze do niedawna Polacy na Żytomierszczyźnie byli kompletnie zapomniani nawet przez polskie władze) i musiały przez lata stawiać czoła reżimowi komunistycznemu. Wydawałoby się, że gorzej być nie może. Teraz jednak powoli wszystko się zmienia – powstają polskojęzyczne szkoły, a język polski coraz bardziej jest kojarzony z możliwością znalezienia lepszej pracy niż z językiem odwiecznego wroga (zupełnie jak u nas niemiecki) i ma szansę stać się jednym z elementów pomostu, który łączy nasze narody posiadające czasami tak odmienną wizję własnej przeszłości. Bo liczy się przede wszystkim przyszłość i wzajemny szacunek.

Podobne artykuły:
Język rosyjski na Ukrainie
Czy i kiedy opłaca się uczyć ukraińskiego?
Jak się nauczyć cyrylicy w 2 dni?
Języki regionalne Francji – oksytański
Jak się nauczyć rosyjskiego?

Po naszemu… czyli kilka słów o gwarach wielkopolskich

"Cudze chwalicie, swojego nie znacie" – coś podobnego (na pewno nie był to dokładnie przytoczony tu związek frazeologiczny) powiedział mi kiedyś dziadek, kiedy będąc dzieckiem wychwalałem pod niebiosa spędzanie wakacji poza Polską. Od małego przejawiałem głęboką fascynację czymś obcym, ale ciężko było mi dostrzec piękno rzeczy znajdujących się tuż obok. Nie inaczej było w przypadku języków – o ile te obce interesowały mnie zawsze w mniejszym lub większym stopniu, o tyle ten ojczysty był dla mnie czymś powszednim, co w żadnym razie mnie nie pociągało. Zresztą nie jestem chyba odosobnionym przypadkiem – w artykułach autorstwa różnych miłośników języków obcych próżno szukać jakichkolwiek informacji o naszej ojczystej mowie. Szkoda, bo kto jak nie my jest w stanie o niej najwięcej powiedzieć? Ja polonistą nigdy nie byłem i prawdopodobnie nie będę, chciałbym jednak mimo to poświęcić dziś trochę miejsca odmianie języka polskiego używanej w miejscu, w którym spędziłem moje dzieciństwo, czyli w Szamotułach leżących 30 kilometrów na północny zachód od Poznania.

Na co dzień zupełnie nie zastanawiamy się nad faktem rozbicia dialektalnego języka polskiego. Nic zresztą w tym dziwnego – lata telewizyjnej propagandy spowodowały, że dziś w naszym państwie niepodzielnie króluje literacki standard, natomiast resztki czegoś co nazywamy dialektami można usłyszeć przeważnie jedynie w audycjach poświęconych jakimś umierającym tradycjom. Czasem naprawdę zazdroszczę Niemcom albo Włochom – w tych państwach dialekty faktycznie są czymś żywym, spełniają do dziś funkcję znacznie wykraczającą poza sferę folkloru i często ich używanie jest nawet powodem do dumy. Znacznie większy jest też ich wpływ na użycie języka standardowego – inaczej w Hochdeutschu mówi ktoś urodzony w Saksonii, Bawarii czy Fryzji. W Polsce dialekty zostały niestety zmarginalizowane – owszem są pewne wyjątki, jak kaszubski czy śląski, co do kwestii uznania których za osobne języki do dziś trwają poważne spory. Każdy też pewnie przynajmniej raz w życiu miał okazję usłyszeć charakterystyczny zaśpiew osób pochodzących z Podlasia, czy mowę tatrzańskich górali. Tym niemniej są to nieliczne wyjątki na polskiej mapie językowej – przeważnie tego co pozostało z neigdysiejszych dialektów trzeba uważnie szukać. Jak to wygląda w przypadku Wielkopolski?

dialekty_polskie

Dialekty języka polskiego. Źródło: www.dialektologia.uw.edu.pl

 

