samodzielna nauka

Magia lustra, czyli o tym jak zacząć mówić

O tym, że mówienie jest jednym z najważniejszych procesów w trakcie nauki języka obcego, nie trzeba nikogo przekonywać. Od samego początku naszej przygody z dowolnym językiem słyszymy, że musimy zacząć nim mówić. Łatwiej „powiedzieć", niż zrobić. Jak zatem zacząć mówić, gdy jesteśmy nieśmiali?

Zapewne sposób na przełamanie lęku przed mówieniem, który zaraz podam, jest znany wielu osobom. Piszę o nim dlatego, że choć znany, to często jest ignorowany. Mowa o ćwiczeniu przed lustrem – i bynajmniej nie chodzi tu o ćwiczenia fizyczne 🙂 .

Po raz pierwszy z metodą lustra zetknęłam się w liceum. Było to prawie 10 lat temu, jednak wtedy nie skorzystałam z tego sposobu nauki. Sięgnęłam po niego dopiero kilka lat późnej i okazał się zbawienny. Dzięki pewnemu portalowi poznałam Finkę, z którą pisałam po angielsku. Po pewnym czasie zdecydowałyśmy, że porozmawiamy na Skype i w ten sposób wzajemnie podszkolimy się z angielskiego. Tu jednak pojawił się problem; a właściwie strach. No bo jak to? Mam mówić po angielsku do obcej osoby? I to tak zupełnie naturalnie, na dowolny temat? A co jeśli popełnię głupi błąd i ona mnie wyśmieje?

Takie dylematy ma wielu z nas. Boimy się, że popełnimy błąd albo że nasz angielski (czy też inny język, którego się uczymy) będzie brzmiał fatalnie. Wtedy przypomniałam sobie o lustrze. I choć może wydawać się to śmieszne, to spędziłam trochę czasu na rozmawianiu ze sobą, a raczej mówieniu do siebie przed lustrem. Starałam się być jak najbardziej naturalna  – mówić płynnie, ale przede wszystkim ćwiczyłam intonację.

Pomimo strachu, wzięłam udział w konwersacji na Skype ze wspomnianą wcześniej Finką. Rozmawiałyśmy ze sobą kilka godzin, poruszając najgłupsze tematy świata. Jednak nie do tego zmierzam. Po wszystkim podeszła do mnie współlokatorka, która biegle mówi po angielsku i spędziła wiele lat za granicą, i powiedziała: „wiesz, słyszałam jak rozmawiasz, bardzo dobrze Ci poszło”. ‚Wniosek z tego taki, że najważniejsze jest to, by nie bać się mówić i wyćwiczyć w sobie umiejętność mówienia na forum publicznym.

W liceum, przed maturą usłyszałam o metodzie lustra. W owym czasie, zarówno ja, jak i większość osób z mojej grupy ją po prostu zignorowałyśmy. Byliśmy pewni, że bez tego też damy radę. Oczywiście, jeśli dużo ćwiczymy, i co najważniejsze nie wstydzimy się mówić w innym języku przy obcych, to na pewno damy sobie radę. Jednak nie oszukujmy się – większość uczących się języka zwyczajnie wstydzi się nim mówić. Boimy się, że popełnimy błąd lub nasz akcent nie będzie idealny.

W takich przypadkach metoda lustra może okazać się zbawienna. Na początku będziemy czuć się głupio – przecież rozmawiamy z własnym odbiciem – jednak im szybciej zapomnimy o tym odczuciu, tym lepiej. Lustro pozwoli nam również zobaczyć nasze gesty. Tak przecież odbiorą nas egzaminatorzy podczas ustnej matury czy obcokrajowcy, którym będziemy tłumaczyć jak dojechać do hotelu. Warto zatem wykorzystać technikę, która pozwoli zapanować nad strachem, który powstrzymuje nas przed mówieniem, a przy okazji poprawimy również swoją gestykulację.

„A o czym miałbym mówić?”

Ta wątpliwość jest trochę taką wymówką. No bo o czym można mówić do siebie samego? Jeszcze zrobię z siebie większego pajaca i w dodatku to zobaczę. Błąd! Warto mówić o czymkolwiek. Zapomnijmy, że to ze sobą rozmawiamy. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na rozmowie kwalifikacyjnej albo że plotkujemy z koleżanką na temat nowo poznanego chłopaka. Możemy mówić o planach wakacyjnych, ostatnio zwiedzonych zabytkach albo wziąć dowolną książkę lub gazetę z ilustracjami i spróbować opisać przedstawioną tamże sytuację.

Wiele osób ćwiczy głośne mówienie siedząc na kanapie – w porządku. Pamiętajmy jednak, że to nie przełamie zasadniczej bariery, która powstrzymuje nas przed mówieniem. Wystarczy, że usłyszymy ledwie szmer lub zdamy sobie sprawę, że właśnie do domu wrócił współlokator lub rodzice i nagle przestajemy mówić. Czujemy się zażenowani, bo może ktoś wyłapie nasze błędy. Boimy się tego nawet wtedy, gdy wiemy, że np. nasi rodzice nie znają języka, którego się uczymy. Jak więc w ogóle mogą usłyszeć nasze błędy?

Magia lustra

Matury zbliżają się wielkimi krokami, zatem warto wykorzystać pozostały czas jak najlepiej. Metoda lustra może być przez wielu odebrana jako: godna politowania, oczywista lub mało przydatna. Jednak każdy sposób nauki jest dobry. Tak, jak przy osłuchaniu się wykorzystujemy ulubione seriale czy filmy, podobnie i tutaj możemy porozmawiać na dowolny, wybrany przez siebie temat. Nawet jeśli mamy znajomego, z którym moglibyśmy poćwiczyć mówienie, to ja i tak zachęcam do samodzielnego rozmawiania przed lustrem.

Panuje powszechne przekonanie, że matura ustna to tylko formalność. Zapewne w wielu przypadkach tak jest, bo jak niektórzy twierdzą: „tego nie da się nie zdać”. Ale czy nie lepiej wyjść z sali z maksymalną liczbą punktów? Egzamin, który z pozoru jest formalnością, wiąże się także z ogromnym stresem, i nie możemy przewidzieć jak w tej sytuacji zachowa się nasz organizm. Nagle może okazać się, że strach nas sparaliżuje i nie powiemy wszystkiego, co istotne, w konsekwencji czego stracimy punkty.

Zapomnijmy o zażenowaniu i poćwiczmy wcześniej przed lustrem. Nawet jeśli ktoś z domowników będzie się z nas śmiał, to pamiętajmy, że uczymy się dla siebie. To, ile czasu poświęcimy na szlifowanie języka, przełoży się później na jakość potencjalnych spotkań z obcokrajowcami. Metoda lustra może pomóc nam prokonać barierę, która powstrzymuje nas przed mówieniem i następnym razem, gdy zatrzyma nas obcokrajowiec i zapyta o drogę, bez wahania mu pomożemy, zamiast tchórzyć  – mówiąc, że nie znamy języka.


Autorką tekstu jest Anna Gredecka.

Literatura francuska – klasyka powieści, część 1

francuskalit

Dzisiaj chciałabym się podzielić z Wami moimi ulubionymi powieściami z literatury francuskiej. Każdy, kto wybrał studia filologiczne spotyka się z przedmiotem o nazwie literatura. Jedni bardzo go lubią, dla innych to strata czasu. Jeśli chodzi o moje zdanie w tej kwestii, to uważam, że nic tak bardzo nie zbliża nas do kultury danego kraju jak jego literatura. Właśnie w utworach poruszane są ważne kwestie społeczne i polityczne dla danego narodu, ponadto duży nacisk kładziony jest na wydarzenia historyczne. Szkoda, że wiele osób podchodzi do tego przedmiotu tak bardzo lekceważąco, bo jeszcze raz podkreślam, że język pisany to bogactwo informacji kulturowych. Oczywiście nie można nikogo do czytania zmusić, ale proszę, chociaż spróbujcie, i niech Was nie przeraża liczba stron.

Poniżej prezentuję Wam subiektywną listę powieści francuskich, które należą do grona moich ulubionych. Znajdziecie tutaj tytuły, które wpisują się w klasykę literatury. Zapraszam do lektury!

„Hrabia Monte Christo" (Le Comte de Monte Christo) Alexander Dumas

„Czekać i nie tracić nadziei!"

Powieść wydana początkowo w częściach w 1845 roku stała się najsłynniejszą powieścią Dumasa, tuż zaraz obok „Trzech Muszkieterów". „Hrabia…" to powieść przygodowa, której fabuła skupia się wokół zemsty głównego bohatera. W powieści pierwsze skrzypce gra Edmund Dantes, młody marynarz, który przybił do portu w Marsylii po to, by następnego dnia poślubić piękną Mercedes. Jego plany krzyżuje anonimowy donos, który zarzuca Dantes'owi bonapartyzm. Niewinny chłopak wplątany w sieć intryg i kłamstw zostaje uznany za winnego i skazany na lata więzienia w twierdzy d'If. Więzienne lata stają się bardziej znośne, gdy udaje mu się nawiązać kontakt z księdzem Farią, który zostaje jego mentorem. Razem próbują odkryć kto ponosi winę za nieszczęścia Edmunda. Dantes planuje zemstę.

Nie będę Wam zdradzać finału tej historii, pragnę jedynie zaznaczyć, jak misternie jest utkana sieć intryg. Każdym z bohaterów, który przykłada rękę do wtrącania Edmunda do celi, kierują inne motywy: odrzucona miłość, żądza pieniądza lub protekcja własnej rodziny. Podobnie jest z zemstą głównego bohatera: nic nie jest przypadkowe, Dantes planował wszystko dokładnie przez czternaście lat. Gdy mówimy o zemście, to dużo łatwiej byłoby gdyby Dantes po prostu odebrał życie tym, którzy na to zasłużyli. Ale on tego nie robi. Jego celem nie jest ich życie, sięga po środki, które będą w stanie zadać im największe cierpienie. On cierpiał w więziennej celi, teraz role się odwróciły.

Powieść o zdradzie, miłości, zemście i bólu, który nie pozwala zapomnieć dawnych krzywd. Na tle historii Napoleona autor tworzy historię o walce dobra ze złem oraz o zemście, która w miarę upływu lat przybiera na sile.

Czytając recenzje i opinie o tej powieści, znalazłam taką, która twierdziła, „że dziś już tak się nie pisze". Niestety to prawda. Nie znam powieści współczesnej napisanej z takim rozmachem. Fenomenalna, dopracowana w najdrobniejszych szczegółach, zachwyca wciąż mimo upływu lat.

Dumas rozsławił tą powieścią twierdzę d'If, gdzie aktualnie znajduje się muzeum, które można zwiedzać. Co więcej, w Marsylli można zorganizować sobie wycieczkę „Śladami Edmunda Dantes'a".

Powieść była wielokrotnie ekranizowana, z różnymi wariantami zakończenia, a także wystawiana na deskach teatru. Kto widział, a nie czytał, ten niech żałuje.

„Nędznicy" (Les Misérables) Victor Hugo

Pięciotomowe arcydzieło wydane w 1862 roku na zawsze wpisało Victora Hugo w kanon literatury światowej. Powieść „Nędznicy" określa się jako dzieło realistyczne z licznymi wątkami romantycznymi, przygodowymi czy eseistycznymi. Praca nad nią trwała dwadzieścia lat, a jego głównym celem było przedstawienie pełnej panoramy francuskiego społeczeństwa XIX wieku.

Bohaterem „Nędzników" jest Jean Valjean, mężczyzna, który za kradzież chleba został skazany na ciężkie galery. Jako były więzień jest odrzucany przez społeczeństwo, wtedy to z pomocą księdza udaje mu się wejść na drogę praworządności. Jego dalsze życie jest dalekie od przestępstw, Jean stara się pomagać biednym i potrzebującym. Składa przysięgę, że zajmie się wychowaniem Kozety, zyskuje szacunek i uznanie. Jednak nie jest mu dane zaznać bezpieczeństwa, ponieważ ściga bo bezwzględny inspektor. Losy Jeana oraz wszystkich postaci posłużyły autorowi jako przykład przemiany bohaterów. Według Hugo każda jednostka może zmienić swoje życie, wystarczy jedynie, że zaufa w pełni Bogu,a ten jest zawsze skory do pomocy.

Postać Jeana jest dla Francuzów tym, kim dla nas jest Pan Tadeusz. Dlatego też „Nędznicy" to obowiązkowa pozycja na liście każdej osoby zainteresowanej francuskim.

Fenomen powieści polega na przeplataniu się przeróżnych wątków, bogatej fabule i uniwersalnych wartościach. Niesłabnąca popularność przejawia się w ilości ekranizacji oraz ilości wystawianych sztuk. „Les Miserables" to najdłużej grany musical na londyńskim West Endzie. Warto zobaczyć także musical z 2012 roku, gdzie główną rolę gra Hugh Jackman. Produkcja zgarnęła trzy Oskary i trzy Złote Globy. Jeśli chcecie posłuchać pięknej ballady Fantyny kliknijcie tutaj, natomiast pieśń finałowa jest dostępna tutaj.

„Nana" (Nana) Emil Zola

Jeśli chodzi o „Nanę", to jest to dziewiątą powieść z cyklu Rougon-Macquartowie, na który składa się aż dwadzieścia powieści. „Nana" została wydana w 1880 roku jako powieść naturalistyczna opisująca portret francuskiego społeczeństwa. Główną bohaterką jest młoda dziewczyna, Anna, która występuje w roli Wenus w teatrze. Braki talentu aktorskiego nadrabia nagością, która jest szeroko komentowana w wyższych sferach. Takim oto sposobem Nana staje się rozchwytywaną kurtyzaną, której nie może zabraknąć na paryskich salonach. Niestety znajomość z nią wpływa negatywnie na mężczyzn, jest to kobieta destrukcyjna, która sprowadza nieszczęście na płeć męską. Los niestety ma dla niej inne plany…

Historia Nany to tak naprawdę metafora zepsucia wyższych sfer: Zola poprzez naturalistyczne podejście prezentuje brak moralności wśród elit.

Powieść jest naprawdę uniwersalna, biorąc pod uwagę fakt, iż jest to tylko niewielki wycinek portretu rodziny Rougon-Macquart, z całego serca Wam polecam ten oraz inne tomy. Mnie osobiście przypadł do gustu „Germinal", w którym to główną postacią jest brat Anny. Losy rodu są tak skomplikowane, że relacje między postaciami zostały przedstawione na specjalnej grafice.

 

To oczywiście tylko pierwsza część mojej listy, druga ukaże się niedługo.

Mam nadzieję, że udało mi się Was zapoznać z największymi powieściami francuskimi i być może choć odrobinę zachęcić do sięgnięcia po jedną z nich. A Wy macie swoje ulubione powieści? Śmiało, dzielcie się nimi w komentarzach!

