nauka języków obcych

Wszystko o słuchaniu: przegląd metod

listeningRozwijanie umiejętności rozumienia ze słuchu zawsze było moją ulubioną formą ćwiczenia języków obcych, zarówno w nauce grupowej/szkolnej, jak i samodzielnej. Nie umiem do końca rozgryźć, dlaczego to właśnie ona zawsze szła mi najlepiej, doświadczenie nauczyło mnie jednak, że poświęcenie czasu tej właśnie zdolności procentuje także przy treningu innych, głównie mówienia. Nie jesteśmy bowiem w stanie oddzielić czynnej produkcji komunikatów od ich jednoczesnego słuchowego przyjmowania – a więc zwyczajnego słuchania drugiej osoby. Mimo to odnoszę wrażenie, że nie dość, że słuchanie traktowane jest po macoszemu w szkole i na kursach, to i w nauce indywidualnej spychana jest niejednokrotnie przez uczących się na dalszy plan (czyżby wskutek uprzedzeń?). Ileż to razy słyszałam, że „coś tam napiszę, powiem, przeczytam, ale kompletnie nie łapię, co się do mnie mówi” – zwłaszcza, jeśli zetkniemy się z odmiennym dialektem bądź stopniem formalizacji (lub przeciwnie – „kolokwializacji”) języka.

W niniejszym wpisie postaram się wypunktować i przeanalizować kilka „typów” zadań na słuchanie, wałkowanych w tzw. tradycyjnym nurcie pedagogicznym szkół i kursów prywatnych, opowiem trochę o PBLI – metodzie, o której udało mi się ostatnio nieco poczytać, oraz przedstawię własne preferencje i pomysły na samodzielne „zadanie sobie ćwieka”.

Daleka jestem od wydawania jednoznacznych ocen nt. tego, które metody są „głupie”, a które na tyle „mądre”, że odmienią językowe życie każdej z 7 miliardów osób na Ziemi. Wszak podobnie jak Karol uważam, że miarą „dobroci” metody jest jej dopasowanie do indywidualnych potrzeb ucznia.

Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że wiele ze sposobów, które za chwilę opiszę, jest po prostu przeładowanych słabościami.

Jak uczymy się słuchać?

OSMOZA

Kto na biologii uważał bardziej niźli mniej czuje teraz prawdopodobnie, że ma definicję powyższego terminu gdzieś na końcu swojego sklerotycznego języka. Osmoza, to (w znaczeniu przyrodniczym) nic innego jak "samorzutne przenikanie rozpuszczalnika przez półprzepuszczalną błonę z roztworu o mniejszym stężeniu do roztworu o stężeniu większym". Mówiąc prościej – coś jak przechodzenie ducha przez ściany. O osmozie mówi się czasem także w kategoriach etnograficznych, kiedy to jeden kraj "przenika" inny swoimi wpływami kulturowymi. Co jednak kryje się za użyciem tego słowa w świecie metodologii nauki słuchania?

Jeżeli uważasz, że słuchanie przez godzinę dziennie niemieckiego radia sprawi, że twoja podświadomość wsiąknie owy język jak gąbka – prawdopodobnie jesteś gorącym wyznawcą podejścia osmotycznego. Nie zajmujesz się treningiem słuchania w sposób świadomy i nie weryfikujesz tego, czy faktycznie rozumiesz to, co odbiera twoje ucho.

W tzw. osłuchiwaniu się z językiem nie ma nic złego, pod warunkiem jednak, że nie polegasz w stu procentach na wchłanianiu czegoś, czego – umówmy się – i tak nie rozumiesz.

ODSŁUCHIWANIE TEKSTU CZYTANEGO

Zazwyczaj bajki, fragmentu książki, listu lub każdego innego zbioru zdań, które zostały uprzednio zredagowane, a później jedynie odczytane przez aktora. Oczywiście miło jest uczyć się czegoś, co jest przemyślane i zwyczajnie ładnie sformułowane, jednak podejście to zamyka nam drogę do rozumienia mowy bardziej spontanicznej, z całym arsenałem wahań, przejęzyczeń i innych charakterystyk nieskrępowanej wypowiedzi ustnej.

SŁUCHANIE ZE ZROZUMIENIEM

"Słuchaj uchem, a nie brzuchem!" – powtarzała mama. "Powtórz, co właśnie mówiłem" – huczy profesor, który przyłapie cię na kompletnym ignorowaniu przebiegu lekcji czy wykładu. Nauczyciel języka wręcza ci listę pytań (testowych, typu abcd bądź otwartych), na które odpowiedź znajduje się gdzieś w odsłuchiwanym materiale. Jest to bodajże najpopularniejsza w Polsce metoda treningu umiejętności czytania, praktykowana na wszelkiego rodzaju testach, egzaminach, a także egzaminach międzynarodowych, zewnętrznych, takich jak certyfikaty językowe. Cały proces sprowadza się do bardzo prostego schematu listen-answer-check ("posłuchaj, odpowiedz, sprawdź") i ma zazwyczaj dwie konsekwencje: albo uczniowie umierają z nudy, albo ze stresu i strachu przed wywołaniem do odpowiedzi.

sluchaniecyklWśród innych zarzutów wobec tego modelu wymienia się: brak możliwości realnego progresu (ćwiczenie umiejętności już istniejących w uczniu, bez możliwości "pójścia do przodu"), a także stronniczość i wybiórczość autora pytań co do istotności informacji do wyłapania w tekście (cóż z tego, że zapamiętałeś główne zalety charakteru angielskiego księcia – w zadaniu pytano o jedno, jedyne zdanie, w którym pojawiło się imię jego pierwszego konia.

ROZRÓŻNIANIE ŹRÓDEŁ SŁOWA SŁUCHANEGO

Wielu nauczycieli kładzie nacisk na możliwie jak największą różnorodność tekstów, których odsłuch planowany jest na zajęciach. Uwzględnianie języka zarówno akademickiego, jak i popularnonaukowego oraz potocznego zdaje się być rozsądną strategią, dającą wiele możliwości dopasowania materiałów do potrzeb konkretnych grup (np. kursu typu Business English, na którym słuchanie historii zespołu Sex Pistols zdaje się być mało rozwijające). Trudno jednak o realny pomiar efektywności i skuteczności takiej strategii.

EXTENSIVE LISTENING

Czyli w dużym uproszczeniu – słuchanie dla samej przyjemności słuchania. Uczeń niezwiązany emocjonalnie/hobbystycznie ze słuchaną treścią prawdopodobnie nie będzie potrafił się realnie zmotywować do nauki. Brzmi sensownie! Wśród głosów krytyki tej metody pojawiają się głosy o niedocenianiu roli instruktora językowego oraz pomijaniu konieczności rozwijania specyficznych umiejętności "listeningowych". Niestety nigdzie nie można DOKŁADNIE dowiedzieć się, o jakie "specific skills" chodzi.

Zarzut zbiorowy?

Czego można się czepiać? Powyższe metody są z powodzeniem (mniejszym, lub większym) stosowane w szkołach wszelkiej maści i jakoś nikt jeszcze od nich nie umarł… Jak więc brzmi końcowy "akt oskarżenia" wobec wszystkich tych zakurzonych metod zebranych do tzw. kupy?"

"[…] little to no instruction is given beforehand as to how listeners should approach a text, what they should do while listening, and how correct answers can be extracted, if necessary"

Gdybym była złośliwa, mogłabym zapytać, czy wszystko trzeba współczesnej młodzieży pokazywać palcem. Wszak logika nakazuje myśleć: stopień rozumienia tekstu, a tym samym powodzenie wykonania danego ćwiczenia na słuchanie zależy od tego, ile słów w nagraniu znasz lub jesteś w stanie z kontekstu wyłapać. Ufam jednak mądrzejszym od siebie, którzy postulują (chyba…), że nie liczy się sam poznawczy odbiór, ale także przetworzenie usłyszanych informacji i wykorzystanie ich w praktyce. Och, uwielbiam ten pedagogiczny żargon – wykorzystywanie informacji w praktyce. Nawiasem mówiąc – zawsze miałam w tym obszarze najniższe wyniki na wszelkiego rodzaju testach kompetencji w podstawówce. Do dzisiaj mi trochę smutno. :'(

Z pomocą przychodzi jednak…

PBLI – Process-Based Listening Instruction

Według podejścia PBLI, rozumienie ze słuchu jest wielopłaszczyznowym zjawiskiem i składa się z wielu wzajemnych elementów, które nauczyciel winien jest zidentyfikować, głośno zademonstrować, aż w końcu rozwijać.

PBLI przypomina stopniowe budowanie gniazdka wokół słuchanego nagrania, które jest "jedynie" punktem kulminacyjnym całego PROCESU i swoistego "ceremoniału" rozwiązywania zadania. Nacisk kładziony jest na uwzględnianie różnych kontekstów, rozwijanie tematów poruszonych w nagraniu, a przed odsłuchaniem – zgadywanie głównych zagadnień zawartych w słuchanym tekście oraz skonfrontowanie ich z osobistymi przeżyciami uczniów. Głównym celem nauczyciela jest UŚWIADOMIENIE uczniów co do konkretnych elementów, na których powinni się skupić w trakcie słuchania.

Dla przykładu: w momencie przerabiania nagrania z prostym dialogiem, np. między klientem a sprzedawcą w sklepie sportowym, nauczyciel zaczyna od ogólnej dyskusji z uczniami nt. sytuacji powiązanych w jakiś sposób ze scenką, która ma być później odtworzona z płyty. Może to być np. pytanie o ulubione sporty zimowe, lub o to, na co należy zwrócić uwagę, wybierając obuwie do biegania. Analizuje się także warstwę formalną dialogu, np. zwraca się uwagę na formalny i ugrzeczniony język używany zarówno przez sprzedawcę, jak i kupującego. Rozważa się miliony innych możliwych zwrotów grzecznościowych używanych w danym języku, niekoniecznie tych, które wystąpią w nagraniu. Podejście to jest więc ze wszech miar holistyczne i dotyka nie tylko słuchania, ale też samej leksyki, gramatyki, frazeologii, kultury danego kraju oraz wszelkich innych możliwych powiązań kontekstowych z daną scenką, puszczaną do odsłuchania.

Innowacyjność PBLI nie zachwyca mnie o tyle, iż jestem prawie pewna, że większość dobrych i nowoczesnych podręczników (przynajmniej tych, których ja używałam w liceum na angielskim) opiera swoje jednostki lekcyjne i zadaniowe na takim właśnie mieleniu tematu. Czasem cała lekcja poświęcona była TYLKO słuchaniu, tylko jednego nagrania, lecz kontekst i "atmosferę tematyczną" budowano przez dobre kilkanaście minut. 

Moje ulubione strategie?

Zaś ja przepadam za robieniem sobie dyktand w obcym języku i uważam, że ta miła i powszechna w edukacji początkowej praktyka jest niedoceniana przez lektorów. Ważne jest dla mnie jak największe skoordynowanie rozpoznania danego słowa czy frazy zarówno "w uchu", jak i na piśmie. Ćwiczy to nie tylko ortografię, ale i pomaga chociażby tzw. "wzrokowcom" w szybszej identyfikacji słów, które poznają nie na papierze, lecz w rozmowie właśnie.

A jak wy rozwijacie swoje rozumienie ze słuchu?


 

Korzystałam z: Schwieter, John W..; Studies and Global Perspectives of Second Language Teaching and Learning.

Podobne posty:

Jak słuchać, żeby usłyszeć
Pytanie od Czytelnika – ćwiczenia z uzupełnianiem luk w zdaniu
Czytanie, słuchanie, mówienie, pisanie – razem czy oddzielnie?
Rozumienie ze słuchu
Najlepsza rada dotycząca nauki języków obcych

 

Będąc niemłodą już iberystką: pierwsze wrażenia ze studiów

iberystykaJak zapewne większość z Was już wie, od października jestem studentką iberystyki na Uniwersytecie Warszawskim. I zamiast, tak jak każdy normalny człowiek, poczekać z podjęciem tematu do zrobienia licencjatu, spieszę ze spisaniem pierwszych wrażeń po zaledwie miesiącu studiowania. Nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła. Jednak mimo wszelkiej natury ograniczeń, jakie niesie ze sobą pisanie takiego tekstu w tym momencie, postaram się być maksymalnie rzetelna – co nie znaczy, że obiektywna. Dorzucę tym samym kolejny (który to już?) kamyczek do olbrzymiego stosu pod nazwą "czy warto iść na filologię?"*), poruszę wiecznie żywy temat "ile procent samouctwa" i wreszcie spróbuję, na tyle ile mogę, wesprzeć na duchu osoby, które tak jak ja, w nietypowym momencie życia zaczynają coś zupełnie nowego. Chyba zdążyłam Was już przyzwyczaić, że moje artykuły to w dużej mierze spis osobistych doświadczeń. Tak będzie i tym razem, może nawet w stopniu odrobinę większym niż zwykle.

*) Muszę coś wyjaśnić: nie studiuję żadnej filologii. Studia w moim Instytucie, mimo programu równoważnego z dowolną filologią hiszpańską w kraju, do poziomu licencjatu oficjalnie zwą się kulturoznawstwem. I nie pytajcie dlaczego, bo nie mam pojęcia. Przyznam wręcz, że u mnie, jako osoby, która ma lekką obsesję na punkcie właściwego nazywania rzeczy, powoduje to lekki dyskomfort. Ale zostawmy moje obsesje w spokoju i przejdźmy do tematu właściwego.

Początek studiów na iberystyce oznacza przede wszystkim nieuchronną konieczność zaakceptowania dwóch faktów: (1) tak, w programie są przedmioty, i to liczne, niezwiązane bezpośrednio z samym językiem i, tak, trzeba na nie dużo czytać oraz (2) tak, obowiązującym wariantem języka hiszpańskiego jest ten z Półwyspu Iberyjskiego (qué sorpresa, ¿no?). Do drugiej kwestii wrócę za chwilę, tymczasem zajmę się pierwszą. Cóż, byłam na to przygotowana, a co więcej, wymyśliłam sobie już dawno, że dobrze byłoby w pewnym momencie życia móc postrzegać się jako osobę o ogólnym wykształceniu humanistycznym. I teraz mam szansę, żeby zacząć na to pracować. Bo o ile z filozofią jeszcze jakoś się wybronię, tak moja wiedza literaturoznawcza to jakieś strzępki i intuicje oparte na przypadkowych lekturach. O zakresie mojej ignorancji geograficznej i historycznej nawet nie wspomnę. Tak więc czytam co trzeba, chodzę na zajęcia i liczę, że jakiś ślad w mojej głowie zostanie.