Wielkopolska wymowa
Powyższa mapa ukazuje, że wielkopolski jest najbardziej wysuniętym na zachód ze wszystkich polskich dialektów. Historia regionu miała niebagatelny wpływ na rozwój słownictwa i frazeologii – lata kontaktów z Niemcami (w XIX i na początku XX wieku w miasta, z których wywodzi się moja rodzina zjawisko dwujęzyczności było czymś naturalnym) spowodowały, że ilość germanizmów jest porównywalna z gwarami śląskimi czy kaszubskimi. Brak też w dialekcie wielkopolskim zaśpiewu znanego ze wschodnich regionów naszego państwa. Melodia (zwłaszcza w pytaniach) jest charakterystyczna, ale oszczędzę jej opisu. Zdarza się nam też wymówić dość specyficznie niektóre głoski: przeważnie liczbę "33" wymawiamy jako "czydzieści czy". W repertuarze samogłosek posiadamy na przykład długie "a" znane z niektórych dialektów niemieckich przez co przymiotnik "biała" często brzmi bardziej jak "bioło". Z tym dźwiękiem miałem kiedyś poważny problem w szkole, bo myślałem, iż wyraz "czasami" pisze się "czosami" (bo tak go faktycznie wymawiałem). Oprócz tego bywa, że inaczej wymawiane są samogłoski nosowe: "ę" wymawiamy jak "yn", a "ą" jak "un" (ksiunżka). Nierzadko występuje zjawisko podobne do języka kaszubskiego polegające na wymawianiu "o" jako "ue", "uy" lub "uo" (po kaszubsku oznaczane jako "ò") – w tradycyjnej gwarze mamy więc nie "okno" ale "uekno" (osoby z zacięciem slawistycznym mogą to sobie porównać z ukraińskim "вікно"). Z racji, iż nastąpiła w ciągu ostatnich lat znaczna standardyzacja języka powyższe różnice ciężko uznać obecnie za regułę. Przeważnie dotyczą one jedynie osób w starszym wieku – tak czy inaczej, jeśli ktoś się wychował w Wielkopolsce to musiał przynajmniej raz w życiu się o nie obić.

wuchta_wiary

Wielkopolskie słownictwo
Trochę lepiej niż charakterystyczna wymowa ma się natomiast gwarowe słownictwo, które, szczególnie ostatnimi czasy stało się wyznacznikiem bycia Wielkopolaninem. Jest ono na tyle rozpowszechnione w życiu codziennym, że przyswajają je nawet studenci, którzy przyjeżdżają studiować do Poznania z innych regionów Polski. Na odmienność używanego przeze mnie słownictwa zwróciło moją uwagę przede wszystkszypa,im częste obcowanie z osobami spoza Wielkopolski, kiedy zdarzało mi się powiedzieć coś czego nikt w towarzystwie nie rozumiał. Kto z Was potrafi wyjaśnić co znaczą takie wyrażenia jak: stetrany, bana, łe jery, pa to tej, klunkry, chynchy, plyndze, ajntopf, pamperek, bejmy, barzy gorzy, bimba, tej, korbol, wiara (nie w Boga), haferfloki, pyry, na szagę, fertyś, kejter, szlauch, bamber, fifny, tytka, szczun, wuchta, giry, szplejty ? Jeśli pochodzicie z okolic Poznania to zapewne połowę z nich rozpoznacie bez problemów. Bonus mają też osoby znające niemiecki, z którego pozostało w naszej gwarze sporo naleciałości (m.in. "to nie idzie" = "das geht nicht"). Wyrazy takie jak pyry czy tej stały się symbolem Wielkopolski i zdają się być powszechnie znane (niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę z tego, że tej jest tak naprawdę jedynym swojego rodzaju archaizmem – jest to po prostu zaimek osobowy 2 osoby l.poj. ("ty") w formie wołacza), reszta słów jest natomiast dla większości osób spoza regionu zapewne zagadką – odpowiedzi dla osób ciekawskich mogę naturalnie udzielić w komentarzach.