Zobacz także…

Du cinéma! Przegląd komedii francuskich
Pierwsza książka w języku obcym
Francuskie brzmienia – część 6. W kręgu poetów przeklętych
Obca literatura dziecięca: dobre źródło nauki?
Jak czytać w języku, którego dobrze nie znamy?
Readlang, czyli jak okiełznać teksty
Hakowanie tekstów metodą LWT
Jak czytać i nie zwariować
Nauka języka bez podręcznika – część 2 – czytanie

Rosyjskie gazety, portale informacyjne oraz stacje radiowe

gazetyPonad pół roku temu opublikowałem na łamach Woofli krótki artykuł o niemieckich gazetach, portalach informacyjnych oraz stacjach radiowych, który, sądząc po liczbie odwiedzin, nadal wzbudza zainteresowanie osób chcących nauczyć się języka naszych zachodnich sąsiadów. Myślę, że jest to dobry powód, by kontynuować serię takich praktycznych wpisów i z tego względu poświęcę dziś trochę miejsca językowi rosyjskiemu, który mimo różnych zawirowań polityczno-społecznych, jakie miały miejsce w ciągu ostatnich 30 lat, nadal cieszy się sporą popularnością w naszym kraju. Cieszę się również z samego faktu możliwości opublikowania wpisu, który od początku istnienia „Świata Języków Obcych" (pamięta ktoś jeszcze?) znajdował się na mojej liście tematów, które powinny się ukazać w serwisie poświęconym językom obcym. Warto zaznaczyć, że materiały jakie przedstawię nie będą czymś stricte edukacyjnym. Patrząc jednak wstecz muszę powiedzieć, że odegrały one w moim procesie nauki większą rolę, niż którykolwiek z podręczników czy 4-letni kurs na uniwersytecie. Obok przekazania wiedzy o języku były dla mnie jednocześnie oknem na zupełnie inny świat, pomogły mi zrozumieć jak Rosjanie postrzegają otaczająca ich rzeczywistość i jestem przekonany, że każda osoba rzeczywiście interesująca się obszarem postradzieckim powinna do swojej codziennej prasówki dorzucić przynajmniej jedno ze wspomnianych przeze mnie źródeł, żeby poszerzyć swoje horyzonty i jednocześnie zderzyć to z informacjami przekazywanymi w mediach polskich – dla mnie osobiście było to niesamowicie interesujące zajęcie.

Rosyjskie gazety
Liczba tytułów gazet ukazujących się w Rosji może początkowo przyprawić o zawrót głowy osobę próbującą wybrać coś do przeczytania. Osobom, które nie są zainteresowane samodzielnymi poszukiwaniami chciałbym przede wszystkim polecić dwa tytuły: Izwiestija oraz Kommiersanta. Osoby zainteresowane Ukrainą i tamtejszym punktem widzenia mogą dorzucić do tego zestawu rosyjską wersję Ukrajinskiej Prawdy (jeśli oczywiście nie znają języka ukraińskiego). Te trzy gazety wybrałem nieprzypadkowo – po pierwsze, prezentują bardzo wysoki poziom merytoryczny (proszę zauważyć, że nie zawsze musi to oznaczać, że zgodzimy się z ich treścią, ale znacznie bliżej im do czołowych dzienników europejskich niż do „Faktu"); po drugie, każda z nich przedstawia nieco inne spektrum rosyjskojęzycznego świata, o czym za chwilę; po trzecie wreszcie, ich lektura towarzyszy mi już od kilku dobrych lat i mogę polecić je całkiem szczerze bez jakiegokolwiek zawahania.

Izwiestija powstały w roku 1917 i w czasach Związku Radzieckiego stanowiły one razem z Prawdą tubę propagandową Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. O ile jednak ta druga pozostała w rękach komunistów i dziś niespecjalnie ciekawą skamieliną, o tyle Izwiestija po prywatyzacji przekształciły się w czołową gazetę Federacji Rosyjskiej, nie zatracając jednocześnie wcześniejszego mainstreamowego charakteru. Do dziś jest to więc gazeta, w której znajdziemy oficjalną rosyjską interpretacją rzeczywistości zbieżną z kursem obieranym przez Moskwę, co czasem jest ciężkie w odbiorze, ale mimo to daje dość dobrą okazję do zapoznania się z realiami panującymi u naszego sąsiada.

Nieco inny charakter ma Kommiersant (rus. Коммерсантъ). Pierwotnie gazeta ta ukazała się po raz pierwszy jeszcze w carskiej Rosji w roku 1907, ale po rewolucji październikowej została zakazana przez władze komunistyczne. Jej wydawanie wznowiono dopiero wraz końcem lat 80., a głównym znakiem rozpoznawczym gazety została wybrana litera „ъ", która dawniej była finalnym znakiem dla słów zakończonych na spółgłoskę (pozostałość po systemie otwartej sylaby języka staro-cerkiewno-słowiańskiego – więcej o ъ oraz ь oznaczających niegdyś tzw. jery pisałem w artykule pt. O dwóch legendarnych słowiańskich literach). Коммерсантъ szybko stał się wiodącym tytułem w środowiskach nowych elit i prezentuje naprawdę bardzo wysoki poziom dziennikarstwa, dzięki czemu niczym nie ustępuje tak znanym gazetom jak New York Times, El Pais, Le Monde czy Frankfurter Allgemeine Zeitung. W odróżnieniu od Izwiestiji, czyniących wyraźny ukłon w stronę obozu rządzącego, Kommiersant stara się być obiektywny i zdarza się w nim przeczytać głosy ostro krytykujące poczynania ekipy prezydenta Putina, bądź całkiem pozytywnie wyrażające się o rosyjskiej liberalnej opozycji.

Trzecim tytułem o jakim wspomniałem jest Ukrajins'ka Prawda (ukr. Українська Правда) będąca moim zdaniem najciekawszą pozycją ukraińskojęzyczną, a jednocześnie posiadającą wersję w języku rosyjskim. Gazeta ta (choć słowo „portal" ze względu na wyłącznie elektroniczny charakter byłoby tu znacznie bardziej na miejscu) zyskała sobie na Ukrainie niemal kultowy status najpierw ze względu na to, że jej pierwszym redaktorem był Georgij Gongadze, dziennikarz, którego zabójstwo w 2000 roku odbiło się szerokim echem na ukraińskiej scenie politycznej, a następnie dokładną 24-godzinną relacją z kijowskiego Majdanu w 2014, która spowodowała, że przez ten burzliwy okres znajdowała się ona na liście kilku najczęściej odwiedzanych serwisów informacyjnych na świecie. Wybór treści jest niezwykle szeroki i pozwala zaznajomić się bliżej z ukraińskimi realiami.

Z rozpędu jeszcze chciałbym dorzucić do powyższego zestawu białoruską Naszą Niwę, która również posiada swoje rosyjskie wydanie (choć de facto czytanie po białorusku przy znajomości rosyjskiego i polskiego nie powinno nikomu sprawić większego problemu) i jest ciekawą próbką niezależnego dziennikarstwa u naszego wschodniego sąsiada.

Rosyjskie stacje radiowe
Ubóstwiam wręcz Radio Majak, którego bogate archiwum audycji jest prawdziwą kopalnią materiałów audio, których można użyć do nauki języka. Łączą w sobie bardzo dobrą jakość dźwięku, interesującą treść oraz możliwość obcowania z bardzo różnymi rejestrami języka mówionego, co jest niezwykle ważne w przypadku, gdy nie mamy możliwości obcowania z językiem na co dzień. Pisząc ten tekst słucham zresztą jednego z odcinków cyklu Великий XIX (pl. Wielki wiek XIX), na który składają się rozmowy o XIX wieku ze specjalistami z dziedzin historii, literatury, nauk społecznych oraz pokrewnych nauk. Jestem świadom tego, że nie każdemu może przypaść do gustu podobna tematyka, ale gwarantuję, że na Majaku zawsze znajdzie coś interesującego. Bogactwo materiałów dostępnych w archiwach tej stacji spowodowało, że w zasadzie nigdy specjalnie nie szukałem dla niej alternatywy w języku rosyjskim. Wiem jednak, że równie ciekawą opcją dla osób pragnących mieć kontakt z językiem rosyjskim może być Echo Moskwy.

Nauka języka a poszerzanie swoich horyzontów
Powyższa lista oczywiście w żadnym wypadku nie wyczerpuje tematu rosyjskojęzycznych gazet i stacji radiowych – tych jest tak naprawdę zbyt wiele by zmieścić je w ramach krótkiego artykułu na Woofli. Zwłaszcza jeśli chodzi o gazety nie wspomniałem szerzej o takich tytułach jak Argumienty i Fakty, Rossijskaja Gazieta, Niezawisimaja Gazieta, Nowaja Gazieta czy Moskowskij Komsomolec, które nierzadko bywają cytowane w zagranicznych mediach. Wolałem się jednak skupić akurat na tych źródłach, z którymi miałem największy kontakt i które z jednej strony pomogły mi w swoim czasie w nauce języka rosyjskiego, a z drugiej pozwoliły poszerzyć wiedzę o świecie, w którym jest on używany. Wielka szkoda, że często chcąc opanować język obcy skupiamy się jedynie na jego czysto użytkowej funkcji. Chcemy się przede wszystkim dogadać w określonych sytuacjach, móc wpisać nowy język do naszego CV, a zapominamy o tym drugim aspekcie, którym jest rzeczywiste wsiąknięcie w świat danego języka i czerpanie z jego bogactwa kulturowego, co, przynajmniej w moim odczuciu, znacznie ułatwia samą naukę (wynika to z prostego faktu, iż znacznie łatwiej jest uczyć się czegoś co jest dla nas samych interesujące), przeważnie jest od niej ciekawsze i pozwala na swobodne przejście z etapu nauki na poziomie podstawowym na poziom zaawansowany, kiedy to żywy język powinien stać się głównym źródłem nauki. Zdecydowanie łatwiej jest przejść z podręcznika na gazety, radio, rozmowy z obcokrajowcami, jeśli mieliśmy z tymi rzeczami pewien kontakt już wcześniej.

Zobacz także – jak uczyć się z pomocą gazet i radia:
Nauka języka bez podręcznika – część 1
Nauka języka bez podręcznika – część 2
Niemieckie gazety, portale informacyjne oraz stacje radiowe

Zobacz także – język rosyjski:
Sytuacja językowa na Ukrainie – mity i rzeczywistość – część 1
Sytuacja językowa na Ukrainie – mity i rzeczywistość – część 2
Co każdy powinien wiedzieć o sytuacji językowej na Białorusi
O dwóch legendarnych słowiańskich literach
Jak się nauczyć rosyjskiego?

Słownik, czyli narzędzie do zadań specjalnych

sSłownik od zawsze był, jest i będzie najlepszym przyjacielem każdego człowieka uczącego się języka obcego – prędzej czy później każdy do niego sięga. Podobnie jest z pracą tłumacza. Tłumacz nie jest w stanie zapamiętać wszystkiego, dlatego używa słownika. W obecnych czasach dostęp do słowników jest nieograniczony, spotkamy je w każdej księgarni bądź w sklepie internetowym. Ale czym się kierować przy wyborze słownika? Jaki wybrać? I w zasadzie po co nam słownik?

Czym jest słownik? Definicja słownika:

„Zbiór wyrazów ułożonych i opracowanych według pewnej zasady, zwykle objaśnianych pod względem znaczeniowym"

Warto wspomnieć, że istnieją różne typy słowników między innymi :

  • słownik ogólny – w którym znajdziemy interdyscyplinarne słownictwo
  • słownik monolingwiczny – gdzie znajduje się słownictwo w jednym języku
  • słownik specjalistyczny – w którym znajduje się język branżowy
  • słownik bilingwalny – gdzie prezentowane jest słownictwo w dwóch językach
  • słownik multilingwalny – w którym znajdziemy słownictwo w minimum trzech językach

Słownik na początek

Warto zaopatrzyć się w słownik na początku nauki języka. Po pierwsze, bardziej zmotywuje nas to do systematycznej pracy, ponieważ już zainwestowaliśmy pewną sumę pieniędzy. Po drugie, korzystania ze słownika też trzeba się nauczyć. Po trzecie, w jednym miejscu mamy całe słownictwo, dość często znajdują się tam również wyrażenia potoczne. Jako osoby początkujące nie zawsze mamy pewność co do pisowni danego słowa, dlatego też słownik przyjdzie nam z pomocą.IMG_20160815_150052

Słownik dla każdego

Pamiętajcie o tym, żeby wybrać słownik dobrze i mądrze, czyli nie sugerować się aktualną promocją, która pozwoli nam kupić słownik 15% taniej. Może się to skończyć tak, że trzytomowe opasłe książki będą spoczywać na naszej półce przez wieki. Słownik powinien być jak garnitur – szyty na miarę.  Oczywiście można szukać recenzji i opinii, należy jednak podchodzić do nich z dystansem. Inny słownik będzie potrzebny w pracy tłumacza konferencyjnego, a inny przyda się przed maturą. Wszelkie informacje w tym artykule potraktujcie więc jako sugestie, na co warto zwrócić uwagę.

IMG_20160815_150408

Co znajdziemy w słowniku?

Sięgając do słownika szukamy przede wszystkim znaczenia danego słowa. Oczywiście jeśli dane słowo ma wiele znaczeń, są one wyszczególnione z zachowaniem zasady, że najczęstsze użycie jest na pierwszym miejscu. Szukając wyrazu, automatycznie sprawdzimy też jego pisownię. Obok szukanego słowa znajdziemy także informację o tym, do jakiej części mowy się ono zalicza. Z całą pewnością będzie obecna także transkrypcja danego słowa w IPA (International Phonetic Alphabet), która pomoże nam zaznajomić się z poprawną wymową. Słowniki zawierają także informację na temat rejestru słowa – czy jest ono używane w obiegu formalnym, czy też codziennym. Ponadto słowniki prezentują też kolokacje, z jakimi występują słowa. Jest to bardzo przydatne w procesie nauki, gdyż wiemy dokładnie z jakimi innymi wyrazami można połączyć konkretne słowo, co pozwala uniknąć błędów. Bardziej rozbudowane słowniki posiadają antonimy i synonimy do danego hasła, o ile oczywiście takie w języku występują. Co więcej można trafić na słowo, które posiada inną formę w amerykańskim angielskim i brytyjskim angielskim – w słowniku będzie to również odnotowane odpowiednio jako AmE i BrE.

Wady i zalety słownika monolinguaIMG_20160815_150137l

Praca ze słownikiem jednojęzycznym jest specyficzna, ten rodzaj słownika posiada swoich zwolenników jak i przeciwników. Ja zaliczam się do grupy która uważa, że jest to jedne z najlepszych narzędzi do nauki języka obcego. Ale po kolei. Z pewnością wiele osób zadaje sobie pytanie: skoro nie znam tłumaczenia słowa table, to jakim cudem uda mi się go dowiedzieć uzyskując odpowiedź w tym samym języku? Tak, to prawda. Takie wątpliwości ma każdy, kto sięga po słownik jednojęzyczny. Oczywiście czasami można popaść w błędne koło np. szukam definicji jednego słowa, ale podczas jej czytania nie zrozumiałam innego, więc szukam kolejnej definicji. Niestety takie ryzyko zawsze istnieje, ale należy pamiętać, że twórcy słownika używają na tyle przystępnego słownictwa, że większość definicji powinna być jasna i zrozumiała. Jest to jeden z powodów, dlaczego ludzie nie używają słowników English – English. Pamiętajmy jednak, że to wszystko właśnie jest kwintesencją języka. Skoro nie mamy rzeczywistości językowej, której byśmy pragnęli, musimy sami sobie ją stworzyć. Dobrym krokiem jest więc używanie słowników jednojęzycznych. Nie wspomnę o całym mnóstwie antonimów i synonimów, które w ten sposób przyswoimy. Ja zdecydowanie polecam wszystkim razem i każdemu z osobna korzystanie z języków jednojęzycznych. Uwierzcie mi, to zaprocentuje.