A teraz czas najwyższy na przyjrzenie się samej esencji mojego studiowania, czyli zajęciom z praktycznej nauki języka. Tak jak Was na wstępie ostrzegałam, będę pisała przede wszystkim o własnych doświadczeniach, można by zatem tę część artykułu zatytułować "Moje zderzenie z nauką języka na studiach". Najpierw jednak podzielę się kilkoma informacjami, żebyście wiedzieli, czego możecie się spodziewać, jeśli rozważacie studiowanie iberystyki: takie zajęcia, w grupach zaawansowanych, to przede wszystkim praca na krótkich tekstach (wycinki z gazet, fragmenty książek – nieraz po lekkiej modyfikacji, teksty piosenek), definiowanie i parafrazowanie po hiszpańsku, tłumaczenie na polski, szukanie synonimów i antonimów oraz wyrazów pokrewnych, gramatyka w miarę aktualnych potrzeb, konwersacje, krótkie prezentacje na tematy rozmaite, itd. W grupach początkujących wygląda to oczywiście inaczej, korzysta się z podręczników, ale szczegółowego planu nauki Wam nie przedstawię, bo nie jest mi znany.

Pamiętacie może, jak pisałam o tym, że w pewnym momencie bycie 100-procentowym samoukiem zaczęło mi doskwierać? Doszłam do czegoś, co można nazwać motywacyjną ścianą. Mój kontakt z językiem hiszpańskim stał się niemal wyłącznie podtrzymujący i polegał na oglądaniu seriali oraz pisywaniu na chacie facebookowym z jednym czy dwoma meksykańskimi kolegami. Pierwszy efekt możecie sobie wyobrazić, jego próbki widnieją nawet na Woofli, w komentarzach pod jednym z tekstów: zaczęłam mieć narastające problemy z ortografią (choć muszę tu oddać sprawiedliwość owym Meksykanom, bo piszą wyjątkowo poprawnie i na pewno nie od nich "zaraziłam się" złą ortografią). Drugi efekt jest w pewnym sensie tożsamy z przyczyną: brakowało mi motywacji do powtarzania gramatyki, uczenia się nowych struktur i słownictwa; stanęłam w miejscu i jeszcze chwila, a zaczęłabym się cofać. Równolegle nękał mnie  iście szalony pomysł – podjąć studia na iberystyce – który rósł w siłę wprost proporcjonalnie do całej masy wątpliwości co do jego sensowności. Jak się sprawa skończyła, już wiecie.

Interesującym doświadczeniem był dla mnie egzamin ze znajomości hiszpańskiego, tuż przed rozpoczęciem studiów. Stanowił on pierwszy zewnętrzny i, nazwijmy to umownie, obiektywny sprawdzian tego, czego się nauczyłam, siedząc przed komputerem w zaciszu własnego mieszkania. I mimo że do dziś robi mi się słabo na samo wspomnienie tego, co nawypisywałam tam w wypracowaniu (tak! dnia następnego przynajmniej część popełnionych błędów stanęła mi jak żywa przed oczami i przyprawiła niemal o omdlenie), udało mi się zdobyć tyle punktów, że z dużym marginesem bezpieczeństwa zakwalifikowałam się do najbardziej zaawansowanej z grup. Oczywiście nie uchroniło mnie to przed czymś w rodzaju szoku kulturowego na pierwszych zajęciach: hiszpański z Hiszpanii, młodzi ludzie świetnie wygadani i ja, osłuchana z serialami meksykańskimi (no mames wey, no me chingues), boleśnie odczuwająca efekty tego, co sama sobie zafundowałam, czyli niemal całkowitego braku doświadczenia w mówieniu. A mogłam w końcu zainstalować sobie tego Skype'a, oj mogłam…

Szok kulturowy powoli mija, a ja staram wdrażać chyba jedyną sensowną w mojej sytuacji strategię: równoległej nauki hiszpańskiego z Półwyspu na potrzeby zajęć oraz hiszpańskiego z Meksyku na potrzeby własne. Na szczęście nie są to warianty na tyle odległe, żeby nie miały jednego, całkiem solidnego trzonu. Diabeł tkwi w szczegółach: przedmiotach codziennego użytku, kolokwializmach, odrobinę w gramatyce. (Tematowi temu zamierzam poświęcić mój następny tekst. Napiszę o tym, jakie korzyści i potencjalne problemy wiążą się z uczeniem się hiszpańskiego meksykańskiego, w czym tak naprawdę wersja ta różni się od iberyjskiej oraz jak wykorzystać Internet i gdzie szukać materiałów do nauki). Moim celem na najbliższe trzy lata jest wypracowanie sobie takich dwóch szczelnie oddzielonych mentalnych szufladek z etykietami "Meksyk" i "Hiszpania" i płynne przechodzenie między jedną a drugą w zależności od potrzeb, ale niemieszanie ich zawartości. Póki co, bywa różnie, w końcu wciąż się uczę. Czasem okazuje się, że znane mi słowo, które automatycznie klasyfikuję jako meksykanizm, jest w użyciu także w Hiszpanii i ma się dobrze. Bywa też na odwrót: nowo poznany na zajęciach wyraz, który brzmi tak hiszpańsko, jak tylko może, znajduję później w słowniku hiszpańskiego meksykańskiego. (Powiem Wam w tajemnicy, że zawsze tak się dziwnie składa, że moje pomyłki z pierwszej grupy dotyczą słów ładnych, a z drugiej – nieco brzydszych).

Przechodząc powoli do ostatniej kwestii, jaką planowałam poruszyć, przyznam, że te studia to dla mnie naprawdę niezły zastrzyk energii i motywacji, nie mówiąc o intelektualnej inspiracji – całe wieki np. nie używałam wyrażenia piorun nagły, teraz używam często i z upodobaniem, a kto studiował iberystykę bądź filologię hiszpańską, ten wie, dlaczego. Zajęcia o mitologii Majów w połączeniu z zajęciami z praktycznej nauki języka wzbudziły we mnie lawinę refleksji, które zaowocowały opowiadaniem o królikach (chyba dość łopatologicznym i, niestety, banalnym, jak się już złapie trop, więc póki co nie planuję zamieszczać go nigdzie w sieci). I tak dalej, przykłady mogłabym mnożyć (jak króliki, chciałoby się rzec, tylko w sposób nieco bardziej kontrolowany).

Czy są minusy? Ależ oczywiście. W moim przypadku minus jest jeden, ale za to dokuczliwy. Jako osoba, której praktycznie całe życie zawodowe i duża część towarzyskiego w ostatnich latach miały miejsce w Internecie, doświadczam właśnie radykalnej zmiany trybu życia. Dochodzi do tego konieczność poprzestawiania jednych rzeczy, wyeliminowania drugich i pogodzenia ze sobą kolejnych – czyli wszystko to, co w naturalny sposób zaczyna nam towarzyszyć w pewnym wieku. W efekcie mój organizm się zbuntował i zrobił mi psikus w postaci długotrwałej i uporczywej bezsenności. Jak widać, w życiu nie można mieć zbyt dobrze. Pozostaje mi nadzieja, że z czasem wszystko się unormuje. I całkiem poważnie rozważam naukę jakiejś medytacji (żadnej trans-, mam na myśli coś na wskroś europejskiego).

I na koniec: co z moją aklimatyzacją wśród młodzieży? Czy jest i dla Was nadzieja, drogie staruszki i drodzy staruszkowie, rozważający powrót na łono uczelni, żeby zintensyfikować naukę języka obcego albo wręcz nauczyć się nowego języka od zera? Ja tę nadzieję widzę. A nawet nie tyle nadzieję, co pewność, że tak. Nie wiem, jak z innymi filologiami/kulturoznawstwami, ale na iberystyce mamy niezły przekrój wiekowy. Studenci w typowym wieku pierwszorocznym oczywiście stanowią większość, ale zadziwiająco dużo jest osób kilka lat starszych, nie brakuje też -naście, a nawet -dzieścia lat starszych. Trzeba tylko pamiętać – łatwo mi pisać, a sama jeszcze mam trudności z przyswojeniem tego oczywistego faktu – że typowy adresat takich studiów, to 19-latek umiarkowanie zainteresowany językiem i mocno zainteresowany odkrywaniem szeroko pojętego życia (co, mam nadzieję, nie zostanie odczytane jako krytyka 19-latków). A dzisiejsza uczelnia ma coś z rynku.

 

Zobacz także:

75% samouctwa, czyli czarna owca na Woofli
Czy Polak może (na)uczyć się hiszpańskiego meksykańskiego?
Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery
Hiszpański na marginesach
Co Polak może zaoferować światu? Wymiana nie tylko językowa

 

 

 

 

W obronie filologii i nauczycieli

SPonad 5 lat temu, kiedy pisałem wstęp do "Świata języków obcych", przyświecał mi przede wszystkim cel popularyzacji samodzielnej nauki języka obcego. Ówcześnie panowało dość powszechnie przekonanie, że obcą mowę można opanować jedynie na kursie lub w szkole, podczas gdy siedzący w domu student z samouczkiem rzucał się tak naprawdę z motyką na słońce. Patrząc na napływające na naszą skrzynkę redakcyjną maile oraz komentarze, zarówno na stronie jak i na naszym facebookowym profilu, odnoszę wrażenie, że pogląd ten powoli odchodzi w zapomnienie. Jednocześnie jednak niepokoi mnie trochę negatywna propaganda na temat studiów filologicznych, jaka ostatnio ma miejsce. Mówi się, że studia te nie uczą języka, że nauczyciele prowadzą zajęcia w nieciekawy sposób bądź za dużo wymagają. Chciałbym stanąć teraz w ich obronie, jednocześnie wbijając trochę szpilę w zachowania studentów/uczniów (terminów tych będę używał zamiennie, bo tyczy się to niemal każdej zorganizowanej formy nauki). Mam nadzieję, że co bardziej ambitni nie przestaną po tym artykule nas czytać.

O prawdziwej roli nauczyciela
Dość często zdarza mi się słyszeć bardzo niepochlebne opinie na temat możliwości nauczenia się języka obcego na kierunku filologicznym. Sam jestem zresztą zdania, iż osoba kończąca studia nie powinna mieć większych problemów ze zdaniem egzaminu na poziomie C1 – jeśli nie, to oznacza, że coś w całym procesie nauki nie gra. Jesteśmy tylko ludźmi i trudno nam czasami spojrzeć na problem z innej perspektywy niż nasza własna. Nie dziwi w związku z tym, iż znacznie częściej winy szukamy w naszym systemie edukacji, rzadziej widzimy ją natomiast w nas samych.

W dzisiejszym świecie panuje mylne moim zdaniem przekonanie, że głównym zadaniem nauczyciela jest nauczenie języka, bez względu na postawę ucznia względem samego procesu nauki. Pogląd ten jest dla przeciętnej osoby uczącej się języka obcego bardzo wygodny – w razie niepowodzenia możemy bowiem winić nie samych siebie, lecz nauczyciela, który był osobiście odpowiedzialny za naszą edukacyjną porażkę. Wszystkiemu, co złe, winien jest mityczny system, który zbudowany jest tak, by maksymalnie utrudnić nauczenie się języka, najpierw w szkole, a później na studiach. Mało kto zauważa, że w tym systemie ogromną rolę odgrywają też sami studenci, którzy bardzo często przybierają postawę malkontenta, nie starają się, po czym szukają winy wszędzie, tylko nie w sobie.

Nauczyciel języka obcego to nie jest osoba, której zadaniem jest podanie Ci tabelki z odmianą czasownika "być" bądź listy słówek w języku X. To pierwsze znajdziesz bez problemu w podręczniku, to drugie w dobrym słowniku. Ktoś powie, że nikt inny nie jest w stanie Cię nauczyć poprawnej wymowy? Zaręczam, iż najlepszym wzorcem wymowy nie jest nauczyciel, lecz prezenterzy telewizyjni lub radiowcy. Jeśli nauczyciel jest dobry, to jest w stanie co najwyżej rozwiać Twoje wątpliwości dotyczące poszczególnych aspektów języka, które w dużej mierze opanowałeś wcześniej samemu bądź poprawić błędy.