Źródła i słowniki gwary wielkopolskiej
Gwara jest oczywiście językiem żywym i niesłychanie ciężko jest jej używać, kiedy żyje się od niej z dala. Osoby zainteresowane tematem są jednak w stanie znaleźć całkiem sporo opracowań, jakie są w stanie przekazać więcej informacji niż mój artykuł, który z racji swojego charakteru może mieć jedynie charakter czysto opisowy. Trzy z nich chciałbym polecić na początek. Pierwszą książką na temat gwary poznańskiej, jaką miałem okazję nabyć był "Słownik gwary poznańskiej. Z naszego na polski. Z polskiego na nasze" Waldemara Wierzby. Autor miał okazję odwiedzić niegdyś bibliotekę w Szamotułach i stałem się dzięki szczęśliwym posiadaczem egzemplarzu z dedykacją autora. Nakładem wydawnictwa PWN ukazał się też "Słownik gwary miejskiej Poznania", którego hasła dostępne są on-line. Osobom natomiast zainteresowanym ogólnie dialektami języka polskiego i różnicami pomiędzy poszczególnymi wariantami polecam "Dialekty i gwary polskie. Kompendium internetowe". Na stronie można znaleźć masę interesujących rzeczy – od szczegółowych językoznawczy map po nagrania opowiadań ludzi zamieszkujących rozmaite regiony naszego kraju, które jak nic innego pokazują dawną różnorodność dialektalną języka polskiego. Różnorodność, jaka w dużej mierze już zanikła i najprawdopodobniej nigdy nie da się jej odbudować. Nadal jednak mamy pozostałości gwarowe, które są częścią naszej tradycji i nadal są żywe, mimo tego, iż przez ostatnie kilkadziesiąt lat wmawiano nam, że gwara to coś gorszego, czego należy się pozbyć, z czego nie można być dumnym. Zatrzymajmy się więc czasem i poświęćmy trochę uwagi czemuś w czym tak naprawdę byli zakorzenieni nasi dziadkowie, rodzice, a w ogromnym stopniu również my. Gwara to część każdego z nas i tylko my jesteśmy w stanie sprawić, że przeżyje przez następne pokolenia.

Podobne artykuły:
Język kaszubski – nowe źródła
Najbardziej zagrożony język w Polsce – wilamowski
Słownik polsko-kaszubski jest dostępny
Język kaszubski – jedyny język regionalny w Polsce
Języki regionalne Francji – oksytański

Czy to wstyd nie znać języka obcego?

Na dziś przygotowałem coś lekkiego, będącego rozważaniami na temat problemu znajomości języków obcych przez Polaków. Bardzo łatwo można trafić w internecie oraz rozmaitych czasopismach na mało wyszukane artykuły, w jakich autor usiłuje wypunktować powody, dla których warto nauczyć się języka obcego. Nie będę się tu rozwodził nad tym, czy tego rodzaju teksty mają sens (krótko mówiąc, nie mają), chciałbym się natomiast przyjrzeć ich treści, a konkretnie popularnym stwierdzeniom o tym, iż chociażby wstydem jest nieznajomość języka angielskiego i odnieść się do poziomu znajomości swojego języka ojczystego, który jest niestety bardzo często zaniedbywany.
Przynajmniej parę razy w komentarzach do starszych postów  można przeczytać wypowiedzi osób twierdzących, że my, jako Polacy (choć mniemam, iż niemal w każdym państwie panuje bardzo podobne przekonanie) powinniśmy się wstydzić, że tak słabo znamy język angielski.Wielu z was zapewne również było świadkami tego jak zdesperowany turysta pragnął kupić bilet kolejowy i miał ogromne problemy z dogadaniem się z kasjerką władającą jedynie językiem polskim. Zastanawia mnie tylko to, dlaczego zawsze jest nam wstyd za ową nieszczęsną kasjerkę, a nikt nigdy nie zauważa, że wina w ogromnej mierze leży po stronie osoby kupującej bilet, która nie włożyła minimalnego wysiłku w naukę podstawowych słów w języku urzędowym kraju docelowego("Jeden bilet do Kraków" – opanowanie takiego zdania jest naprawdę banalne w większości języków świata) i teraz ma nadzieję na porozumienie się po angielsku. Przypatrzmy się więc bliżej życiu kasjerki i oceńmy, czy rzeczywiście ma ona obowiązek znać jakikolwiek język obcy.