Moje sugestie

Moimi wiodącymi językami są francuski i angielski, to one zajmują mi najwięcej czasu, dlatego też przetestowałam już kilka słowników. Oto moje wskazówki:

Le Petit Robert – biblia dla romanistów. Każdy go zna, każdy z niego korzystał. Według mnie, nie ma chyba lepszego opracowania. Kilkutomowy słownik (Le Grand Robert), który zawiera absolutnie wszystko, hasła są świetnie opisane, ciężko się tam zgubić. Klikając tutaj możecie przeczytać jego opis. Polecam dla osób średnio zaawansowanych. Jeśli chodzi o koszt, to wynosi on około 250 złotych w zależności od wydania i księgarni internetowej.

Longman Dictionary of English Language and Culture – dla mnie ideał. Słownik, który nie tylko ma fenomenalnie opisane hasła i przejrzyste definicje, ale jest również kompIMG_20160815_145823endium kulturowym w pigułce. Są tutaj odnośniki co do historii, kultury czy muzyki, znajdziemy hasła dotyczące Madonny oraz D'Artagnana. Co więcej, w słowniku są wkładki, na których znajdują się między innymi: mapa Zjednoczonego Królestwa, plan Londynu, znaczenie kolorów, święta w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych oraz opis sztuk Szekspira. Gdyby tego było mało, ten słownik posiada obrazki. Nie do każdego hasła oczywiście, ale są one bardzo dobrze wkomponowane w tekst, a co po niektóre – bardzo rozbudowane, jak na na przykład te przy słowach kitchen lub bike. Gorąco polecam nawet dla początkujących osób, gdyż to inwestycja na całe życie. Cena takiego słownika waha się w okolicach 130 złotych.

IMG_20160815_145844

Zachęcam Was do nabycia słownika w wersji papierowej, choć wiem, że istnieją już aplikację lub słowniki online, które w niczym nie ustępują tradycyjnym wydaniom. Jak to u Was wygląda? Czy korzystacie ze słownika podczas nauki języka? Korzystacie ze słowników tematycznych? Podzielcie się tym z nami w komentarzach!

Zobacz też…

Nie mam głowy do języków
Język obcy dla seniora
Automotywacja i potrzeba zmiany
Du cinéma! Przegląd komedii francuskich
Pierwsza książka w języku obcym

Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje powyjazdowe

Siedemnastego czerwca bieżącego roku zakończył się mój półroczny pobyt w Królestwie Szwecji, finansowany ze środków programu Erasmus. Wyśniony, wymarzony, starannie zaplanowany i w każdym calu udany i wart wspomnień. Wyjazd tego typu to chyba najbardziej dostępna przeciętnemu studentowi szansa na tymczasowe wygnanie, a co za tym idzie, zanurzenie się (choć trochę) w rzeczywistości językowej i kulturowej danego kraju. Tym samym była to dla mnie niepowtarzalna okazja codziennego kontaktu z mową, której uczę się samodzielnie od czasów licealnych. Czas na podsumowanie tego doświadczenia właśnie od strony językowej, gdyż to właśnie ona zadecydowała o takim, a nie innym wyborze kraju docelowego.

Hjälmaren – czwarte pod względem powierzchni jezioro w Szwecji. Fot. własna.

Wpis podzielę na dwie główne części. Jedna z nich wskaże te sytuacje, osiągnięcia i doświadczenia, z których jestem dumna i zadowolona; jednym słowem wszystko, co przybliżyło mnie do sprawniejszego posługiwania się językiem szwedzkim. Inny segment poświęcony będzie sprawom, które nie do końca się udały; swoistym rachunkiem sumienia i krytycznym spojrzeniem na większość niewykorzystanego potencjału, jaki niewątpliwie drzemał we mnie i w samej idei tego krótko-długiego pobytu.

Trudno mi było zdecydować, która z części powinna otwierać wpis, a którą pozostawić na jego koniec. Zupełnie tak, jakbym chciała ocenić jednoznacznie, czy osiągnięcia przyćmiły błędy i niedostatki, czy odwrotnie. Czy da się zresztą wydać taki sąd, a co ważniejsze: czy warto?

Postanawiam zacząć od pozytywów. Nakreślenie sytuacji i warunków do nauki języka szwedzkiego znajduje się w dość obszernej formie tu oraz tu. Z czego jestem dumna oraz jakie przeszkody udało mi się pokonać?

  1. Uczestniczyłam w kilku nowych, lecz kulturowo i językowo cennych sytuacjach związanych z biernym odbiorem języka szwedzkiego. Pierwszą była studencka sztuka teatralna, której rozumienie ze słuchu wypadło u mnie lepiej, niż się spodziewałam (pomimo obecności słów mocno slangowych, słownych gier oraz galopująco szybkich przerywników śpiewanych). Drugim ciekawym lingwistycznie doświadczeniem było parokrotne przysłuchiwanie się katolickiej mszy odprawianej po szwedzku, choć specyficzny język biblijny niekoniecznie usprawnił moje umiejętności potocznych konwersacji.
  2. …całe szczęście, przy okazji podręcznikowo sztampowych dialogów życia codziennego wstydu nie było. Ponowna rezerwacja samolotu, na który nie zdążyłam z powodu wcześniejszego opóźnienia, small talk z taksówkarzami i kierowcami miejskich autobusów, drobne zakupy czy pytanie o drogę otworzyły moją przysłowiową gębę po blisko 5 latach używania szwedzkiego we wszystkim, prócz spontanicznej mowy.
  3. Zdarzały się także sytuacje, na które nie byłam specjalnie przygotowana od strony słownictwa. Rehabilitant, który (co rzadkie w Skandynawii) nie bardzo radził sobie z angielskim, zmusił mnie do zaprzyjaźnienia się z cząstkowym słownictwem ortopedycznym, zaś serwis naprawy wózków inwalidzkich nauczył mnie konsultowania ze Szwedami problemu zepsutych hamulców i opon.
  4. Otoczona głównie przez towarzystwo międzynarodowe, zdołałam nawiązać przyjaźnie z mniej lub bardziej rodowitymi Szwedami, niekiedy nawet bez pomocy języka angielskiego. Możliwość uczestnictwa w zwykłej, towarzyskiej rozmowie szwedzkiej młodzieży, a nawet pracy w ich obecności, to garść niepowtarzalnych wspomnień i namiastka wymarzonej emigracji.

Za co jednak biję się w pierś?

  1. Nie wykorzystałam do końca faktu geograficznego pozostawania w granicach szwedzkiego terytorium – nie sięgnęłam po audycje szwedzkiego radia i telewizji, które są chociażby zablokowane / niedostępne w Polsce, nie zanurzyłam się w gazetach, portalach informacyjnych i innych dobrach skandynawskiej codzienności. Cóż, nie ukrywam, że od telewizji (zwłaszcza polskiej) i informacyjnego stresu bardzo chciałam na Erasmusie odpocząć.
  2. Wyruszając w podróż do Szwecji, nie omieszkałam zapakować do plecaka mojego ulubionego gramatycznego zeszytu ćwiczeńTroll 2 autorstwa pań Mrozek-SadowskiejDymel-Trzebiatowskiej. Oczywiście nie zajrzałam doń ani razu.
  3. Nie spisywałam nowo nauczonych słów, konstrukcji, wyrażeń, wulgaryzmów i innych nowości, które codziennie łapałam garściami od moich szwedzkich przyjaciół. Brakowało mi dziennika nauki, monitorowania postępów, uwiecznienia wysiłku. Zawsze wychodziłam jednak z założenia, że nowych słów się używa, a nie więzi w zeszycie.
  4. Kontrola popełnianych przeze mnie błędów (zwłaszcza w mowie) była niewielka. Poprawiano mnie sporadycznie, wcale nie dlatego, że nie było czego poprawiać – lecz wchodzenie w co drugie zdanie nie sprzyja żadnej normalnej i nieskrępowanej konwersacji.

Trudno mówić o żalu za grzechy, a tym bardziej postanowieniu poprawy. Nie jestem w stanie przewidzieć, jak wiele razy jeszcze łaskawy los pozwoli mi wrócić do Szwecji i szlifować to, co już osiągnęłam. Wiem jednak, że ani anglojęzyczne środowisko, ani brak czasu spowodowany studiami (też w języku angielskim) nie uniemożliwiają przeciętnemu ‚Erasmusowi’ kontaktu z językiem urzędowym konkretnego kraju. Wystarczy szepnąć tu i tam, że chcesz się uczyć – a co więcej – samemu NAPRAWDĘ tego pragnąć.

alg

 

Zobacz także…

cz. 1: Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje przedwyjazdowe
cz. 2:
Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje w trakcie wyjazdu

Mini-projekt: walczę z językowymi słabościami!

booksPod tym przydługim tytułem na Wooflę trafia wpis o osobistym charakterze, związany z moim trwającym od dawna zastojem w nauce języków obcych. Zakładam, że o ile taki kryzys u osoby znanej jedynie z kilku wpisów (lub wcale) nie jest dla potencjalnego czytelnika niczym interesującym, to być może niektóre z moich przemyśleń, zastosowanych metod bądź źródeł, na które się powołam, stanie się inspiracją. Jednocześnie ten tekst to publiczne zobowiązanie się do realizacji mini-projektu, a świadomość, że jest on dostępny szerokiemu gronu czytelników, którzy mogliby mnie potem rozliczyć z poczynionych postępów, będzie stanowiła dodatkową motywację do działania.

Mini-projekt językowy – założenia
Zgodnie z nienowym już, ale moim zdaniem bardzo interesującym artykułem na Językowej Oazie, przeprowadzenie językowego projektu, rozumianego jako konkretne zadanie do wykonania w określonym czasie, poświęcone jakiemuś aspektowi nauki języka, stanowi dobrą metodę rozbudzenia na nowo motywacji. A dlaczego zaledwie „mini”? Zależy mi na dobrych rezultatach, ale jednocześnie chciałabym, żeby ten projekt nie jawił się jako przykry obowiązek, i aby czas spędzony na jego realizacji był przyjemny.

Krok po kroku

1. Wybór języka
Obecnie posługuję się na różnym poziomie pięcioma językami obcymi: angielskim, hiszpańskim, portugalskim, włoskim i japońskim. Mój angielski i hiszpański są dość dobre, w nauce portugalskiego i japońskiego miałam dużą przerwę, która znacznie odbiła się na ich poziomie, a mój włoski pozwala na razie na zamówienie kawy w barze czy kupno biletu kolejowego. Początkowy pomysł wybrania trzech lub nawet więcej z nich i przypisania nauki każdego do konkretnego dnia odrzuciłam właściwie od razu – postępy w każdym z języków byłyby zbyt wolne. Poza tym przy tak ambitnym i szeroko zakrojonym planie trudno mówić o projekcie, i łatwo mogłoby znowu dojść do głosu zniechęcenie i poczucie bezsensu. Postanowiłam, że w najbliższym miesiącu stawiam na język hiszpański.

2. Zidentyfikowanie słabych stron
Na początek kilka słów o sprawnościach językowych, które dzielą się na czynne: mówienie i pisanie oraz bierne: słuchanie ze zrozumieniem, oraz czytanie ze zrozumieniem (Europejski System Opisu Kształcenia Językowego dzieli dodatkowo mówienie na interakcję i produkcję). Zgodnie z założeniem celem projektu będzie rozwinięcie w zakresie jednego języka tych sprawności, które do tej pory były u mnie na najniższym poziomie. Bez większego zastanowienia (i ze wstydem) przyznaję, że moją najsłabszą stroną we wszystkich językach obcych jest ta uważana za najważniejszą: mówienie. Nie wiem, czy macie podobne doświadczenia, ale w szkołach, do których uczęszczałam, stawiano raczej na wypełnianie ćwiczeń i rozwiązywanie zadań egzaminacyjnych, nie na konwersacje. Poza tym jestem introwertyczką, a jeśli chodzi o języki, zdecydowanie lepszym teoretykiem niż praktykiem. Lubię językoznawstwo, gramatykę opisową i rozwiązywanie zadań gramatycznych. Najlepszym okresem, jeśli chodzi o mój mówiony hiszpański, był oczywiście pobyt na stypendium Erasmus, ale obecnie ze względów osobistych nie planuję kolejnego wyjazdu. Oczywiście przebywanie w danym kraju jest nie do przecenienia, jeśli chodzi o rozwijanie umiejętności językowych (o ile nie zamkniemy się w jedynie polskim środowisku), i podobnie jak chyba wielu ludzi, traktowałam to jako wymówkę („nie mogę wyjechać, więc nie mam szans dobrze mówić”). Myślałam, że zapadnę się pod ziemię, kiedy poznałam na wymianie językowej kolegę niezajmującego się zawodowo ani akademicko hiszpańskim, mówiącego płynnie i z ładnym akcentem. Kolegę, który spędził w Hiszpanii bodajże tydzień czy dwa (i który, mam nadzieję, wybaczy mi posłużenie się jego przykładem w celach motywacyjnych). Inną historię znajdziemy tutaj. Na studiach magisterskich niestety zajęć po hiszpańsku mam jak na lekarstwo, ale nie chciałabym całej winy zrzucać na studia: powinnam sama dbać o stały kontakt z językiem i konwersacje. Podsumowując: celem jest mówienie!

3. Plan
Chciałabym, żeby wyznaczone cele były mierzalne i określone w czasie. Na ich realizację daję sobie 6 tygodni.

  • Znaleźć minimum dwóch partnerów/partnerek do wymiany językowej na żywo i/lub na Skype i rozmawiać z nimi min. 2 razy tygodniowo.
    We Wrocławiu mieszka wiele osób hiszpańskojęzycznych i o ile umówienie się na pierwsze spotkanie nie powinno stanowić problemu, to trudniejszym zadaniem będzie znalezienie kogoś, kto byłby zainteresowany ćwiczeniem języka polskiego oraz miałby czas i ochotę spotykać się regularnie. Poszukiwanie partnerki/partnera do takiego konwersacyjnego tandemu rozpoczęłam w grupach o wymianie językowej na Facebooku.
    Jednocześnie będę szukać partnerów do rozmowy online m.in. na Interpals.netLang8 i na forach tematycznych. Mimo zatrzęsienia wiadomości typu „hi, how are U?” otrzymanych na portalu Interpals, nadal mam nadzieję na nawiązanie tam wartościowej znajomości, jako że raz udało mi się poznać tam interesującą osobę i spotkać się z nią na żywo – w Japonii! Dobrym wyjściem mogą okazać się fora lub portale np. o podróżach – jeśli ma się podobne zainteresowania, tematy do rozmowy nie powinny się szybko wyczerpać. Podczas poszukiwań będę brała pod uwagę spostrzeżenia zawarte w artykule Łukasza „Jak w praktyce wygląda poszukiwanie partnera językowego„.
  • Uczestnictwo w minimum dwóch spotkaniach językowych
    Gorąco polecam uczestnictwo w spotkaniach językowych – tak określam wydarzenia, które nie są typową wymianą jeden do jednego z konkretną osobą, ale raczej okazją do krążenia między stolikami i rozmowy z wieloma uczestnikami. Na spotkaniu, na które uczęszczam, dominuje angielski, a bardzo chciałabym się wybrać na spotkanie poświęcone konkretnie językowi hiszpańskiemu. To, czy i kiedy odbywają się takie w Twoim mieście, można sprawdzić na Facebooku (np. wpisując w wyszukiwarkę hasło „language exchange" lub"wymiana językowa") albo na Couchsurfingu.
  • Znalezienie i utrzymanie pracy, w której posługiwałabym się językiem hiszpańskim (w większym zakresie niż podczas korepetycji)
  • Ćwiczenie wymowy. Mam zamiar ćwiczyć wymowę zarówno pojedynczych dźwięków, które sprawiają mi problem, jak i pracować nad akcentem i intonacją. Nie podjęłam jeszcze decyzji co do materiałów, ale na pewno sięgnę po notatki z fonetyki, a gdy tylko znajdę godną polecenia stronę w Internecie, podzielę się z Wami odnośnikiem.