Bardzo na miejscu wydaje mi się w tym momencie analogia do nauki programowania. Dla każdego studenta informatyki dość oczywistym jest, że pracując wyłącznie na materiale dostarczanym przez uczelnię, profesjonalnym programistą nie zostanie, bo do tego potrzebne są godziny samodzielnej pracy i poznawanie aspektów, które najbardziej nas interesują w kontekście naszych prywatnych projektów czy też przyszłej pracy. Dziwi mnie, dlaczego dla tak wielu studentów filologii jest to pogląd zupełnie obcy. Przecież język obcy, podobnie jak języki programowania, nie jest przedmiotem, którego można nauczyć bez odpowiedniego zaangażowania osoby uczącej się. Same zajęcia natomiast powinny bardziej przypominać konsultacje z przygotowanymi studentami, którzy przykładają się do pracy, sami wiedzą, czego chcą się nauczyć, z czym mają największe problemy. Przez ostatnie 10 lat zaledwie przez 2 lata nie studiowałem – wiem z doświadczenia, że nawet na najbardziej prestiżowych uczelniach krajowych wspomniana wyżej sytuacja należy do rzadkości. Za brak sukcesu możemy mieć w tym wypadku pretensje głównie do samych siebie i do tego, że nie mieliśmy kontaktu z językiem poza zajęciami szkolnymi.

kursyO prawdziwej roli studiów filologicznych
Gdyby spytać przeciętnego studenta, dlaczego poszedł na studia filologiczne, ten najpewniej odpowiedziałby, że możliwość nauczenia się języka była największą motywacją. Rzecz jednak w tym, że celem studiów filologicznych jest przede wszystkim zapoznanie studenta z szeroko pojętą kultura danego języka i zakłada się, iż student włoży trochę pracy w to, by opanować tak podstawowe narzędzie jak język, który do badań tej kultury mu będzie służył. Jeśli ktoś uważa, że pozna kulturę X, nie znając języka X oraz polegając tylko i wyłącznie na tłumaczeniach na polski czy angielski, to się grubo myli. Opanowanie języka obcego jest na filologii czymś, czego powinno się przede wszystkim wymagać od studentów. Ci tak naprawdę na trzecim roku studiów powinni już być w stanie chociażby czytać literaturę w obcym języku. Umiejętność ta zresztą w idealnej sytuacji, zwłaszcza gdy mówimy o językach takich jak angielski, niemiecki czy rosyjski, powinna być warunkiem przyjęcia na dane studia filologiczne. Jeśli ktoś natomiast po dwóch latach wytężonej nauki nadal ma poważny problem z przeczytaniem publikacji czy też przeprowadzenie pozapodręcznikowej konwersacji w swoim docelowym języku, to oznacza, że ten okres najzwyczajniej w świecie zmarnował i powinien się zastanowić, czy rzeczywiście zależy mu na tym, by dany kierunek studiować.

Jeśli cokolwiek mógłbym na filologii skrytykować, to brak interdyscyplinarnego podejścia i skupienie się na bardzo wąskim wycinku kulturowej rzeczywistości. Znajomość języka obcego i kultury daje naprawdę ogromne możliwości w sytuacji, kiedy jesteśmy to w stanie połączyć z wiedzą na temat historii, stosunków międzynarodowych, ekonomii, prawa, programowania. Program filologii przeważnie do tego nie zachęca, ale jest to raczej tendencja ogólna każdej instytucji. Osobiście uważam, że mamy za dużo inżynierów, którzy mają problem z czytaniem literatury oraz za dużo magistrów nie potrafiących całkować. Jest to jednak temat na zupełnie inny artykuł.

Nie chcę, żeby artykuł ten brzmiał jak tyrada wymierzona we wszystkich studentów, której autor jako jedyny zawsze miał wszystko w małym palcu – prawdę powiedziawszy, mnie samemu nieraz zdarzało się przyjść na zajęcia nieprzygotowanym. Z perspektywy czasu jednak stwierdzam, że dużo więcej byłbym w stanie wynieść z zajęć, gdyby te były odwiedzane przez osoby, które rzeczywiście w nich chciały uczestniczyć i miały kontakt z językiem obcym również po zajęciach. Chciałbym więc nakłonić do trochę bardziej krytycznej postawy względem samych siebie. Przeważnie bowiem mamy pretensje do lektora, do programu nauczania, do narzucanego nam z góry systemu. Tymczasem w nauce języka obcego 90% sukcesu to nasza własna praca i kontakt z językiem. Jeśli wystarczająco dużo pracujemy samodzielnie, to kiepski nauczyciel nie zahamuje naszego postępu. I na odwrót – nawet najlepszy nauczyciel będzie bezradny w sytuacji, kiedy nic z siebie nie dajemy. Narzekać natomiast zawsze możemy. Rzecz w tym, że samym narzekaniem jeszcze nigdy nikt nic konkretnego nie zbudował.

Podobne artykuły:
Rola współczesnej nauki języków klasycznych
Kiedy i jak korzystać z Wikipedii przy nauce języka obcego?
Nauka języka bez podręcznika – część 1
Nauka języka bez podręcznika – część 2
Myśl samodzielnie i nie patrz na innych, czyli krytyka poliglotów

Dyslektyk uczy się języka obcego

Dzisiejszy artykuł będzie traktował o poważnym temacie, który szczególnie w ostatnich latach stał się prawdziwym wyzwaniem dla rodziców i nauczycieli – temat ten to dysleksja. W każdej szkole można spotkać dyslektyka. Skupię się przede wszystkim na praktycznych radach i wskazówkach jak pracować z dzieckiem dyslektycznym. Głównym zagadnieniem będzie nauka języka obcego przez dyslektyka – czy jest to trudne zadanie i jaką rolę pełni tutaj nauczyciel lub opiekun?

Z całą pewnością każdy z Czytelników słyszał coś na temat dysleksji. Ogólnie rzecz biorąc, mianem dysleksji określa się specyficzne trudności  w nauce czytania i pisania, przeważnie ujawniające się w pierwszych latach szkolnych. Termin dysleksja rozwojowa oznacza, że trudności w konkretnych dziedzinach nauki ujawniają się już od początku procesu szkolnego – w przeciwieństwie do dysleksji nabytej występującej po urazie mózgu. Dysleksja rozwojowa może przybierać konkretne formy:

  • Dysleksja – trudności w czytaniu, którym towarzyszą problemy w czytaniu na głos
  • Dysgrafia – zaburzenia w opanowaniu właściwej umiejętności pisania, pismo graficzne jest określane mianem niekaligraficznego
  • Dysortografia – trudności w opanowaniu pisma, szczególnie ujawniające się w zapisie ortografii

Wyróżnia się też konkretne typy dysleksji w zależności od rodzaju występujących zaburzeń :

  • Dysleksja typu słuchowo–językowego – zaburzenia funkcji językowo-słuchowych – uczeń ma trudności w pisaniu ze słuchu, np. dyktanda, uczeń wypowiadając się opuszcza końcówki fleksyjne, przekręca słowa, podwaja litery, nie dba o akcent i melodię zdania, jego wypowiedzi charakteryzują częste pauzy, opuszczenia słów, wolne tempo i częste nadmierne przedłużanie samogłosek
  • Dysleksja typu wzrokowo–przestrzennego – uczeń posiada trudności w pisaniu z pamięci, jednak jego wypowiedzi są poprawne; prace pisemne zawierają liczne błędy ortograficzne, często w słowach litery są poprzestawiane, uczeń ma problem z wizualizacją słów i ich pisowni.
  • Dysleksja typu mieszanego – u ucznia występują zaburzenia opisane przy dysleksji typu słuchowo-językowego i wzrokowo–przestrzennego
  • Dysleksja typu integracyjnego – pojedyncze funkcje mogą działać poprawnie, jednak uczeń ma kłopoty z ich skoordynowaniem, kiedy odbiera informację sensoryczną, może mieć trudność z reakcją funkcji motorycznych.

Biorąc pod uwagę fakt, że dziecko dyslektyczne ma zaburzenia w pisaniu i czytaniu języka ojczystego, spróbujmy sobie wyobrazić, jak trudno przychodzi mu nauka języka obcego. A jednak jest to obowiązkowy przedmiot, który musi być realizowany przez ucznia i nauczyciela. Oczywiście nie każde dziecko z dysleksją będzie miało kłopoty z nauką języka obcego – większość ma z tym trudności, ale są też jednostki, które przyswajają materiał w normalnym tempie. Jeśli występują zaburzenia, są to przede wszystkim :

  • Kłopoty w pisaniu tekstu słyszanego
  • Słabe zapamiętywanie słówek
  • Przekręcanie liter w wyrazach
  • Pisanie wyrazów w zapisie fonetycznym
  • Pomijanie akcentów graficznych
  • Zamienne stosowanie podobnych wyrazów
  • Kłopoty w budowaniu wypowiedzi słownych

Kiedy zauważymy u dziecka symptomy, bardzo ważna jest diagnoza – opinia poradni po uprzednim zbadaniu między innymi: poziomu sprawności intelektualnej ucznia, słuchu, funkcji ruchowych, określenie tempa czytania i analizy prac pisemnych. Uczeń może otrzymać opinię z poradni dopiero po 10 roku życia.
Oczywiście posiadanie takiej opinii zmienia odrobinę sposób, w jaki uczeń przystępuje do egzaminów, tak aby miał możliwość sprawiedliwej oceny. Jeśli uczeń prezentuje niski poziom graficzny pisma (nieczytelne/niewyraźne), to ma możliwość pisania na komputerze lub korzystania z pomocy nauczyciela, który zapisuje jego wypowiedzi. Gdy uczeń wolno czyta i pisze, to czas jego egzaminu będzie wydłużony o 50 %. Kolejnym udogodnieniem dla dyslektyków jest ocena ich arkuszy egzaminacyjnych ze zmienionymi kryteriami, które pomijają np. błędy w pisowni, ortografię.

 

Dyslektyk w szkole

Nauczyciel języka obcego, który ma w klasie osobę z dysleksją, musi starać się podwójnie. Jednak klasa licząca trzydzieści osób nie zawsze sprzyja koncentracji… Co można zrobić, by uczeń dyslektyczny miał szansę na opanowanie języka obcego?

MULTIsensoryczność – należy dbać o zaangażowanie wszystkich zmysłów ucznia, a także ich koordynacji – sprzyja to lepszemu zapamiętaniu słówek lub wyrażeń i pozwala unikać znudzenia.

Słuchanie – bardzo często dyslektycy mają problem z rozróżnieniem wypowiedzi ze słuchu, dlatego warto by słysząc tekst śledzili go również wzrokiem. Poza tym nauczyciel powinien mówić wyraźnie i wolno, tak, by uczeń miał czas zrozumieć instrukcje.

Słownictwo – wprowadzanie nowego słownictwa powinno odbywać się wolno, aczkolwiek systematycznie. Nowe słowa powinny być powiązane lub podobne do tych, które uczeń już zna. Szczególny nacisk należy kłaść na różnicę pomiędzy wymową a pisownią danego wyrazu.

Ćwiczenie pisania – jest to kluczowy element nauki języka obcego przez dyslektyka. Wszelkie ćwiczenia pisemne, gdzie uczeń podkreśla, eliminuje lub dopisuje słowa czy litery, są bardzo pomocne w przyswojeniu nowego materiału.

Magia powtarzania – bez powtórki dyslektyk może nie być w stanie odtworzyć z pamięci znanych mu już słów bądź wyrażeń. Nauczyciel powinien sukcesywnie wracać do materiału już omówionego, używając różnorodnych metod i form, najlepiej opartych na metodzie polisensoryczności.

W literaturze znajduje się świetnie napisany dekalog dla nauczycieli gdzie bardzo dobrze przedstawiona jest idealna postawa nauczycieli wobec dyslektyka :

 

DEKALOG DLA NAUCZYCIELI UCZNIÓW DYSLEKTYCZNYCH[1]

NIE

  1. Nie traktuj ucznia jak chorego, kalekiego, niezdolnego złego lub leniwego.
  2. Nie karz, nie wyśmiewaj ucznia w nadziei, że zmobilizujesz go do pracy.
  3. Nie łudź się, że uczeń "sam z tego wyrośnie", "weźmie się w garść", "przysiądzie fałdów".
  4. Nie spodziewaj się, że kłopoty ucznia pozbawionego specjalistycznej pomocy ograniczą się do czytania i pisania i znikną same w młodszych klasach szkoły podstawowej.
  5. Nie ograniczaj uczniowi zajęć pozalekcyjnych, aby miał więcej czasu na naukę, ale i nie zwalniaj go z systematycznych ćwiczeń i pracy nad sobą.

TAK

  1. Staraj się zrozumieć swojego ucznia, jego potrzeby, możliwości i ograniczenia. Zapobiegnie to pogłębianiu się jego trudności szkolnych i wystąpieniu wtórnych zaburzeń nerwicowych.
  2. Spróbuj jak najwcześniej zaobserwować trudności ucznia: na czym polegają i co jest ich przyczyną. Skonsultuj problemy ucznia ze specjalistą (psychologiem, logopedą, pedagogiem, a w razie potrzeby z lekarzem).
  3. Aby jak najwcześniej pomóc uczniowi:
  • bądź w kontakcie z poradnią i nauczycielem terapeutą, wykorzystuj wyniki badań i zalecenia specjalistów, uwzględniaj je w swojej pracy;
  • ustal kontrakt zawierający reguły współpracy między tobą, innymi nauczycielami, rodzicami i uczniem, który ucznia czyni odpowiedzialnym za pracę nad sobą, rodziców za pomaganie uczniowi, a nauczyciela za bycie doradcą;
  • zaobserwuj podczas lekcji, co najskuteczniej pomaga uczniowi.
  1. Opracuj indywidualny program terapeutyczny wymagań wobec ucznia, dostosowany do jego możliwości, a zatem:
  • oceniaj go na podstawie odpowiedzi ustnych i treści prac pisemnych;
  • nie każ mu głośno czytać przy całej klasie;
  • pozwól mu korzystać ze słownika i daj mu więcej czasu na zadania pisemne;
  • dyktanda i prace pisemne oceniaj jakościowo (opisowa ocena błędów) pod warunkiem systematycznej pracy, znajomości reguł ortografii i korekty błędów w zeszytach
  • nagradzaj za wysiłek i pracę, a nie za jej efekty.
  1. Bądź życzliwym, cierpliwym przewodnikiem ucznia.