Pani Krystyna urodziła się w latach 50. na wsi pod Kielcami. Od dziecka mówiła tylko po polsku. W szkole miała co prawda obowiązkowy język rosyjski, ale wiadomo jaki był stosunek w ówczesnych czasach do mowy naszego wschodniego sąsiada. Warto dodać, że nigdy w ZSRR nie była, nie miała okazji poznać osobiście żadnego Rosjanina, a radziecka kultura jej nie pociągała – siłą rzeczy zapomniała po latach wszystkiego czego nauczyła się w szkole. Pani Krystyna miała też w klasie kolegę, Leona, który z pochodzenia był Ormianinem. Naturalnie rozmawiali między sobą w języku polskim i sytuacja ta nie uległa zmianie również wtedy gdy po kilkunastu latach wzięli ze sobą ślub. Dzieci wychowali również w języku polskim, wszyscy znajomi mówili po polsku – pani Krystyna przez całe swoje życie obracała się w środowisku władającym językiem urzędowym i przez myśl jej nie przeszło by nauczyć się jakiegokolwiek języka obcego. Bo i po co?

Ktoś mógłby odpowiedzieć, że chociażby po to, aby móc po 15 latach pracy obsłużyć turystę, który chciałby kupić bilet do Krakowa. Cóż, mi osobiście nigdy nie przeszło przez myśl, aby przez kilka lat uczyć się np. chińskiego tylko dlatego, że w nieokreślonej przyszłości będę mógł udzielić pomocy jakiejś zbłąkanej duszy, która nie potrafi kupić blietu w języku urzędowym kraju, do którego przyjechała. Byłoby to zwyczajnie nielogiczne. Podobnie myśli pani Krystyna – w jej mniemaniu musiałaby wydać kilkaset złotych na szkołę językową, natomiast w zamian otrzymałaby kilkuminutową rozmowę po angielsku. Czy to by się jej opłacało? Gdyby zrobiła z angielskiego więcej pożytku, na pewno. Język obcy zawsze otwiera nowe możliwości. Ale pani Krystyna nie jest nimi zainteresowana – chce po prostu wrócić po pracy do domu i obejrzeć swój serial w telewizji. Po polsku. Ma do tego pełne prawo i absolutnie nie czuje się z tym źle. I my również nie powinniśmy mieć jej tego za złe.

Zadziwiający brak wstydu odczuwamy natomiast używając błędnie języka polskiego. Do czego zmierzam? Często dostaję maile od osób chcących się nauczyć języka obcego napisane tragiczną polszczyzną, w sposób, który wręcz woła o pomstę do nieba. W wiadomościach brakuje przecinków, polskich znaków, notorycznie powtarzają się te same błędy ortograficzne (piszemy "na pewno", "naprawdę", "w ogóle", "poza tym", nazwy języków natomiast ZAWSZE pisze się małą literą w odróżnieniu od angielskiego czy niemieckiego), a umiejętność budowania logicznych zdań złożonych w pewnych przypadkach jakby zupełnie zanikła.  Gdy taki ktoś przysyła mi wiadomość, że chciałby się nauczyć trzech języków obcych to głęboko rozmyślam, czy nie lepiej odpisać, by wpierw nauczył się poprawnie używać swojego języka ojczystego, bo jego rozwój zatrzymał się gdzieś na etapie szkoły podstawowej. Prawdę mówiąc przeraża mnie fakt, że takie osoby są w stanie zdać maturę z polskiego, a w przyszłości, o zgrozo, pójść na studia i otrzymać tytuł magistra. I proszę nie przytaczać argumentu o rzekomej trudności języka polskiego, bo znam obcokrajowców, którzy do Polski przyjechali i po kilku latach potrafią się nim posługiwać znacznie lepiej niż wielu Polaków.