Dodatkowo chciałabym się zająć: słuchaniem muzyki i podcastów (np. dostępnych na stronie RTVELengalia, Notes in Spanish), czytaniem hiszpańskojęzycznych stron i blogów o tym, co mnie interesuje, m.in. o podróżach. Te działania dodatkowe również będą miały wpływ na mówienie: pozwolą mi poszerzyć słownictwo, które potem będę mogła wykorzystać w rozmowie.

Sam pomysł jest raczej spontanicznym zrywem, i dopiero czas pokaże, czy osiągnę rzeczywiste postępy i czy niektóre założenia lub sposób ich realizacji nie ulegną zmianie. Dlatego zachęcam czytelników, aby podeszli do niego z pewną dozą ostrożności do czasu publikacji kolejnego artykułu, w którym przedstawię swoje spostrzeżenia oraz postępy, które będę zapisywać na bieżąco.

Które sprawności językowe są Waszą mocną stroną, a z czym macie największy problem? Próbowaliście podjąć kiedyś takie językowe wyzwanie? Czy uważacie, że takie działanie może pomóc odzyskać motywację do nauki i osiągnąć rzeczywiste postępy?


Zobacz także…
(Nie)płynny w 3 miesiące, czyli eksperyment językowy
Dwa tygodnie i trzy pytania, czyli eksperymentu językowego ciąg dalszy
Poziom znajomości języka po 80 godzinach nauki, czyli podsumowanie eksperymentu językowego
Zaczynając naukę języka, wpierw określ sobie cel i obszar działania

[MN34] O tym jak buszowałem w zbożu z… czarownicą o zimnych sutkach

buszujacy2Uwaga! Ze względu na obecność wulgaryzmów oraz treści o charakterze erotycznym i satanistycznym zaleca się, aby Minister Gliński, Ojciec Natanek oraz czytelnicy, którzy nie ukończyli 18 roku życia, powstrzymali się od lektury.

Poniższy tekst jest pierwszym, aczkolwiek dość wybiórczym, sprawozdaniem z realizacji planu, którego zarys przedstawiłem w artykule: [MN33] Buszujący w mandaryńskim – długofalowy projekt samodzielnej nauki języka chińskiego. W pierwszej części wygłaszałem pochwalne peany na cześć wyboru chińskiego przekładu amerykańskiej powieści pt.: „Buszujący w zbożu" autorstwa J.D. Salingera, jako korpusu tekstów współczesnego języka mandaryńskiego. Tym razem skupię się m.in. na drobnych niedoskonałościach pomysłu wykorzystania właśnie tego materiału w celach związanych stricte z edukacją językową.


Problematyka przekładu

Woofla gościła już jeden, budzący, dyplomatycznie mówiąc, duże zainteresowanie, artykuł, poświęcony sztuce przekładu; jest nim tekst zatytułowany: Wszechobecne wulgaryzmy. Wbrew pozorom analizowanie rozmaicie pojmowanej „poprawności" tłumaczenia, to rozrywka dostępna dla każdego, nie tylko dla osób z akademickim przygotowaniem. Wystarczy zaopatrzyć się w oryginał dowolnej pozycji literackiej oraz jej przekład(y), by z czytelniczą zajadłością tropić niezgodności obydwu (lub większej liczby) wersji. W zależności od wrodzonej czepliwości znajdziemy mniej lub więcej nieścisłości, które na ogół nie mają absolutnie żadnego znaczenia, jeśli chodzi o odczuwaną przyjemność z lektury. Ale po co w ogóle o tym wspominam?

Jeden z moich pierwszych pomysłów dotyczący sposobu sprawdzania swoich postępów w przyswajaniu języka mandaryńskiego miał być oparty na sprawdzaniu identyczności własnego mandaryńskiego przekładu z wersją chińskiego tłumacza. Idea była prosta – w zamierzeniu wystarczyłoby sięgnąć po angielskie (amerykańskie) wydanie powieści i tłumacząc ją zdanie po zdaniu na kartce zapisywać własną chińską wersję, a następnie porównując ją z profesjonalnym przekładem, zaznaczać miejsca, w których nastąpiły niezgodności, które, po pewnym czasie, miałbym z pamięci naprostować. W zamierzeniu chciałem dążyć do stanu, w którym byłbym w stanie przekładać całe ustępy tekstu w identyczny sposób, w jaki zrobił to chiński tłumacz. Pomysł prosty, ale jak to często bywa – diabeł tkwi w szczegółach. O ile w przypadku języków bardzo do siebie zbliżonych (zarówno pod względem gramatycznym, leksykalnym, składniowym, jak i kulturowym) zarysowany wyżej koncept jest wart uwagi, o tyle w przypadku angielskiego i chińskiego okazał się nieco chybionym pomysłem.

Dalszą część artykułu podzielę na dwie połowy. W pierwszej pokażę na przykładach, dlaczego moje próby odtworzenia wersji zbliżonej do przekładu autorstwa chińskiego tłumacza momentami okazały się bezskuteczne. W drugiej natomiast wręcz przeciwnie – uczciwie przyznam, że niektóre fragmenty były zbyt „proste" w przekładzie, niż de facto powinny być.



Zbyt trudno?

Wystarczy sięgnąć po pierwsze słowa powieści, aby poczuć chłód czubka góry lodowej:

„If you really want to hear about it…"

„Jeśli rzeczywiście gotowi jesteście posłuchać tej historii…"

如果的确想听我讲…"

„Amerykański" podmiot liryczny zwraca się do czytelnika/ów (?) peryou„. Pole semantyczne tego angielskiego zaimka jest sumą pól odpowiednich polskich / chińskich zaimków: „ty + wy" oraz „ + 你们". Przypadek sprawił, że autorka polskiego przekładu wybrała akurat drugą osobę liczby mnogiej, a chiński tłumacz drugą osobę liczby pojedynczej. Nie ma to absolutnie żadnego znaczenia, gdy czytamy książkę dla przyjemności. Jeśli jednak chcemy osiągnąć pełną zgodność swojego tłumaczenia z tym profesjonalnym to „musimy" pamiętać, aby użyć właśnie 你 a nie 你们. Gdyby był to przekład (w znakach tradycyjnych) książki, po którą żaden szanujący się mężczyzna nigdy by z własnej woli nie sięgnął (~ „Ania z Zielonego Wzgórza"), to można by rozważyć użycie typowo żeńskiej formy zaimka 你 – 妳 (女 oznacza kobietę). Wracając do omawianego przypadku, jeśli użyjemy innej formy – 你们 intuicyjnie czujemy, że nie popełniamy żadnego błędu. Sytuacja jednak nie zawsze jest tak klarowna.

W jednym z kolejnych rozdziałów napotykamy zdanie:

„That's all right. We can smoke till they start screaming at us

„Nie szkodzi (…). Możemy palić, póki ktoś nie zacznie [na nas] krzyczeć"

“没关系,我们可以抽到他们开始向咱们嚷起来,

W języku chińskim nie występuje zjawisko deklinacji w związku z czym np. formy „my" i „nas" są nierozróżnialne i w języku standardowym tłumaczone jako 我们. Jednak w języku mandaryńskim występuje dodatkowy wariant tego zaimka – 咱们 używany w celu (szczególnego) zaznaczenia, że chodzi zarówno o nadawcę komunikatu, jak i odbiorcę. Dziwi mnie niekonsekwencja użycia tego zaimka w przytoczonym wyżej zdaniu, skoro w wagonie siedzi wyłącznie główny bohater powieści (podmiot liryczny) oraz pasażerka, z którą rozmawia. Dlaczego autor przekładu konsekwentnie nie użył w obydwu przypadkach 我们? Skoro w wagonie są tylko dwie osoby oraz potencjalne „osoby krzyczące" to czy użycie  咱们 znajduje jakieś uzasadnienie? Gdyby obok nich siedziała trzecia osoba paląca, wtedy użycie 咱们 służyłoby podkreśleniu, że skrzyczani zostaną wszyscy troje bez wyjątku. (Celowe zastosowanie 我们 mogłoby sugerować, że pasażerce, do której zwraca się bohater, się „upiecze").

Opisane przypadki to drobiazgi, które z literackiego punktu widzenia nie mają żadnego znaczenia, ale powodują niezawinione różnice w przekładach – własnym oraz chińskiego tłumacza.


Synonimiczność synonimów

Drugi bardzo często napotykany „problem" związany jest z niepewnością tego, czy użyty przeze mnie synonim, który „wydaje mi się" (kluczowe słowo) poprawny w tym kontekście, tak samo dobrze pasuje, jak inny ekwiwalent (?) użyty przez profesjonalnego tłumacza.

W jakich okolicznościach widząc angielskie „if„, powinienem użyć 如果a kiedy 要是? Czy jest jakaś zasadnicza różnica? W którym przypadku użycie jednego zamiast drugiego jest błędne? Tego typu pytania powracają za każdym razem, kiedy pojawia się angielskie słowo, które w języku mandaryńskim mogę wyrazić na kilka sposobów.

If you really want to hear about it…"

Jeśli rzeczywiście gotowi jesteście posłuchać tej historii…"

„你如果的确想听我讲…" (Przekład 1)

„你要是想听我讲…" (Przekład 2)

Tylko niektóre z wątpliwości można rozstrzygnąć poprzez porównanie tych samych fragmentów dwóch dostępnych chińskich przekładów powieści.

Opisany problem w różnym stopniu dotyczy również niżej wymienionych przykładów słów o różnym „poziomie synonimiczności":

‚ale’: 可/但(是)/不过
‚w’: 在。。。里/中/内
‚chcieć’: 想/要/肯
‚przynajmniej’: 至少/最少
‚powodować’: 让/叫/令
‚prawie’: 几乎/将近/差不多/差点儿
‚zwłaszcza’: 特別/尤其(是)
‚rzeczywiście’: 真/老实/的确/其实
‚prawdopodobnie’: 也许/大概
‚obecnie’: 现在/目前
‚dziecko’: 小孩/孩子
‚czuć’: 觉得/感觉
‚po’: 。。。以后/之后
‚po’: 然后/后来。。。
‚przypominać sobie’: 想起/记起
‘ekstremalnie’:极了/要命/了不起/不得了
‘nawet jeśli’:哪怕/甚至
‘nauczyciel’:老师/教师
‘nikt’:无人/没有人
‘tylko’:只/只有/只是
‚wspinać się na górę’: 上山/爬山/登山
‚itd.’: 等等/什么的


Tłumaczenie (prawie) wierne

Tłumaczy nie raz kusi, aby dodać coś od siebie, choćby w celu wzmocnienia siły przekazu:

„I never even once saw a horse anywhere near the place."

„A ja tam przez cały czas nawet szkapy z bliska nie widziałem".

„其实我在学校附近连一匹马的影儿也没见过。"

Polskie wcielenie podmiotu lirycznego nie widziało nie tylko (pełnowartościowego) konia, ale nawet szkapy, natomiast chińskie choćby końskiego () cienia (影儿) .

Niekiedy, co wydaje się już mniej zrozumiałe, tłumacz zmienił wydźwięk użytych w oryginale słów:

„Well. . . they'll be pretty irritated about it,"

„No… zdenerwują się bardzo"

„呃,⋯⋯他们听了会觉得烦恼,"

Odczucie (觉得) zmartwienia (烦恼) to jednak trochę coś innego niż irytacja / rozdrażnienie / zdenerwowanie.


Błędy w tłumaczeniu

Zadziwiające jest również to, że można przetłumaczyć coś zupełnie na odwrót i nie ma to żadnego wpływu na fabułę.

Hardly anybody laughed out loud,"

Nikt prawie nie roześmiał się głośno,"

大家都哄笑起来," (Przekład 1)

„可以说几乎没一个人笑出声来," (Przekład 2)

Autor tłumaczenia, z którego korzystam zupełnie zmienił wersję wydarzeń. Jego zdaniem  wszyscy (大家) i to bez wyjątku () zaczęli się śmiać. Drugi z dostępnych przekładów jest bardziej zgodny z oryginałem.


Zaskakujące tłumaczenia

Wydawałoby się, że niezależnie od różnic kulturowych ciało Amerykanina, Polaka oraz Chińczyka powinno reagować podobnie na te same bodźce zewnętrzne.

„He was always yelling, outside class. It got on your nerves sometimes."

„Poza lekcjami zawsze wrzeszczał. Czasem to było nawet dość denerwujące."

„除了在教室里,他总是大声嚷嚷。有时候声音高得令人皮疙瘩。" (Przekład 1)

„除了在教室里,他总是大声嚷嚷。有时候你听了真会皮疙瘩。" (Przekład 2)

Nieco zaskakujące jest to (a jeszcze bardziej zdumiewa zgodność dwóch chińskich przekładów, która budzi wątpliwość odnośnie tego, czy powstawały niezależnie od siebie), że głośny i zarazem denerwujący krzyk nauczyciela prokurował w chińskiej wersji podmiotu lirycznego reakcję pilomotoryczną. Wyrastanie () guzków (疙瘩) kurzej () skóry () to zgodnie z encyklopedyczną definicją skurcz mięśni przywłosowych położonych u podstaw mieszków włosowych na znacznym obszarze skóry, powodujący wyprostowanie włosów. My Polacy mówimy, że „dostaliśmy gęsiej skórki" w sytuacji, gdy jest nam zimno, albo się boimy, ale osobiście trudno mi wiązać tego rodzaju objawy ze zdenerwowaniem (które nie jest spowodowane akurat odczuciem strachu) / graniem na (moich) nerwach czy poczuciem wkurzenia.



Za łatwo?