Dyslektyk w domu

Dziecko dyslektyczne, które uczy się języka obcego, wymaga ciągłej stymulacji, po to by przyswoić nowy materiał.  Nawet jeśli uczeń ma dwie godziny lekcyjne języka obcego w tygodniu, to zbyt mało, żeby był w stanie opanować język. Kolejna praca czeka po godzinach właśnie rodziców. Zadaniem rodzica jest przede wszystkim motywacja dziecka – motywujemy do nauki, pokazując cel i zachęcając do poszerzania swoich umiejętności. Co więcej, rodzic powinien analizować materiał omawiany w szkole, czyli przygotować powtórki dla dziecka. Jednak zwykłe odpytywanie może szybko znudzić i zdekoncentrować ucznia. Należy zadbać o to, by podobnie jak w szkole, dziecko mogło uruchomić wszystkie zmysły, a nauka była dla niego swoistą zabawą. Oto parę przykładów ćwiczeń, które rodzic może przeprowadzić z dyslektykiem w domu:

  • Przepisywanie słów – rodzic zapisuje słowo „car”, po czym dziecko zapisuje ten sam wyraz pod spodem.
  • Układanie zdań w historię – dziecko dostaje kilka zdań na kartkach, a jego zadaniem jest ułożenie tych kartek ze zdaniami w jedną spójną całość.
  • Rysowanie krzyżówek – dziecko może wspólnie z rodzicem stworzyć krzyżówkę tematyczną z hasłem np. family, gdzie wpisuje hasła, używając kolorowych flamastrów.
  • Wykreślanie słów – dziecko dostaje zbiór słów, z którego musi wykreślić jedno, które nie pasuje.
  • Dopasowanie obrazka – rodzic czyta krótką historię, a zadaniem dziecka jest dopasowanie obrazka, który pasuje do treści opowiadania.
  • Tworzenie wyrazów – dziecko dostaje od rodzica wycięte kolorowe literki i próbuje ułożyć z nich jak najwięcej słów.
  • Szukanie cech wspólnych – dziecko otrzymuje zbiór wyrazów, a rodzic wydaje polecenie, np. „znajdź wyrazy, które mają w pisowni literkę s” i dziecko dokonuje selekcji wyrazów.
  • Tworzenie wężyka wyrazowego – zadaniem dziecka jest wyszukanie jak największej ilości słów.
  • Dotykanie przedmiotów – rodzic pakuje przybory szkolne do pudełka, po czym, wyciągając kolejne, pyta dziecko o ich nazwę; następnie można odwrócić rolę i na przykład zawiązać dziecku oczy, tak by tylko na podstawie dotyku było w stanie określić, co trzyma w dłoni.

Tak naprawdę każda forma nauki, która opiera się na zabawie, będzie idealna dla dyslektyka. Bardzo często osoby dotknięte dysleksją mają kłopoty w nauce języka, co nie oznacza jednak, że nie powinny próbować pracować nad osiągnięciem kolejnych językowych celów. Postawa nauczyciela i rodzica powinna opierać się przede wszystkim na systematyczności i zrozumieniu potrzeb dziecka. Z całą pewnością miła atmosfera zajęć pomoże dziecku w procesie nauki. A czy Wam zdarzyło się uczyć dziecko z dysleksją? Może macie jakieś swoje sprawdzone metody?

[1] M. Bogdanowicz, A. Adryjanek, Uczeń z dysleksją w szkole. Poradnik nie tylko dla polonistów, Gdynia 2005

Garść informacji na temat akcentu

wymowaGdy zaczynamy naukę, języka prędzej czy później musimy się zmierzyć ze smutną prawdą, że niestety nasz akcent odbiega dość znacznie od tego, który prezentują native speakerzy. Ale spokojnie – nie oznacza to wcale, że jesteśmy skazani na niepowodzenie i już nie mamy szans – wręcz przeciwnie – akcent nie jest czymś stałym. Artykuł oparłam na najbardziej rozpowszechnionym akcencie języka angielskiego –  brytyjskim, ponieważ najwięcej z Was ma z nim styczność. Z tego tekstu dowiecie się, jak pracować nad swoim akcentem, co zrobić, by go definitywnie zmienić oraz jakie angielskie słowa sprawiają trudności osobom, które uczą się angielskiego jako L2. Zaczynamy!

Co nazywamy akcentem? Jest to sposób, w jaki brzmimy, gdy produkujemy dźwięki. Akcent towarzyszy nam zawsze, po prostu nie da się mówić bez akcentu. Skoro jesteśmy na niego skazani, to jak sobie z nim poradzić, gdy przeszkadza nam w nauce L2? Bazujemy na angielskim, więc wyobraźcie sobie Hindusa mówiącego po angielsku – coś Wam się nasuwa na myśl? Azjaci z zasady zupełnie inaczej rozróżniają dźwięki, więc produkcja języka mówionego w ich wykonaniu czasem wydaje się dość dziwna. Absolutnie nie chcę nikogo obrażać ani wyśmiewać – chcę tylko powiedzieć, że każdy akcent jest specyficzny. Oczywiście dużo łatwiej by było, gdyby w każdym języku istniały te same reguły fonetyczne i podobne dźwięki, wtedy nie mówilibyśmy już o silnym akcencie, ale za to wszyscy brzmieliby tak samo. Akcent podczas nauki L2 wynika z faktu, że każdy język ma pewien zestaw dźwięków, które wykorzystuje do budowy słów. Dźwięki te w różnych językach nie pokrywają się ze sobą: bywa, że albo są podobne, albo nie istnieją w naszym języku ojczystym – opcji jest bardzo dużo. Niemniej jednak główny problem polega nie na samym występowaniu tych dźwięków, ale na naszej pracy, którą wkładamy w ich produkcję. To od realizacji dźwięków zależy, z jakim akcentem mówimy.

Tutaj warto lepiej  przyjrzeć się tym różnicom językowym. Powszechnie znany fakt – w japońskim nie ma rozróżnienia pomiędzy dźwiękami l i r – więc wyobraźmy sobie, ile nauki i pracy musi włożyć mieszkaniec Kraju Kwitnącej Wiśni, żeby usłyszeć różnicę pomiędzy słowami light i right. Z kolei w języku francuskim nie istnieje krótkie i, które występuje w angielskim słowie ship. Dlatego też rozróżnianie słów typu ship i sheep przychodzi Francuzom bardzo ciężko. Co więc słyszy Francuz w zdaniu I took a ship to the island? – "zabrałem owcę na wyspę" lub "popłynąłem (statkiem) na wyspę". Wystarczy inaczej wypowiedzieć jedno słowo, a zmieniamy sens całego zdania.

Kolejny ważna rzecz  – speakers are lazy. Myślę, że każdy z tym się zgadza – mówimy szybko, skracamy, maksymalnie upraszczamy po to, żeby było nam łatwiej. Dlatego też, nawet gdy uczymy się angielskiego, to z tym naszym akcentem bywa różnie. Czasem uważamy, że "słówka i parę czasów" wystarczą, by mówić; nie zastanawiamy się jednak nad tym, jak brzmimy – ważne, że w ogóle się odzywamy 😉 Oczywiście nie jest to regułą. Nie uważacie jednak, że zbyt mały nacisk kładzie się na pracę nad akcentem? Moim zdaniem w naszym kraju niestety wciąż to kuleje, przede wszystkim w szkolnictwie.

Wracając do akcentu – jeśli chodzi o angielski, przeważnie dążymy do standardu RP. Received Pronounciation (czy też BBC English) jest uważane za odmianę bardzo prestiżową i kojarzone jest z angielskim oksfordzkim. Chyba najlepszym przykładem osoby mówiącej RP English jest Sir David Attenborough, który ma rewelacyjny głos, możecie go posłuchać w tym miejscu. Polecam do tego jeszcze jeden link: jeżeli klikniecie tutaj, macie okazję porównać sobie akcent amerykański i brytyjski.
Jednak pozostaje pytanie – jak mówić tak jak Sir David? Tutaj można powiedzieć tylko, że practice makes perfect. Poniżej prezentuję Wam kilka sposobów na to, jak polepszyć swoją wymowę – są to uniwersalne rady, dla każdego języka.

  1. Pokochaj audio!
    Osłuchanie się z językiem jest kluczem do nabycia dobrego akcentu. Samo słuchanie nie wystarczy, trzeba się starać imitować dźwięki po to, by zbliżyć się jak najbardziej do akcentu native’a – filmy bez dubbingu i napisów, audiobooki, podcasty, radio – słowem wszystkie chwyty dozwolone.
  2. Naśladuj.
    Kiedy już usłyszysz dźwięk, staraj się go powtórzyć, zachowując oryginalny akcent i melodię zdania. Początki mogą być trudne, ale nie zniechęcaj się – to naprawdę bardzo pomaga.
  3. Nagraj się.
    To chyba najważniejsza rzecz – jeżeli mówimy zdanie w obcym języku prawie zawsze wydaje nam się, że dobrze akcentujemy. Wystarczy się nagrać i nagle okazuje się, że usłyszymy zupełnie inny (obcy ;)) głos, który brzmi dziwnie. O wiele lepiej jest przesłuchać swoje własne nagranie i porównać je na przykład z fragmentem audiobooka, żeby dostrzec swoje ewentualne błędy lub niedociągnięcia – naprawdę polecam!
  4. Mów!
    Nic tak nie przybliża nas do biegłości językowej jak właśnie rozmowa. Ćwicz konwersacje jak najczęściej, staraj się rozmawiać z osobami, dla których dany język jest również L2, skup się na ich akcencie i porównuj go z oryginałem. Zwróć uwagę, jak inne osoby realizują trudne dla Ciebie dźwięki i jaki to ma wpływ na odbiór ich wypowiedzi.
  5. Myśl w L2.
    Ogromnym błędem uczących się języka obcego jest to, że nie starają się myśleć w języku obcym. Jak to działa? Taka osoba układa sobie w głowie zdanie, które po polsku brzmi świetnie i stylistycznie powala na kolana – strofa w stylu „Pana Tadeusza” – i zaczyna się orka. Tłumaczy sobie słowo po słowie, d o s ł o w n i e, bez żadnego zastanowienia, czy taki wyraz ma zastosowanie w języku obcym w tym konkretnym kontekście. To nigdy nie wychodzi dobrze, stąd gorąca prośba – myślmy w L2 – mniejszy wysiłek, a zyskujemy o wiele więcej.
  6. Powtarzaj i zapamiętuj.
    Niestety słowa mają tendencję do ulatywania z pamięci, a szkoda by było wszystkiego zapomnieć. Staraj się, ucząc się nowych słówek, zwracać uwagę na ich poprawną wymowę i ćwiczyć ją, a potem powtarzać. To bardzo ważny element pracy z językiem, nie wolno go pomijać.
  7. Metoda indywidualności.
    Tutaj tak naprawdę chcę zwrócić uwagę na to, że za każdym razem należy sprawdzać wymowę słówka. Przykład z angielskiego – skoro znamy słowo table, to jak przeczytamy comfortable? Niestety kierując się analogią, popełnić możemy klasyczny błąd. Czyli każde słówko ma swoją unikatową wymowę i tego się trzymamy.

Angielska fonetyka to rzecz dość złożona, pełna zasad i wyjątków, ale naprawdę warto się chwilę zastanowić nad tym, jak mówimy i dlaczego akurat tak. Poniżej dołączam listę słów, które najczęściej wypowiadamy błędnie (lub inaczej niż powinniśmy).

  • Zaczynamy od wiewiórki – squirrel – głoska r średnio nam tutaj wychodzi.
  • Podobnie jest ze słowem rural – sekwencja spółgłoska-samogłoska-spółgłoska nas tu pokonują.
  • I ważne słowo – often – wymawia się bez głoski /t/ w środku.
  • Podobnie ze słowem climb – końcowe /b/ jest nieme.
  • Moje ulubione to słowo pojazd – vehicle – też mamy z tym trudności.

Bez względu na to, czy podczas nauki angielskiego wybieramy odmianę brytyjską czy amerykańską, ważne jest, by co chwilę tego nie zmieniać, tylko systematycznie doskonalić wybrany akcent. Mieszanie akcentów w wypowiedzi brzmi dość dziwacznie.

Niezależnie od tego, jakiego języka się aktualnie uczycie, zawsze starajcie się zwracać uwagę na wymowę i reguły fonetyczne. Bez tego ciężko będzie Wam osiągnąć biegłość na miarę C2.

Angielski jako język globalny

Na świecie ludzie mówią około sześcioma tysiącami języków. Jednak od zawsze istniała potrzeba stworzenia jednego wspólnego języka dla wszystkich mieszkańców naszego globu. Jego znajomość pozwoliłaby na komunikację z osobami spoza naszego kręgu kulturowego, niezależnie od czasu i miejsca. Kiedyś rolę języka globalnego pełniła łacina, a dzisiaj zdecydowana większość lingwistów wskazuje na angielski. Pytanie za sto punktów: dlaczego? Spróbujemy w dzisiejszym artykule znaleźć odpowiedzi na te i inne nurtujące pytania.

Język angielski już dawno przestał być językiem obcym. Jego znajomość to absolutne minimum, jeśli myślimy o wyjeździe za granicę bądź rozmowie o pracę. Oczywiście pojęcie "znajomości języka" nie określa dokładnie, jakiego poziomu oczekujemy, załóżmy jednak, że chodzi o poziom komunikatywny. Czy się to komuś podoba, czy nie, język angielski jest wszechobecny, w każdej dziedzinie życia mamy do czynienia z anglicyzmami. Ale dlaczego to właśnie angielski naturalnie zastąpił łacinę? Przecież istnieją inne języki, które też świetnie sprawdziłyby się w tej roli.

Zaczynając rozważania, warto przypomnieć sobie termin ‘lingua franca’ – język wspólny na obszarze, gdzie mówiono wieloma językami. Zasadniczo odnosi się do łaciny, która nawet wtedy, gdy była językiem martwym, wciąż dominowała w piśmiennictwie. Angielski jest ‘lingua franca’ naszych czasów, jednak inaczej mówi się w Anglii, a inny angielski usłyszymy w Zimbabwe. Profesor Ida Kurcz w swojej książce „Język jako przedmiot badań psychologicznych” proponuje następujące rozwiązanie:

„Wydaje mi się, iż w dalszej przyszłości wyjściem byłoby opracowanie jakiejś standardowej wersji języka angielskiego jako lingua franca ( ELF = English Lingua Franca), która byłaby względnie niezmienna (…) mogłaby wtedy efektywnie służyć międzynarodowej komunikacji w różnych dziedzinach.”