Dlatego w pogoni za kolejnym językiem obcym przysiądźmy czasem na chwilę i zastanówmy się, czy nie zaniedbujemy naszego języka ojczystego, który jest równie ważny. Bo jeśli czegokolwiek powinno być nam wstyd, to tego, iż po kilkunastu bądź kilkudziesięciu latach bezustannego kontaktu z polskim nadal nie zawsze potrafimy go poprawnie używać, a napisanie oficjalnego pisma graniczy z niemożliwością. Taka jest moja opinia. A czy Ty uważasz, że nieznajomość języków obcych to wstyd? Czy sądzisz, że Polacy mimo wszystko dobrze piszą po polsku? Jeśli chciałbyś wyrazić opinię na ten temat, napisz komentarz. Może będzie on wstępem do jeszcze ciekawszej dyskusji.

Podobne posty:
Demony głupoty – część 1
Jakiego języka warto się uczyć?
Moja lista 20 języków – część 1
Ile obcości jest w języku obcym?
Słownik polsko-kaszubski jest dostępny

Najtrudniejszy język świata

Ludzie mają to do siebie, że lubią patrzeć na świat czarno-biało. Lubią, gdy mają na tacy podane to, co jest dobre i złe, piękne i brzydkie. I w sumie nic w tym dziwnego – im świat prostszy, tym łatwiej go analizować, nie trzeba się przejmować zbyt wieloma rzeczami. Dlatego odwieczny pościg za najprostszymi pytaniami i najprostszymi odpowiedziami w końcu dotarł też do języków obcych. To nie przypadek, że na wszelakich forach pytanie o najtrudniejszy oraz najłatwiejszy język obcy pojawia się bardzo często i bije rekordy popularności. Dlatego postanowiłem ten temat poruszyć właśnie teraz i rozwiązać tę kwestię raz na zawsze.


Najczęściej pojawiające się w takich okolicznościach odpowiedzi to: arabski, chiński (mandaryński) bądź polski. Rozprawmy się po kolei z tymi stereotypami.

W arabskim ludzi z reguły przeraża dziwnie wyglądające pismo, którego w żaden sposób nie potrafią rozszyfrować i które porównują do szlaczków. Tymczasem prawda jest taka, że jest to pismo alfabetyczne i naprawdę nie ma żadnej filozofii, jeśli chodzi o opanowanie go, przynajmniej w stopniu podstawowym. Dla mnie największym problemem było przestawienie się na czytanie od prawej strony (co jednak nie jest aż tak trudne, jak mi się z początku wydawało) oraz brak zamieszczania krótkich samogłosek, który może być irytujący dla początkującego. Poza tym alfabet  ten różni się od alfabetu łacińskiego jedynie specyficznym kształtem liter, niczym innym. Jeśli ktoś mimo wszystko uznaje nadal, że pismo arabskie to coś nie do przejścia, to warto porównać je sobie z jego wersją w języku urdu, która dla mnie jest niemal kompletnie nieczytelna.

Następny jest chiński (mandaryński). Tu z jednej strony pojawia się pismo obrazkowe, którego istota sama w sobie jest genialna, bo pozwala na zapisanie niemal w identyczny sposób kilkunastu dialektów, które nie zawsze są wzajemnie zrozumiałe (ich podobieństwo nierzadko jest porównywalne z tym jakie mają polski i niemiecki). Przyznać jednak trzeba, że o ile alfabetu arabskiego można się nauczyć w kilka dni i nie zapomnieć do końca życia, nawet przy ograniczonym kontakcie z językiem, tak chińskie znaki bez regularnego użycia po prostu wylecą z głowy. Ale co mają powiedzieć osoby zamierzające nauczyć się języka, który w zasadzie nie jest w ogóle zapisywany (nie licząc przekładów Biblii)? Oprócz pisma ludzie często demonizują tony, które istnieją w chińskim w liczbie 4 lub 5 (w zależności od tego, czy ton neutralny liczymy osobno). Osobiście z tonami nie miałem wiele do czynienia (choć jakby się uprzeć, można się ich doszukać w serbskim), ale wiem, że istnieją języki, które posiadają ich więcej. W kantońskim i wietnamskim istnieje 6 tonów. Język hmong z pogranicza Chin, Wietnamu i Laosu posiada ich natomiast przynajmniej 7. Czyli mandaryński pod tym względem najtrudniejszy nie jest.