Przytoczone wyżej przykłady miały na celu ukazanie reprezentatywnych sytuacji, w których tłumaczenie sporządzone przeze mnie, choćby w myślach, nie było (bo w wielu przypadkach po prostu nie mogło być) identyczne z tym uzyskanym przez chińskiego tłumacza. Poniżej, z kolei, pokażę kilka przykładów sformułowań o charakterze idiomatycznym, które zgodnie z moim odczuciem zostały przetłumaczone zbyt dosłownie. Względnie łatwo tłumaczy się sformułowania, w których pod kolejne słowa wystarczy podstawić ich słownikowe ekwiwalenty z innego języka, znacznie trudniej oddać myśl w sposób kongenialny.

Tłumaczenie dosłowne v kongenialne

Co rusz, w chińskim tłumaczeniu natrafiam na sformułowania, co do których mam wrażenie, że są przesadnie dokładną kalką z angielskiego.

„(…) and it was cold as a witch's teat," (zainteresowanych genezą tego powiedzenia odsyłam tutaj: 1, 2, 3.)

„(…) a zimno było (…), jak wszyscy diabli,"

„天气得像巫婆奶头

Kongenialne tłumaczenie zimno jak diabli wydaje się lepiej oddawać sens niż dość osobliwa „mało chińska" wersja: pogoda (天气) była zimna ) tak (得) jak  (像) sutki (奶头) czarownicy (巫婆 + 的).

Bardzo podobny przykład wydaje się świadczyć o niewielkiej świadomości dotyczącej fundamentów (a właściwie piwnic) europejskiego chrześcijaństwa.

 „It was icy as hell

Gołoledź była diabelna"

„天得像在地狱里一样"

Autor chińskiego przekładu tłumacząc zbyt dosłownie powyższe zdanie otrzymał bezsensowny, na gruncie logiki, twór o charakterze oksymoronu:

Dzień 天 był zimny 冷 tak (得)  samo (一样)  jak (像) w (在…里) piekle (地狱).

A wystarczyło przetłumaczyć hell nie jako okolicznik miejsca, lecz chiński odpowiednik przysłówka stopnia: cholernie czy diabelnie.


Wulgaryzmy nie tylko u Szekspira

Dosyć groteskowo wygląda opisowy sposób przedstawienia pojęcia, którego nie sposób oddać innym słowem niż „sukinsyn" czy wręcz „skurwysyn„:

„I can't stand that sonuvabitch"

„Nie znoszę tego sukinsyna"

我受不了那婊子养的

婊子养的 to opisowa konstrukcja z [pustym / domyślnym dopełnieniem]; [ktoś / człowiek] którego () wychowała (prostytytka (婊子) . Czyż nie lepiej byłoby wyrazić tę specyficzną „rodzinną relację" choćby złożeniem 混账 ?



Co z tego wynika?

Mogłoby się wydawać, że w obliczu powyższych uwag plan nauki mandaryńskiego oparty na chińskim przekładzie „Buszujacego w zbożu" wziął w łeb. Podchodzę jednak do tego w sposób pragmatyczny – podobnie jak Pułkownik Stukółka  przywódca szykującego zasadzkę oddziału partyzantów:

„- Słuchajcie chłopcy, tutaj nieopodal, niebawem trasą na Radom będzie przejeżdżał niemiecki dygnitarz Hermann Ampler. (…) Spójrzmy na mapę…

– Po co? Przecież to mapa Chile.

– Nie mamy innej mapy. To jest wojna. Musimy walczyć tym, co mamy!

– Chociaż trzeba przyznać, że ta mapa kilka razy nieźle nas zmyliła.

– Tak. Na przykład, gdy próbowaliśmy się przebić przez płaskowyż El Paso Domingo.

– Albo jak chcieliśmy sforsować Orinoko. Mało krokodyle nas nie zjadły."

Kabaret Moralnego Niepokoju – „Partyzanci"

Jestem zdania, że przerabiany materiał (chiński przekład powieści) można dobrze wykorzystać łącząc czujność ustrojową z tworzonymi przez siebie naprędce tłumaczeniami roboczymi, które rozwiązują wiele (choć niestety nie wszystkie) z poruszonych w tym artykule problemów. Więcej o tym, już w kolejnej depeszy z mandaryńskiego frontu.


Zobacz również:

[MN33] Buszujący w mandaryńskim – długofalowy projekt samodzielnej nauki języka chińskiego

Automotywacja i potrzeba zmiany

W dzisiejszym artykule chciałabym podzielić się z Wami sposobami na motywację. Zacznijmy od początku – czym jest motywacja? Jest to wewnętrzna siła napędowa, która pozwala nam osiągać cele i iść do przodu. W kontekście nauki języka jest to motor naszych działań, bez którego nie zaczniemy, a co gorsze nie wytrwamy w naszym działaniu. Z pewnością wielu z Was zna, chociażby ze słyszenia, popularnych trenerów czy coachów takich jak Mateusz Grzesiak lub Miłosz Brzeziński. Takie osoby zajmują się motywacją, wygłaszają przemowy na forach i wydają książki, w których pomagają nam odkryć naszą wewnętrzną siłę. Skąd się wzięła ich popularność? Bardzo często w naszym życiu zawodowym czy osobistym osiągamy etap stagnacji, gdzie poziom motywacji spada. Zadaniem trenera jest przede wszystkim uświadomienie nam, jak wiele od nas zależy. Dlatego też ludzie chętnie korzystają z ich usług. A co powiecie na to, żeby zmotywować się samemu? Czy są sposoby, żeby wyznaczać sobie cele i ich dotrzymywać? Jak stanąć na wysokości zadania i mieć apetyt na więcej? Zapraszam do lektury.

Magiczne słowo na dziś – AUTOMOTYWACJA – klucz do naszych pragnień, marzeń i sukcesów. Motywacja sama w sobie jest bardzo złożonym zjawiskiem, natomiast dziś zamierzam przybliżyć Wam ideę automotywacji, która wcale nie jest taka trudna do wypracowania. Zacznijmy od definicji, według Marzena Jankowskiej i Beaty Wolfigiel autorek książki „Automotywacja odkryj w sobie siłę do działania":

Automotywacja nie jest czymś stałym i statycznym. Nie da się zrobić z niej zapasu. To dynamiczny proces, na który składa się wiele elementów koordynowanych przez Twoje centrum dowodzenia.

 

Początek procesu automotywacji można zaobserwować wtedy, gdy jako jednostka odczuwasz potrzebę zmiany zachowania. Nieważne czy jest to wykupienie karnetu na siłownię czy nauka nowego języka. Każda decyzja wymaga od Nas zmiany dotychczasowego zachowania. To trudny proces, podczas którego musimy zmienić swoje wieloletnie nawyki.

Podczas planowania zmiany kluczowe jest zadanie sobie kilku pytań:

  • Jaki jest Twój cel?
  • Czy jesteś gotowy zrobić absolutnie wszystko, żeby go osiągnąć?
  • Co w przypadku, gdy spotka Cię porażka? Jak sobie z nią poradzisz?
  • Jak będziesz kontrolować swoje emocje?
  • Jak będzie przebiegać Twoja zmiana? Etap po etapie.

Ludzie dzielą się na dwa typy : Ci którzy wierzą w to, że ludzie mogą się zmienić i Ci, którzy są przekonani o stałości ludzkiej natury. Ludzie, którzy uważają, że nie są w stanie się zmienić, mają duże kłopoty z motywacją. Ciężej im podjąć jakiekolwiek wyzwanie lub zdecydować się na nową inicjatywę.  Przykład: Ania narzeka na swoją pracę, mimo to od pięciu lat pracuje w tej samej firmie. Natomiast Kasi nie podobało się jej dotychczasowe zajęcie, więc postanowiła zmienić pracę. Sytuacja Ani jest bezpieczna, bo ma stałe zajęcie, jednak praca, którą wykonuje nie spełnia jej oczekiwań. Mimo to Ania nie chce zdecydować się na szukanie innej pracy. Kasia jest nastawiona na zmianę, jeśli coś jej nie odpowiada, zmienia swoje środowisko tak, by czuć się w nim komfortowo. A Ty do której grupy się zaliczasz? Moim zdaniem każdy z nas jest w pewnym stopniu elastyczny i potrafi dokonać zmiany w swoim życiu, proces ten jest uzależniony od wielu czynników, dlatego też u jednych osób przebiega dość sprawnie, natomiast u innych mogą występować dłuższe przerwy w realizacji celu.

Bardzo ważnym elementem automotywacji jest postrzeganie siebie samego. Ciężko się zmotywować, jeśli mówimy do siebie w myślach „Jaki jestem beznadziejny” albo „Nigdy się tego nie nauczę”. Pozytywne postrzeganie zmiany i jej efektów przyspiesza jej proces i pomaga Nam w chwilach zwątpienia. Warto nad tym popracować.

Dlaczego ludzie się zmieniają? Są dwa główne czynniki albo chcemy czegoś uniknąć (złej oceny, choroby, utraty znajomych), albo chcemy coś osiągnąć (zdać egzamin, zbudować relację, wzbogacić swoje CV). Tak większość z nas właśnie podchodzi do zmiany. Wybieramy sobie cel – załóżmy, że jest to opanowanie nowego języka na poziomie B1 w realnym przedziale czasowym, czyli cel, który jesteśmy w stanie osiągnąć. Bardzo ważne jest, żeby realizować swoje cele, pamiętając o sporządzeniu swojej własnej strategii. Zaczynamy etap po etapie opisywać nasz proces, jak chcielibyśmy, żeby wyglądał. Musimy skupić się też na narzędziach, które pomogą nam osiągnąć cel. Następną wartą wspomnienia czynnością jest przygotowanie swojego otoczenia na nadchodzącą zmianę. Reasumując, jeśli chcemy podjąć się nauki języka obcego, musimy zorganizować sobie ku temu sposobność (czas w grafiku, miejsce), zadbać o narzędzia (podręczniki, słowniki, korepetycje), pomyśleć o ewentualnym wykorzystaniu nabytych umiejętności (wyjazd za granicę, spotkanie ze znajomymi, rozmowa o pracę).

Trzeba wziąć pod uwagę, że na naszej drodze wystąpią pewne przeszkody, które mogą odwrócić naszą uwagę od głównego celu :

  • Jutro – Najgorszy z możliwych, ale znany każdemu syndrom „zrobię to jutro”. To, co przeszkadza Ci w działaniu, to Ty sam. Mówienie o zmianie (chwalenie się, że uczysz się języka arabskiego) to jeszcze nie działanie (nauka, czyli słuchanie, pisanie, czytanie itd.). Nie traktuj tego w kategoriach obowiązku, lecz możliwości do rozwoju. Zawsze można powiedzieć, że jest za późno, za wcześnie, za ciepło i za zimno. Nie ma jutro, zrób to dzisiaj.
  • Magia – Cudów nie ma niestety. Nikt się za Ciebie, ani za mnie, tego nie nauczy. Rozwiązanie jednego ćwiczenia z gramatyki też nie uczyni z Ciebie od razu geniusza. To długa praca, bądź na to przygotowany.
  • Bez wysiłku – Nic nie przychodzi bez pracy. Bez poświęcenia nie dotrzesz do celu. Nieważne czy chcesz zgubić parę kilogramów, skończyć studia podyplomowe czy mówić po japońsku, każdy cel wymaga ogromu poświęcenia.

Warto również zacytować autorki wymienionej wcześniej książki:

To, co otrzymujesz, osiągając swój cel, nie jest nawet w przybliżeniu tak ważne, jak to, czym się stajesz w procesie dążenia do niego.

Automotywacja nie istnieje bez determinacji.  Według Artura Wikiery autora książki „Alfabet Motywacji":

Determinacja to zdolność stawania do walki mimo porażek, zdolność podnoszenia się po ciosach.

Każdy może wypracować swoją automotywację, która pozwoli mu spełnić marzenia, rozwinąć skrzydła i stać się tym, kim zawsze chciał być. Podstawowym warunkiem w osiągnięciu sukcesu jest determinacja i skupienie się na głównym celu naszych działań. Nie wolno zapomnieć o pozytywnej postawie względem siebie samego, a także o tym, że porażki zdarzają się każdemu, należy je zaakceptować i iść do przodu.  Niezłomnej motywacji, opierającej się nawet największym pokusom sobie i Wam życzę!

Kanały na YouTube, które pomogą Ci szlifować francuski

W latach 90., gdy chodziłam do szkoły podstawowej, uczyłam się języków obcych za pomocą schematycznych nagrań z kaset magnetofonowych. Dziś, gdy dostęp do internetu nie jest już rarytasem, wybór materiałów do słuchania jest dużo szerszy, a szlifować języki można nawet siedząc na YouTube. Dziś chciałabym przedstawić kilka kanałów, które mogą przydać się osobom uczącym się języka francuskiego na różnych poziomach zaawansowania.

Français avec Pierre – kanał przydatny dla wielu osób, także tych, które opanowały dopiero podstawy francuskiego. Autor filmików, Pierre Babon, mieszka w Bordeaux i pracuje jako nauczyciel języka francuskiego dla obcokrajowców. Mówi bardzo powoli i wyraźnie. Jednym z jego najpopularniejszych filmików jest Le gros mots françaisopowiadający o wulgaryzmach francuskich.

Nie widzisz, że mnie wku*wiasz?- tak brzmi polskie tłumaczenie słów naburmuszonego kota. Jeśli chcecie poznać wiecej francuskich wulgaryzmów, obejrzyjcie filmik Pierre'a.

Nie widzisz, że mnie wku*wiasz?– pyta naburmuszony kot. Jeśli chcecie poznać więcej francuskich wulgaryzmów, obejrzyjcie filmik Pierre'a.

Niektóre filmiki Pierre'a mają w tytułach sugerowany stopień biegłości języka – np. filmik o kuchni francuskiej, skierowany do osób o poziomie A2/B1 czy o podróży do Japonii przeznaczony dla osób o poziomie B2. Część filmików dotyczy zagadnień gramatycznych, np. przyimków. Są też filmiki dotyczące egzaminów DELF i DALF. Jeśli ktoś szuka pracy w krajach francuskojęzycznych, może liczyć także na garść porad, jak napisać CV.

alexdoyoufrench – kanał także dobry dla początkujących użytkowników języka francuskiego. Zawiera bardzo krótkie, około 2-3 minutowe filmiki na rozmaite tematy, od Erasmusa, poprzez porady dietetyczne dla ciężarnych kobiet, aż po źródła dochodów Państwa Islamskiego. Po kliknięciu w ikonkę po prawej stronie na dole ekranu, wyświetla się transkrypcja nagrania.

Autor zachęca jednak, by najpierw starać się zrozumieć jak najwięcej, słuchając nagrania bez napisów, a dopiero później włączyć napisy. W opisach filmików umieszcza on propozycję ćwiczenia dla wytrwałych. Ma polegać ono na przesłuchaniu filmiku, następnie odtworzeniu go po raz drugi i próbie spisania nagrania, później na sprawdzeniu znaczenia nowych słówek, a dopiero na końcu zapoznania się z transkrypcją, umieszczoną również w opisie.