Łacina była językiem dominującym przede wszystkim ze względów religijnych. Była oficjalnym językiem chrześcijaństwa i utrzymała się aż do II Soboru Watykańskiego (1965).  Natomiast potęga angielskiego rozpoczęła się już w trakcie kolonizacji. Po ponad tysiącu lat spędzonych na Wyspach Anglicy zaczęli wysyłać w świat swoich żeglarzy, żołnierzy, misjonarzy i pielgrzymów. W roku 1922 Wielka Brytania miała w swoim posiadaniu prawie ¼ ziem na naszym globie, z populacją sięgającą prawie 450 mln. Z czasem kraje, które powoli zaczęły walczyć o swoją niepodległość, i tak zachowały język angielski jako dominujący lub nauczany w szkołach. Dodatkowo warto wspomnieć o czasach po II wojnie światowej, kiedy Europa się odbudowywała, a w Stanach Zjednoczonych nastąpił wielki boom ekonomiczny i gospodarczy. Krótko po II wojnie światowej to francuski był dominującym językiem dyplomacji i elit intelektualnych, ale został wyparty przez angielski.
Potrzeba jednego wspólnego języka sprawiła, iż nasz rodak Ludwik Zamenhof  starał się utworzyć język uniwersalny – dlatego też stworzył esperanto. Charakterystyką esperanto również zajmuje się Pani Ida Kurcz w wyżej wymienionej książce :

„Jest to sztuczny język o bardzo prostym systemie gramatycznym pozbawionym wszelkich wyjątków, a jego słownictwo wywodzi się z języków indoeuropejskich według zasady, że dane słowo powinno mieć korzenie w kliku językach z tej rodziny językowej”.

Co prawda zainteresowanie esperanto było bardzo duże, przetłumaczono między innymi Biblię i parę innych arcydzieł, jednak język esperanto nie zdobył statusu języka globalnego.

Wróćmy tymczasem do angielskiego, który jest, zaraz po mandaryńskim i hiszpańskim, trzecim językiem używanym na świecie, jednak bardziej od pierwszych dwóch rozproszonym, bo poza Europą, Ameryką Północną i Australią często występuje jako drugi język w Azji i Afryce. Szacuje się, ze posługuje się nim około 1,4 miliarda ludzi. Ale co sprawia, że to akurat angielski jest wiodącym językiem XXI wieku? Pierwsza rzecz, którą podkreśla profesor Kurcz, to logiczność języka  – czyli brak podwójnego przeczenia, inaczej niż w języku polskim. Zdanie Nikt nikomu nic nie powiedział po polsku jest poprawne, natomiast po angielsku można zaprzeczyć tylko jeden raz. Innym argumentem za dominacją angielskiego może być też fakt, że język ten nie ma rodzajów – inaczej niż w przypadku języków na przykład romańskich. Poza tym odmiana czasowników jest bardzo łatwa i niezróżnicowana. Ponadto używamy identycznych form, niezależnie czy zwracamy się do szefa (you), czy opowiadamy coś koleżance (you), co znacznie ułatwia komunikację. Być może właśnie te czynniki spowodowały, że angielski prawie naturalnie opanował świat. Jednak znany lingwista David Crystal, autor książki „English as a global language” uważa, że angielski jest językiem globalnym nie dzięki specyficznym cechom, a dzięki temu, że znalazł się na właściwym miejscu we właściwym czasie.

Skupmy się teraz na innych aspektach – poza tymi językowymi. Otóż angielski jest z całą pewnością językiem Internetu. W zasadzie cały przemysł elektroniczny opiera się na nim. Trzy czwarte korespondencji elektronicznej odbywa się po angielsku. Ponad połowa wszelkich materiałów zamieszczonych on-line jest w języku angielskim. Czyli wygląda na to, że Internet mówi po angielsku.
Inna kwestia to oczywiście biznes, finanse i gospodarka. Każda organizacja globalna (UE, NATO) uznaje angielski za język oficjalny. Giełdy, korporacje i stowarzyszenia także się nim posługują. Potęga gospodarcza USA i zasięg Imperium Brytyjskiego mają ogromny wpływ na pozycję języka w świecie. Kolejny bardzo ważny aspekt to szeroko pojęta  kultura. Angielski jest absolutnie wszędzie – kino, telewizja, mass media. Kto z nas nie słyszał piosenek Michaela Jacksona? Przeboje, przy których dorastały pokolenia, były wykonywane po angielsku. Podobnie z literaturą – największe arcydzieła i bestsellery są pisane po angielsku. I oczywiście film – fabryka snów zalewa nas masą filmów w języku angielskim i to od nas zależy, czy oglądamy je z napisami, czy z lektorem. Także komunikacja w branży naukowej jest oparta na angielskim. Zdecydowana większość czasopism naukowych ukazuje się po angielsku. Angielski jest również językiem turystyki – w tej dziedzinie to absolutny wymóg. Znając angielski, możemy podróżować wszędzie bez obawy, bo prędzej czy później trafimy na osobę także znającą ten język.

Oczywiście trudno wskazać jednoznacznie konkretną cechę, która pomogła angielskiemu osiągnąć aż tak wysoką pozycję. Z całą pewnością nie wystarczy jeden aspekt, musi to być zbieg w jednym czasie wielu czynników, czyli zespół zdarzeń, które powodują, ze język staje się globalny. Gdyby było inaczej, z pewnością japoński byłby pretendentem  do tego tytułu – szczególnie po gigantycznym sukcesie ekonomicznym w latach 1960 – 1990.

Czy angielski pozostanie już językiem globalnym?Tutaj możecie obejrzeć wywiad z Davidem Crystalem na ten temat – klik. Cóż, być może za 100 lat to właśnie mandaryński przejmie pałeczkę i będzie wiódł prym na całym świecie. Chyba nie pozostaje nam nic innego, jak tylko czekać i obserwować pilnie ten proces.

Czy warto iść na filologię? Kastylijska spowiedź

filologiaTrzy lata na filologii hiszpańskiej minęły jak jeden dzień. Teraz, z dyplomem studiów licencjackich w dłoni (niestety nie dosłownie, gdyż będzie on gotowy dopiero w październiku) zasiadam do tego wpisu, jednego z serii bardziej osobistych. Postaram się jednak przemycić również ogólne myśli i wskazówki dla osób, które rozważają podjęcie studiów filologicznych. Skupię się na tym, czy kierunek jest ciekawy i rozwijający, pozostawiając na marginesie bardzo ważny aspekt, jakim są perspektywy pracy zawodowej, o którym dopiero będę mogła się wypowiedzieć. Czy gdybym mogła cofnąć to poszłabym na ten sam kierunek? Odpowiedź brzmi: bez wątpienia tak! No to zaczynamy!

Studia rozpoczęłam bez znajomości języka hiszpańskiego, co na pewno wpłynęło na mój pozytywny odbiór kierunku. Chociaż studia filologiczne to nie kurs językowy (zdanie, z którym zetknął się chyba każdy, kto myślał o pójściu na filologię – wyświechtane, ale prawdziwe), moim głównym celem było poznanie języka od zera do, jak zakłada program, poziomu C1. Czy się udało? Powiedziałabym, że prawie. Zdałam z dobrymi wynikami egzamin na tym poziomie, ale na pewno nie odważę się powiedzieć, że osiągnęłam C1 we wszystkich sprawnościach językowych. Kluczowym przedmiotem była Praktyczna Nauka Języka Hiszpańskiego, podzielona na moduły: konwersacje i rozumienie ze słuchu, język pisany, gramatyka oraz słownictwo i czytanie. Zajęcia przeprowadzali w kolejnych semestrach różni wykładowcy. Właśnie ta wielotorowa nauka i rozwijanie równolegle różnych sprawności językowych, moim zdaniem niemożliwe do osiągnięcia na kursie językowym nawet przy dużej liczbie godzin, najbardziej spodobało mi się na filologii. Najwięcej pracy wymagał pierwszy rok, na którym musieliśmy opanować język hiszpański na tyle, by od drugiego roku móc uczestniczyć w zajęciach tylko po hiszpańsku razem z grupą zaawansowaną. Na przykład na zajęciach ze słownictwa zajmowaliśmy się dwoma działami z zawierających sporo ćwiczeń książek "Vocabulario en diálogo" i "Viva el vocabulario", a ze słownictwem z kolejnych kilku działów musieliśmy się zapoznać w domu. Na zajęciach z języka pisanego nie tylko pisaliśmy teksty, ale i poznawaliśmy ortografię oraz interpunkcję. Pracochłonne było przyswojenie reguł gramatycznych, chociaż na przykład tryb Subjuntivo okazał się mniej problematyczny, niż się z początku wydawało. Na gramatyce korzystaliśmy z materiałów z wielu książek, ale wiodące były „Uso de la gramática española” (dostępne również dla wyższych poziomów) oraz „Gramática básica del estudiante de español”. Polecam zwłaszcza tę drugą pozycję, która zauroczyła mnie pomysłowymi ćwiczeniami i nieraz absurdalnymi, a dzięki temu łatwo zapadającymi w pamięć zdaniami np. negowaniem, jakoby ślimak miał inteligencję większą od ludzkiej, oczywiście z użyciem trybu Subjuntivo 😉 Podczas konwersacji mogliśmy przećwiczyć ostatnio opanowane słownictwo i gramatykę.

Na niektórych przedmiotach (zwłaszcza na PNJH) nasza znajomość materiału była regularnie sprawdzana poprzez kartkówki i kolokwia, na innych dopiero dzięki końcowemu kolokwium lub egzaminowi. Brak jednego, wiodącego podręcznika oraz korzystanie z materiałów zebranych i przygotowanych przez wykładowców były z mojej perspektywy ogromną zaletą, choć niestety i tak mam skłonność do opierania się za bardzo na podręcznikach i od początku za mało sięgałam po żywy język.

Oprócz PNJH w poszerzeniu wiedzy o hiszpańskim i o językach w ogóle pomogły mi wstęp do językoznawstwa oraz gramatyka opisowa: fonetyka, morfologia i składnia. Poznałam też w pewnym stopniu drugi język romański – spośród francuskiego, włoskiego i portugalskiego wybrałam ten ostatni. Pozostałe przedmioty to między innymi: historia literatury Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej, historia Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej, historia języka hiszpańskiego, metodologia pracy z tekstem literackim, wstęp do literaturoznawstwa, łacina, akwizycja języków obcych, a także przedmioty opcyjne z oferty całego uniwersytetu (np. bardzo interesujące zajęcia z psychologii!) lub instytutu. Oczywiście, programy filologii są różne na różnych uniwersytetach, dlatego przyszłych kandydatów gorąco zachęcam do przejrzenia programu studiów. Ponadto radzę zasięgnąć języka u wyższych roczników, gdyż bardzo dużo zależy od wykładowcy: przedmiot z bardzo intrygującą nazwą i ciekawym programem może się okazać kiepsko prowadzony, i odwrotnie.

Na osobny akapit zasługuje możliwość udziału w stypendiach zagranicznych, w tym najbardziej popularnym: Erasmusie. Miejsc dla mojego kierunku było tyle, że właściwie każdy chętny mógł spędzić semestr lub dwa zagranicą (osoby z wyższą średnią miały pierwszeństwo wyboru uczelni). Poza licznymi uniwersytetami w Hiszpanii mogliśmy wybrać również któryś w Portugalii, Francji, Czechach lub Niemczech, choć oczywiście największym zainteresowaniem cieszył się kraj Cervantesa. Spośród szerokiej oferty z bardzo przyziemnych powodów wybrałam Universidad de Almería, uczelnię bardzo młodą (moją rówieśnicę ;)). Nowoczesny kampus blisko morza, małe i przyjemne miasteczko oraz przede wszystkim możliwość posługiwania się hiszpańskim na co dzień stanowiły niezaprzeczalne zalety tego wyjazdu. Na początku zaskoczenie wywołał kontakt z andaluzyjskim hiszpańskim: szybkie tempo wypowiedzi, „zjadanie” liter s i d na końcu słowa (i nie tylko). Warto skorzystać z możliwości wyjazdu na Erasmusa, zwłaszcza będąc na studiach językowych. Nawiasem mówiąc, tego co wiem, na niektórych zagranicznych uczelniach wyjazd do kraju studiowanego języka stanowi obowiązkową, integralną część studiów. Zamykając temat Erasmusa, nie zapominajmy też o możliwości zwiedzania Hiszpanii oraz oczywiście o walorze towarzyskim.

Jednak nie tylko Erasmus był doskonałą okazją do nawiązania interesujących znajomości. Ludzie z mojego kierunku są naprawdę świetni. Wielu z nich to dwukierunkowcy lub osoby, które zdecydowały się na kolejne studia, stąd o monotonii nie mogło być mowy. Około trzydzieści osób na roku, niewielki instytut oraz stosunkowo niewielu wykładowców: dla niektórych może to być wadą, dla mnie było zaletą, być może dlatego, że wcześniej miałam do czynienia z bardziej niszową filologią, gdzie i ludzi, i miejsca było jeszcze mniej.

Niestety, i w tej beczce miodu znalazła się łyżka dziegciu. Poza problemami organizacyjnymi (ale na której uczelni się one nie zdarzają!), program, choć ciągle modyfikowany, nadal określiłabym jako nieco archaiczny. O ile zgadzam się, że znajomość literatury i historii danego obszaru językowego jest niezbędna dla filologa, to ograniczyłabym nieco literacko-historyczne przedmioty (z jednym wyjątkiem, ale o tym za chwilę) np. na rzecz tłumaczeniowych, które niestety pojawiają się dopiero na studiach magisterskich. Mam wrażenie, że za bardzo skupiliśmy się na dawnej literaturze, traktując po macoszemu ostatnie, powiedzmy, sto lat, bogate przecież w wartościowe dzieła w języku hiszpańskim. Zabrakło mi także możliwości zdobycia uprawnień nauczycielskich, chociaż pozwalałyby one do nauczania w edukacji publicznej tylko do pewnego etapu.

Poza tym uświadomiłam sobie, że to, co wiem i umiem, to tylko czubek góry lodowej. Samo aktywne uczestnictwo w zajęciach to za mało, wiedzę należy ciągle poszerzać i mieć stały kontakt z językiem. Na przykład, na moim kierunku naucza się hiszpańskiego z Półwyspu Iberyjskiego, zainteresowani bogactwem dialektów i odmian z Ameryki Łacińskiej muszą zgłębić temat we własnym zakresie. Ba, sama Hiszpania ma w sobie jeszcze wiele tajemnic, które chętnie odkryję, najlepiej podczas kolejnego pobytu w Hiszpanii: podczas studiów magisterskich moim celem jest najstarszy w tym kraju uniwersytet (w Salamance) i jego bogate zbiory biblioteczne. Podsumowując: jestem zadowolona z wyboru, a tym, którzy chcieliby poznać język od podszewki, polecam studia filologiczne.