Przejdźmy zatem do polskiego. Dość często zdarzało mi się słyszeć, że polski jest najtrudniejszym językiem świata i że ktoś ma na to naukowe dowody (których oczywiście nigdy nie widziałem). Lubimy się chwalić tym, iż nasz język jest wyjątkowy i obcokrajowcy mają z nim problemy. Przecież mamy 7 przypadków, głoski trudne do wymówienia dla obcokrajowców, trudną koniugację czasownika… Jednym zdaniem – nie da się naszego języka nauczyć. Problem jednak w tym, że nie jesteśmy jedynymi, którzy tak myślą. Większość małych narodów uważa swój język za bardzo trudny dla obcokrajowca i jest to tendencja dość powszechna. Swoje źródło ma to natomiast w tym, że nie przywykliśmy do faktu, że ktoś z zewnątrz potrafi posługiwać się naszą mową ojczystą.

Tymczasem istnieją języki, które przebijają polski nawet w punktach, które uznajemy za szczególnie trudne. Sześć lat temu miałem bardzo krótki etap fascynacji Estonią. Postanowiłem wtedy m.in. wziąć udział w zajęciach z języka estońskiego, które organizował konsulat w Poznaniu. Jeśli ktoś uważa, że polski ma dużą liczbę przypadków to niech sobie uzmysłowi, że estoński posiada ich dwa razy więcej, a mimo tego jest znacznie prostszy pod tym względem niż fiński czy węgierski.

Trudna wymowa? Czym są polskie dźwięki w porównaniu do kilkudziesięciu mlasków jakie znajdują się w repertuarze języków khoisan, repertuaru duńskich samogłosek, czy blisko 60 spółgłosek w języku abchaskim, o którym była mowa w poprzednim artykule? A to co podałem to zaledwie czubek góry lodowej.

Przyjęło się, że na świecie istnieje zapewne ok. 6000 języków. Czy naprawdę ktoś potrafi powiedzieć, że chiński jest trudniejszy od języka Indian Navajo, arabski od atajalskiego (używanego w północnej części Tajwanu) a polski od tamilskiego? Czy ktokolwiek zna wszystkie języki świata, żeby obiektywnie na to pytanie odpowiedzieć? Czy ktoś wie, jakie kryteria należy przyjąć, by takowy język wybrać? Czy może nie jest tak, że język z pozoru łatwy, ale wymierający, jest w istocie trudniejszy do nauczenia niż język pozornie bardziej skomplikowany, ale posiadający mnóstwo użytkowników i całkiem szeroką gamę materiałów dydaktycznych? Warto sobie zadać takie pytania, zanim zaczniemy opowiadać, że "język x" jest najtrudniejszy na świecie. Dlatego też wszelakie gdybanie na temat najtrudniejszego języka świata jest pozbawione jakiegokolwiek sensu. Jeśli ktoś się ze mną zgodzi, to się bardzo ucieszę, jeśli natomiast wyrazi swoją dezaprobatę w komentarzach, to ucieszę się jeszcze bardziej, ponieważ nadarzy się okazja do kolejnej ciekawej dyskusji.

Za kilka dni napiszę też o tym, jakie języki można uznać za stosunkowo proste (stosunkowo, bo w istocie żaden język prosty nie jest), gdyż w tej kwestii można przynajmniej się choć trochę zbliżyć do prawdy i faktycznie wskazać to, co jest prostsze dla Polaka, Niemca, Turka, czy Araba. Tymczasem wypada mi tylko życzyć wszystkim wam, Drodzy Czytelnicy, powodzenia i wytrwałości w nauce języków. Zarówno tych najłatwiejszych, jak i najtrudniejszych.

Podobne posty:
A nie mylą ci się te języki?
Ile obcości jest w języku obcym?
Demony głupoty – część 1
Jakiego języka warto się uczyć?
RPA – państwo 11 języków urzędowych