Oczywiście to, w jaki sposób korzysta się z filmików, powinno zależeć od indywidualnych preferencji oraz od celu nauki. Jeśli zamierzacie zdać egzamin certyfikacyjny DALF bądź polsko-francuską maturę dwujęzyczną, będziecie musieli nauczyć się pisać compte-rendu- streszczenie najważniejszych informacji występujących w wysłuchanym tekście. W takiej sytuacji dobrą metodą nauki słuchania może być po prostu zapisywanie (po francusku, rzecz jasna) najważniejszych informacji w trakcie słuchania nagrania, a następnie zapoznanie się z transkrypcją, by zorientować się, ile zrozumieliśmy.

Po kliknięciu w ikonkę, którą oznaczyłam żółtym kółkiem, na ekranie pojawia się transkrypcja nagrania. Pan na zdjęciu jest kolekcjonerem opakowań po serach. W języku francuskim osobę oddającą się tej niebanalnej pasji, można określić jednym słowem: un tyrosémiophile

Po kliknięciu w ikonkę, którą oznaczyłam żółtym kółkiem, na ekranie pojawia się transkrypcja nagrania. Pan na zdjęciu jest kolekcjonerem opakowań po serach. W języku francuskim osobę oddającą się tej niebanalnej pasji można określić jednym słowem: un tyrosémiophile

Optimistic Traveler to kanał, który przypadnie do gustu osobom zainteresowanym tematyką podróżniczą. Prowadzą go Milan z Niemiec i Muammer, Turek mieszkający we Francji. Ich przyjaźń zaczęła się w 2010 roku dzięki stronie Couchsurfing, a 4 lata później ruszyli razem w 80-dniową podróż dookoła świata… bez grosza (czy raczej eurocenta) przy duszy.

Na YouTube można zobaczyć filmiki z ich odważnej eskapady oraz jeden dłuższy, ponad 45-minutowy film dokumentalny, w którym występują Milan i Muammer oraz inni ludzie, którzy pewnego dnia postanowili rzucić wszystko i ruszyć w daleką podróż. Poznajemy nie tylko blaski, ale też cienie tych wojaży, jeden z bohaterów miał np. wątpliwą przyjemność przekonać się, jak wygląda kostarykańskie więzienie.

 

Wyprawa Milana i Muammera. A to wszystko w 80 dni i bez grosza przy duszy!

Wyprawa Milana i Muammera. A to wszystko w 80 dni i bez grosza przy duszy!

Romain World Tour – ten kanał także powinien zainteresować miłośników podróży. Romain, młody mieszkaniec Lyonu, pod koniec 2008 roku zdecydował się wyruszyć na roczną wyprawę dookoła świata. Na kanale jest dużo krótkich ujęć z różnych części świata, ale spora część z nich jest po angielsku. Jest jednak też pełnometrażowy, prawie 3-godzinny film po francusku, relacjonujący przebieg całej wyprawy. Romain mówi bardzo powoli i wyraźnie, a film opatrzony jest napisami po angielsku.

 

Jean-Baptiste Gallot – Ten kanał z pewnością zainteresuje miłośników dobrego kina dokumentalnego. W dorobku Jeana-Baptiste'a Gallota, paryskiego reżysera i producenta filmowego, dostępnym na jego kanale na YouTube, także znajdują się krótkie ujęcia z różnych ciekawych miejsc we Francji i poza nią. Jest także film Vacances extrêmes ou vacances gratuites, poświęcony tematyce niskobudżetowych podróży. Podróże nie są jednak jedynym tematem filmów dokumentalnych realizowanych przez Gallota i jego współpracowników. Na kanale Gallota można znaleźć też m.in. filmy o kobietach wykonujących stereotypowo męskie zawody, jak strażak czy pilot, oraz film Personnes disparues: les exploiteurs de la détresse, opowiadający o problemach rodzin osób zaginionych. Można dowiedzieć się z niego, jak wyglądają pierwsze dni poszukiwań, poznać przykłady dobrych i złych działań policji oraz dowiedzieć się więcej o tytułowych wyzyskiwaczach nieszczęścia. Są to osoby, które, czasami za naprawdę niebagatelne sumy, oferują nie zawsze fachową pomoc, nieraz powołując się na swe rzekome zdolności paranormalne i szukając odpowiedzi na pytanie o losy zaginionej osoby np. za pomocą kart tarota. Ekipa filmowa postanawia na własną rękę sprawdzić, jak działają takie osoby. W tym celu filmowcy przychodzą do nich z prośbą o pomoc w sprawie zaginionej kobiety. W rzeczywistości przedstawione przez nich dane osobowe owej pani są zmyślone, a wizerunku użyczyła redakcyjna koleżanka. Czego dowiedziała się ekipa filmowa? Zobaczcie sami.

SerialKillerChannel [SKC] – Na tym kanale znajdziecie filmy trwające przeciętnie ok. 45 minut, przedstawiające sylwetki różnych zbrodniarzy, zarówno z Francji, jak i spoza niej. Film Le Diable en personne przedstawia mężczyznę, który w 2008 roku w okolicach Paryża, w masce diabła zamordował 14-letnią Priscillę. Śledztwo wykazało, że był nim 39-letni Didier Leroux, długoletni przyjaciel rodziców 14-latki. Film Beverly Allitt. La tueuse en série britannique, opowiada o brytyjskiej pielęgniarce znęcającej się (w kilku przypadkach ze skutkiem śmiertelnym) nad niemowlętami, które miała leczyć. Biegli psychiatrzy stwierdzili u niej zespół Münchhausena per procura- odmianę zespołu Münchhausena, przejawiającą się chorobliwą potrzebą wywoływania rozmaitych dolegliwości u osób pozostających pod opieką osoby owładniętej syndromem.

Tytułowy bohater niemieckiej powieści Przygody barona Munchhausena był znany z opowieści o swoich przygodach, równie barwnych, co nieprawdziwych. Nazwa syndrom Munchhausena określa zaburzenie psychiczne polegające na wywoływaniu u siebie objawów i przypisywaniu sobie rozmaitych chorób. Zespół Munchhausena per procura polega na wywoływaniu objawów u dziecka lub innej osoby, którą się opiekujemy. Właśnie na taką formę tego zaburzenia cierpiała Beverly Allitt, o której opowiada jeden z filmów dostępnych na Serial Killers Channel.

Tytułowy bohater niemieckiej powieści Przygody barona Munchhausena był znany z opowieści o swoich przygodach, równie barwnych, co nieprawdziwych. Nazwa syndrom Munchhausena określa zaburzenie psychiczne polegające na wywoływaniu u siebie objawów i przypisywaniu sobie rozmaitych chorób. Syndrom Munchhausena per procura polega na wywoływaniu objawów u dziecka lub innej osoby, którą się opiekujemy. Właśnie na taką formę tego zaburzenia cierpiała Beverly Allitt, o której opowiada jeden z filmów dostępnych na Serial Killers Channel.

Kanał ten powinien przypaść do gustu osobom, które lubią dreszczyk emocji. Uwaga! Niektóre szczegóły, np. dotyczące morderstwa czy ułożenia zwłok, potrafią być drastyczne.

Non Elucidé to kanał dla prawdziwych miłośników kryminalistyki. Program Non élucidé był emitowany w latach 2008-2015 na kanale telewizyjnym France 2. Według statystyk podawanych na początku każdego odcinka, we Francji co roku ma miejsce około 1000 morderstw, a w przypadku 80% z nich udaje się znaleźć sprawcę. W każdym odcinku programu zostaje bardzo szczegółowo omówiona jedna ze spraw należących do pozostałych 20%. Jeden odcinek trwa przeciętnie tyle, ile pełnometrażowy film – około półtorej godziny. Jedną ze spraw przedstawionych w programie jest tajemnicze zniknięcie Susanne Viguier, instruktorki tańca z Tuluzy. Niektóre poszlaki wskazują na winę jej męża, profesora prawa, inne – na mężczyznę poznanego przez Susanne na krótki czas przed zaginięciem. Istnieje też wersja wydarzeń wskazująca na dobrowolne oddalenie się z domu. Niektóre z tych tajemniczych spraw zostały wyjaśnione dzięki programowi. Jedną z nich jest śmierć Stéphane'a Dieterich, 24-latka z Belfort w północno-wschodniej Francji. Pewnego lipcowego wieczoru 1994 roku Stéphane powiedział rodzicom, że wychodzi z domu, by omówić ze swoim przyjacielem Patrickiem planowany wyjazd na wakacje. Nic nie wskazywało na to, że na drugi dzień zmasakrowane ciało Stéphane'a zostanie znalezione w lesie, w pobliżu wesołego miasteczka.

Niektóre poszlaki wskazywały na Patricka. Podejrzewano też pracowników wesołego miasteczka i ich znajomych, gdyż środowisko to miało opinię „szemranego towarzystwa". Jeszcze inna wersja wydarzeń głosiła, że Stéphane był homoseksualistą, a jego śmierć została powiązana z morderstwami młodych homoseksualnych mężczyzn, które miały miejsce we wschodniej Francji nieco wcześniej. Dzięki odcinkowi programu, poświęconemu sprawie Stéphane'a, udało się dotrzeć do nowych, kluczowych świadków. Kto i dlaczego brutalnie odebrał życie młodemu mężczyźnie? Tego możecie się dowiedzieć na przykład tutaj.

Warto dodać, że programy kryminalne to kopalnia słówek o tematyce sądowo-śledczej. Oto niektóre z nich:

porter une accusation sur quelqu'un– wnieść oskarżenie wobec kogoś

lancer l'enquête– rozpocząć śledztwo, wszcząć śledztwo

Stéphane Dieterich, brutalnie zamordowany w 1994 roku w wieku 24 lat. Dzięki programowi Non Elucidé, po ponad 20 latach od zbrodni sprawca został znaleziony.

Stéphane Dieterich, brutalnie zamordowany w 1994 roku w wieku 24 lat. Dzięki programowi Non Elucidé, po ponad 20 latach od zbrodni sprawca został znaleziony.

le tueur en série– seryjny morderca

la perquisition– przeszukanie, rewizja

l'emprisonnement à perpétuité– dożywocie

l'homicide involontaire– nieumyślne spowodowanie śmierci

la légitime défense– obrona konieczna

le non-lieu– umorzenie

Ciekawych, francuskojęzycznych kanałów jest oczywiście dużo więcej. Jeśli wiesz, co jeszcze powinno znaleźć się na tej liście, zachęcam do dzielenia się w komentarzach.


Zobacz także:

Gotyckie (i nie tylko) brzmienia znad Wełtawy
Francuskie brzmienia: Dernière Volonté
Francuskie brzmienia – część 2: Naufragés du Silence

Kryteria oceny treści, czyli jak znajdować wartościowe materiały
Przewodnik po Deutsche Welle

 

 

 

Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje w trakcie wyjazdu

Örebro [œrə'bruː] – miasto w regionie Örebro w środkowej Szwecji.

Örebro [œrə'bruː] – miasto w regionie Örebro w środkowej Szwecji.

Czas na drugą porcję przemyśleń zapoczątkowanych w sierpniowym artykule. Głównym zamysłem było (i nadal jest) napisanie trzech części – przedwyjazdowej, wyjazdowej i powyjazdowej – związanej z moim użyciem szwedzkiego w praktyce podczas studenckiej wymiany. Podstawowe fakty są nadal  aktualne – pobyt odbywa się w ramach programu Erasmus, obejmuje okres od stycznia do czerwca 2016 roku, zakłada studiowanie w języku angielskim, zaś uczelnią docelowa jest Uniwersytet w Örebro w środkowej Szwecji. Jeżeli jesteście ciekawi, jak staram się udowodnić swoją znajomość języka szwedzkiego po kilku ładnych latach samodzielnej nauki, zapraszam do czytania.

W pierwszej części planowanej trylogii wymieniłam niemal wszystkie obawy, jakie kołatały się w mojej głowie w związku z językowym aspektem wyjazdu. Martwiła mnie przede wszystkim świetna znajomość angielskiego – zarówno moja, jak i większości Szwedów (niezależnie od wieku!), która mogłaby zniweczyć moje ambitne plany konwersacyjne. Bałam się także mnogości dialektów i wariantów wymowy, jakie można w tym studenckim miasteczku napotkać, oraz nastawienia samych Szwedów wobec szaleńców uczących się ich języka bez żadnego wyraźnego (imigranckiego) powodu. Nie byłam również do końca pewna, czy uda się z odpowiednią, reprezentatywną próbką rodzimych native'ów w ogóle zapoznać – wszak większość czasu na takiej wymianie spędza się w towarzystwie anglojęzycznym, międzynarodowym, niekoniecznie związanym kulturowo z krajem tymczasowego pobytu. I wreszcie – modliłam się o przełamanie własnych oporów, wstydu i fałszywej skromności, zwłaszcza, że szwedzki to właściwie jedyny język obcy poza angielskim, z którym doszłam do co najmniej komunikatywnego poziomu. Zatem zacznijmy od początku…

NEVER UNDERESTIMATE THE POWER OF ERASMUS

Będąc częścią ESN (Erasmus Student Network) trzeba się naprawdę nieźle nagimnastykować, aby uniknąć zawierania co najmniej kilkunastu znajomości tygodniowo, przynajmniej przez pierwsze tygodnie wymiany. Pomijając osoby ze wszystkich zakątków Europy i świata, grupami opiekuje się całkiem spora garstka Szwedów, choć oczywiście w samym akademiku zdarzają się Skandynawowie wręcz unikający jakiegokolwiek kontaktu z ‚Erasmusami’. Wracając do przykładów nieco bardziej pozytywnych, już blisko 3 tygodnie po inauguracji letniego semestru, opiekunowie wyszli naprzeciw zapotrzebowaniu studentów międzynarodowych, chcących zaczerpnąć podstaw tajemniczego i melodyjnego języka szwedzkiego. Powstały dwa kółka semi-naukowe, z czego pierwsze zaczynało zupełnie od zera, zaś drugie czuło się mniej więcej na poziomie A1-A2. Nikt nie pytał po co, dlaczego, ani nie oczekiwał wynagrodzenia – ot, grupka szwedzkich studentów (część z nich studiująca pedagogikę) poświęcała 2-3 godziny tygodniowo na przekazanie wiedzy o swoim ojczystym języku. Rzecz jasna zapał obcokrajowców szybko się ostudził i, z tego co widzę obecnie, spotkania są nagminnie odwoływane z powodu mikroskopijnej liczby chętnych. Niemniej jednak brawa dla naszych nordyckich przyjaciół za odpowiedzialne i entuzjastyczne podejście do tematu.

Ja niestety nadal miałam problem – gdybym miała znowu uczyć się cyfr, kolorów, przedstawiania się czy pytania o drogę, najprawdopodobniej trafiłabym do szpitala psychiatrycznego w stanie ciężkiej katatonii. Należało się zatem postarać o prywatnego kolegę lub koleżankę z dodatkową funkcją nauczycielską.