Może Cię zainteresować również:

Będąc niemłodą już iberystką: pierwsze wrażenia ze studiów

W obronie filologii i nauczycieli

Francuski w Kanadzie – prowincja Manitoba i język mitchif

Postanowiłam napisać kolejny artykuł bazujący na języku francuskim, a w istocie na jego odmianie, która jest używana w Kanadzie. Poprzednio pisałam o Québecu i ten tekst możecie znaleźć, klikając tutaj. Natomiast dzisiejszy artykuł będzie poświęcony prowincji kanadyjskiej o nazwie Manitoba, a także skupimy się na Metysach, języku mitchif i sławnych ‘sacres québecois’.

Manitoba leży w środkowej części kraju, pomiędzy Ontario i Saskatchewan. Językami urzędowymi są tutaj francuski i angielski. Nazwa miasta może pochodzić z języka odżibwe i oznaczać ‘cieśninę duchów’. Tereny te były zamieszkiwane przez liczne plemiona indiańskie. Po 1670 roku rozpoczął się kontakt z Europejc250px-Manitoba_in_Canada.svgzykami. Było to spowodowane przede wszystkim utworzeniem Kompanii Zatoki Hudsona. Powstały pierwsze osiedla w dolinie rzeki Red River, gdzie przybywali ludzie głównie ze Szkocji i z Quebecu. Tamtejsi Indianie również zostali zaangażowani w system gospodarczy ówczesnych osiedli. Tereny Manitoby były bardzo atrakcyjne gospodarczo dla przedstawicieli brytyjskiej spółki handlowej, toteż starano się, aby stosunki pomiędzy Europejczykami a rdzennymi mieszkańcami tych ziem były jak najbardziej korzystne. W związku z tym przez około sześćdziesiąt lat wytworzyła się specyficzna grupa społeczna łącząca w sobie elementy różnych kultur – byli to Metysi. Po rebelii nad rzeką czerwoną, na mocy Ustawy o Manitobie z 1870 roku, wytyczono granice prowincji. I tak stolica – miasto Winnipeg – jest intensywnie rozwijającym się ośrodkiem naukowym i przemysłowym. I oczywiście warto wspomnieć dewizę Manitoby, a są to słowa: „Gloriosus et Liber” (Wspaniały i Silny).Armoiries_du_Manitoba

Chciałabym zwrócić uwagę na odrębność społeczności metyskiej. Otóż, jako potomkowie Indian i europejskich kupców, Metysi bardzo dbają o to, by ich kultura i zwyczaje przetrwały w kosmopolitycznym świecie. Służy temu między innymi Krajowa Rada Metysów, która reprezentuje interesy społeczności. Wyróżniono kryteria przynależności do tej zbiorowości, są to miedzy innymi: samoidentyfikacja jako Metys, pochodzenie od członka rodziny metyskiej,  odrębność od innych rdzennych ludów Kanady, akceptacja przez Naród Metysów. Jeśli chodzi o liczebność społeczności Metyskiej, to według różnych źródeł, wynosi ona od 300 do 700 tysięcy. Większość Metysów posługuje się językiem angielskim bądź francuskim, wzrasta jednak zainteresowanie językiem mitchif965352a5cdcdf827141de2b660b723cd0cea19235a732f56086e53b7deea26a8.

Język mitchif (w zależności od pisowni, métchif lub po polsku miszif) jest mieszanką języka francuskiego kanadyjskiego i języka kri. Klasyfikuje się go najczęściej w kategorii języków kreolskich. Przyjrzyjmy się mu dokładniej i dokonajmy analizy. Otóż, język ten składa się głównie z czasowników języka kri, rzeczowników francuskich i wielu innych zapożyczeń z języków takich jak odżibwe i déné. Co więceweatherj, przymiotniki są zapożyczone z francuskiego, ponieważ w języku kri nie istnieją. Ich użycie i rola w zdaniu podlega regułom języka francuskiego. Jeśli chodzi o szyk zdania, to nie ma tutaj z góry określonych reguł, toteż ludzie posługujący się językiem mitchif budują wypowiedzi w bardzo dowolny sposób. I oczywiście fonetyka – zupełnie różna od tej francuskiej, ale spójrzmy też na przykładowe zdania – ktoś, kto miał styczność ze standardowym francuskim może być w szoku, gdy zobaczy te słowa i ich pisownie 😉 I od razu uprzedzam, język mitchif ma oczywiście swoje odmiany/dialekty. W poniższej tabelce zobaczymy Mitchif-Cri, Mitchif-Francuski i Mitchif–Ile-à-la Crosse. Zaczynamy!

 

English                           Michif-Cree                          Michif-French                      Ile-à-la-Crosse Michif

Hello!                             Taanshi!                                Bounjour!                            Tansi!

How are you?                Taanshi kiiya?                       Coumment ca va?              Tan’si kiya?

Where are you from?     Taanday ooshciiyenn?        D’ivou titte viens?                 Taniti ohci kiya?

How old are you?           Taanshi shpiishchishiyen? Quel age t’a?                        Tanitahtopiponiyan kiya?

 

I jak? Ma ktoś może pomysł jak przeczytać Tanitahtopiponiyan kiya? Z pewnością dla mnie byłoby to ogromne wyzwanie. Ale jeśli macie ochotę posłuchać języka mitchif, a może nawet podjąć się jego nauki, to zachęcam do kliknięcia tutaj: michiflanguage. Strona jest bardzo dobrze zaprojektowana, można posłuchać wymowy i wydaje mi się, że z pewnością materiały tam zamieszczone okażą się pomocne. A klikając tutaj, poznacie nazwy zwierząt. Gdyby ktoś zdecydował się na naukę tego języka, to mam dobrą wiadomość – w Kanadzie ukazały się słowniki, a co więcej, jest też aplikacja na androida o nazwie Mitchif To Go.2013-Michif-Dictionary-Final-Cover

Skoro już wiemy co nieco o języku mitchif i Manitobie, to powróćmy do słowa-klucza dla Quebecu, jakim jest TABARNAK. O co chodzi? Po kolei, les sacres québecois to nic innego jak słowa, które funkcjonują w języku mówionym we francuskiej części Kanady. Są one używane głównie do wyrażenia złości, niechęci, zaskoczenia, a także do waloryzacji. Te specyficzne przekleństwa są nazywane sacres – czyli święte – nie bez przyczyny, otóż powstały one głównie przez metamorfozę innych słów, używanych w kontekście religijnym. Czas na przykłady. Po pierwsze tabarnak – słowo, które pochodzi od tabernakulum, ale używane w języku mówionym ma wydźwięk pejoratywny. Wszystkie sacres québecois możemy podzielić na kilka kategorii :

Osoby : Christ (Chrystus), Vierge (Święta Panienko ), Diable (Diabeł), Bon Dieu (Dobry Boże)
Przedmioty : Tabarnak (Tabernakulum), Hostie (Hostia), Ciboire (Cyborium), Crucifix (Krucyfiks)
Pojęcia : Baptême (Chrzest),  Sacrifice (Poświęcenie/Ofiara), Sacrement (Sakrament)

Oczywiście poniżej znajdą się linki i odnośniki, które mogą Was zainteresować, natomiast chciałabym wyjaśnić jeszcze jedną kwestię – skąd akurat te słowa uważane są za małe przekleństwa? „Święte słowa”, czyli takie, które kojarzone są z religią, mają oczywiście swój początek w historii Kanady. Na początek XIX wieku przypada w tym kraju czas dużych wpływów Kościoła Katolickiego. Z całą pewnością było to przyczyną frustra200px-Tabarnak_graffiticji wielu osób. Dlatego też zaczerpnięto ze „słownika” katolickiego wiele słów i zaczęto ich nagminnie używać w formie małych przekleństw, które wzmacniały wypowiedź. Po cichej rewolucji po 1960 roku wpływy katolicyzmu zaczęły słabnąć, jednak sacres quebecois nie straciły w związku z tym swojej pozycji. Co więcej, rozprzestrzeniły się na terenie całego Québecu. Być może sama idea wykorzystania tych słów została zaczerpnięta z Biblii, gdzie jasno i wyraźnie napisane jest „Nie używaj imienia Pana Boga swego nadaremno”.

Tak więc zachęcam Was do przesłuchania sobie wymowy poszczególnych słów na lekcji języka Québecu – tutaj.

Ciekawostką pozostaje fakt, iż nie tylko w Québecu używa się „religijnych wyrażeń” do przeklinania bądź wyrażania złości. Podobnie jest we włoskim gdzie można usłyszeć słowa ostia i Sacramento – choć nie są to mocne przekleństwa. To samo jest w  bawarskim niemieckim – tam funkcjonuje słowo Sakrament, Czesi z kolei mówią Krucifix. Język hiszpański zapożyczył słowo la hostia, a w katalońskim hostia jest często skracana do osti.

 

A jaka jest Wasza opinia na temat języku mitchif? Czy dla nas Polaków może się wydawać atrakcyjny?

Japoński: z czym to się je?

japanJęzyk japoński: jawi się nam jako egzotyczny, bywa mylony z chińskim, a jaki jest naprawdę? Na to pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć, gdyż sama, mimo trzech lat uczenia się, czuję, że dopiero liznęłam ten język. Pozwolę sobie jednak przedstawić kilka podstawowych informacji na jego temat oraz napisać czym mnie zachwycił, a osobom rozważającym rozpoczęcie nauki przekazać kilka wskazówek.

Językiem japońskim (日本語, czyli „nihongo” lub „nippongo” – do tematyki znaków wrócę w dalszej części wpisu) posługuje się ok. 125 milionów osób. Niemal wszyscy mieszkańcy Japonii mówią po japońsku, i język ten jest właściwie nieużywany poza Japonią (znajomość japońskiego u emigrantów mieszkających w np. w USA czy Brazylii jest zróżnicowana).

Pochodzenie języka japońskiego jest niejasne. Domniemywa się, że jest pokrewny m.in. z koreańskim, językami ałtajskimi (m.in. turecki, mongolski, kirgiski) lub austronezyjskimi – używanymi przez mieszkańców wysp Oceanii i Azji Południowo-Wschodniej. Japoński uważa się często za izolowany (nie wykazujący podobieństwa z żadnym innym językiem), ale mówi się również o rodzinie językowej tworzonej przez język japoński i języki riukiańskie, którymi posługują się mieszkańcy archipelagu Riukiu:

Mapa wysp Riukiu

Wyspy Riukiu

Japoński jest bardzo zróżnicowany zarówno pod względem regionalnym, jak i społecznym. Jego cechą jest samogłoskowość: znaczny odsetek samogłosek w wypowiedzi, niewiele zbitek spółgłoskowych. To język aglutynacyjny, czyli taki, w którym do rdzeniu wyrazu dokleja się afiksy, określające najczęściej tylko jedną kategorię gramatyczną. Na przykład:

たべさせられません tabe-sase-rare-mas-en („sprawił, że nie zostało zjedzone”)

gdzie tabe tworzy rdzeń („jeść”), a kolejne sufiksy odnoszą się odpowiednio do: sprawczości (poproszono nas o wykonanie jakiejś czynności lub zmuszono do tego), strony biernej (coś zostało zrobione), grzeczność oraz przeczenie.

Podobnie dzieje się w przypadku いさせられませんでした i-sase-rare-mas-en-deshita („nam strzelać nie kazano”), gdzie dodatkowo „deshita” informuje o czasie przeszłym.

Kolejne cechy to: akcent toniczny (wyrażany wysokością głosu), ogromny wpływ języka chińskiego oraz rozbudowane środki grzecznościowe, nie tylko w zakresie słownictwa, ale również gramatyki. Należy zaznaczyć, że wpływy chińskiego na japoński są zewnętrzne, języki te nie są spokrewnione. Stąd możemy płynnie przejść do kwestii systemu pisma. Od Chińczyków zaadaptowano znaki kanji (漢字) – logogramy, zawierające w sobie zarówno znaczenie, jak i wartość fonetyczną. Znajdziemy wśród nich piktogramy, np.:

木   drzewo

山   góra

日  Słońce

oraz liczniejsze ideogramy, wyrażające pojęcia abstrakcyjne, na przykład:

愛  miłość

友  przyjaciel

Większość kanji czyta się na dwa sposoby: kun'yomi (czytanie rdzennie japońskie) oraz on'yomi (czytanie sinojapońskie). Nie każdy znak posiada jednak tylko dwa odczytania, np. 上 ma ich kilkanaście. Ile jest kanji? Na liście Jōyō Kanji, czyli „kanji codziennego użytku”, znajduje się ich 2136, które Japończyk musi znać po zakończeniu obowiązkowej edukacji. Z kolei na pierwszym poziomie egzaminu Kanji Kentei wymaga się znajomości ok. 6000 znaków.

Poza kanji japoński posługuje się również dwoma sylabariuszami: hiraganą i katakaną.

2000px-Table_hiragana.svg

2000px-Table_katakana.svg

Jak możecie zaobserwować, znaki te mają tylko wartość fonetyczną, a poza kilkoma wyjątkami (a, i, u, e, o i jedyną samodzielną spółgłoską – n) jeden znak odpowiada jednej sylabie. Hiragana służy do zapisywania końcówek gramatycznych oraz słów, które nie posiadają własnych kanji, bądź kanji te są niewskazane w danym miejscu ze względu na ich trudność, np. w tekstach dla dzieci czy obcokrajowców. Mniejszymi znakami hiragany nad kanji (tzw. furiganą) podpisuje się odczytania nietypowych znaków spoza listy kanji codziennego użytku lub, jak powyżej, odczytania których uczący się/dziecko może nie znać.