I'M SORRY, I CAN'T UNDERSTAND SKÅNSKA AT ALL

Najbardziej absurdalną sytuacją było chyba chwalenie się swoją jako-taką znajomością szwedzkiego w rozmowie z rodzimym użytkownikiem tego języka, przeprowadzanej całkowicie w języku angielskim. Szybko zrozumiałam, że bez przymusu niewiele się uda, tak więc na lotniskach, w sklepach i innych punktach usługowych udawałam, że angielskiego po prostu nie znam. Szło wspaniale, niestety udawanie wannabe-Szwedki nie było już takie łatwe w sytuacji, gdy rozmówca wiedział, że jestem Polką na Erasmusie i angielski znam zapewne ponadprzeciętnie dobrze. Zdarzyło mi się także usłyszeć wymówkę, jakoby to usposobienie Szwedów kazało im pozostawać przy angielskim – nie chcą, by ktokolwiek czuł się niekomfortowo siląc się na zbudowanie zdania po szwedzku (nawet, jeśli ten ktoś się tego języka dzielnie uczy, a rozmowa z nativem jest jego niepowtarzalną szansą na trening).

Tęcza nad kampusem. fot. własna

Tęcza nad kampusem. Fot. własna

Całe szczęście, znalazły się przynajmniej dwie osoby, które moje ambicje potraktowały z pełną powagą i do dziś zmuszają mnie do wyrażenia w ich języku wszystkiego, co chcę im przekazać. Z jedną z tych osób nie zamieniłam po angielsku ani jednego pełnego zdania, choć wierzcie mi, że nieraz go o to w zmęczeniu prosiłam.

Cudownym aspektem bycia częścią Uniwersytetu w Örebro jest możliwość uczestnictwa w jego naprawdę bogatym życiu studenckim. Kampusowy klub nocny, spełniający także funkcję pubu i kawiarni oraz możliwość wolontaryjnej pracy tamże bardzo pomogły mi zanurzyć się w całkowicie i prawdziwie szwedzkojęzycznej rzeczywistości.

Co zaś tyczy się dialektów – jest jedna koleżanka, z którą postanowiłyśmy pozostać przy angielskim, właśnie ze względu na wariant wymowy, jakim się posługuje. Szwedzki ze Skåne pokonał mnie już na etapie zrozumienia prostego pytania ‚jak się masz’, zaś używane przez innego kolegę finlandssvenska przypasowało mi chyba najbardziej.

SPRAWY WAŻNE I WAŻNIEJSZE

Poznając jakiegokolwiek Szweda lub Szwedkę (a w ostatnich tygodniach mam ku temu coraz więcej okazji), staram się od razu dać im znać o mojej chęci praktykowania szwedzkiego. Nie robię tego dla splendoru, bardziej po to, by jak najprędzej odzwyczaić ich od angielskiego, no i oczywiście sprawdzić, czy mam w ich języku jakiekolwiek zdolności przekonywania. Reakcje są praktycznie zawsze bardzo pozytywne, tym bardziej szkoda, gdy czar pryska, kiedy na angielski po prostu muszę przejść. Dzieje się tak w kilku następujących sytuacjach:

  • ktoś chce powiedzieć mi coś bardzo osobistego i wymaga ode mnie równie osobistego komentarza – niestety na dyskusje o związkach i sensie życia i śmierci mój szwedzki jest nieco zbyt kulawy;
  • chcę uzyskać pewność, że ktoś zrozumie mnie w jakiejś ważnej sprawie – zazwyczaj chodzi o odpowiedzialność w pracy;
  • inna ważna sprawa musi być przedyskutowana szybko i sprawnie, tak aby żadna ze stron nie pomyliła się w dalszych działaniach;
  • …lub po prostu w towarzystwie znajdują się osoby nie mówiące po szwedzku i kultura nakazuje włączenie je do rozmowy.

A DOBRZE ZNASZ TEN SZWEDZKI?

Dobre pytanie, które powinnam stawiać sobie praktycznie codziennie. Zawsze utrzymywałam, że moja znajomość szwedzkiego formowała się bardzo nierównomiernie – moje rozumienie ze słuchu znacznie przewyższa czytanie, zaś o mówieniu na głos przed wyjazdem w ogóle nie mogło być mowy. Zdarza mi się otrzymywać informacje zwrotne o zabarwieniu w zasadzie zawsze pozytywnym (w najgorszym wypadku neutralnym), choć chciałabym wspomnieć o zjawisku komplementów przyznawanych bardzo, bardzo na wyrost, które także słyszę. Ich podstawową wadą jest to, że bardzo zakłócają ogólny obraz feedbacku, który winien być raczej szczery i złożony zarówno z pochwał, jak i wskazania ZAWSZE obecnych niedociągnięć. Ludzie mają chyba różne rozumienie słowa ‚płynny’, gdyż ja swojego szwedzkiego bym z pewnością tak nie określiła. Jest wciąż bardzo wiele relatywnie prostych tematów, na które nie potrafię porozmawiać, przy jednoczesnej znajomości pojedynczych słów wykraczających poza mój ogólny poziom. Ważne jest zatem, by nie budować swojej samooceny językowej na zbyt małej liczbie ‚ocen’.

CO DALEJ…

Trzecia (ostatnia) część cyklu powstanie już po moim powrocie (o którym w tej chwili nie umiem myśleć bez wszechogarniającego smutku), gdzie postaram się podsumować moje półroczne doświadczenie od strony wyłącznie językowej. Póki co, wracam do świata książek, kawy, piwa i napojów energetycznych. Hej då!


Zobacz także…
Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje przedwyjazdowe
Jak ujarzmić szwedzkie samogłoski?
Szwedzkie plateau boli najbardziej
SWEDEX: luźne przemyślenia

Poziom znajomości języka po 80 godzinach nauki, czyli podsumowanie eksperymentu językowego

rpa28 listopada 2015 roku rozpocząłem w ramach przygotowań związanych z wyjazdem do RPA mój drobny eksperyment polegający na nauce używanego przez znaczącą część tamtejszego społeczeństwa języka afrikaans. Projekt trwał 11 tygodni (dokładnie 78 dni) i dobiegł końca wraz z rozpoczęciem podróży, podczas której próbowałem wykorzystać wiedzę zdobytą wcześniej. Teraz przyszedł czas na podsumowanie całego procesu oraz wnioski jakie z niego może wyciągnąć niemal każda osoba ucząca się języka, nawet jeśli nie jest miłośnikiem moich metod (o czym można było się dowiedzieć w komentarzach do wcześniejszych artykułów) – prawdy rządzące nauką języka są bowiem bardziej uniwersalne, niż się ludziom może, na pierwszy rzut oka, wydawać. Do zapoznania się z nimi zapraszam wszystkich, zarówno tych, którzy na bieżąco śledzili moje zmagania, jak i tych, którzy na Woofli są po raz pierwszy.

Proces nauki: metody oraz czas

Mimo że o samych metodach wspominałem już przynajmniej dwukrotnie, powtórzę ich główne założenia:
1. Przerobienie podręcznika Colloquial Afrikaans B. Donaldsona i utworzenie talii aktywnych w Mnemosyne polegających na tłumaczeniach z polskiego lub angielskiego na afrikaans. W chwili zakończenia eksperymentu oznaczało to 1417 unikatowych zdań, z których znaczną część potrafiłbym aktualnie powiedzieć oraz modyfikować bez chwili zawahania.
2. Czytanie afrykanerskich tekstów z ogólnodostępnych serwisów takich jak MaroelaMedia, Netwerk24 czy też afrykanerskiej Wikipedii. Jeśli starczało czasu, to również stosownie analizowałem te teksty, wypisując nie w pełni zrozumiałe zdania do mojego zeszytu (w omawianym okresie było ich 639) oraz do talii pasywnej w Anki (jej jedyny cel to sprawdzenie czy potrafię podać polski odpowiednik afrykanerskiego słowa). Czytałem przede wszystkim na temat współczesnej sytuacji politycznej w RPA oraz historii Afrykanerów – warto zaznaczyć, że ten wybór miał więcej wspólnego z moimi zainteresowaniami, niż jakimkolwiek praktycznym aspektem nauki języka.
3. Słuchanie w tle audycji radia RSG oraz ściąganie i wsłuchiwanie się uważniej w najciekawsze z nich (przede wszystkim poświęconej wydarzeniom współczesnym „Kommentaar").
4. Od stycznia pisałem już w afrikaans wiadomości tekstowe do osób, u których udało mi się znaleźć lokum na czas wyjazdu.

Proces nauki: Ile spędziłem czasu na nauce afrikaans?

Ciężko jednoznacznie powiedzieć, gdyż jednoznacznie mogłem dokłanie liczyć jedynie czas przeznaczony na pracę z SRSami (Anki i Mnemosyne). Na pracy z aktywną talią spędziłem w omawianym okresie 2099 minut (35 h), co daje 27 minut dziennie. Talia pasywna była znacznie mniej czasochłonna – jej przerabianie zabrało mi 585 minut, czyli 7,5 minuty dziennie. Jeśli wziąć pod uwagę, że średnio minutę zajęło mi wprowadzenie jednego zdania do każdej z talii dostajemy liczbę 4638 minut, czyli niemal godzinę pracy w skupieniu dziennie. Tyle jeśli chodzi o sesje mierzalne. Do tego dochodzą jeszcze ciężko mierzalne okresy, w których „żyłem w afrikaans", czego nie należy bagatelizować. Dojeżdżając do pracy (ok. pół godziny w jedną stronę) czytałem w afrikaans, zwłaszcza w późniejszym okresie, kiedy nie była to czynność wymagająca ode mnie zastanawiania się nad znaczeniem niektórych podstawowych wyrazów bądź struktur gramatycznych. Siedząc w domu w tle często leciała afrykanerska muzyka (Van Coke Kartel, Karen Zoid, Chris Chameleon, Jack Parow, Robbie Wessels, Die Heuwels Fantasies), oglądałem na YouTube wywiady w tym języku, które z początku niemal niezrozumiałe z biegem czasu odkrywały przede mną kolejne warstwy znaczeniowe. Najprościej mówiąc starałem się mieć kontakt z afrikaans również poza formalnym procesem nauki tak często, jak to tylko możliwe. Warto jednak zauważyć, że będąc osobą jednocześnie pracującą, studiującą i zajętą innymi rzeczami takimi jak choćby administrowanie Wooflą, nie zawsze byłem w stanie znaleźć odpowiednio dużo czasu, który na wyżej wspomniany kontakt mogłem poświęcić.

Rezultaty:

Jeśli ktoś spodziewał się, że na Woofli kiedyś przeczyta o tym, że można nauczyć się języka na wysokim poziomie spędzając na procesie jego nauki godzinę dziennie przez względnie krótki okres, to się grubo mylił. Na pewno jednak jest możliwe w ciągu 2-3 miesięcy dojść do poziomu pewnej samodzielności językowej, która pozwala nam już na bezstresowe zanużenie się w języku, korzystanie z jego dobrodziejstw w codziennym życiu i poznawanie świata z perspektywy obcej kultury. Zawsze powtarzałem, że znajomość języka należy podzielić na przynajmniej cztery umiejętności, które, choć się przenikają, niekoniecznie muszą ze sobą współgrać (czego przykładem są osoby niepiśmienne, bądź ludzie czytający po angielsku, ale bez zdolności płynnego mówienia w tym języku).

Przypomnijmy, jakie cele sobie postawiłem na początku grudnia:
Czytanie – Chciałbym po kilku miesiącach móc bez większych problemów czytać prozę w afrikaans.
Pisanie – Chciałbym jeszcze przed wyjazdem móc napisać parę maili, które ten wyjazd uczynią jeszcze bardziej atrakcyjnym.
Mówienie – Chciałbym rozmawiać na nieskomplikowane tematy, nie uciekając się do pomocy języka angielskiego.
Słuchanie – Chciałbym, obok prostych konwersacji, rozumieć audycje radiowe oraz reportaże Netwerk24.

Jak wygląda ich realizacja w praktyce?
Czytanie – zdecydowanie najmocniejsza zdolność, co zresztą nie dziwi biorąc pod uwagę fakt, iż czytać bardzo lubię, robię to często, a pisany afrikaans ze względu na podobieństwo do poznanych wcześniej języków germańskich wygląda całkiem zrozumiale nawet dla osób, które nie miały z nim nigdy kontaktu. Dlatego też cel, jaki sobie postawiłem przed trzema miesiącami, był zdecydowanie najbardziej ambitny, biorąc pod uwagę, iż wiele osób ma nierzadko problem z czytaniem literatury obcojęzycznej nawet po paru latach nauki. W trakcie wyprawy kupiłem pare pozycji książkowych w afrikaans, z czego dwie to powieści. F.A. Venter oraz André Brink należą do klasyki afrykanerskiej literatury i dzieło tego pierwszego pt. Kambro-kind miałem już okazję zacząć czytać. Nie jest to naturalnie „jazda bez trzymanki" jak w przypadku języka rosyjskiego, ale też nie powiedziałbym, iż sprawia duże kłopoty. Na stronie znajduję około 5-6 słów, których nie widziałem wcześniej, ale w zdecydowanej większości nie są one istotne dla zrozumienia fabuły. Mogę więc czytać prozę w afrikaans i sprawia mi to przyjemność – czegóż chcieć więcej?

Pisanie – przed oraz w trakcie podróży napisałem kilkanaście maili oraz smsów w afrikaans związanych z tak różnymi rzeczami jak kwestie noclegowe, lokalny transport czy też… przepis na pierogi ruskie, które zasmakowały moim gospodarzom w Bloemfontein. Ten poziom zupełnie mi do szczęścia wystarcza. Można powiedzieć, że i na tym polu eksperyment zakończył się sukcesem.

Mówienie – zadanie było utrudnione przynajmniej z trzech powodów. Pierwszym był fakt, że nauka mówienia ograniczała się u mnie do używania talii aktywnej i modyfikowania zdań przykładowych. Zatem na miejsce przyleciałem nie mając specjalnego doświadczenia w tej sferze. Drugim powodem jest urzędowy status języka angielskiego i względnie wysoki (przynajmniej w stosunku do pozostałych grup etnicznych zamieszkujących RPA) poziom wykształcenia Afrykanerów, co z kolei implikuje ich dwujęzyczność (do jakiego stopnia jest ona posunięta, to już temat na osobny artykuł). Po trzecie, nie jechałem sam, a towarzysząca mi osoba nie zna afrikaans. Naturalnym więc było, że większość czasu rozmawialiśmy po angielsku. Gdy jednak sygnalizowałem chęć przechodzenia na afrikaans, nie było z tym większych problemów, a moi rozmówcy okazywali ogromną cierpliwość, starali się mówić ciut wolniej, co znacznie ułatwiało komunikację, będąc jednocześnie pod autentycznym wrażeniem, że komuś z innego kontynentu wpadł do głowy pomysł nauki tak niszowego języka. Zresztą przynajmniej dwa razy nagrano mnie telefonem komórkowym w celu udowodnienia znajomym i rodzinom, że rzeczywiście do RPA przyjechał Polak, który mówi w afrikaans. Bardzo słabo, ale czegóż więcej oczekiwać po tak krótkim czasie nauki.