Katakana z kolei służy do zapisu zapożyczeń i nazw obcojęzycznych. Często przy tym zapisie pojawiają się dwuznaczności i/lub ciężko zrozumieć, o jaki obcojęzyczny wyraz mogło chodzić. Na przykład:

ライト ra-i-to, jako że japoński nie rozróżnia między r a l, może się odnosić do jednego z trzech angielskich słów: light, right, write

アイスクリーム aisukuriimu to… przeczytajcie sobie raz na głos… Tak, to „ice cream” 🙂

Jak widać zbitka spółgłosek „cr” została tu rozbita przez samogłoskę.

Dodajmy do tego jeszcze okazjonalnie używany alfabet łaciński (romaji) i cyfry arabskie.

 

Pierwszą wskazówką dla chcących rozpocząć naukę z mojej strony będzie zawsze: od początku uczcie się pisma! System ten, jak mogliście przeczytać powyżej, jest dość skomplikowany, ale uczeń prędzej czy później i tak będzie musiał się z nim zmierzyć, więc lepiej, by to nastąpiło wcześniej. Kurczowe trzymanie się alfabetu łacińskiego spowalnia naukę oraz uniemożliwia dostęp do większości materiałów. Hiragany można nauczyć się bardzo szybko, o czym pisze Michał w swoim popularnym artykule, katakany podobnie. Nie chciałabym ani pisać, że nauka kanji jest bardzo łatwa (sama niestety utknęłam na poziomie którejś klasy japońskiej podstawówki) ani nadmiernie jej demonizować. Z podręczników na początek poleciłabym "Basic Kanji Book", który zawiera ok. 500 znaków oraz sporo ćwiczeń. Niestety, jest on trudno dostępny w Polsce. Internauci chętnie dzielą się swoimi sposobami na naukę znaków, dużą popularnością cieszy się program Anki czy samodzielnie tworzone papierowe fiszki.

Radziłabym też zachować ostrożność co do materiałów, zwłaszcza dostępnych w sieci, ale niestety tych książkowych również. Te pierwsze tworzą czasami osoby które owszem, są entuzjastami języka i mają jak najlepsze intencje, ale same dopiero zaczynają się uczyć. Niestety większość popularnych książek do japońskiego wydaje mi się schematyczna i nienowoczesna, co tylko zachęca do odejścia od metody podręcznikowej. Sama korzystałam z Shokyuu Nihongo, którego zaletą jest istnienie skorelowanej strony JP Lang, zawierającej nagrane dialogi i dodatkowe ćwiczenia. Chcąc osłuchać się z japońskim należy wziąć poprawkę na to, że sposób wyrażania się w kreskówkach (anime) bywa karykaturalny i ma na celu pokazać charakter postaci, więc np. ktoś nieobdarzony zbyt dużą ogładą będzie się wyrażał w niegrzeczny sposób, którego na pewno nie należy naśladować.

Na koniec dodam jeszcze, że nie należy popełniać mojego błędu i jak najszybciej zacząć mówić! Radę te można oczywiście rozciągnąć na wszystkie języki. Oficjalny egzamin na certyfikat z japońskiego (JLPT) nie przewiduje części ustnej, i z własnego doświadczenia wiem, że często np. na kursach za duży nacisk jest kładziony na naukę pod certyfikat, a za mały na komunikację. W japońskim oczarowało mnie jego brzmienie (jeśli bylibyście zainteresowani, chętnie napiszę coś więcej o japońskojęzycznej muzyce) oraz odmienność od języków europejskich. Japoński to dla mnie wyzwanie i klucz do niezwykle intrygującej kultury. Być może któreś z Was też kiedyś on oczaruje?

Francuski w Québecu – jak zrozumieć Kanadyjczyka?

„Voyage, voyage!” – kojarzycie tę piosenkę, prawda? Podejrzewam, że nie ma osoby, która nie znałaby tego francuskiego hitu. Nie mieliście wrażenia, że ten język tak ładnie brzmi? Że słowa idealnie układają się w jedną melodyjną frazę? Jeśli tak, to macie świetne ucho – subiektywna opinia 🙂 To prawda, francuski jest ogromnie melodyjnym językiem, więc wszelkie piosenki i wiersze brzmią niesamowicie.
Obecnie językiem francuskim posługuje się około 240 mln ludzi na pięciu kontynentach. W dwudziestu dwóch krajach jest jedynym urzędowym, natomiast w pozostałych powszechnie się go używa – te kraje to między innymi Tunezja, Maroko, Algieria, Liban, Mauretania czy Wietnam. Oprócz tego jest oczywiście oficjalnym językiem Unii Europejskiej. Poniżej znajduje się mapka obrazująca użycie języka francuskiego na świecie.
pays_fr

Język francuski ma oczywiście kilka odmian – wprawdzie głównie uczymy się akcentu paryskiego, ale istnieją także inne wariacje, na temat których pisał już Karol, w swojej serii artykułów o językach regionalnych Francji.

Postanowiłam zająć się krajem, z którego pochodzą między innymi Celine Dion, Garou i Nelly Furtado. Ten tekst będzie poświęcony Kanadzie, jej językom oficjalnym i regionowi Québec. Na początek proponuję troszkę historii. Skąd język francuski w  Kanadzie?  Europejska kolonizacja Kanady rozpoczęła się w XV wieku, kiedy to angielski żeglarz odkrył wschodnie wybrzeże. W 1497 John Cabot dopłynął do wybrzeży Ameryki Pòłnocnej  i odkrył Nową Fundlandię i Labrador. Z kolei w 1534 Francuz Jacques Cartier dotarł do wybrzeży Kanady. Francja założyła swoją prowincję o nazwie Nowa Francja, następnie Port Royal w 1605 i Québec w 1608. Około 30 lat później Kanada stała się oficjalną prowincją Francji, a pozostałe tereny obok Nowej Francji były zarządzane przez Anglię. W XVIII wieku rozpoczęła się walka o Kanadę pomiędzy Anglikami i Francuzami. Ostatecznie Francja zrzekła się swoich posiadłości na rzecz Anglii. W 1867 roku powstała konfederacja kanadyjska w ramach Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, która w 1931 ogłosiła niepodległość. Voilà, oto historia Kanady w ogromnym skrócie. Niestety, musiałam zagłębić się trochę w historię, żebyście mogli zobaczyć, skąd tak silny wpływ języka francuskiego w tym miejscu na świecie.

Jako była kolonia francuska Kanada ma dwa języki oficjalne – język angielski oraz  język

Flaga Quebecu

francuski.  Jednakże przeważają miejsca, gdzie używa się tylko angielskiego. Wyjątkiem jest Québec – tutaj status jedynego języka urzędowego ma francuski, a konkretniej jego kanadyjska odmiana. Natomiast jedyną prowincją, gdzie oficjalnie używa się zarówno angielskiego, jak i francuskiego, jest Nowy Brunszwik.  Oczywiście ludzie mieszkający w Kanadzie posługują się również innymi językami, wśród których jednym z najpopularniejszych jest chiński.  Aczkolwiek w innych prowincjach także są społeczności , które posługują się językiem francuskim – szczególnie w Ontario, prowincji Manitoba i Nowej Szkocji. Przyjrzyjmy się tabelce, która pokazuje dane z roku 2006 i 2011 na temat posługiwania się językiem francuskim przez mieszkańców Kanady :

Kryterium znajomości języka Canada
2006 2011
liczba procent liczba procent
Język ojczysty 6 970 405 22,3 7 298 180 22,0
Język używany w domu 7 463 665 23,9 7 892 195 23,8
Język używany najczęściej 6 777 665 21,7 7 115 100 21,5
Język używany regularnie 686 000 2,2 777 095 2,3
Pierwszy oficjalny mówiony język 7 370 350 23,6 7 691 705 23,2
Umiejętność podtrzymania konwersacji 9 590 700 30,7 9 960 590 30,1

źródło : Statistique Canada

 

Jak wynika z tabelki, co trzeci mieszkaniec Kanady deklaruje umiejętność przeprowadzenia rozmowy w miejscowej odmianie francuskiego. Jak się mówi po francusku w Kanadzie? Porównałabym to do odmian języka angielskiego – mamy British English vs. American English – gramatyka się nie zmienia, słownictwo może się różnić, ale najwięcej trudności przysparza kwestia wymowy. Podobnie jest z francuskim z Francji i tym z Kanady.

Nie jest tajemnicą, że Francuzi uważają się za naród wybrany, a swój język za najpiękniejszy. I może właśnie dlatego tak bardzo przeszkadza im kanadyjski akcent, z którego często się śmieją. Generalnie mieszkańcy Québecu są częstym tematem żartów – oto przykład :

Jak nazywa się inteligentny mieszkaniec Kanady? Turysta 😉

Taki stan rzeczy spowodowany jest troszkę złośliwością, a troszkę faktem, że stereotypy na temat Kanadyjczyków wciąż funkcjonują i mają się dobrze. Powszechnie Kanada kojarzy się z zimnym krajem, gdzie ludzie ubrani w koszulach w kratę rano idą rąbać drewno, a wieczorem grają w hokeja. Spójrzcie też na to, jak do swojego pochodzenia odnosi się Jim Carrey – jak widać, część stereotypów pokutuje też w Stanach : Jim Carrey o Kanadzie

Ale wracając do samego języka i jego wariacji, pozwolę sobie wyróżnić kilka głównych punktów:

– anglicyzmy – z pewnością powiązane z historią Kanady i jej geograficznym położeniem. Z jednej strony francuski w Québecu jest bogaty w słowa pochodzenia angielskiego, ale istnieje też przekonanie, że ludzie niechętnie używają słów typu ‘le weekend’ i zastępują je francuskim ‘le fin de la semaine’ (koniec tygodnia). Przykładem może być wyrażenie idiomatyczne ‘Moi pour un' wzorowane na angielskim ‘I for one' podczas gdy we Francji używa się zwrotu „Pour ma part”.

– żeńskie odpowiedniki zawodów – we Francji o pani doktor powiemy raczej w formie męskiej natomiast w Québecu często używa się form żeńskich ; ‘la docteure’ (pani doktor), ‘l’écrivaine’ (pisarka), ‘la première ministre’ (pani premier).

– słownictwo dotyczące informatyki – ciekawe jest to, że zupełnie inaczej nazywa się na przykład email czy spam. I wygląda to następująco : e-mail – ‘le courriel’, mail spam – ‘le pourriel’, chat – ‘le clavardage’.

kontrasty samogłoskowe – francuski kanadyjski zachował rozróżnienie pomiędzy samogłoską "a" tylnią i przednią. O ile we Francji zanika granica pomiędzy tylnym i przednim 'a', o tyle w Kanadzie wciąż można je usłyszeć. Przykładem słowa, które wymawiane było z tylnym "a" jest âne – osioł.

Na wielki finał zostawiłam sobie unikatowy akcent z Québecu – osobiście nie umiem naśladować Kanadyjczyków, dla Francuzów natomiast jest to nie lada gratka. Jednakże ktoś, kto zna francuski nawet na podstawowym poziomie i nie jest mu obca fonetyka, będzie miał naprawdę twardy orzech do zgryzienia, aby zrozumieć francuski z Kanady. Ten akcent jest bardzo specyficzny – nawet tłumacze przyznają, że dla niewprawionego ucha jest to naprawdę ciężkie zadanie. Oczywiście posłużę się tutaj filmem, żebyście mogli usłyszeć różnice w wymowie: na tym filmiku pani mówi z akcentem québecois  (są też angielskie napisy z tłumaczeniem) —>French vs. Quebecois
Ogólnie największe różnice fonetyczne polegają na przekształceniu głosek t i d na głoski ts i dz przed u,i ,ui – Cela veut dire (d przechodzi w wymowie w dz). Ponadto, inną kwestią jest wymowa t na końcu wyrazu, którego w standardowym francuskim nigdy się nie wymawia, i tak na przykład wyraz łóżko ‘le lit’ we Francji czytane jest jako ‘li’, natomiast w Québecu jako ‘le lit’, co może bardzo utrudniać odbiór języka.

I tutaj kolejny film o wymownym tytule "straszliwy akcent quebecois" – Canadian accent

 

Istnieje także odmiana języka francuskiego, który różni się od tego, jakim mówi się w Québecu. Język francuski akadiański jest używany w atlantyckich prowincjach Kanady – przede wszystkim w Nowym Brunszwiku, południu Nowej Szkocji, na Wyspach Księcia Edwarda i Wyspach Magdaleny. Język akadiański charakteryzuje się tym, że nie ma tam właściwego francuskiego "r". Słowa wymawiane są z takim samym dźwiękiem, jaki mamy w języku polskim. Ciąg w pisowni "re" zmienia się w wymowie w "er" – wyraz fredaine będzie więc czytany jako fɛrˈdɛn

Odmiana języka francuskiego z Québecu jest bardzo ciekawa i ubolewam nad faktem, że w Polsce nie jest w ogóle nauczana – podejrzewam, że trudno też znaleźć native’a, który by z nami poćwiczył ten akcent.

A co Wy myślicie na ten temat? Czy podoba Wam się akcent Kanadyjczyków? Czy uważacie, że warto się uczyć i warto znać różne odmiany jednego języka? Jestem ciekawa Waszych odczuć, więc śmiało komentujcie 😉

Już niebawem ukaże się kolejny artykuł, w którym dowiemy się, co znaczy kanadyjski „tabarnak”, kim są Metysi i jak wygląda język michif.

Jak ocenić poziom znajomości języka obcego? ESOKJ w teorii i w praktyce

a1a2Określenie poziomu znajomości języka obcego jest niełatwym zadaniem. Sformułowania takie jak “komunikatywny” czy “średniozaawansowany” są niejednoznaczne i trudno ocenić, jakimi umiejętnościami powinna się wykazać osoba na danym poziomie. Przełom w tej kwestii przyniosła znana Wam zapewne skala A1-C2, którą wprowadzono w Europejskim Systemie Opisu Kształcenia Językowego (ESOKJ). Dokument ten, zaprezentowany w 2001 roku przez Radę Europy pod tytułem Common European Framework of Reference for Languages, jest wynikiem wieloletniej pracy zespołu specjalistów z dziedziny lingwistyki stosowanej i pedagogiki.

Skąd potrzeba stworzenia takiego opracowania?

Przed publikacją ESOKJ oraz w początkowych latach wprowadzania w życie jego ustaleń nie zastanawiałam się nad kwestią oceniania znajomości języka. Byłam na etapie uczenia się nazw zwierząt i kolorów po włosku, i moim celem jako uczennicy było po prostu uzyskanie dobrej oceny z kolejnego przedmiotu. Z tego względu muszę więc powołać się na refleksje osoby trzeciej: mojej wykładowczyni.

Brak jednolitych kryteriów oceniania stanowił problem zarówno dla nauczycieli, jak i dla samych uczących się. Poziom znajomości języka określano na podstawie podręczników, które ukończyła dana osoba, lub na podstawie tego, ile lat nauki ma ona za sobą. Oczywiście uczniowie po roku nauki mogą legitymować się bardzo różnym stopniem znajomości języka, w zależności od wielu czynników, np. intensywności kursu czy motywacji i własnej pracy ucznia. Niejednolite było również nazewnictwo kursów.

Ten chaos udało się okiełznać za pomocą wprowadzenia poziomów zaprezentowanych na poniższym schemacie:

Europejski System Opisu Kształcenia Językowego

ESOKJ się przydaje, bo…

  • Jesteśmy bardziej mobilni, coraz częściej decydujemy się na podjęcie studiów czy pracy poza granicami Polski. ESOKJ gwarantuje uznawalność certyfikatów za granicą. O ile kwestia przeliczenia wyników egzaminu IELTS na odpowiednie poziomy jest nieco problematyczna, tak w przypadku egzaminów Cambridge przyjęło się np. że posiadacz CAE  legitymuje się poziomem C1.
  • Kładzie nacisk na kompetencję socjolingwistyczną, nie ogranicza się do kompetencji lingwistycznej, czyli znajomości i umiejętności użycia fonologii, morfologii, składni itd. Mówiąc prościej, dana osoba nie tylko zna reguły, ale i używa języka adekwatnego do danej sytuacji komunikacyjnej i do odbiorcy. Z kolei komponent kulturowy w podręcznikach nie musi się ograniczać do literatury wysokiej czy malarstwa, sięga się po informacje o różnych przejawach kultury masowej. (Oczywiście, nie należy przeceniać roli podręcznika. Kluczowe jest obcowanie z żywym językiem i pozapodręcznikowy kontakt z kulturą 😉 ).
  • Pomaga w samoocenie. ESOKJ to bardzo obszerne opracowanie i pokuszę się o stwierdzenie, że lektura całości stanowi zadanie dla najwytrwalszych. Tutaj pozwolę sobie przedstawić jedynie jeden z elementów, istotny z punktu widzenia samooceny: opisy kompetencji językowych na konkretnych poziomach. Te kompetencje to: rozumienie (słuchanie i czytanie), mówienie (porozumiewanie się i samodzielne wypowiadanie się) oraz pisanie. Jak to wygląda w praktyce? Spieszę z przykładem. Uczeń legitymujący się poziomem B1 może się ocenić swoje zdolności porozumiewania się w następujący sposób: "Potrafię sobie radzić w większości sytuacji, w których można się znaleźć w czasie podróży po kraju lub regionie, gdzie mówi się danym językiem. Potrafię – bez uprzedniego przygotowania – włączać się do rozmów na znane mi tematy prywatne lub dotyczące życia codziennego (np. rodziny, zainteresowań, pracy, podróżowania i wydarzeń bieżących)." Jeśli chodzi o umiejętność słuchania, uczeń na tym poziomie może stwierdzić: "Potrafię zrozumieć główne myśli zawarte w jasnej, sformułowanej w standardowej odmianie języka wypowiedzi na znane mi tematy, typowe dla domu, szkoły, czasu wolnego itd. Potrafię zrozumieć główne wątki wielu programów radiowych i telewizyjnych traktujących o sprawach bieżących lub o sprawach interesujących mnie prywatnie lub zawodowo – wtedy, kiedy te informacje są podawane stosunkowo wolno i wyraźnie." Kompletną tabelę pomagającą określić własny poziom możecie pobrać tutaj.

Nie chciałabym jednak, żeby ten tekst został odebrany jako hymn na cześć ESOKJ. Ze względu na ogromną różnorodność języków opracowanie idealnego dokumentu tego typu jest moim zdaniem awykonalne. Problematyczne są próby odniesienia kryteriów ESOKJ do języków posługujących się innymi systemami pisma niż alfabet. Przeczytanie ogłoszenia czy napisanie pocztówki (przykładowe wymagania na poziomach A) stanowi o wiele większe wyzwanie, jeśli w tym celu najpierw musimy opanować na przykład dwa sylabariusze i pewną ilość ideogramów (w przypadku japońskiego).

 

A jak to wszystko można odnieść do nauki hiszpańskiego?

Na poziomie A2 uczeń “potrafi opisywać plany i ustalenia, zwyczaje i rutynowe działania z przeszłości oraz osobiste doświadczenia”, wtedy więc powinien zapoznać się z bogatym zasobem czasów przeszłych.

Uczeń na poziomie B1 “potrafi opisywać doświadczenia, zdarzenia, nadzieje, marzenia i zamierzenia, krótko uzasadniając bądź wyjaśniając swoje opinie i plany.” Kiedy padają hasła “nadzieja” i “marzenia” ci z Was, którzy mieli do czynienia z hiszpańskim już pewnie domyślają się, co to oznacza: na tym poziomie uczący się powinien poznać tryb Subjuntivo.

W przypadku języka hiszpańskiego przydatny może okazać się dostępny zarówno w wersji papierowej jak i online Plan Curricular del Instituto Cervantes. To bardzo wyczerpujące opracowanie skierowane przede wszystkim do nauczycieli i zawierające wymagania, jakie powinien spełnić uczeń aspirujący do danego poziomu w języku hiszpańskim. Podejmuje ono różnorodne tematy: gramatyka, słownictwo, interpunkcja, intonacja, typy tekstów i wypowiedzi, odniesienia kulturowe i funkcje języka (funciones de la lengua). Ostatni aspekt wydaje mi się szczególnie istotny, gdyż zazwyczaj znajomość języka nie jest celem w samym w sobie, za jej pomocą chcemy coś osiągnąć, na przykład zdobyć informację, opisać coś, zaproponować coś, przeprosić. Daleka jestem od polecania komukolwiek lektury Plan Curricular od deski do deski, ale myślę, że to wiarygodne źródło do którego warto się odwołać w razie konkretnych wątpliwości.

 

Na koniec: czy masz C2 z polskiego?

To, jak się ma poziom C2 do poziomu rodzimego użytkownika języka i rozważanie, kim właściwie jest ten tajemniczy rodzimy użytkownik (wszakże inne są kompetencje językowe np. licealisty, a inne doktora filologii) to temat-rzeka, któremu można by poświęcić osobny artykuł. Ten wpis chciałabym zakończyć odnośnikiem do przykładowego testu z języka polskiego na poziomie C2. Nie udało mi się niestety dotrzeć do materiałów audio. Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii na temat poziomu trudności tego testu.

I do … czyli o wyborach językowych na całe życie

Przy okazji matur i innych ważnych życiowych wyborów skupmy się na wyborze języka, którego zaczynamy się uczyć. Co tak naprawdę determinuje nasz wybór? Dlaczego nagle zakochujemy się we francuskim/duńskim/katalońskim, etc? Czy istnieje jakieś wytłumaczenie, na czym polega atrakcyjność języka? To dobre pytanie, więc sprawdźmy.
Opinie i gusta są różne – pamiętajmy, że o nich się nie dyskutuje, każdy wybiera sobie taki język, jaki mu odpowiada. Ale jak to wygląda? Rzućmy okiem na różnorodność językową – w dobie internetu1 mamy możliwość poznania języka nawet z najdalszego zakątka świata. Możemy segregować języki pod względem ich trudności albo przynależności do danej rodziny. Przeglądamy, czytamy fora i opinie i w końcu wybieramy. Co o tym zadecydowało? Zanim przejdziemy do rozważań, mały cytat z poligloty, cesarza Karola V, który oznajmił :

„Mówię po hiszpańsku do Boga, po włosku do kobiet, po francusku do mężczyzn, a po niemiecku do mojego konia”.

Ciekawy podział, nieprawdaż? 🙂
I teraz nadchodzi czas na postawienie głównego pytania: dlaczego? Opierając się na badaniach dr Vinetty Chand z uniwersytetu w Essex, można wysnuć wniosek, że atrakcyjność języka jest ściśle związana z ludźmi, którzy się nim posługują. Socjologowie uważają, że jeżeli dana grupa społeczna lub narodowość postrzegana jest pozytywnie, to tak samo pozytywnie jest odbierany ich język. Innym aspektem, który odgrywa istotną rolę w wyborze języka, jest oczywiście sytuacja gospodarcza i ekonomiczna kraju. Tym właśnie uzasadnia się ciągle rosnącą popularność języka chińskiego. Panuje również przekonanie, iż nauka języka obcego mówionego w państwie mniej rozwiniętym finansowo czy nie będącym gospodarczą potęgą nie jest aż tak opłacalna. Innym aspektem, na który również zwraca uwagę dr Chand, jest ilość osób mówiąca danym językiem. Angielski wiedzie prym w szkołach, na kursach i obozach językowych, bo posługując się nim, możemy porozumieć się w prawie każdym miejscu na ziemi. To dlatego języki o małym zasięgu, takie jak hawajski, nie wydają się atrakcyjne. Dr Chand podkreśla także, że nie ma niczego, jeśli chodzi o brzmienie języka, co sprawia, że jest on mniej lub bardziej atrakcyjny dla słuchacza. Co więcej, to że postrzega się francuski i włoski jako języki melodyjne i romantyczne, jest bardziej skorelowane z regionami, w którymi się nimi posługuje, niż z ich faktycznym brzmieniem czy systemem fonetycznym. Jednak istnieje pewna zależność związana z dźwiękami realizowanym w danym języku – otóż dla osoby, której językiem ojczystym jest angielski, bardziej atrakcyjne wydadzą się języki, które zawierają podobne dźwięki. Jak wyjaśnia dr Patii Adank (UCL), Anglikom podoba się francuski i włoski, podczas gdy języki, które realizują inne dźwięki, brzmią dla nich bardziej 'szorstko', a języki takie jak mandaryński wydają się nieatrakcyjne. Dla Anglika rozróżnienia tonów brzmią po prostu nienaturalnie. W książce „Through the Language Glass: Why the World Looks Different in Other Languages” napisanej przez lingwistę z Izraela – Guya Deutschera, jest poruszony jeszcze inny aspekt dotyczący atrakcyjności języka. Otóż autor zwraca uwagę na występowanie zbitek spółgłoskowych w poszczególnych językach. Uważa, iż dla kogoś, kto w swoim ojczystym języku nie używa takiego zestawienia głosek, wydaje się ono zbyt trudne w odbiorze i mało zachęcające do nauki. Jako przykład podaje niemieckie słowo „selbstverständlich” – w tłumaczeniu na polski „oczywiście”. W słowie występuje spory zbitek spółgłosek lbstv nie przedzielony żadną samogłoską. Dla porównania, włoski prawie wcale nie zawiera clusterów spółg552_europe_encourages_more_young_people_to_study_foreign_languagesłoskowych i jest uważany za piękny język. Deutscher uważa, że może tu istnieć jakaś zależność. Lingwiści, którzy zajmują się tym zagadnieniem, mają nie lada orzech do zgryzienia. Trudno tak naprawdę ocenić, na czym polega atrakcyjność języka – czy zależy to od jego melodii, czy też może od naszego własnego nastawienia do danej społeczności językowej? Problem polega na oddzieleniu subiektywnych opinii od faktów i wyników badań. Z całą pewnością socjolingwistów czeka jeszcze wiele pracy w tym temacie.
A jak to wygląda w Polsce? Jak tutaj prezentują się języki pod względem atrakcyjności? Oczywiście numero uno pozostaje niezmiennie angielski. Z pewnością wiele osób wybiera angielski, bo jest międzynarodowy, wiele osób nim włada, ma ogromny zasięg, jest potrzebny do pracy itd. Możemy sobie zweryfikować na wykresie ESKK, jak wyglądała nauka języków w Polsce w latach 2002-2012. (Pełny wykres możecie zobaczyć tutaj : tutaj ). Można zaobserwować bardzo ciekawy trend. Angielski przoduje, za nim niezmiennie niemiecki. Natomiast pozostałe miejsca znacznie się pozmieniały. Oczywiście francuski, włoski i hiszpański są popularne na przestrzeni lat w różnych kombinacjach i na różnych miejscach. Ale najciekawszą rzecz obserwujemy w trzecim wykresie – bardzo popularne stają się języki skandynawskie. Coraz więcej osób odchodzi od „oklepanego” hiszpańskiego czy niemieckiego i inwestuje w język, który nie jest znany przez tak dużą liczbę osób. Co w tym momencie wpływa na wybór np. norweskiego? Oryginalność języka – dobra znajomość języka mniej popularnego poprawia znacznie szansę znalezienia pracy, zwiększa elastyczność na rynku pracy.
Jak widać, wybory językowe Polaków uległy zmianie na przestrzeni 10 lat i niektóre z języków straciły na atrakcyjności, a inne zyskały. Co powiecie na cytat z polskiej literatury? Janusz L. Wiśniewski w „Losie powtórzonym” tak odnosi się do atrakcyjności języków:

„ Angielski przy francuskim przypomina pokrzykiwanie pijanego woźnicy, a niemiecki jest jak kłótnia dwóch żołnierzy Wehrmachtu” 😉

A jak WY postrzegacie atrakcyjność języków? Czym się kierujecie przy ich wyborze? Czy język atrakcyjny to taki, który jest łatwy? Czy to, że Wasz ulubiony aktor mówi językiem, którego się uczycie, wpływa na atrakcyjność tego języka? Jestem ciekawa Waszych opinii i spostrzeżeń!