Słuchanie – o ile na początku niełatwo było mi z afrykanerskich audycji wychwycić cokolwiek, poza zaimkami osobowymi, o tyle po dwóch miesiącach kontaktu z tym językiem mogłem już przysłuchiwać się dyskusjom rozumiejąc zdecydowaną większość przekazu. Dalej jednak nie było to pełne rozumienie, podobnie jak z kontaktem na żywo. Tak długo jak moi rozmówcy mówili powoli i wyraźnie oraz rozmawialiśmy na bliski mi temat, nie miałem z tym większego problemu. Gdy jednak jadąc pociągiem z Johannesburga do Bloemfontein miałem okazję siedzieć w wagonie z dwiema kolorowymi kobietami (o społeczności tzw. Koloredów pisałem w artykule „Język (nie) tylko białego człowieka") żywo komentującymi niedole podróży, byłem przeważnie bezradny, gdyż odmiana jakiej używały w dużej mierze różniła się od standardowego języka, którego miałem się okazję uczyć.

Wnioski:

Nie jestem wielkim fanem sztywnej kwalifikacji znajomości języka, ale jeśli przyjęlibyśmy za wyrocznię zatwierdzone przez Radę Europy oraz powszechnie znane poziomy biegłości mógłbym z całą pewnością stwierdzić, że doszedłem do słabego B1 z odchyleniami w stronę B2 w zakresie czytania oraz A2 jeśli chodzi o mówioną interakcję, co odzwierciedla dokładnie na co poświęciłem, nieprzypadkowo zresztą, najwięcej czasu. Wydaje mi się, że jest to przeciętny poziom, jaki można osiągnąć po przerobieniu podręcznika oraz dwumiesięcznym, dość regularnym acz krótkim (80h rzeczywistej nauki), kontakcie z językiem. Rezultat byłby najprawdopodobniej bardziej imponujący, gdybym mógł sobie pozwolić na znacznie częstsze obcowanie z afrikaans w formie skoncentrowanej nauki. Prawdą jest bowiem, że czas oraz koncentracja to najważniejsze czynniki, jeśli chodzi o skuteczność procesu uczenia się języka, dużo istotniejsze moim zdaniem, niż najbardziej wyszukane metody (całkiem częstym przypadkiem są zresztą osoby, które więcej czasu spędzają na szukaniu dobrych metod, podręczników zamiast na nauce języka). Te ostatnie nic nie dadzą, jeśli nie zainwestujemy odpowiednio dużo swojego wolnego czasu w ich zastosowanie. Mam tu na myśli przynajmniej godzinę dziennie – krótszy kontakt z językiem służy na pewnym poziomie już jedynie temu by języka wolniej zapominać.
Chciałbym artykuł zakończyć pewną refleksją na temat czasu. Otóż zdarzało mi się już otrzymywać maile od osób, które wspominały, iż 5 lat uczyły się niemieckiego i nadal nic nie potrafią powiedzieć. Mierzenie swojego procesu nauki w latach jest jednak czymś strasznie mylącym, dlatego gorąco zachęcam do wykorzystywania jako miary nie lat, lecz godzin spędzonych na skoncentrowanej nauce lub bezpośrednich rozmowach w danym języku. Gdy wybierzemy tę miarę, nagle okaże się, iż de facto kontakt z językiem w ciągu tych pięciu lat był po prostu fikcją i nie ma nic dziwnego w tym, że się go nie nauczyliśmy. Gdyby w tym czasie poświęcać na niemiecki godzinę dziennie uzbieralibyśmy około 1800 godzin, które zupełnie wystarczą, by osiągnąć bardzo wysoki poziom językowej biegłości. Powyżej opisałem czego można dokonać w 80 godzin prowadząc przy okazji dość intensywny tryb życia. Dlaczego więc nie przeznaczyć więcej czasu na to, by stać się biegłym w języku obcym, na którym nam naprawdę zależy?

Inne artykuły opisujące mój projekt nauki języka afrikaans:
Eksperyment językowy – pełen opis projektu
(Nie)płynny w 3 miesiące czyli eksperyment językowy
Język nie tylko białego człowieka
Dwa tygodnie i trzy pytania, czyli eksperymentu ciąg dalszy

Angielski w 3 miesiące i 5 języków jednocześnie, czyli pytania od czytelników

pytaniaPierwszą sprawą, jaką chciałem się zająć po powrocie na Wooflę z długo oczekiwanego urlopu miało być podsumowanie mojego małego projektu nauki afrikaans. W międzyczasie jednak otrzymałem na skrzynkę mailową wiadomości od dwóch czytelników z pytaniami dotyczącymi nauki języków obcych, na które, zgodnie z zasadą mówiącą, iż czytelnik jest najważniejszy, czuję się po dwóch tygodniach zwłoki zobowiązany odpowiedzieć. W związku z tym, że pytania są natury dość ogólnej postanowiłem utworzyć z nich bazę do pełnoprawnego wpisu, z którego będą mogły skorzystać bądź go uzupełnić osoby odwiedzające nasz skromny serwis. Czytelników oczekujących na podsumowanie „Eksperymentu językowego" chciałbym jednocześnie poinformować, iż szczegółowe omówienie tegoż pojawi się na Woofli już za trzy dni.

Chcę za 3 miesiące nie bać się popisać z kimś na forum po angielsku a w późniejszym czasie rozmawiać na „żywca".

Pierwsza zwróciła się do nas Magda:

(…) Postawiłam cel: za 3 msc mam nie bać się popisać z kimś na forum po angielsku a w późniejszym czasie rozmawiać na „żywca". U mnie ten język leży… Od czego zacząć naukę? Mam kilka książek z gramatyką. Co polecasz krok po kroku? Mam codziennie czas (ok. godziny) na naukę. Nie wiem czy to istotne ale posiadam słuch muzyczny (gram na skrzypcach). (…)

Przede wszystkim cieszy mnie, że cele są wyraźnie sprecyzowane – Magda chce w ciągu 3 miesięcy nie bać się popisać z kimś na forum, a w późniejszym czasu rozmawiać po angielsku. Szkoda natomiast, że oprócz skromnej wzmianki o tym, iż język leży nie wiadomo nic o poziomie jego znajomości. Sam uważam, że mój angielski leży mimo iż miesiąc temu bez specjalnego przygotowania zdałem egzamin potwierdzający jego znajomość zwalniający mnie z zajęć na studiach, na co dzień czytam angielskojęzyczną literaturę, słucham radia. Nie jest to jednak język, który kiedykolwiek mnie specjalnie pociągał, więc znacznie mi bliżej do czegoś co nazwałbym mianem „Standard-Central-European", co widać zwłaszcza w kontakcie z ludźmi, dla których język ten jest ojczystym. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Skupmy się więc przede wszystkim na tym co chcemy osiągnąć i przygotujmy się na parę stwierdzeń zahaczających czasem o truizm, ale ciężko mi inaczej udzielić szczerej odpowiedzi.
Chcesz znać angielski na tyle by pisać na anglojęzycznym forum? Możesz oczywiście przerobić podręcznik Wiedzy Powszechnej (poziom podstawowy zupełnie w tym wypadku wystarczy), robić tłumaczenia z polskiego na angielski w sposób podobny jak ja przy nauce afrikaans (uprzedzam jednak, iż bez pewnych skłonności do masochizmu ciężko wytrwać 3 miesiące), mieć włączone cały czas anglojęzyczne radio w tle, czytać brytyjskie gazety poświęcając na to prawie każdą wolną chwilę – tak zapewne zrobiłbym ja, gdybym chciał się nauczyć języka od podstaw. Ale wcale tego nie polecam.
Tak naprawdę najwięcej da Ci natychmiastowa rejestracja na wspomnianym forum i próby udzielania się na nim. Bo po co robić rzeczy poboczne, jeśli można się skupić się akurat na tym na czym nam najbardziej zależy? Nie chcę by zrozumiano mnie źle – uważam, że należy w pewnym stopniu znać każdy aspekt języka, ale przede wszystkim należy wiedzieć do czego danego języka chcemy używać i dostosować naszą znajomość do wymogów rzeczywistości tak by nie tracić niepotrzebnie czasu na coś co nam się w najbliższym czasie nie przyda. Przykładów takiego dostosowania jest mnóstwo. Duży odsetek Xhosa nie potrafi czytać i pisać w swoim ojczystym języku, ale zupełnie nie przeszkadza im to w rozmowie. Mój mówiony afrikaans jest słaby, ale absolutnie nie wpływa to ujemnie na moją umiejętność czytania w tym języku, która jest dla mnie znacznie ważniejsza. Do czego zmierzam? Choć byśmy nie wiadomo ile ćwiczeń wykonali, natura języka polega przede wszystkim na jego użyciu w praktyce, a poziom znajomości przeważnie jest zależny od jego obecności w naszym życiu (patrz wcześniejszy artykuł pt. Ilu języków tak naprawdę potrzebujesz?). Tak jak już wspomniałem, warto przerobić przynajmniej jeden podręcznik, żeby mieć podstawy leksykalno-gramatyczne, ale nie można zapominać, że język to przede wszystkim jego praktyczne użycie. Dlatego jestem zwolennikiem nie tyle nauki co włączenia języka w swój życiowy rytm. Uczymy się pisać na forum poprzez pisanie na forum. Uczymy się mówić poprzez mówienie. Tego nie nauczą nas nawet najlepsze podręczniki i najbardziej wymyślne metody. Nie ma czegoś takiego jak droga na skróty. Wyobrażam sobie, że strach przed pisaniem na forum po angielsku może być przytłaczający, ale często jest to kwestia jakiejś kolejnej życiowej bariery, którą należy przekroczyć. Po co bać się czegoś czego pragniemy? Dlaczego nie robić tego czego pragniemy? Nikt za nas nie będzie pisać na forum. Nikt za nas nie będzie też rozmawiać. A to kiedy zaczniemy to robić w znacznie większym stopniu zależy od nas samych, a nie od naszej znajomości języka.

Angielski, niemiecki, norweski, hiszpański oraz francuski – jednocześnie

Parę dni później otrzymałem maila od Jacka, który tak opisał swoją znajomość języków obcych:

Angielski – nauczony głównie z filmów z napisami. Polskimi oczywiście. Jeszcze wcześniej z zamiłowania do Linuxa. Cała dokumentacja po angielsku więc czytanie i próba zrozumienia treści . O dziwo na przemienne korzystanie z tych dwóch źródeł pomogło mi na w miarę sprawny kontakt w tym języku.

Niemiecki – 4 lata w szkole podstawowej i 5 lat średniej. Generalnie forma nauczania wszystkim znana. Wkuwanie słówek i zaliczanie gramatyki jakiś tam efekt przyniosło ale żebym był z tego jakoś zadowolony to nie bardzo. „Dogadać" się potrafię ale dużo mi jeszcze brakuje.

Norweski – po znakomitym kursie(…). Poziom A1-A2. W planie rozszerzenie tego zagadnienia. Obecnie podjąłem pracę w Norwegii więc będę miał gdzie się rozwijać 🙂

Następnie Jacek zadał pytania:

Rozbudowane pytanie numer 1.
W jednym z wpisów na blogu polecałeś kurs Assimil. Niestety nie mam do tego zbytniego dostępu więc chciałbym zasięgnąć opinii co zakupić. Czy dwa kursy z polskim lektorem czy może obcojęzyczną. Na domiar tego obcojęzyczna ma dwie opcje:
angielsko-niemiecka
http://fr.assimil.com/methodes/german
albo
niemiecko-angieska
http://fr.assimil.com/methodes/englisch-ohne-muehe
Wszystko po to aby mniej więcej wyrównać poziom tych dwóch języków.
Z której opcji byś skorzystał w takiej sytuacji? (…) Bo generalnie to angielski i niemiecki w miarę ogarniam a dostępne są podręczniki z Assimila do francuskiego i hiszpańskiego… Więc jakby wszystkie cztery języki za jednym podejściem przeanalizować? Angielsko-feancuski i niemiecko-hiszpański. Sam nie wiem czy to dobry pomysł.
Daj znać jak Ty to byś widział.

Po pierwsze – lektorzy w podręcznikach Assimil to zawsze rodowici użytkownicy języka, jakiego się uczymy, więc to jaką wersję językową wybierzemy nie gra tak naprawdę dużej roli. Po drugie – jako że po angielsku potrafisz się porozumiewać to odpuściłbym sobie przerabianie kolejnego podręcznika dla początkujących i większą uwagę skupił na źródłach pozainformatycznych (dokumentacje są pisane językiem specyficznym mającym niewiele wspólnego z tym, czego używamy w codziennej komunikacji) oraz ewentualnie przerobił jakieś repetytorium gramatyczne. Po trzecie – nie polecam się językowo rozdrabniać. Mimo niesłychanie interesującej intelektualnie przygody, jaką jest nauka kolejnych języków obcych muszę powiedzieć, że znacznie sensowniejsze wydaje się szlifowanie 240px-Flag_of_Norway.svgjednego do wysokiego poziomu niż nauka kolejnych do poziomu A2/B1, a następnie ich zapomnienie ze względu na brak czasu, w którym można ich użyć. Równoległa nauka kilku języków to przedsięwzięcie tyleż ambitne co nieefektywne. O ile można starać się utrzymać kilka języków na znośnym poziomie (choć też zajmuje to sporo czasu – nasuwa się pytanie czy warto?), o tyle poczynienie postępów wymaga już sporych nakładów czasu – godzina dziennie, wbrew temu co niektórzy optymiści twierdzą, to moim zdaniem minimum.
Osobiście skupiłbym się na norweskim (mieszkasz w Norwegii, ciężko o lepsze warunki), szlifując przy okazji angielski. Gdy starczy Ci czasu i gdy osiągniesz wysoki poziom w tych językach podszedłbym do niemieckiego. Z innymi językami poczekałbym jeszcze przez przynajmniej dwa lata.

Mniej rozbudowane pytanie numer 2:
W jednym z wpisów polecasz podręczniki wydawnictwa Wiedza Powszechna. Mam jeden do norweskiego. Dobry, z tym tyko że ja posiadam Język norweski dla początkujących a Ty polecasz serię Mówimy po… . I tu rodzi się pytanie… Który lepszy?

O ile mi wiadomo wydawnictwo nie ma w swojej ofercie książki „Mówimy po norwesku", a „Język norweski dla początkujących" jest jedynym dostępnym tytułem. Nigdy jednak nie zawiodłem się na publikacjach Wiedzy Powszechnej i książka powinna Ci dobrze służyć jako baza do dalszego kontaktu z językiem. Od tego czy posiadamy dobre materiały dydaktyczne dużo ważniejszy jest jednak sam proces nauki i używania języka. Bardzo często problem ludzi polega na tym, że zbyt długo szukają konkretnych materiałów, podczas gdy mogliby ten czas przeznaczyć znacznie produktywniej. Dlatego polecam już dziś spędzać nad swoim norweskim przynajmniej godzinę dziennie – w ciągu pół roku powinieneś zrobić naprawdę spore postępy.

Lektura dodatkowa

Powyższe odpowiedzi w dużej mierze są oparte na tym co zawarłem we wcześniejszych artykułach, jakie ukazały się na Woofli, które polecam przeczytać wszystkim osobom zainteresowanym moją opinią na temat nauki języków obcych.
Praca własna z tekstem oraz audio gdy brak podręcznika
Nauka języka bez podręcznika czyli część 2 – czytanie
Myśl samodzielnie i nie patrz na innych czyli krytyka poliglotów
Ilu języków tak naprawdę potrzebujesz
Ilu języków warto się uczyć jednocześnie
Najlepsza rada dotycząca nauki języków obcych